Roman! Roman!

Dzisiaj widziałem grupę ludzi oglądającą mecz Chelsea Londyn z Manchesterem United. Bramka Johna Terry’ego wywołała jakieś ogólne uczucie ekstazy.

Rozumiem, że można nie lubić Man Utd, jakoś tak już jest, że się ich kocha albo nienawidzi… ale czy w zamian kibicować Chelsea?

Nie będę się rozpisywał o tym kto kogo lubi. Przechodzę do konkretu. Wyciągnąłem z szafy na tę okoliczność ciekawą książkę niemieckiego dziennikarza Borisa Reitschiustera pt. „Putin”.

Strona 46 (indeks nazwisk to bardzo przydatna sprawa w książce, jeśli kiedyś jakąś napiszę na pewno będzie to książka z indeksem).

„Jako szef Federalnej Spółki Papierów Wartościowych, a zatem człowiek odpowiedzialny za aukcje prywatyzacyjne, Wołoszyn (Aleksandr – mw) sprzedawał podobno później Bierezowskiemu (Borisowi – mw) oraz jego przyjacielowi Romanowi Abramowiczowi przedsiębiorstwa państwowe po śmiesznie niskich cenach. Przy okazji samej tylko sprzedaży koncernu naftowego Sibnieft ta dobrana trójka oszukała państwo na 500 milionów dolarów”

Wiadomo, takich transakcji było pełno.

Strona 215.

„Już wkrótce miał się poróżnić z Bierezowskim, gdyż należący do oligarchy kanał telewizyjny ORT przedstawił krytyczny materiał o tragedii Kurska. Bierezowski musiał odsprzedać swoje udziały w ORT. Nabył je oligarcha lojalny, niegdyś „bankier rodziny Jelcyna”, Roman Abramowicz”.

To drugie znacznie słabsze. Jest jeszcze o jakiejś podejrzanej fuzji Sibnieftu Abramowicza z Jukosem.

Generalnie mamy do czynienia z facetem który wraz z grupą innych młodych zdolnych „menedżerów” okradli Rosję.

Dziś za te kradzione pieniądze piwko popija John Terry, Frank Lampard kupuje sobie nowy samochód, a Michael Essien jada w najlepszych restauracjach.

Co tam, w końcu to „tylko Ruscy” a „Pecunia non olet”, czyż nie?

Rozśmiesza mnie przy tym wszystkim podniecane się wielkim przedsiębiorcą Romanem Abramowiczem i wielkim klubem, który zbudował.

Przyznaję, ze zawsze rozśmieszała mnie fascynacja Chelsea. Rozśmieszała czy nawet budziła jakąś odrazę. Patrzyłem i dalej patrzę z pewną pogardą na ludzi, którzy podniecają się kolejnym transferem za kradzione pieniądze. Wow, piłkarz za 30 milionów (znaczy to tyle, że 30 milionów Rosjan nie ma co włożyć do garnka, bo jakiś koleś wszystko ukradł i kupił sobie zabawkę w postaci klubu). Mam na myśli oczywiście kibiców, którzy przyszli po Abramowiczu albo razem z nim. Starzy byli, są i będą.

I nawet wtedy gdy podziwiałem ich niezwykłą grę nigdy nie wpadłoby mi do głowy, by kibicować im w meczu z kimkolwiek, choćby to był Manchester United.

Dodaj komentarz

Żegnaj Korzeń. I nie wracaj

Robert Korzeniowski poszuka nowych wyzwań. Ludzie tacy jak on, żeby się rozwijać muszą działać etapami. Tak mówi. Nie widzę sprzeciwu. Więc ja się sprzeciwiam. Na tyle na ile pozwalają mi skromne możliwości mojego bloga.

Całe więc szczęście. Niech rozwija się pan Korzeniowski, niech idzie mu jak najlepiej. Gdziekolwiek z dala od życia publicznego, z dala od sportu, od telewizji.

Szczerze mówiąc, gdybym był prywatnym przedsiębiorcą, chciałbym żeby pan Robert Korzeniowski zaangażował się w tej branży, w której bym działał. Wiadomo, że jeśli wejdzie jeden konkurent, nie wejdzie jakiś inny. A pan Korzeniowski jest rywalem idealnym.

Proszę zauważyć, że czas Korzeniowskiego to czas największych triumfów… Polsatu Sport i mniejszych triumfów innych stacji.

W swoim felietonie dla „GW” szef sportu w Polsacie, pan Marian Kmita (czytałem kilka jego felietonów i zapewniam, że zdecydowanie nie jest to mój faworyt) wysuwa ciężkie oskarżenie. Mianowicie takie, że Korzeniowski blokował wszystkie możliwe informacje na temat siatkówki. Jednej ze sztandarowych dyscyplin Polsatu.

Bo tak właśnie konkurencję wyobraża sobie Robert Korzeniowski, tak wyobraża sobie walkę z konkurentem.

A konkurenci wyobrażają sobie tę walkę inaczej. To konkurenci, tacy jak Canal Plus, Polsat czy nSport, ewentualnie Eurosport  mają najważniejsze seryjne rozgrywki piłkarskie: ligę polską, ligę mistrzów, najlepsze ligi zagraniczne. A oprócz piłki mają na przykład siatkówkę (najpopularniejszy poza piłką sport), Formułę 1 (z Kubicą), NBA (z Gortatem), najważniejsze na świecie turnieje tenisowe (z Agnieszką Radwańską).

Telewizja, którą stworzył pan Korzeniowski nie „obstawia” dzisiaj na stałe żadnego liczącego się sportowca „celebryty”, którego ludzie wyglądają na ekranie.

Przez pięć lat Korzeniowski przegrywał wszystko co się dało, chociaż TVP wyłożyła kasę na kilka wielkich imprez i to się chwali.

Przyznaję, że nie jestem fanem Polsatu, w ogóle nie lubię tzw. mediów w stylu „pop”. Nie lubię telewizji dla gospodyń domowych z Krzysztofem Ibiszem w roli gospodarza gali bokserskiej (chociaż boks to nie jest sport, albo inaczej – quasisport dla ludzi o niskich wymaganiach, to jednak było to jedno z najbardziej medialnie rozbuchanych widowisk, za co chwała Polsatowi)

Jest jednak takie słowo jak skuteczność. Liczba kluczowych imprez i oglądalność, gdzie Polsat miażdży konkurencję.

Poza tym, że czasem irytuję się słuchając niektórych komentatorów, to trzeba przyznać, że to Polsat potrafił wykształcić najlepszych polskich komentatorów, jak np. Mateusz Borek, Bożydar Iwanow, Przemek Pełka czy Czarek Kowalski (słyszałem, że dziewczyny kochają go za jego głos w stylu Barry’ego White’a, ale niestety nie udało mi się nigdzie potwierdzić  tej informacji, więc funkcjonuje jako pewien mit, jakaś legenda).

To Polsat Sport wprowadza jakieś nowe standardy, nawet jeśli czasem są to standardy dla gospodyń wiejskich i nawet jeśli mam spore (nawet bardzo) zastrzeżenia do bezstronności niektórych pracujących tam osób. To jednak oni mają jakieś pomysły. Pomysły, których nie ma w skostniałej, bezpłciowej, nieprzystającej do dzisiejszych realiów  TVP. Być może taki musi być dzisiaj sport, taki jakim pokazuje go Polsat. TVP Sport mogłoby stanowić ciekawą alternatywę, coś dla widzów bardziej wymagających. Coś czego na pewno potrzeba a czego nie zapewni Polsat. Z dobrymi programami publicystycznymi, ciekawymi dyskusjami, profesjonalnie zrealizowanymi programami historycznymi, bo przecież nikt nie ma tak doskonałych archiwów, z tego samego powodu ze znakomitymi dokumentami sportowymi…

Tego nie ma, bo TVP na szefa sportu zatrudniła faceta, który zdobywał medale olimpijskie w najbardziej absurdalnym z istniejących sportów. Sportowca, rozumiecie? Zamiast dziennikarza zatrudnili sportowca. Chwilę po jego nominacji przytomny komentator „Rzeczpospolitej” zaproponował, żeby szefem TVP do spraw skoków narciarskich uczynić Adama Małysza.

Canal Plus, Polsat, Sport wypromowały nowe twarze, nowych ekspertów, te stacje wyszły z założenia, że Telewizyjny spec musi widza zainteresować. Oczywiście zdarzają się „megawtopy” jak właściwie wszyscy eks-piłkarze z Canal Plus, Wieszczycki, Węgrzyn, Mielcarski (zastanawiam się jakim kluczem posługują się chłopaki z CPlus), ale to są tylko wtopy.

TVP ma za to swojego największego speca w osobie Jerzego Engela.

Podobnie jest z komentatorami. Czy TVP wypromowała jednego komentatora w ciągu ostatnich 5 lat?

TVP nie mogła stanowić poważnej konkurencji. Zaczęło się od tego, że Korzeniowski podpromował swój program „Na rynek marsz” (gdzie głównym sponsorem była firma, która płaciła mu wielkie gaże za reklamę a w zamian jej logo pojawiało się w godzinach dobrej oglądalności… macie jakieś wątpliwości?).

Tak jakby kogoś w Polsce, na świecie czy w ogóle gdziekolwiek interesował chód sportowy. Widzieliście kiedyś chodziarza na ulicach waszego miasta? Pewnie, że nie. A przecież widzicie codziennie chłopaków grających w piłkę czy w kosza, są regularnie organizowane turnieje szachowe dla dzieci, sale masowo wynajmuje się na siatkówkę, regularnie ulicą przemyka ktoś ścigający się na rowerze. Prawda jest taka, że chód sportowy jest sportem na poziomie rzutu cegłą na czas. Czy gdyby rzut cegłą na czas był w programie Igrzysk i pan Mietek z gazowni zdobyłby cztery medale olimpijskie, to uczynilibyście go szefem sportu w TVP? Kilka lat temu ktoś uczynił.

Dodaj komentarz

Polish joke

Nie traktujcie serio wszystkiego co mówią Polacy. Jeśli mówią, że wygrają z rywalem, jeśli najgroźniejszy przeciwnik tego rywala “sypnie jakąś ekstra premię”, to jest to oczywiście żart. Zresztą piłkarz mówiąc to śmiał się przecież. Na dyktafonie jest, że się nie śmiał? A no tak, bo on się śmiał po wyłączeniu dyktafonu. Nikt nie widział? No bo on się śmiał gdy nikt nie widział. Ale śmiał się. I tak samo jest z krytyką. Jeśli polscy piłkarze krytykują swojego kolegę z klubu, to też jest żart. To znaczy, że naprawdę go nie krytykują.

Polskie poczucie humoru jest specyficzne na tyle, że nikt poza samymi Polakami (oraz Alexem Fergusonem) tego poczucia humoru nie rozumie.

Piłkarze to w ogóle specyficzna grupa. Ktoś kiedyś powiedział (zabijcie mnie, nie pamiętam kto… – oczywiście gdy mówię, żebyście mnie zabili to znaczy, że nie chcę byście mnie zabijali – to taki polski żart) że piłkarze to taka właśnie grupa ludzi. Mają dziwne żarty, czasem niezrozumiałe dla kogoś z zewnątrz. Jeśli dogryzają ci w szatni, to znaczy, że cię lubią.

Wiem już, powiedział to Gary Owen, były piłkarz Manchesteru City. Skoro sobie przypomniałem to nie zabijajcie mnie jednak… co nie znaczy, że tak naprawdę chcę żebyście mnie zabili, to akurat nie był żart, naprawdę, naprawdę.

A już na poważnie – polski żart może się Tomkowi Kuszczakowi przysłużyć. Taka mała wtopa rozbuchana do granic nieprzyzwoitości jako jakiś wielki obyczajowy skandal może sprawić, że Tomek zostanie zmuszony do wyjścia z raju, który tak naprawdę rajem już od jakiegoś czasu nie jest.

Jeśli Tomek chcę się rozwijać, to przede wszystkim musi grać. Wiadomo, że trudno odejść z Manchesteru United, odzwyczaić się od najwyższego profesjonalizmu, siedzenia na ławce obok Paula Scholesa czy Ryana Giggsa (chociaż Cristiano Ronaldo jakoś nie miał z tym problemu), bywania na najpiękniejszym stadionie świata.

Ale w karierze piłkarza jest coś ważniejszego niż tylko bywanie.

Kuszczak powinien potraktować ten czas w Manchesterze United jako coś pięknego co mu się przytrafiło i do czego będzie mógł wracać na starość.

Chłopak, który ma 27 lat jednak przede wszystkim powinien grać. Naprawdę nie ma sensu kolekcjonować dłużej wspomnień. Ma już ich chyba wystarczającą ilość.

Dodaj komentarz

Ocieplanie wizerunku

Jak zwykle jestem spóźniony o kilka dni.

Ja w sprawie ocieplania wizerunku. Pan Lato zatrudnił panią Agnieszkę na nowego rzecznika związku. Pani Agnieszka ma 25 lat i w PZPN zdecydowanie się wyróżnia. Wiadomo.

Tylko co to znaczy ocieplanie wizerunku? Jeśli facet, który ukradł 100 milionów złotych ożeni się z miss Polonią to nagle przestanie być złodziejem?

A my mamy przecież do czynienia z dokładnie takim przypadkiem. Panowie Lato i Piechniczek przywłaszczają sobie związkowe (czyli w tym przypadku społeczne) pieniądze. Mamy o tym zapomnieć, bo nagle pani Agnieszka uśmiechnie się do zdjęcia.

Mamy tu więc do czynienia z działaniami pozorowanymi. Nie chodzi o to, żeby zmienić sposób działania, sposób działania jest dobry, tylko ludzie tego nie widzą (poza panem Andrzejem z “RZ” i przykro mi z tego powodu). Chodzi o to, żeby ludzie przyjrzeli się jeszcze raz i przyznali, że złodziejstwo nie jest złodziejstwem, bo przecież pani Agnieszka ociepla wizerunek związku.

A przecież nie jest możliwe, żeby w takim ciepłym związku coś było nie tak.

Moim zdaniem mamy do czynienia z bandą głupków, którzy sądzą iż manipulują społeczeństwem. Siedzi tam jakiś profesor Moriarty i obmyśla swój demoniczny plan od czasu do czasu wybuchając demonicznym śmiechem, nie zdając sobie sprawy, iż zarówno plan jak i śmiech są infantylne i głupie po prostu. Punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia. Najmądrzejsze dziecko w przedszkolu miałoby problem ze zdaniem matury z matematyki.

Z innej beczki. Dzisiaj w “GW” napisano jednak, że działania związku idą dalej. Konkretnie, że związek dogadał się z kibicmi. Da im bilety a kibice nie będą krzyczeli “jebać PZPN”. Taki deal w imieniu kibiców miał uzgodnić jakiś Litar, bardzo ważny kibic z Lecha. “GW” sugeruje, że to kibicowski Jakub Szela. On sam twierdzi, że to nieprawda (czytałem na forum kibiców Lecha). Zobaczymy podczas meczu z Rumunią. Gdyby PZPN osiągnął swój cel, bylibyśmy na futbolowej Białorusi (w latach 70-tych na zachodzie napisanoby “w futbolowej Polsce”). I banda głupków okazałaby się bandą mędrców.

Komentarze (2)

Arek idzie na celebryta

Arek Onyszko szokuje? Jest świrem? Ależ skąd. On doskonale wie co robi.

“Fucking Polak” nowa książka Arka, to moim zdaniem dokładnie przemyślany krok. Facet chce narobić szumu na stare lata. Chce zejść ze sceny z przytupem, bo widocznie nie ma zamiaru kończyć kariery na piłce nożnej.

Byłem u niego w Odense 3 lata temu, przed meczem Dania – Polska (debiut Beenhakkera), pogadaliśmy trochę o poglądach, priorytetach itd.

Arek ma bardzo jasny i określony pogląd na życie. Nie chodzi o to, że jest lewicowy czy prawicowy. Najlepiej jego zachowanie oddaje takie zdanie (to jego cytat): “Ludzie w Polsce chcą żebyś był szary, żebyś nie wychyał głowy. Dlatego wszyscy jadą na tę Dodę. A na zachodzie normalnym jest, że jeśli chcesz być zauważonym, to musisz mieć białe buty albo różowe włosy. Jesteś dobry, to pomóż szczęściu, wypromuj się, co w tym złego?”

Odgrzebie gdzieś tę rozmowę (może się zachowała na jakiejś taśmie).

Myślę, że Arek dokładnie wszystko przemyślał.

Kolejny wniosek z ostatnich wydarzeń jest taki, że facet chce wydać książkę również na polskim rynku i na pewno nie ma to być jakaś tam książka. Nie oszukujmy się, książka Arka Onyszko na polskim rynku nie sprzedałaby się lepiej niż którakolwiek z nieudanych książek pana Romka. Ale skandalizująca książka Fucking Polak już ma szansę na to, by wyraźnie przekroczyć próg opłacalności.

Kolejny wniosek? Arek wróci do Polski i wystąpi w tańcu gwiazd na lodzie i jak oni śpiewają. Za odcinek nawet 10 tysięcy! Nie oszukujmy się, jest większą gwiazdą niż Ola Kwaśniewska i któraś tam z kolei córka Wałęsy albo Tuska (albo jak pisze w komentarzu Stan – nie jest, a ja w miarę możliwości kontruję, że start ma lepszy bo coś już osiągnął). Sam na wszystko zapracował.

Są ludzie, którzy mają niezwykły dar zjednywania sobie ludzi (nie wszystkich) i Arek takim może zostać. Ma tę mądrość życiową zbliżoną do Dody.

Rozwód, ślub, separacja, schadzka w mroku, tajne spotkanie w tajnej restauracji, znowu rozwód, kłótnia, afera, ostro wypowiedziane zdania, niemal na pograniczu wściekłości, w szalonej furii, konsekwencją czego jest separacja, rozwód, a potem, przed wydaniem nowej płyty, ślub. Albo nie, bo Polacy wolą żeby dziewczyna była wolna, wolne dziewczyny lepiej sprzedają się w kolorowych magazynach. Ok, to niech będzie bez ślubu. Ale nie może być też separacji, bo nie lubimy jak dziewczyny są w separacji, to nie sprzedaje płyty. Niech będzie pomiędzy, wymyślmy jakieś słowo.

Te wszystkie ludzkie dramaty odbywają się dziwnym trafem na oczach paparazzich (jak w tym słynnym artykule z Faktu. Moim ulubionym zresztą, w którym pan Tadeusz z Warszawy po dwudziestu latach wyznał swojej żonie i synowi, oczywiście w obecności reportera Faktu: “Kochani, oszukiwałem was. Naprawdę jestem z UFO. Zostałem przysłany na ziemię 20 lat temu. Ale nadal as kocham”)

Gdy wygłaszam swoje teorie z prezkonaniem tak wielkim jakbym mówił o wyższości niemieckiego przemysłu samochodowego nad rosyjskim, pewna piękna dziewczyna, którą mam szczęście znać, mówi mi: “Nie przesadzasz? A gdzie miejsce na uczucia? Takie zwykłe, ludzkie. Głupoty gadasz, wszędzie węszysz spisek…”. Do dzisiaj pozostaje to kwestią sporną.

A ja powtarzam do znudzenia, że w show-businessie nie ma przypadku. “Dorota, sprzedaż spada, musimy coś zrobić… a przy okazji poznaj Adama”. Tak jest na całym świecie.

Na koniec zacytuję ojca współczesnego Public Relations, którego zasadami kierują się nowocześni menedżerowie i spece od reklamy. Mimo tego oczywiście, że do tego się nie przyznają. Tak jak lekarze niemieccy nie przyznają się do tego, że niewiarygodny w skali europejskiej postęp ich medycyny wynika z tego, że mieli unikalną możliwość eksperymentowania na ludziach.

A więc, jak mawiał Joseph Goebbels (cytat wziąłem z artykułu “Plan filmowy Marktplatz Chorzel” z “Polityki”): “Istotą propagandy jest prostota i powtórzenie. Lud jest znacznie prostszy, niż to sobie wyobrażamy. Tylko ten, kto potrafi sprowadzić problemy do najprostszej formułki i ma odagę wbrew intelektualistom ciągle je powtarzać w tej uproszczonej formie, ten osiągnie zasadnicze sukcesy w kształtowaniu opinii publicznej”.

I nie trzeba stadiów by to wiedzieć. Arek Onyszko to wie. To się nazywa mądrość życiowa i umiejętność obserwacji i późniejszego wykorzystania podstawowych zjawisk.

PS. Tutaj jest wywiad z nim, który ukazał się niedawno w PS, po tym jak został aresztowany:

http://testwawrzyna.wordpress.com/2009/06/28/nie-chcial-zabic-zony-naprawde/

Komentarze (2)

Ekspresowy przegląd prasy

Tylko chwilę o mojej ulubionej gazecie “Futbol News”.

W czwartek wszystkie gazety poinformowały, że selekcjonerem zostanie Franz Smuda. Tylko Futbol News poinformował, że będzie to Henryk Kasperczak. W dniu nominacji Smudy!!!

Dlatego wczoraj zastanawialiśmy się z chłopakami, co wymyślą. Spodobała mi się opcja jednego z kolegów, który zaproponował, że w grudniu po wielkim przewrocie w PZPN kadrę obejmą nowe władze, zaś Smudę z tronu strąci Jerzy Engel. A więc prześcigaliśmy się (powiedzmy, może trochę demonizuję) w tych fantastycznych pomysłach mając świadomość, że jeden z nas może trafić.

Dzisiaj czytam na www.wp.pl, że… no właśnie nie uwierzycie, więc wklejam tę informację:

Szokujące informacje w sprawie wyboru nowego selekcjonera reprezentacji Polski przynosi poniedziałkowe wydanie dziennika “Futbol News”. “FN” sugeruje, że PZPN wykiwał Henryka Kasperczaka, który już przyjmował gratulacje z okazji otrzymania posady.

Tuż przed ogłoszeniem decyzji o wyborze nowego selekcjonera prasa – na czele z “FN” – informowała, że Kasperczak wyprzedził Smudę w wyścigu o fotel selekcjonera.

Zdaniem “FN” Kasperczak otrzymał zapewnienie, że zostaniem mianowany nowym selekcjonerem i wybrał się nawet w czwartek do Warszawy, aby oficjalnie przejąć kadrę, przyjmował nawet gratulacje. Ostatecznie to jednak “Franz” otrzymał nominację od PZPN.

Co wpłynęło na decyzję związku? Zdaniem “FN”, ostra krytyka ze strony kibiców jaka spotkała Antoniego Piechniczka w środowy wieczór w programie “Warto rozmawiać” na antenie TVP sprawiła, że w nocy po emisji programu doszło do rozmów związkowych działaczy. Aby przypodobać się opinii publicznej włodarze PZPN postanowili obdarzyć zaufaniem Smudę.

KONIEC INFORMACJI

Druga rzecz to Mati Borek. Otóż znany komentator w lutym pogadał sobie towarzysko z chłopakami z FN (wtedy jeszcze nie istniał) a oni zrobili z tego wywiad. Mati, znając go, opowiadał jakie to on zrobiłby “szoł”, gdyby był dyrektorem sportowym w Śląsku Wrocław. A chłopaki napisali, że będzie i zrobi szoł.

Mati oczywiście wyparł się wszystkiego. Ani to wywiad ani on nie będzie dyrektorem Śląska.

A więc zaczęło się. Od jakiegoś czasu w ramach zemsty mamy co chwila materiały oMatim. Ostatnio było o tym, że Mati będzie dyrektorem kadry. Wiadomo, że nie będzie, ale chłopaki piszą mniej więcej tak: “Nie można mu wierzyć, raz już przecież zapewniał że nie będzie dyrektorem Śląska Wrocław, mimo pewnych informacji”.

Jakby zapomniano, że dyrektorem sportowym w Śląsku Wrocław nie był, nie jest i pewnie nie będzie. Wiele rzeczy już widziano, na pewno Mati miał ochotę… Wiem, bo nawet mi mówił, że może kiedyś by chciał, że to byłby fajny nowy etap. Ale wiadomo, to tylko takie gadanie. Od gadania do realizacji zazwyczaj jest kilka tysięcy kilometrów.

A reszta prasy? Nie będę przeklejał, trzeba kupić. Generalnie to samo – kibol Legii zachował się skandalicznie i został ściągnięty. Więcej nie wejdzie na mecz! Chciałbym, żeby za chwilę, po wielkiej medialnej nagonce, wszyscy się opanowali.

Wiadomo, zasada “nie negocjojujemy z terrorystami” musi obowiązywać w walce ze stadionowymi chuliganami. Ale pamiętajmy też, że między piknikami a terrorystami jest jeszcze 95 procent normalnych kibiców. I ci ucierpieli w skutek nieudolnej walki z kibolami takich panów jak Ostrowski, Miklas.

Tak jak trudno nie zgodzić mi się ze stwierdzeniem, że niejaki Staruchowicz to niebezpieczny prymityw i na stadiony wchodzić nie powinien (pisałem o tym jakieś X razy, tutaj i gdzie indziej) to jednak nie dajmy sobie wmówić, że ITI ma teraz w stu procentach rację. Nie miała i nie ma.

Komentarze (15)

Jak Wojciechowski traci życiową szansę

Nie będzie o Legii i wydarzeniach z meczu z Ruchem, nie będzie batożenia jakiegoś palanta, może gdzieś tam jednym zdaniem, może jakieś krótkie nawiązanie. Wbrew panującej modzie napiszę o… Polonii.

Józef Wojciechowski chciałby stworzyć w Warszawie drużynę na miarę europejskich pucharów. To znaczy gada, że chciałby stworzyć. W rzeczywistości nie idą za tym żadne czyny. A przecież jego Polonia Warszawa ma niepowtarzalną szansę właśnie teraz, dokładnie w tym momencie.

W latach 50-tych więcej kibiców przychodziło na Polonię, to wie każdy. Oczywiście fanom Legii nie mieści się to w głowie, ale potwierdza to nawet Lucjan Brychczy. A jednak dzisiaj legioniści śmieją się z Polonii, z tej garstki fanatyków, których najważniejszym celem jest nie tyle kibicować Czarnym Koszulom co antykibicować Legii, tym leczącym wieczne kompleksy biedakom. Szkoda ich, szkoda historii.

Z dawnej potęgi została tylko legenda.

Ale jak wiadomo wzięło się to tylko i wyłącznie z wyników. Bo niby z czego innego?

Kibic jest wierny i jedyny ale gdy jego drużyna nie ma wyników to najpierw przychodzi rzadziej, później jeszcze rzadziej a później w ogóle. Na koniec zostaje wierna garstka, która się starzeje, tak jak dziadki na Polonii.

Oczywiście historia futbolu jest zbyt krótka, by mówić o tym, że jest to reguła potwierdzona w kilkudziesięciu przypadkach. Ale wieloletnia obserwacja polskiej piłki każe mi tak przypuszczać.

Dziś, gdy trwa pseudoprotest kibiców Legii, gdy ludzie nie przychodzą na stadion, gdy Legia liczbą kibiców zbliża się do Bełchatowa czy Odry Wodzisław, Polonia ma niepowtarzalną szansę by zminimalizować tę “straty w ludziach”. Gdy kibice ze stadionu przy Łazienkowskiej kojarzą się z jakimś “staruchem”, prymitywem, bandytą, który namawia do przemocy, wykrzykuje antysemickie hasła, życzy śmierci właścicielowi klubu, naprawdę niewiele trzeba by zaskarbić sobie sympatię mieszkańców stolicy.

Ale do tego potrzebne są wyniki. Nazwiska medialne, jakaś akcja promocyjna. I raz jeszcze wyniki.

To oczywistości, szkoda że Wojciechowski tego nie wie.

Gdyby wiedział, zainwestowałby w zespół, bo jak na razie to jest skład, który moim zdaniem gwarantuje miejsca w przedziale 7-10. Jeden kolega z redakcji twierdzi, że to skład który daje możliwość walki tylko i wyłącznie o utrzymanie. Nie wykluczam, że ma rację.

Legia skończy niedługo budowę nowego stadionu, właściciel zainwestuje w zespół, pewnie będą wyniki, stadion się zapełni. A biedni poloniści będą zrzędzić, że znowu ktoś, gdzieś, jakiś spisek, jakaś niesprawiedliwość dziejowa.

A to przecież oni sami… z perspektywy czasu powiemy: oni i pan Wojciechowski, bogacz który znał się na budowie bloków ale nie miał zielonego pojęcia o piłce.

Komentarze (1)

Śmierć człowieka gór

Nigdy nie zajmowałem się himalaizmem. Chciałem spróbować. Jeden z moich rozmówców, Paweł Mularz zapytał: “Skoro nie jest pan specjalista, to po co panu taki temat?”. Właściwie nie odpowiedziałem. Jakoś to dyskretnie przemilczałem.

Był to po prostu temat, z którym chciałem się zmierzyć. Jerzy Kukuczka, Piotr Morawski i Piotr Kalmus to ludzie, których chciałbym poznać lepiej. Właściwie wydaje mi się, że poznałem ich dość dobrze. Można powiedzieć, że z każdą rozmową lepiej… chociaż tak naprawdę nigdy w życiu z nimi nie rozmawiałem. Nie miałem takiej możliwości, dlatego chciałem o nich opowiedzieć.

Jerzy Kukuczka był w pewnym sensie bohaterem mojej młodości. Pod koniec 1986 roku dostałem w prezencie od rodziców książeczkę “Gwiazdy Sportu 86″. Było tam kilka opowieści, lepszych, gorszych. Opowieść Macieja Biegi o Kukuczce była absolutnie nadzwyczajna. Chociaż nie byłem pasjonatem himalajów, opowieść o Kukuczce istniała gdzieś w mojej świadomości. Przez ponad 23 lata od czasu do czasu wyciągałem książkę ze starego pudła i czytałem tę fascynującą opowieść.

Piotr Morawski, drugi z moich bohaterów, dzięki któremu świat alpinistyczny znowu usłyszał o Polsce. Młody, silny, niezniszczalny, nie bojący się żadnego wyzwania. Oglądając filmy o nim, czytając wywiady z nim, miałem wrażenie, że jest to człowiek z którym znalazłbym wspólny język. Myślę, że wielu z nas by znalazło. Miał tę niezwykłą cechę, że był człowiekiem uniwersalnym. To wyjątkowo rzadka cecha, jakże pożądana.

Podobnie jak w przypadku Kukuczki poruszyła mnie jego niezwykła siła woli, taka jaką mają tylko jednostki absolutnie wybitne.

Wreszcie Piotr Kalmus. Dlaczego napisałem o nim historię? Nie wiem, to by była najprostsza odpowiedź. We wspomnianej opowieści Macieja Biegi pojawia się informacja o tym, że Piotr Kalmus zginął podczas wstępnego oblegania góry. Zacząłem szukać informacji w internecie. Właściwie nic poza tym, że zdarzenia miało miejsce na Nanga Parbat. Piotr stał się dla mnie jakimś symbolem człowieka, który ginie realizując swoje wielkie marzenie. Ginie jako postać na tyle anonimowa, że jego śmierć przeżywa najbliższa rodzina i kilku znajomych. W przeciwieństwie do Kukuczki czy Morawskiego nie jest jakimś nadczłowiekiem, ideałem, który porywa tłumy. Jest człowiekiem z krwi i kości, który poniósł śmierć jedną z wielu. Tak po prostu. Jest po prostu jednym z nas.

Teksty ukazały się w “Magazynie Sportowym”.

Znajdziecie je na bocznym pasku, w kategorii reportaże.

Komentarze (2)

Legenda

Śmierć człowieka gór, cz. 1

LEGENDA

4-letni Wojtek obudził się z krzykiem. Właśnie śniło mu się, że jest w windzie z ojcem i nagle zaczynają spadać. Ciocia powiedziała, żeby nie przejmował się i poszedł spać. Tak zrobił.
Dworzec kolejowy w Katowicach. 24-letni Wojtek Kukuczka idzie specyficznym, ale pewnym krokiem. Niezbyt wysoki, nie przywiązuje uwagi do ubrania, na głowie dredy. Matka mówi, że jest podobny do ojca. Ale tylko z charakteru. Cechy fizyczne, rysy, budowę odziedziczył starszy z braci, Maciek. Matka mówi, że jest jak ojciec tyle, że „w ciemnej oprawie”.
Wojtek na co dzień robi zdjęcia. Skończył Akademię Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Pracował przez chwilę w katowickim oddziale Faktu, można powiedzieć, że jest na etapie poszukiwania miejsca w życiu. Ostatnio zaczął zbierać materiały o ojcu. Zainteresował się wspinaczką. Na razie trenuje na skałkach ale ostatnio zapytał Ryszarda Pawłowskiego czy nie zabierze go na wyprawę w Himalaje.
– Jeszcze za wcześnie – odpowiedział Pawłowski.
Wojtek na razie pojechał tylko pod Lhotse, na grób ojca. Nie pamięta go. Ale nigdy nie miał do niego pretensji.
– Był niezależny, dokonał swojego wyboru, szanuję to – mówi.
20 lat temu Jerzy Kukuczka wyruszył na swoją ostatnią podróż. To miała być jego ostatnia tak ekstremalna wyprawa. Nigdy nie obiecał, że porzuci góry. Nie mógłby tego zrobić. Nawet gdy już zdobył Sziszepangmę, swój ostatni, czternasty ośmiotysięcznik. Wydawało się, że ma już wszystko.
Ale południowa ściana Lhotse nie dawała mu spokoju. To było największe wyzwanie himalaizmu końca lat 80-tych. A jak mówi Wojciech Kurtyka: „Gdy pojawiało się jakieś medialne wyzwanie, możliwość pokazania całemu światu kto jest najlepszy, wtedy Jurek po prostu ruszał do akcji”.
– Chciał udowodnić sobie, że może to zrobić. Innym nie musiał nic udowadniać, tylko sobie – uważa Cecylia Kukuczka.
W twarzy, oczach, w sposobie bycia pani Cecylii wyczuwa się pewną melancholię. Nawet gdy opowiada o swoim mężu, z pasją, z wielkim zaangażowaniem, gdy nagle się ożywia, z jej twarzy nie znika zaduma czy nawet smutek. Jesień to sezon dla dziennikarzy. Przyjeżdżają, pytają o męża. Tak jest rok w rok, teraz bardziej, bo to dwudziesta rocznica jego śmierci. Ale nawet po dwudziestu latach można odnieść wrażenie, że niektóre pytania sprawiają ból.

Wraca wspomnienie…
Ligota, dzielnica Katowic. IX piętro na wielkim blokowisku. Już ostatnie tygodnie tutaj, bo niedługo się wyprowadzą. Jerzy za osiągnięcia dostał przydział na bliźniaka. Cieszy się, że będzie miał swój własny pokój. Od kilku dni nie było od niego wiadomości. Choćby kilka słów w radiu czy telewizji. Pani Cecylia wieczory spędza przyklejona do radioodbiornika. W końcu coś powiedzą. Listy od Jerzego dochodzą czasem kilka dni po jego powrocie z wyprawy. Ale z odbiornika zawsze coś można usłyszeć.
- Nie czekasz na dobrą czy złą wiadomość. Po prostu na jakąkolwiek. Choćby jedno zdanie – mówi.
Wtorek to już najwyższy czas na jakiś meldunek. Dzwonek do drzwi, pani Cecylia wychodzi na klatkę. Janusz Majer, przyjaciel Jerzego, pojawia się z żoną za szklaną szybą. Patrzą na nią, spuszczają wzrok. Ona już wie. Jako pierwsza. To jest stalowa zasada, najpierw trzeba powiadomić rodzinę, za wszelką cenę zanim przedostanie się do mediów. Te w dalszej kolejności. Najgorsze co może być, to
dowiedzieć się z telewizji.
Kilka godzin później do agencji prasowych przedostaje się informacja: „Podczas wspinaczki na południowej ścianie Lhotse spadł i poniósł śmierć polski himalaista, Jerzy Kukuczka”.

Może się panie przysiądą?

Pani Cecylia kończy właśnie oprowadzać turystów, młode małżeństwo z dwójką dzieci. Opowiada z pasją. Dzieci chciałyby już iść ale rodzice słuchają z niezwykłym przejęciem, zadają pytania.
W Istebnej, w rodzinnym domu Kukuczków, wygospodarowała małą salkę i stworzyła izbę pamięci swojego męża. Tutaj znajdował czas na odpoczynek, zabawę z synami, Maćkiem i Wojtkiem, śpiewał przy ognisku piosenki „Starego Dobrego Małżeństwa”. I przyśpiewki góralskie. Po polsku i słowacku.
Kompletnie nie umiał tańczyć ale za to świetnie śpiewał. Uwielbiał to miejsce. Przyjeżdżał tu czasem, żeby choć na chwilę uciec od mediów. W domu czasem nie dało się już wytrzymać.
– Gdy Jurek zaczął zdobywać kolejne szczyty w domu cały czas ktoś był, cały czas dzwonił telefon. Wtedy wsiadaliśmy w samochód i jechaliśmy do Istebnej – mówi Cecylia Kukuczka.
Nie rozmawiali dużo o górach. Co tam czuł, jak niezwykłą walkę podejmował? Wszystkiego dowiedziała się już po jego śmierci, redagując  autobiografię męża.
- Naprawdę musieliśmy się natrudzić, żeby cokolwiek z niego wyciągnąć. Góry były tylko jego. W domu była rodzina – mówi pani Cecylia.
Opowiada zwiedzającym o sprzęcie, o wyprawach, o każdym szczycie. Ciężko uwierzyć, że gdy poznali się na początku lat 70-tych nie miała o tym pojęcia. Poszła z koleżanką na kawę do jednej z katowickich restauracji a Jerzy świętował swoje urodziny w towarzystwie kolegów z Głównego
Instytutu Górniczego. Panie nie miały gdzie usiąść, więc zaproponował jej miejsce obok.
- Skromny i jednocześnie bardzo przyjazny, bardzo mi się to spodobało – mówi Cecylia Kukuczka. – Widziałam w jego oczach że to bardzo dobry i uczciwy człowiek. Spodobaliśmy się sobie i tak od randki do randki…
Nazwisko Jerzego było wtedy już znane w środowisku polskich wspinaczy. Miał też bolesne doświadczenie ze śmiercią, która później będzie mu towarzyszyć, gdy w latach 80-tych po kolei ginąć będą jego partnerzy i przyjaciele.
W 1971 roku jednym z najważniejszych problemów polskich wspinaczy było zimowe przejście tzw. direttissimy Kazalnicy, czyli najprostszej drogi prowadzącej na szczyt. Ta sama ściana, która latem wydawała się dość prosta, zimą stanowiła niezwykłe wyzwanie. Wielką wyprawę szykowali
Krakowiacy pod wodzą młodego talentu, Wojciecha Kurtyki. Kukuczka próbował zmierzyć się ze wschodzącą gwiazdą taternictwa.
– Gdy przyjechaliśmy do schroniska nad Morskim Okiem zorientowaliśmy się, że Ślązacy z Harcerskiego Klubu Taternickiego są już w ścianie. Wiedzieli, że szykujemy swoją wyprawę i postanowili uprzedzić nas o jeden dzień – opowiada Kurtyka. Był Kukuczka, Zbigniew Jaworowski i
Piotr „Jim” Skorupa, przyjaciel Jerzego, być może najbliższy, z którym wspinał się od kilku lat.
Krakowiacy byli zirytowani, wręcz wściekli. Podjęli rękawicę. Wyprzedzili Ślązaków, bo ci postanowili przeczekać dwa dni z powodu załamania pogody. W końcu Kukuczka i koledzy zaczęli gonić. Pogoda
beznadziejna, teren ciężki, Kurtyka prze naprzód, metr po metrze, zostawia wszystkich w tyle, Kukuczka nie odpuszcza, narzuca ostre tempo.
Warunki są na tyle ciężkie, że jeden z „krakowiaków” pomaga ślązakom, użycza im liny.
Kukuczka wchodzi pierwszy na półkę skalną. Zaczyna grzać zupę dla kolegów. Skorupa jest tuż za nim. Kukuczka właściwie wyciąga do przyjaciela rękę… Mówi: „Chodź, dawaj”. Lina jest oblodzona. Jim łapie za tzw. węzeł Prusika. To niedopuszczalny błąd, wręcz śmiertelny… Węzeł zaczyna się zsuwać…
– Usłyszałem jakiś niewiarygodny krzyk, niemalże pisk, i za chwilę głośne rąbnięcie. Nie wiedziałem co się dzieje, mój partner Tadek Gibiński nie chciał nic powiedzieć. „Idź dalej, wszystko jest w
porządku, coś spadło” – rzucił. Dopiero nad ranem przyznał, że Skorupa zginął – opowiada Kurtyka. Ślązacy opuścili ścianę.
Kukuczka przyznał po latach, że przez kilka tygodni bił się z myślami, wrócić w góry czy nie.
Wrócił. Przechodził przez kolejne szczeble. W Dolomitach kamień oderwany od skały trafił go w głowę. Szedł dalej. W Alpach sam spadł z Marmolaty. Z ośmiu metrów. Podniósł się i osiągnął szczyt.
Dalej był McKinley na Alasce, gdzie ledwo przeżył i stracił kawałek palca, później Hindukusz. Zawsze w bardzo dobrym stylu. W końcu trafia w Himalaje. Cały czas wyżej, cały czas trudniej.
Pierwsze podejście na Nanga Parbat zakończyło się niepowodzeniem. Jednak Kukuczka odsuwa od siebie piętno tego, który źle znosi wysokość,  które przylgnęło do niego po McKinleyu.
- Wtedy, po Alasce, kilku ekspertów z klubu stwierdziło, że Jurek w wysokie góry się nie nadaje – przypomina Ryszard Warecki, przyjaciel Kukuczki.
Wyprawa w Himalaje to koszty. Milion złotych. Kukuczka i koledzy malują kominy. Są szybsi niż wszechpotężne Hutnicze Przedsiębiorstwo Remontowe. Znacznie szybsi. Podczas gdy „konkurent” potrzebuje na pomalowanie 80-metrowego komina kilka miesięcy, oni robią to… w tydzień.
„Bo my proszę pana, malujemy bez rusztowania. Na linach” – tłumaczy Kukuczka dyrektorowi jednej z wielkich kopalń. Dyrektor robi wielkie oczy, ale w końcu wykłada pieniądze. Jeszcze kilka kominów, kilka wizyt w gabinetach i można ruszać…
4 października 1979 roku wraz z Andrzejem Czokiem staje na szczycie Lhotse. Nie używają dodatkowego tlenu, co jest w tym czasie ogromnym osiągnięciem.
Kolejny sukces to Mount Everest. W maju 1980 roku, już nową trasą. Od tej pory Kukuczka będzie szukał nowych wyzwań, nie zadowoli się tym co banalne, osiągalne dla „zwykłych śmiertelników”.
W 1981 roku podejmuje próbę zdobycia Makalu. W stylu alpejskim z Wojciechem Kurtyką i Anglikiem Alexem McIntyre. Załamanie pogody powoduje, że muszą się wycofać. Nie kryją żalu. Kukuczka próbuje przekonać Kurtykę do powrotu ale ten postanowił, że to koniec.
– W takim razie pójdę sam – wypala Kukuczka. Koledzy są trochę zdezorientowani… Nie protestują. Kurtyka odpowiada: „Zatem idź, ale nie widzę szansy. Weź ode mnie wszystko czego potrzebujesz”.
Kilka dni później znowu są razem. Kukuczka ze swoim trzecim ośmiotysięcznikiem na koncie. Tyle nie osiągnął jeszcze żaden z polskich himalaistów. Znowu zwyciężył. Gdy dochodzi do siebie podczas kolacji, rzuca: „Dalibyście coś zapalić”.
Zdębieli.

Twardziel i geniusz

W pierwszej połowie lat 80-tych stworzył z Kurtyką duet marzeń. Himalajski dream team.
Bronowice, obrzeża Krakowa. Kurtyka otwiera drzwi, kończy załatwiać telefonicznie swoje interesy w Indonezji, uśmiechnięty od ucha do ucha. Mówi się o nim, jako o człowieku mocno ekscentrycznym, niechętnym mediom. Obraz ten okazuje się nieco zafałszowany. Pracuje właśnie nad opowiadaniem. Chce wykorzystać motywy autobiograficzne, chociaż przyznaje, że choć jest to już zaawansowane to nie wyklucza, że nigdy nie zostanie wydane…
Kurtyka, legenda świata alpinistycznego, w Polsce nieco w cieniu wielkich, medialnych nazwisk. Na zachodzie, wśród swoich, uznawany za mistrza. Jeden ze znanych wspinaczy mówi o nim tyle, że jeśli w alpinizmie można mówić o geniuszu czy jakimś nieprawdopodobnym talencie, to właśnie dotyczy to na pewno Kurtyki.
Reinhold Messner, czyli człowiek mający w tym świecie niemal patent na nieomylność, nazwał Kurtykę tym, który miał największy wpływ na europejskie wspinanie.
Kukuczka i Kurtyka, duet co najmniej dziwaczny. Nawet nie tyle niezwykły jest fakt, że się ze sobą wspinali, ile że po prostu w ogóle lubili spędzać ze sobą czas.
Kukuczka – typowy sportowiec. Czołg. Człowiek który zakłócił elitaryzm himalaizmu. Ślązak, elektryk. Kurtyka – człowiek o duszy artysty, syn Henryka Worcella, autora legendarnych „Zaklętych Rewirów”, niejako więc ucieleśnienie tego elitaryzmu.
Najtwardszy człowiek, jaki kiedykolwiek chodził po górach i geniusz wspinaczki.
Z jednej więc strony twardziel, Jurek, normalny i naturalny facet, któremu podobało się zainteresowanie mediów i popularność. Jego znajomi nie ukrywają, że o nią zabiegał, gdyż rozumiał, że wiąże się to z dofinansowaniem wypraw, ale też wynikało ze zwykłego ludzkiego cieszenia
się swoimi pięcioma minutami.
Z drugiej strony geniusz, Wojtek, wyjątkowo inteligentny facet ze skłonnościami do filozofowania, dbający niezwykle o formę wypowiedzi, w miarę możliwości stroniący od mediów, gdyż każdy udzielany wywiad jest jego zdaniem przyznaniem się do własnej słabości, którą jest próżność.
Jurek, tradycyjny katolik z krzyżykiem na szyi, w każdą niedzielę obowiązkowo meldujący się w kościele i Wojtek, wiecznie poszukujący prawdy o absolucie.
Jurek, prący na przekór wszystkiemu, przekonany o tym, że opatrzność chroni go przed śmiercią i Wojtek, którego wyobraźnia podsuwała najgorsze możliwe obrazy śmierci. Efektem tej jego przesadnej z pozoru ostrożności był fakt, że na wyprawach z jego udziałem doszło do zaledwie
jednego, niezbyt groźnego wypadku.
Ta oto „niezwykła dwójka” stanowiła, jak uważa Janusz Kurczab, prawdopodobnie najlepszy zespół w historii polskiego himalaizmu. Razem zdobyli 3 ośmiotysięczniki w zaledwie 2 lata. Wydawało się, że razem są w stanie zdystansować całą elitę światowego himalaizmu.
- Wbrew pozorom te wszystkie przeciwności doskonale się uzupełniały – uważa Kurtyka. – Jurek miał niezłomność i żelazną konsekwencję w dążeniu do celu, ja miałem spore możliwości techniczne. To było dobre połączenie.

Ich trawers Broad Peaków przeszedł do historii himalaizmu. Rozstali się wkrótce po tym, schodząc po udanej wyprawie.

- Jerzy w pewnym momencie chciał iść na Gaszerbrum IV, tak zwaną „Świetlistą Ścianę”. Ja powiedziałem, że nie, bo pogoda nie jest odpowiednia. Choć od lat było to przecież moje marzenie… – mówi Kurtyka. – Jurek w swojej książce wyrażał rozczarowanie, że ja nie chciałem wejść w ścianę. Ta próba to był błąd w sztuce, nie wchodzi się w takie monstrum, prawie 3 kilometry, kiedy pułap chmur sięga 6 tysięcy metrów, kiedy każdego dnia po południu prószy śnieg. Nie wchodzi się w
takich warunkach w stylu alpejskim gdy już nie ma odwrotu!
Czy więc Kukuczka był szaleńcem?
Kurtyka odpowiada: – Nie, Jurek wierzył, że człowiek potrafi wytrzymać o wiele więcej niż to się utarło, organizm ludzki według niego jest o wiele mocniejszy niż się mówi, zaś wypadki to są po prostu… wypadki. Jakby nie zdawał sobie sprawy że na przykład można umrzeć z wyczerpania. A
przecież siła ludzka w końcu się kończy. Jurek myślał, że zawsze można coś zrobić, zawsze można mieć wpływ na swój los.
Kiedyś Jerzy zwierzył się przyjacielowi, że gdy nie zdołał zdobyć góry, pytał w duchu najwyższego: „Boże mój, dlaczego nie pozwoliłeś mi wejść, przecież nic złego nie zrobiłem?”.
Janusz Majer, przyjaciel Kukuczki, dziś współwłaściciel firmy Hi-Mountain opowiada: – Siedzieliśmy z Jurkiem pod Świetlistą ścianą, patrzył na nią i opowiadał jak ją „ugryźć”, którędy pójść. Wróciliśmy do
bazy i wtedy pogoda się naprawdę zepsuła. Trzech z nas postanowiło, że schodzimy, wtedy Wojtek Kurtyka powiedział: „My z Jurkiem też schodzimy”. Jurek nie chciał. Miał takie podejście, że jeśli
zapłaciliśmy za zdobycie ściany, to musimy spróbować.

Ta sytuacja była katalizatorem. Kurtyka miał dość, załatwiał większość wyjazdów, pozwoleń, żywności. Chociaż Jerzy był mistrzem gdy przyszło do załatwiania golonki i szynki w puszkach. Nieoznakowanych. Tylko on wiedział, w której jest golonka, w której szynka. Wąchał puszkę i mówił.
Nigdy nie chybiał. Ale to wszystko było tłem. Jerzy miał inne cele. Chciał zdobyć wszystkie ośmiotysięczniki. Kurtyka żył swoimi marzeniami.
- Sporą rozbieżność między nami można było zauważyć przy wyborach celów. Ja wybierałem te, gdzie mogłem podziwiać naturę, cieszyć się wyzwaniami. Jurek był mentalnie w pełni ustawiony na największe wysokości. Gdy ja ujrzałem szczyt Trango Tower, spędziłem tam ranek i byłem tak roztrzęsiony, że ciężko mi było dojść do siebie, byłem jak po jakimś ciężkim kataklizmie wewnętrznym, tak to porażająco odebrałem. A on? Nie sądzę by w ogóle zrobiło to na nim jakieś wrażenie. Góra i tyle, nawet niezbyt wysoka… Jurek wybierał kolejne zdobycze z listy. Już
wiedział, że chce gonić Messnera – mówi Kurtyka.
Coraz częściej dochodziło do kłótni. Często z byle powodu. Ich rozejście było niezwykle symboliczne. Schodzili lodowcem Baltoro, w pewnym momencie jeden poszedł w prawo, drugi w lewo. Jurek skręcił na niespełna siedmiotysięczny Biarchedi i stamtąd na przełęcz Masherbrum La i do
doliny Hushe.
Gdy Kukuczkę zobaczył miejscowy nauczyciel stwierdził, iż wątpliwe aby stamtąd przyszedł samotnie. Do tej pory udało się to tylko sporej grupie amerykańskich przewodników. „To niemożliwe. Poza nimi nikt się tędy jeszcze nie przedostał” – stwierdził nauczyciel. Jerzy wzruszył ramionami. Nie starał się go przekonać. Próbował za to przekonać Kurtykę do dwóch wypraw zimowych i udziału w wyścigu po 14 ośmiotysięczników. Bezskutecznie. Kukuczka mówił, że zimą można zrobić dwa i zacząć gonić
Messnera.

- Dla Jurka to było zupełnie naturalne, gdyż on traktował wspinaczkę jako sport. Dla mnie było to wręcz niedopuszczalne – mówi Kurtyka.

Marsz

Kukuczka miał trochę racji. Kolejne ośmiotysięczniki padały, jeden po drugim.
Styczeń 1985, Dhaulagiri, razem z Andrzejem Czokiem.
Luty 1985, Cho Oyu razem z Andrzejem Heinrichem.
Lipiec 1985, Nanga Parbat razem z Heinrichem, Sławomirem Łobodzińskim i Carlosem Carsolio. Młodym Meksykanin, który później jako czwarty na świecie osiągnął wszystkie ośmiotysięczniki, tak napisał nam w mailu:
– Spotkałem go w bazie Rupal. Miałem pożyczony sprzęt albo taki domowej roboty a miałem spotkać legendarnego Kukuczkę, faceta który pewnie ma najlepszy sprzęt świata, najlepszego himalaistę świata… Co on pomyśli jak zobaczy ten mój sprzęt? Byłem bardzo zawstydzony. Gdy dotarłem do
bazy trochę byłem kompletnie zaskoczony. Zobaczyłem jak Kukuczka z Zygą Heinrichem szyją i cerują swoje ubrania. też mieli takie domowej roboty, z rosyjskich materiałów”.

Do końca roku miał już 9 szczytów. Kolejny rok i kolejne rekordy.
Styczeń 1986, Kanczendżonga, pierwsze zimowe wejście, z Krzysztofem Wielickim.
Lipiec 1986, K2, razem z Tadeuszem Piotrowskim. Międzynarodową wyprawę organizował słynny Karl Herrligkoffer. Wziął kilku Polaków i międzynarodowe towarzystwo, z Austrii, Szwajcarii, Niemiec.
Kukuczka wspomina w swojej autobiografii „Mój pionowy świat”: – To ty jesteś ten Kukuczka? Wcale nie wyglądasz na alpinistę… Markus, szwajcarski przewodnik, patrzy przy tym nie tyle na moje oczy, co znacznie niżej, tam, gdzie pod paskiem rysuje mi się niezbyt sportowy brzuch. (…) – Pogadamy na ośmiu tysiącach metrów – mruczę do siebie”. Markus ma jednak rację. Jerzy zdecydowanie nie przypomina herosa. Dopiero gdy zaczyna się wspinać zadziwia zachodnich mistrzów.
– Później spotykałem w swoim życiu wielu himalaistów z najlepszym sprzętem, wysokich, wysportowanych atletów, którzy psychicznie wysiadali w tych ciężkich warunkach na największych wysokościach. A niepozorny Kukuczka ze swoimi przerzedzonymi włosami, brakami w uzębieniu i
sporawym brzuchem, chyba od wódki, był tak niezwykle silny psychicznie i fizycznie. Nigdy nie słyszałem by się poddał. Był to na pewno najsilniejszy facet jakiego w życiu spotkałem. Jeśli coś mu nie szło po prostu rzucał co chwila to wasze charakterystyczne słowo na K, ale nigdy się przy tym nie skarżył i nie rezygnował – pisze Carsolio, uczeń Kukuczki.
Listopad 1986, Manaslu razem z Meksykaninem i Arturem Hajzerem.
Wszystkie te zdobycze w znakomitym stylu, wiele z nich okupionych śmiercią przyjaciół.
Na Nanga Parbat blok skalny, jakby specjalnie wyskoczył z lawiny i trafił Piotra Kalmusa, na Kanczenżondze z wycieńczenia zmarł przyjaciel Kukuczki, Andrzej Czok. Ta śmierć, jak opowiadała Cecylia Kukuczka, zabolała go najbardziej. Razem zdobywali swoje dwa pierwsze ośmiotysięczniki. Czok, wydawało się najtwardszy z ludzi, po prostu zaczął gasnąć. Gdyby Kukuczka zdał sobie sprawę z jego stanu i zamiast atakować szczyt sprowadził do na dół, mógłby przyjaciela uratować.
Na K2 zginął Tadeusz Piotrowski. Zgubił raki, spadając zsunął się po Kukuczce. Jerzy nic nie mógł zrobić. Wbił się ze wszystkich sił w ścianę i chciał tylko przeżyć.
W międzyczasie, podczas zakończonej niepowodzeniem wyprawie na Lhotse zginął Rafał Chołda. Kukuczka w pewnym momencie się odwrócił i zobaczył, że go nie ma…
Brnął dalej. Z Messnerem już przegrał. Włoch w 1986 roku wszedł na Lhotse. Miał komplet. Chociaż w pewnym momencie Kukuczka mógł liczyć na wygraną. Przecież gdyby Włoch musiał się wycofać, gdyby musiał odpuścić… Ale Messner, który przez lata dokonywał wyczynów nadludzkich i wyprzedzał swoją epokę, pod koniec wiedział, że nie tym razem nie może pozwolić sobie na czysto sportową rywalizację. Użył wszelkich środków i wygrał. Kukuczka musiał zadowolić się drugim miejscem.
Luty 1987, Annapurna z Arturem Hajzerem…
I w końcu, 18 września 1987 roku Sziszapangma z Arturem Hajzerem. Cel został osiągnięty.
„Stało się… Wszystko dociera do mnie powoli. Jak zawsze na tej wysokości, musi torować sobie drogę przez zmęczenie, łomot spracowanego serca, oddech szarpany głodem tlenu. I nie potrafię w sobie wyzwolić radości proporcjonalnej do przeżycia” – pisze Kukuczka w swojej autobiograficznej książce.
Gdy w pewnym momencie zbliżył się na odległość zaledwie dwóch szczytów do Messnera (10-12) szansa na wygranie tego pasjonującego śmiertelnie niebezpiecznego wyścigu stała się realna. Po latach zwolennicy zarówno jednego jak i drugiego przekonują, że to „żaden wyścig, bo Messner
pierwszy ośmiotysięcznik zdobył 9 lat wcześniej, więc Kukuczka nie miał szans”. Sam Kukuczka przyznał jednak, że zajął drugie miejsce w konkurencji 14 razy 8000. A więc wyścig był. Przecież gdyby Messner się zawahał, gdyby raz czy drugi przegrał z pogodą, wtedy sprawa byłaby otwarta…

Popiersie w honorowym miejscu

- Messner, słucham – głos w słuchawce jest mocny. Właściwie od razu słychać, że należy do człowieka zdecydowanego, niezwykle pewnego siebie. Znacznie zresztą łatwiej o takie wnioski, gdy wiadomo z kim mamy do czynienia. Reinhold Messner. Fenomen. Numer 1. Człowiek, który jako pierwszy zdobył czternaście ośmiotysięczników, jako pierwszy wszedł na Mt. Everest bez tlenu, człowiek, który zdobył Koronę Ziemi czyli najwyższe szczyty wszystkich kontynentów, który w końcu przejechał na
nartach Antarktydę. W końcu człowiek, którego sam Kukuczka uważał za swojego idola.

Czy choć przez chwilę myślał Pan, że Kukuczka może panu zagrozić w wyścigu 14 razy 8000?
- Nie. Ja nigdy nie traktowałem tego jako zawodów. Jerzy był cztery lata młodszy ode mnie i znacznie później wszedł w wysokie góry. Gdy on startował, byłem po środku mojej drogi. Zmagania to nie jest odpowiednie słowo. Wiem, że Jerzy, szczególnie pod koniec miał spore ciśnienie ze strony polskich mediów. Tyle tylko, ze ja zaczynałem na Nanga Parbat w 1970 roku a on, na tej samej górze 7 lat później. Nie ma natomiast wątpliwości, że on, między 1980 i 1986 rokiem był najsilniejszym wysokogórskim wspinaczem świata. Ja nie byłem już tak silny, choćby ze względu na wiek. Mój okres największej świetności przypadał na czas, gdy Jerzy jeszcze wspinał się w Alpach. Proszę też zauważyć, że Jerzy swoje szczyty zdobył podczas zaledwie 12 wypraw, ja miałem ich aż 18. Nie chcę powiedzieć, że on był słabszy, wręcz odwrotnie, był silniejszy. Ale miałem na starcie tak dużą przewagę, że nie było właściwie szansy by nawiązał rywalizację. Byłem w uprzywilejowanej sytuacji, mogłem sobie pozwolić na to by dokonywać innych rzeczy, nie ścigać się.

Czyli nie było więc nawet momentu gdy obawiał się pan o to, że Kukuczka może jednak wygrać?
- Nie, nigdy nawet o tym myślałem. Wiedziałem, że jeśli nie zginę na ośmiotysięczniku, zdobędę je wszystkie. W 1982 roku zdobyłem 3 ośmiotysięczniki w ciągu zaledwie 2 miesięcy, znałem więc swoje
możliwości i miałem sporą rezerwę. Proszę zresztą zwrócić uwagę, że w 1984 roku zamiast jechać po kolejne ośmiotysięczniki „do kolekcji” pojechałem zrobić dwa Gaszerbrumy, które już przecież zaliczyłem w poprzednich latach. To pokazuje, że nie spieszyłem ale po prostu realizowałem swoje kolejne założenia, swoje idee, które przychodziły mi do głowy . Ostatnią z takich idei było właśnie zrobienie samotnego trawersu dwóch ośmiotysięczników bez zejścia do bazy. Później mogłem
spokojnie zdobyć ostatnie szczyty.

Czy miał on coś, jakąś cechę, która była dla Pana szczególnie imponująca?
- Niezwykła była odporność i surowość z jaką traktował sam siebie. Potrafił marznąć, cierpieć, głodować i w końcu wchodził na szczyt. Dlatego właśnie był najlepszym wspinaczem lat osiemdziesiątych. W moim muzeum stoi jego popiersie z brązu, które dostałem od Polaków.
Postawiłem je wśród najwybitniejszych wspinaczy w historii, jak Andreas Heckmair czy Walter Bonatti. Jerzy zdecydowanie jest w jednej grupie z najlepszymi, jacy kiedykolwiek się wspinali. Niesamowicie silny i co ważne, wspinał się w znakomitym stylu. Jego wejście, razem z Tadeuszem
Piotrowskim na K2, w 1986 roku, było wręcz niezwykłe.
Wiele osób mówiło, że on nie wyglądał na alpinistę, mówiono nawet że był… po prostu gruby.
- Taki był, ale to nie był żaden mankament. Miał lekką nadwagę ale potrafił użyć tego w trudnych momentach, uczynił z tego swoją broń, był w tym niezwykle inteligentny. Na pewno nie będę krytykował Jurka za cokolwiek. Jest jedna rzecz, której żałuję… W 1982 roku jechałem na Czo Oju i zaprosiłem z Polski tylko Wojtka Kurtykę, jednego z największych alpinistów swojej epoki. To niezwykle inteligentny facet, którego filozofia, znajomość historii i praktyczne podejście bardzo mi
pasowało. Mieliśmy możliwość, żeby wziąć jednego alpinistę z Polski. Poza tym byli Włosi, Niemcy, Szwajcarzy. Powinienem zrobić wszystko, by zaprosić ich obu. Dziś z perspektywy czasu żałuję tego ale chciałbym podkreślić, że przyczyną śmierci Jerzego nie był wyścig ze mną.

Co więc było?
- Myślę, że presja polskich mediów. Po zdobyciu wszystkich ośmiotysięczników presja na niego była na tyle duża, że myślę iż nie do końca sam miał wpływ na to, co robić dalej, jaki cel sobie obrać.

Być może zginął, bo wiedział, że musi coś udowodnić, musi wejść na południową ścianę Lhotse, ścianę marzeń…
- Wie pan pewnie, że ja dwukrotnie poległem na tej ścianie. Raz w 1975 i później w 1989 roku. Wtedy powiedziałem moim przyjaciołom, że nie jestem wystarczająco silny by wejść na tę ścianę. To było wiosną. Jerzy przyjechał jesienią i chyba czuł zbyt duże ciśnienie, czuł że musi to zrobić. Na tej wysokości, w tych warunkach, ten wypadek zdarzyłby się każdemu…

Kiedy po raz pierwszy zdał pan sobie sprawę, że w ogóle jest ktoś taki jak Kukuczka?
- Pamiętam go z 1979, ale bardzo słabo. Spotkaliśmy się, gdy schodził z Lhotse, porozmawialiśmy trochę o wyprawach na Nanga Parbat. Wiedziałem kto to jest od kiedy wszedł na Mount Everest, a po tym jak z Kurtyką zrobili trawers Broad Peaków, dokładnie wiedziałem z kim rozmawiam, kojarzyłem go już bardzo dobrze. Zrobił też świetnie wejście na Gaszerbrum II, można powiedzieć, że robił te rzeczy, które i ja chciałem robić. I robił to w pięknym stylu. Zacząłem się wtedy interesować jego
osiągnięciami. Później jeszcze Erhard Loretan miał takie osiągnięcia w wyprawach na ośmiotysięczniki. Kukuczka wchodził nowymi drogami, wchodził zimą, samotnie na Makalu… Po nas trzech, większość himalaistów wchodziło na ośmiotysięczniki niemal na grzbietach jaków. To nie miało już nic wspólnego z naszą ideą alpinizmu. Kukuczka, Loretan i ja byliśmy tymi, którzy pokazali największą klasę. Później było niewielu takich wspinaczy.

Czyli mam rozumieć, że wyprzedzaliście swoją epokę o 10 czy 20 lat?
- Na pewno. Dzisiaj zresztą mało kto robi takie wejścia. Ludzie używają normalnych dróg. Dzisiaj mówi się, że wspinacze są szybsi niż ci w dawnych czasach jak my czy choćby Wanda Rutkiewicz. Wchodzi nawet sporo kobiet. Ktoś im przymocowuje liny i szybko wchodzą po tych linach… no to rzeczywiście jest szybciej. To nie to samo co robił Kukuczka, ja czy Loretan. My wyznaczaliśmy nowe, trudne trasy, zimowe wejścia. Ja dwukrotnie poległem w zimie, ale my próbowaliśmy, robiliśmy coś nowego.
Teraz zbyt dużo osób zalicza szczyty najłatwiejszymi drogami, najłatwiejszym stylem. Mówią: „Jesteśmy tam”.
Faktem było, że Kukuczka sporo ryzykował, wokół niego ginęło wiele osób, czy aby nie było tak, że jego śmierć była kwestią czasu? Czy jego styl nie był za bardzo ryzykowny?
- Wspinanie się w sposób w jaki to robiliśmy jest ryzykowne. On to wiedział, tak jak i ja czy Loretan. Generalnie Polacy w latach 80-tych bardzo ryzykowali. To nie jest niczyja wina. Po prostu Polacy tak się wspinali. Ryzykowali życiem. Dzisiaj wspinaczy ubezpiecza masa ludzi, helikoptery i tak dalej. My tego nie mieliśmy. W dzisiejszych czasach niewielu jest ludzi, którzy uprawiają alpinizm w takiej postaci. Polacy mieli niezwykle silną grupę wspinaczy, jeden pchał drugiego do przodu. Gdy kilku zginęło, miałem nadzieję, że Kukuczka zrezygnuje, zejdzie na niziny i zacznie szukać nowych wyzwań. Tak jak chociażby wyprawy na Antarktydę, pustynię… coś bezpieczniejszego. Ja tak zrobiłem i wciąż
żyję. Ale powiedzmy szczerze, żyję bo miałem też dużo szczęścia. Przecież na Nanga Parbat w 1970 roku byłem bliski śmierci.

Czy zdążyliście poznać się prywatnie?
- Nie, nigdy nie było takiej okazji, żebym poznał jego żonę czy dzieci. Ale oczywiście kilka razy pogadaliśmy w górach. Mogę powiedzieć tylko tyle, że w Katmandu czy w bazie zawsze było to bardzo miły facet, świetna osobowość. Był bardzo otwarty, lubił napić się wina z innymi
wspinaczami a następnego dnia, z samego rana startował na szczyt.

Gwiazda

Być może Messner miał rację. Jerzy mógł zejść na niziny, szukać nowych wyzwań. Miał od francuskich zdobywców (Jeana Louisa Etienne’a) ofertę przeprawy przez Antarktydę, którą jednak odrzucił. A przecież osiągnął swój najważniejszy cel w Himalajach. Musiał go osiągnąć. Kurtyka mówi o
„obsesyjnej wręcz żądzy pokonywania kolejnych szczebli”.
- Znany szwajcarski naukowiec, Dr. Oelz, który badał himalaistów, ustanowił jednostkę, którą nazywał imperatywem sukcesu. Jerzy miał tu niezwykle wysoki współczynnik – tłumaczy Tomasz Malanowski, współautor autobiograficznej książki Kukuczki „Na szczytach świata”.

Dr. Oelz potwierdził to w mailu. Napisał nam, że „Kukuczka miał wszystkie wskaźniki w normie, poza właśnie pragnieniem sukcesu, które było zupełnie niezwykłe”.

Malanowski pod koniec lat 80-tych, jeszcze za komuny, załatwił Kukuczce jedną z pierwszych komercyjnych reklam.
„Siła, sprawność, wytrzymałość” – brzmiał slogan reklamowy Biovitalu, którego butelkę trzymał w ręku Jerzy. Można ją było zobaczyć głównie na Śląsku, bo choć podziwiano go w całym kraju, to jednak tu był czczony niczym bóg. Cieszyło go, gdy ludzie proponowali by zrobił zakupy bez
kolejki, czy gdy dostawał kolejne ordery od lokalnych władz.
Rozpoznawano go z daleka, gdy podjeżdżał swym maluchem z charakterystyczną rejestracją KT 8000, którą załatwiła mu koleżanka z klasy pracująca w wydziale komunikacji. Bardzo lubił ten samochód,
kłócił się często ze swoim przyjacielem Ryszardem Wareckim, czyj maluch „ma więcej jadu”. Wkrótce zamienił go jednak na Poloneza, tego z kolei na Toyotę Corollę, jeden z niewielu tak klasowych samochodów na Śląsku i w końcu, niedługo przed wyprawą na Lhotse, sprowadził z Niemiec
Volkswagena Passata, jeden z pierwszych modeli o opływowych kształtach.
Wyróżniał się w Katowicach. Cieszyło go to, bo jak mówi Ryszard Warecki, „samochód to był jego drugi żywioł. Za kierownicą mógłby siedzieć godzinami”.
Był ulubieńcem mediów. Sam też powoli przekonał się do kamer i mikrofonów. Nigdy nie przepadał za dziennikarzami, ale zawsze starał się być miły. Malanowski wspomina, że „na początku kontakt był dosyć trudny. Jurek chciał pomóc ale miał jakąś blokadę. Dopiero po kilku spotkaniach rozluźnił się i
otworzył bardziej”.

Ściana

– Dopiero pod koniec jego życia czytałem wywiad z nim, gdy stwierdził: „Z upływem lat widzę, że alpinizm to jednak coś więcej niż sport”. Pomyślałem wtedy: „A tu cię mam” – śmieje się Kurtyka.
Może właśnie południowa ściana Lhotse była czymś więcej? A może jednak, jak twierdzi Ryszard Warecki, „było to czysto komercyjne wejście, które zapewniało zdobywcy miano najlepszego”.
Najbliżsi przyjaciele odradzali, dalsi znajomi podpuszczali.
- Pytali go: „Messner nie wszedł, ale ty Jurek chyba wejdziesz?” – mówi Ryszard Warecki. Uległ.
- Celina, żona Jurka oponowała. Bała się, z każdą wyprawą bardziej. Nie oszukujmy się, to jest prawo serii. Na każdej niemal wyprawie ktoś ginął. Ja też byłem przeciwko. Wszystko było „na nie”, poza finansami, bo akurat w sprawach finansowych wszystko ułożyło się idealnie – mówi Warecki.
Jerzy jako jeden z nielicznych nie miał wątpliwości. Na lotnisku w Warszawie na pytanie „Po co?” reportera TVP odpowiedział pytaniem: „A dlaczego rezygnować, skoro tak dobrze idzie?”.
Po opuszczeniu wioski Chuckung dochodzi się na Chuckung Ri, niewielki szczyt położony na wysokości 5,5 tysiąca metrów. Stamtąd widać całą ścianę. Jest potężna i robi piorunujące wrażenie. Nawet gdy idzie się pod Everest, właśnie południowa ściana Lhotse przytłacza już z daleka swoją potęgą najwyższy szczyt świata. Od podstawy kotła do szczytu jest prawie 4 kilometry niemal idealnej pionowej skały miejscami pokrytej śniegiem. Jej niezwykłość dostrzega się jednak dopiero podczas zachodu słońca, gdy pławi się w czerwono-złocistych barwach.
– To legenda. Ściana marzenie – mówi Ryszard Pawłowski. Kto ją zdobędzie, będzie nieśmiertelny.
Pogoda pod Lhotse nie dopisywała. Dyskusje trwały. Padła propozycja, żeby atakować z lewej strony. Zdecydowali się odrzucić tę wersje, wrócili do pierwotnego planu. Większość zeszła w stronę bazy. Kukuczka został z Pawłowskim. Chcieli spróbować.
– Wiedzieliśmy czym ryzykujemy. Byliśmy zmęczeni ale decyzja była świadoma – mówi Pawłowski. Po trzech dniach marszu byli już na wysokości ponad 8 tysięcy metrów. Szczyt był tuż, tuż. Szykowali decydujący atak.

Poszli spać wcześnie. Trochę rozmów o wszystkim i o niczym. Jak to zwykle w górach. Mało kto rozmawia tam o wzniosłych tematach. Dziewczyny, samochody, futbol. Kto co lubi. Wtedy oczywiście doszła polityka, bo Mazowiecki właśnie tworzył pierwszy rząd. Jerzy bardzo mu kibicował. Tak jak i całej „Solidarności”. Zazwyczaj czytał jeszcze trochę angielskiego, który przydawał mu się w wywiadach z zagraniczną prasą. Przy minus 30 stopniach nie rozmawia się za długo. Wstali chwilę
po 4. Pogoda akurat dopisała.
– Zjedliśmy jakieś słodycze, wypiliśmy coś ciepłego. Do szczytu brakowało nam niecałe 500 metrów. Nie wiedzieliśmy co nas czeka, byliśmy gotowi na to, że będziemy wracali po nocy.
Zostali we dwóch. Reszta czekała w bazie na morenie, na wysokości 5 tysięcy metrów.
Ruszyli o 8. Jerzy zaproponował, że poprowadzi pierwszy wyciąg.

– Ja asekurowałem. Wspinaliśmy się na cieńszej ale dłuższej, 80–metrowej linie – relacjonuje Pawłowski. Kukuczka założył dwa przeloty. Przeszedł już ponad 50 metrów i nagle zaczął się zsuwać.
– To jest normalne, takie rzeczy się zdarzają. Jakiś przelot zawsze zadziała – mówi.
Za chwilę wyrwał się pierwszy, musi zadziałać drugi. Nie zadziałał. Jerzy zsuwa się coraz szybciej, zaczyna obijać się o skały.
Pawłowski: – Wtedy było wiadomo, że całe uderzenie przejdzie na mnie… Jezus Maria, to koniec… skuliłem się zacisnąłem przyrząd do asekuracji… Nagle lina zahaczyła o jakiś występ skalny i przerwała
się. Podniosłem głowę, spojrzałem jeszcze na Jurka, spadał 3 kilometry w dół, do kotła. Zostałem sam z kawałkiem liny, chwila szoku, co teraz…
Ryszard Warecki wyszedł przed namiot, wyciągnął lornetkę. Od dwóch dni nie było żadnego kontaktu „z górą”. – Spojrzałem w górę i zobaczyłem, że schodzi jeden. Wtedy myślisz, który żyje? Odpędzasz od siebie te myśli, ale one wracają, nie masz na to wpływu. Patrzyłem i byłem przekonany, że
to Jurek zginął…

Winda

Skończył się weekend w Istebnej. Pani Cecylia pojechała z 9-letnim Maćkiem do Katowic. Musiał iść do szkoły. Wojtek został u cioci w górach. Szkoda było pięknej pogody. Wojtek przypomina sobie koszmar z windą: – Byliśmy z tatą w windzie. Nie chciała się zatrzymać. Tata naciskał „stop”, ale nie działało. Ktoś krzyknął „alarm” i zaczęliśmy spadać. Obudziłem się. To była czwarta rano. W Himalajach była 9. Rano przyszła wiadomość, że tato zginął. Nie wierzysz mi, co? Nieważne, tak
właśnie było.

Dodaj komentarz

Szczelina

Śmierć człowieka gór cz. 2

SZCZELINA

– Czy ja wyglądam jak wdowa? – pyta Olga Morawska. Na spotkanie przyszła z 2–letnim synem Gustawem. Starszy o 2 lata Ignacy pojechał gdzieś z wujkiem. Olga zapewnia, że tak jest lepiej, bo gdyby byli obaj, „roznieśliby knajpę na strzępy”. tym razem skończyło się na jednej zbitej solniczce i jednej zaginionej. Odnalazła się kilka dni później w domu.

Chłopcy powoli zaczynają rozumieć, co to znaczy że tata poszedł do nieba. Coraz częściej o nim rozmawiają. Gdy zapytali po raz pierwszy chciała płakać.

Zadzwonię do ciebie jutro…

– Gardło się ścisnęło. Łzy naszły do oczu… ale postanowiłam sobie, że jak ja zacznę płakać to oni przestaną pytać o Piotrka. A mi zależy żeby pamiętali, żebyśmy o tym mówili. Przecież mi nie jest przykro, że oni pytają, ale dlatego, że Piotrek nie żyje. Zacisnęłam zęby i odpowiedziałam – opowiada Olga. Chłopcy nabrali śmiałości. Ignacy zapytał ostatnio czy w niebie tata chodzi w czapce. Odpowiedziała, że oczywiście, przecież chłopaki zawsze chodzą w czapkach.

– Ignacy często opowiada jakieś historie, przypomina sobie co robił z tatą. Zawsze tą są prawdziwe historie, ma świetną pamięć. „A pamiętasz mamo jak wracaliśmy z tatą z przedszkola i cię spotkaliśmy?”, „A pamiętasz jak tata przywiózł naszego kota Marmurkę?” – mówi Olga.

piotr_morawski_szczyt

Jej samej wytłumaczenie śmierci Piotra nie przyszło łatwo. Przez kilka dni nie docierało do niej, że to prawda. Nawet gdy już wszystko było powiedziane. Nawet gdy było to wydarzenie dnia w telewizji… Właściwie do końca nie przekonał jej nawet telefon z kondolencjami z kancelarii prezydenta.

Gdy leciała do Nepalu, była przekonana, że zastanie go na lotnisku.

– Oglądałam film o Wandzie Rutkiewicz. Jej matka myśli, że córka jest gdzieś w klasztorze w Himalajach. Pomyślałam sobie: „No tak, stara kobieta”. I teraz to spotkało mnie… – mówi.

Gdy wylądowała na lotnisku w Katmandu, poszukiwała wzrokiem Piotra. Nie było go. Na przeciwko wyszedł tylko Peter Hamor… jego partner.
– Wtedy zrozumiałam, że Piotr naprawdę nie żyje, że to nie był żaden głupi kawał. Chciałam umrzeć na tym lotnisku – mówi.
„Kochanie, zadzwonię do ciebie jutro z bazy, może się uda pogadać dłużej” – to był ostatni sms, jakiego wysłał.

- Nie chodzi o to, że nie miał czasu. To ja go nie miałam. Nigdzie się nie spieszyłam. Wszystko przecież zdążymy zrobić – mówi.

Poznali się na imprezie w podwarszawskich Łomiankach. Przypadki sobie do gustu, być może dlatego, że mieli wspólną pasję. Uwielbiali podróże. Na pierwszą wspólną wyprawę pojechali do Karpacza. Autostopem. W Karkonoszach nie dopisywała pogoda, dlatego spakowali plecaki i ruszyli dalej, trochę na oślep. Wylądowali… w Barcelonie. Piotr jechał z uczelni na konferencje, później zostawał i zwiedzali. Grecja, Dania, wyprawa stopem z Pekinu do Szanghaju, na pół roku na
stypendium do Durbanu. Oświadczył się na Nord Capie.

Do gór wrócił dzięki żonie. W latach 90-tych chodził trochę po Tatrach ale kariera naukowa wzięła górę.
Olga Morawska: – Ja czytałam te wszystkie książki o Wandzie Rutkiewicz, o Zawadzie, chodziłam na spotkania z wielkimi alpinistami, Leszkiem Cichym czy Krzysztofem Wielickim… zaczęłam mu mówić: „Skoro tak ciągle myślisz o tych górach, to dlaczego do tego nie wrócisz?”.

100 dolarów piechotą nie chodzi

Dwa miesiące przed ślubem, z ciekawości, poszedł na spotkanie Klubu Wysokogórskiego Warszawa.

Planowano wyjazd na siedmiotysięczny Chan Tengri. Ustalano szczegóły transportu z bazy wojskowej Majda Adyr do bazy, z której zamierzano przypuścić atak. W dyskusję włączył się chłopak z drugiej strony sali.

Zapytał czy zamiast lecieć do bazy helikopterem nie lepiej przejść się na piechotę. Dla rozruszania kości. Różnica jest taka, że śmigłowcem leci się 20 minut a na piechotę idzie 4 dni. Ale idąc nie potrzebujesz aklimatyzacji… Wszyscy spojrzeli z politowaniem. Bez przesady, to żaden argument, warto jednak dopłacić te 100 dolarów za śmigłowiec.

– To co, nikt się nie pisze? – zapytał chłopak. Piotrek podniósł rękę.

100 dolarów jednak przemówiło mu do wyobraźni. Poszli we dwóch. Tak spotkał się z Marcinem Kaczkanem, z którym pracował na Politechnice Warszawskiej. Właściwie ich pokoje dzieli 100 metrów a jednak nigdy wcześniej o sobie nie słyszeli. Podczas wędrówki trochę się poznali.
Narzucili ostre tempo, zamiast czterech dni, szli trzy.

– Gdy wchodzisz coraz wyżej, wychodzą coraz to nowe choroby. A to brzuch boli a to głowa… a Piotrek miał taką postawę, że poboli i przestanie. Iść trzeba. To nas łączyło – opowiada Marcin. Na Chan Tengri weszli jako jedyni z całej wyprawy.

Rok później Piotr zderzył się z pierwszą przeszkodą nie do przejścia. Poległ na Piku Pabiedy.

– Myślałem, że się zniechęci. W pewnym momencie był zrezygnowany. Bardzo szybko przeszedł w góry wysokie, nie wiedział, że czasami tak jest, że łapiesz kryzysy. Wtedy trzeba je przeczekać – mówi Marcin, który na szczyt wszedł jednak samotnie.

Wakacje na K2
Piotr nie zrezygnował ze wspinania. Któregoś dnia dostali maila od Artura Paszczaka, szefa warszawskiego klubu: „Cześć chłopaki, czy nie mielibyście ochoty spędzić trzymiesięcznych wakacji w temperaturze minus 40?”. Wiadomość była zatytułowana K2. Wyprawę organizował sam Krzysztof Wielicki.

Piotrek bardzo chciał jechać, ale bał się powiedzieć żonie. Odpisał: „Sorry Paszczu, ale Olga i uczelnia”. Rzucił jej jakoś mimochodem, że była fajna oferta ale z niej zrezygnował. Nie mogła uwierzyć…

– Powiedziałam mu, że jeśli teraz tego nie wykorzysta, to nigdy już takiej szansy nie będzie. Mówiłam do kumpli: „Zobaczcie, miał taką propozycję i odmówił”. Zadzwonił do Krzyśka Wielickiego, zapytać czy to jeszcze aktualne. Pojechał – wspomina Olga.

Szli z Marcinem w karawanie jako nowicjusze. Myśleli, że będą czyścić buty i nosić plecaki. Właściwie dopiero przed wyjazdem zaczęli szukać zdjęć i opisów K2 w internecie.

- Po przylocie podczas karawany nie widzieliśmy góry ale powiedziano nam, że w pewnym momencie, gdy będziemy szli z chińskiej bazy do tzw. bazy pośredniej, KA 2 się odsłoni – opowiada Marcin.

Po wyjściu z bazy długo go wyglądali. Jak wygląda naprawdę? Czy jest dokładnie taki jak sobie go wyobrażali?
- Patrzyliśmy na kolejne góry i mówiliśmy zastanawialiśmy się: To ten!, Nie, jest tam, nie, tam, teraz to musi być to!” W końcu zobaczyliśmy… to musi być K2. Zaczęliśmy wynajdywać sobie różne formacje, tutaj żleb, tu coś tam, rozpracowywać górę… – opowiada Marcin. Gdy wyszli na
otwartą powierzchnię, ich oczom ukazał się niezwykły widok. Po prawej  stronie wyrosła monstrualna ściana, przy której ich dotychczasowa „K2” była jedynie małym pagórkiem.

- Staliśmy kilka minut, nie odzywaliśmy się. W momencie gdy zobaczysz prawdziwe K2 nie masz żadnych wątpliwości, że to jest to – mówi.

Podczas wyprawy okazało się, że są najmocniejsi. Piotrek, Marcin i Kazach Denis Urubko, jeden z najlepszych w swoim fachu. Doszli na wysokość 7630 metrów, wyżej niż ktokolwiek przed nimi. Piotrek przypłacił do utratą palca u nogi. Przez jakiś czas… nosił go w formie wisiorka.

W drodze powrotnej do bazy Marcin odwrócił się i zobaczył, że ktoś zbliża się do niego ze sporą prędkością. Sylwetka za chwile stała się wyraźniejsza, to nadbiegał Piotr. Człowiek biegnący na tej wysokości to dość niecodzienny widok…

Zapytał: „Czemu biegniesz?”
Piotr odparł: „Jeszcze przez godzinę będzie działał środek przeciwbólowy. Muszę w tym czasie zrobić jak największy dystans”.

Pobiegli razem.

Piotr zdobył uznanie. Zaczęto wymieniać go wśród obiecujących alpinistów. Drogę do wielkiej kariery utorowało pierwsze zimowe wejście na Sziszępangmę, z Włochem Simone Moro.

Pierwsza próba była nieudana. Podczas drugiej przyszła chwila zwątpienia. Kilka dni przed wylotem do Katmandu nadeszła wiadomość, że góra padła zimą. Uprzedził ich Francuz Jean Claude Lafaille. Za chwilę kolej na wiadomość. Zrobił to jednak poza sezonem i wejście nie zostało zaliczone jako zimowe. Jeśli wejdą, będą pierwsi, przejdą do historii himalaizmu.

Z Simone Moro, jednym z najlepszych obecnie himalaistów świata, porozumiewaliśmy się za pośrednictwem Internetu. Znak czasów.
- Podczas pierwszej, niedanej wyprawy byłem silniejszy od niego. Później sporo trenował i podczas udanego ataku był już bardzo silny. Nigdy nie było takiej sytuacji, żeby jeden musiał na drugiego czekać. Podczas ataku szczytowego byliśmy naprawdę szybcy. Wystartowaliśmy około 8 rano
i w około 4-5 godzin byliśmy na szczycie. Kilka godzin później byliśmy już na dole. Mimo przeraźliwego wiatru i zimna. Szybki w tych warunkach, to znaczy że możesz zrobić 30-40 kroków bez odpoczynku. To nie był facet, który marudził: „Jestem zmęczony, źle się czuję, jestem głodny,
chcę do domu” – pisze Simone.

Wejście na Sziszepangmę zimą zrobiło z niego gwiazdę świata himalaistycznego. Piotr Pustelnik, słynny zdobywca 13. ośmiotysięczników zaprosił go na wyprawę na Annapurnę w 2005 roku.

Pustelnik to w świecie himalaistów legenda. Na co dzień, normalny facet, pracownik BRE Banku. Spogląda ze swojego pokoju, z 13. piętra jednego z  łódzkich wieżowców. Ma widok na kominy. Kilka z nich malował, żeby zdobyć fundusze na wyprawy.

– Spotkaliśmy się w jednym z warszawskich lokali, w „Pędzącym Króliku”, przy Placu Teatralnym. Wyszliśmy z niego prawie w stanie mocno wskazującym, a Piotrek jeszcze musiał wrócić do domu na rowerze. „Pędzący Królik” stał się pewnym symbolem. Później spotykaliśmy się już w lokalu obok, gdzie nie mieli alkoholu – śmieje się Pustelnik.

Trafiony piorunem

To była wyprawa dla niego. Annapurna to jego przekleństwo, tylko jej brakuje mu do kompletu czternastu ośmiotysięczników. Pierwsza wspólna wyprawa, w 2005 roku, nie przyniosła powodzenia. Zaskoczyła ich pogoda. Podczas drugiej było bardzo blisko.

Byli blisko, od szczytu głównego dzieliło ich niecałe 100 metrów. Nie weszli. Po drodze natknęli się na chińskiego wspinacza, który doznał ślepoty śnieżnej. Na tej wysokości, bez pomocy, był już właściwie
martwy. Zrezygnowali z finiszu, by sprowadzić Chińczyka do bazy.

- Wtedy był w życiowej formie. Miałem świadomość, że jestem dla niego za słaby. Właściwie moja rola skończyła się, gdy skojarzyłem go z Hamorem. Idealnie do siebie pasowali – przyznaje Pustelnik.

Później wszystko przychodziło Piotrowi łatwo, jakby od niechcenia. Piotr Pustelnik mówi: „Jego kariera przypominała trochę moją, tyle że w pigułce. Wszystko było przyspieszone”.

W 2006 roklu z Peterem Hamorem zdobył Czo Oju, podczas tej samej wyprawy samotnie wszedł na Broad Peak. Później z Hamorem i jego rodakiem Dodo Kopoldem wspiął się na Nanga Parbat. I znowu z Hamorem, tym razem zrobił w fantastycznym stylu trawers Gaszerbrumów (I i II), co dało mu kolejne dwa ośmiotysięczniki do kolekcji i uznanie na całym świecie. Simone Moro uważa, że był coraz bliżej ścisłej światowej czołówki.
– Miał niezwykłą motywację by spełnić swoje marzenia, stać się sławnym, mieć lepsze życie – uważa Włoch. Ojciec Piotra, również naukowiec, nadużywał alkoholu, to nie była bogata rodzina. Piotr bał się o przyszłość swoją i dzieci, bał się że pójdzie w ślady ojca. To była właśnie jego dodatkowa motywacja.

Dlatego ta „łatwizna” to tylko pozory. Piotrek mocno się przygotowywał. Codzienne treningi na ściance wspinaczkowej, jazda na rowerze, w końcu bieganie… nie jakieś tam, ale bieganie maratonów. Poniżej trzech godzin. Był w życiowej formie. – Myślę, że mógł być nowym Kukuczką – uważa Simone.

Podczas kolejnej wyprawy na Annapurnę musieli zrezygnować z powodu załamania pogody. Piotrek napisał żonie sms-a. „Cześć, jesteśmy na 7 tysiącach metrów, właśnie dostałem piorunem”. Kilka godzin wcześniej nie było im do śmiechu. W pewnym momencie znaleźli się w samym środku burzy.
Wtedy trzeba zejść na dół, bo błyskawice uderzają zawsze w najwyższy punkt. Pioruny uderzając w powierzchnie rozpryskiwały się i trafiały „odłamkami” w Morawskiego, Hamora i Pustelnika.

Wydawało mu się, że jest nieśmiertelny

- Jest to cholernie bolesne. Nie zabija ale jeśli stracisz równowagę, to jest po tobie. Szczególnie na Annapurnie, gdzie po jednej stronie grani jest bardzo stromo – mówi Pustelnik. Bali się o życie. Odetchnęli dopiero po 6 godzinach marszu.

- Otarliśmy pot z czoła… – mówi Pustelnik.

To była wyprawa absolutnie niezwykła. Piotr zapamiętał z niej też najbardziej dziwaczne ze swoich spotkań w Himalajach. W swoich pamiętnikach pisał: „Siedzę na grani i patrzę na człowieka, który siedzi obok mnie. Idzie ze mną od samego wierzchołka. Wiem, że go nie powinno tutaj być. Nie powinno być nikogo oprócz mnie. Nie podejdę, bo jest zbyt daleko, a ja jestem zmęczony. Nie ma go tak naprawdę. Wstaję. On też. Schodzimy razem. Kiedy zmęczony wpełzam do namiotu on zostaje na
zewnątrz. Gotuję śnieg na wodę, chwilowo o nim zapominam. Kiedy się wychylam z namiotu, nikogo nie ma”. Później wyglądał czasem tej zjawy na ławce w warszawskim parku.

Na Annapurnie nie udało się. To już trzecie podejście. Trudno. Uda się następnym razem. Simone Moro uważa, że to była kwestia czasu.

- Miał wielkie plany. Chciał wejść na wszystkie ośmiotysięczniki, ale nie jakoś banalnie. Chciał to zrobić po swojemu, nowymi trasami, trawersami. Jedyne o co się martwił to o finanse – pisze Simone.

Żeby wyjechać na Dhaulagiri i Manaslu zapożyczył się u rodziny i znajomych. Będzie sukces, to pieniądze się zwrócą. Proste.
Urszula Domańska- żelazna, promotor Piotra, jak zwykle przyrządziła mały poczęstunek. Zawsze robiła to przed jego wyprawami w góry. Na Politechnice Warszawskiej wszyscy wiedzieli, który pokój należy do Piotra. Cały wyklejony plakatami i pamiątkami z wypraw, ozdobiony ramami od rowerów, starymi siodełkami.

- Gdyby ktoś zapytał, który należy do Piotra wystarczyło powiedzieć: „Zajrzyj do wszystkich to rozpoznasz” – mówi Aneta Pobudkowska, koleżanka Piotra z uczelni. Ze względu na rodzaj wykonywanej pracy na Politechnice nazywali go „wysokociśnieniowcem”. Jego praca miała
wykorzystanie przy kosmetykach. Na uczelni wspierali go i pasjonowali się jego wyprawami, chociaż czasem narzekali, że za bardzo zaniedbuje pracę naukową. Znajomi z uczelni namawiali go, by się zdecydował. Ale Piotr nie wiązał z karierą naukową przyszłości.

- Chciał żyć z robienia zdjęć i z prelekcji. Związać swoje życie z górami – mówi Pustelnik.

Zdjęcia to była jego pasja. Na każdą wyprawę zabierał obowiązkowo aparat, zeszyt i długopis. Wszystko notował. Prowadził dzienniki. Sam siebie nazywał grafomanem. Wchłaniał niezwykle szybko wiedzę. Na jednej z wypraw w dwa dni przeczytał „Wahadło Foucaulta” Umberto Eco. Tyle samo
zajęło mu przeczytanie „Historii Europy” Normana Daviesa. Wrzucał na uszy słuchawki, włączał „Pink Floyd”, „Led Zeppelin”, albo jakąś elektroniczną muzykę i czytał. Zaczytywał się zwłaszcza w historii. Był warszawiakiem i kochał stolicę, wręcz się nią pasjonował. Wolny czas spędzał odkrywając nowe miejsca w swoim mieście by później pokazać je znajomym. Na inną wyprawę wziął z kolei podręcznik do nauki Photoshopa. Pustelnik z niedowierzaniem pokręcił głową. Piotrek przeczytał „cegłę”
jak jakieś pasjonujące opowiadanie.

Dhaulagiri. Właściwie żadne wielkie wyzwanie dla kogoś takiego jak Morawski. Razem z Hamorem chcieli tę górę zdobyć niejako przy okazji. Może nawet ją zlekceważyli…

– Góra jak każda inna, nie chciałbym jej umniejszać ale mieliśmy tu się tylko przygotować na Manaslu – mówi Hamor. Spotykamy się w Popradzie, w hotelu o tej samej nazwie. Niedaleko dworca autobusowego. Przy dobrej pogodzie widać stąd Gerlach. Peter prowadzi coś w stylu agencji
turystycznej. Uczy wspinaczki. Pustelnik mówi, że Peter i Piotr byli od siebie niemal uzależnieni. Stworzyli jak twierdzi: „Doskonały duet, można nawet powiedzieć, że to był drugi najlepszy duet jaki chodził w tym czasie po Himalajach”.

Tego dnia schodzili z drugiego obozu do bazy. Właściwie biegli po płaskim odcinku, który przypomina gigantyczne boisko piłkarskie. Hamor na chwilę się pochylił. Gdy podniósł głowę, Piotra już nie było.

„No tak, szczelina” – pomyślał.

Każdy himalaista kilka razy w życiu wpada w szczelinę. Nic specjalnego. Piotr wpadł w taką z gatunku najgorszych. Zabójczy 25 metrowy lejek. Zakleszczył się. Znalazł się między dwiema bryłami lodu.

Hamor wezwał pomoc i zjechał do niego. Czas uciekał. W pewnym momencie doszło do niego, że wygląda to dramatycznie. W tych warunkach najlepsi himalaiści umierają po godzinie z wyziębienia organizmu. Piotr był uwięziony już trzecią… Wytrzymał kilkakrotnie więc niż w tych warunkach mógłby wytrzymać przeciętny człowiek.

– Nie mogłem nic zrobić tylko trzymać go w świadomości. Gadaliśmy. To była taka rwana rozmowa, „trzymaj się, dasz radę, musisz wytrzymać”. Nie pozwoliłem mu się żegnać. To by oznaczało, że się poddał – mówi. Po trzech godzinach z bazy dotarła ekipa TOPR-owców. Wyciągnęli Piotra.

Hamor wjechał po kilku minutach na górę i zobaczył, że lekarz płacze…

Zrozumiał, że to koniec.

– Piotr był jak tur, torował drogę, niezwykle silny – mówi Hamor. W starciu z górami nawet ten, wydawałoby się nadczłowiek, musiał polec. Okrutne jest to, że stało się to w tak banalnych okolicznościach. Na tym prostym ale jednak niezwykle podstępnym terenie zlekceważył zasady
bezpieczeństwa. Jakby zapomniał, że chodzenie po górach to coś zupełnie innego niż zwykłe przejście przez pasy. Olga mówi, że „Wydawało mu się, iż jest nieśmiertelny”. W końcu nigdy nic poważnego mu się nie stało. Jeśli nie liczyć odmrożonego palca, właściwie nigdy nie miał choćby najmniejszego wypadku.

Olga Morawska powoli dochodzi do siebie. Właśnie wróciła z Nepalu. Pod Dhaulagiri postawiła pamiątkowy czortem i wmurowała tablicę. Mówi, że jest znacznie lepiej, że bardzo jej ta podróż pomogła. Jest znowu pełna zapału. Przygotowuje się do napisania książki o Piotrku. Chce
wykorzystać jego zapiski. Rozmawia też w sprawie filmu dokumentalnego.

Zdjęcie przysłał mi do wykorzystania Simone Moro.

Komentarze (1)

Starsze wpisy »