Deyna w Manchesterze City

To tekst z Anglii. Tu ograniczyłem się do zbierania materiałów i drobnych poprawek. Miałem dobrą wymówkę, przygotowywałem się do ślubu, zresztą własnego :)

Tu są kluczyki, zaparkuj moje auto

Koniec lat 70, Manchester. Pod bramę stadionu Manchesteru City na Maine Road podjeżdża piękne BMW. Wysiada z niego mężczyzna ze sportową torbą na ramieniu, samochód zostawia na chodniku przed głównym wjazdem. Piłkarze i trenerzy wjeżdżają na treningi inną bramą, od tyłu, a swoje pojazdy zostawiają na specjalnym parkingu przy boisku treningowym. Młody mężczyzna wchodzi jednak główną bramą i udaje się prosto do budynku, gdzie urzędują prezes, kierownicy i dyrektorzy klubu. Wszystkie kolejne sekretarki wpuszczają go już bez pytania, gdyż procedura powtarza się niemal codziennie. Mężczyzna pewnym krokiem wchodzi do gabinetu zajmowanego przez sekretarza generalnego Manchester City, Bernarda Halforda,
zajmującego się na co dzień wszystkimi najważniejszymi sprawami klubu – transferami, negocjacjami, polityką kadrową itd. Lekko łysiejący Halford, noszący na co dzień elegancki garnitur i nienagannie dobrany krawat, unosi tylko głowę znad jakichś papierów.
Mężczyzna rzuca kluczyki od BMW na jego biurko. – Park the car – mówi z wyraźnie obcym akcentem, po czym się obraca na pięcie i wychodzi. Tym razem idzie już w kierunku boiska treningowego. Halford bez słowa protestu, a nawet uśmiechając się, podnosi kluczyki i idzie zaparkować samochód Kazimierza Deyny.

Wielki transfer
Gdy w 1978 roku Deyna trafił do City było to wydarzenie nie tylko dla klubu, ale nie przesadzając dla całej First Division, jak wówczas nazywała się najwyższa klasa rozgrywkowa w Anglii. Oczywiście już wcześniej zagraniczni piłkarze trafiali do wyspiarskich klubów, ale to były wyjątki, bo dopiero po mistrzostwach świata w Argentynie, od sezonu 1978/79, zakaz gry dla obcokrajowców oficjalnie zniesiono.
– To było wielkie wydarzenie – wspomina Gary Owen, który gdy Deyna trafił do City miał zaledwie 20 lat i powoli wchodził do pierwszego zespołu, chociaż był już młodzieżowym reprezentantem Anglii. – Kazi był jednym z pierwszych zagranicznych piłkarzy, który trafił do First Division, a w tamtym czasie zdecydowanie najbardziej znanym z tych, którzy przyszli. Hej, przecież to był kapitan reprezentacji Polski, uczestnik dwóch turniejów finałowych mistrzostw świata, zdobywca trzeciego miejsca z 1974 roku, trzeci
piłkarz na świecie za Cruyffem i Beckenbauerem. Wszyscy o tym wiedzieli, wszyscy o tym pisali i mówili. Nie zapomnę jak któregoś dnia pojawił się wreszcie na treningu. Byłem o krok od tego żeby do niego podejść i wziąć autograf. Widzicie, byłem jeszcze młodym chłopakiem. Piłka to była moja pasja. Miałem w domu album, do którego wklejało się zdjęcia wszystkich piłkarzy, którzy brali udział w mistrzostwach. Deyna oczywiście też tam był. Świeżo jeszcze miałem w pamięci mecze z jego udziałem, oglądane w telewizji.
Naprawdę, gdyby nie to, że cała drużyna by się ze mnie śmiała, to odnalazłbym ten album i poprosiłbym go o wpis – mówi Owen, który dziś prowadzi firmę zajmującą się handlem sztuką, a także pisuje felietony na temat swojego ukochanego Manchester City, którego jest wychowankiem.
W Manchesterze Deyną zaopiekowały się dwie osoby. Wspomniany wcześniej sekretarz klubu Halford, oraz były polski skoczek w dal – także legionista, a więc znający piłkarza jeszcze z Warszawy – pracujący w hotelu Middlans, Jerzy Bergier, w Anglii znany jako George. Gdy umawiamy się z nim w centrum Manchesteru wypatrujemy kogoś o polskich rysach twarzy. Przed nami wyrasta jednak człowiek mogący swobodnie uchodzić za wzorzec angielskiego dżentelmena.

- Kazik został w City przyjęty po królewsku. Miał tu wszystko. Klub spełniał jego każdą zachciankę. Począwszy od domu, poprzez samochód, skończywszy na wyposażeniu wszystkich pokojów – opowiada Bergier. – Na lotnisku czekał na niego specjalny komitet powitalny. Były kwiaty, przemówienia. Pierwszy mecz City grało na wyjeździe w Norwich. Polecieliśmy tam prywatnym samolotem ówczesnego prezesa Petera Swallesa. Przed pierwszym gwizdkiem
Kaziu w niebieskim szaliku wyszedł na murawę, przywitał się z zespołem, podszedł do kibiców City.
-Kazi to był fantastyczny człowiek. Jeden z najmilszych jakich spotkałem w swoim życiu – mówi Halford, z którym spotkaliśmy się w kawiarence w budynku klubowym Manchester City. – Kiedy tu tylko przyjechał, nagle zacząłem robić rzeczy, których nigdy wcześniej nie musiałem robić. Latałem po sklepach i wybierałem firanki, zastawę stołową i łóżeczka dla dziecka. Normalnie takie sprawy w moim domu załatwiała żona. Teraz ja musiałem to wszystko dla Kazi’ego zrobić – śmieje się Halford. Mógłby mieć pretensję. Może nawet powinien, wszak był poważnym działaczem, poważnego klubu, a beztroski Deyna uczynił zeń niemalże swojego asystenta. Halford wyraźnie miał jednak do Polaka słabość. – Nigdy nie zapomnę, jak któregoś dnia wszedł do mojego gabinetu z rurą od odkurzacza w ręku. Podszedł do biurka, rzucił ją i powiedział tylko dwa słowa „no good” (nie dobre) – Halford jest wyraźnie rozbawiony wspomnieniem o swoim niesfornym podopiecznym. – Ale ja
go po prostu kochałem. To był taki zabawny człowiek. Miałem przez niego pełne ręce roboty. Kiedy znajdował mandat za wycieraczką, to po prostu go wyrzucał. Po kilku dniach przychodziło wezwanie z policji i oczywiście ja musiałem latać i wszystko za niego załatwiać.
Dziennikarzem, który najwięcej pisał o Deynie był reporter Manchester „Evening News” Peter Gardner. – Zanim doszło do przeprowadzki spędziłem w Warszawie, razem z Kazim, trzy dni. Tłumaczem był jakiś Polak amerykańskiego pochodzenia, dziś już nie pamiętam jak się nazywał. W każdym razie Deyna podjął nas kolacją u siebie w domu, chodziliśmy z nim na treningi, oglądałem jakiś mecz ligowy. Z tej wizyty powstały cztery wielkie artykuły, w których opisywałem Kazimierza, jego przeszłość, jak żyje, no wszystko.
Gardner co roku publikował także w formie książkowej podsumowanie sezonu. Oprócz tabel, statystyk i przypomnień najważniejszych meczów, osobne rozdziały poświęcone były najważniejszym piłkarzom sezonu. – Napisałem w tej książeczce takie zdanie: Działacze City cztery miesiące próbowali wyrwać zza Żelaznej Kutyny Kazimierza Deynę, by zaledwie
po czterech tygodniach się zorientować, że gra nie była warta zachodu – dziennikarz przerywa i pochyla się w swoim białym fotelu, stojącym w białym salonie, w białym domu na przedmieściach Manchesteru, widać, że szuka słów, po czym wypala. – Kazi to była katastrofa!

Maszynka, maszynka
Pod koniec lat 70. i na początku 80., kiedy Deyna grał w Anglii, do Polski docierały tylko strzępki informacji na temat tego, jak się wiedzie niedawnemu jeszcze kapitanowi reprezentacji. Także dlatego, że Kaka zrezygnował z występów w kadrze i mało w ojczyźnie bywał, zaś w tamtych czasach dziennikarze nie mogli tak swobodnie jak dziś przemieszczać się po Europie. Co zatem takiego się stało, że uznawany za najlepszego piłkarza w naszej historii Deyna nie poradził sobie w First Division? Szczególnie, że jak podkreślają niemal wszyscy, Kaka był jednym z najlepszych piłkarzy, jaki kiedykolwiek trafił do City…

- Deyna przede wszystkim nigdy nie nauczył się mówić po angielsku – rozpoczyna z nami rozmowę Paul Power. Zawodnik, który w barwach City rozegrał 447 meczów na przestrzeni 11 lat. Dziś jest trenerem młodzieży w akademii piłkarskiej The Citizens na Platt Lane. – Szczerze mówiąc główną przeszkodą było moim zdaniem lenistwo. Kaziu był naprawdę leniem. Żebyście mnie dobrze zrozumieli. To był genialny piłkarz, absolutnie fantastyczny, jeden z najlepszych techników nie tylko w City, ale być może i całej lidze. Do Anglii przyjechał jednak już po 31 urodzinach. Szybko się zorientował jak inna jest angielska
piłka, od tego, co znał z ligi polskiej, czy nawet z gry w reprezentacji, i stwierdził, że jednak nie będzie się wysilał. Wydaje mi się, że tak to sobie kombinował: „Mam już ponad 30 lat, swoje osiągnąłem, nie będę się wysilał, pracował nad wytrzymałością, jakoś to pójdzie, dam sobie radę samą techniką”.

- Nigdy nie zapomnę jak wyglądały konferencje prasowe Kaziego. Dziennikarze zadawali pytania George’owi Bergierowi, ten pytał Deynę po polsku. Kazi odpowiadał, George tłumaczył nam z powrotem. Dziś to jest absolutna norma, tylu mamy zagranicznych piłkarzy, ale wtedy dla nas było to co najmniej dziwne – wspomina Gardner, po czym wybucha śmiechem. – Taka konferencja ciągnęła się w nieskończoność. Pytaliśmy go o rozmaite rzeczy, za każdym razem ten korowód powtarzając. Po dobrej pół godzinie, najmniej, wstał jeden z dziennikarzy i mówi w kierunku George’a: „Proszę cię, spytaj Kazie’ego czy ma problemy z komunikacją na boisku”. Cała sala gruchnęła śmiechem.
W tym samym czasie co Deyna pojawił się w City Jugosłowianin Dragoslaw Stepanović. Jak dziś wspominają ówcześni zawodnicy The Citizens, zupełne przeciwieństwo Deyny. O ile Kazi, jak nazywali Anglicy Kazimierza, nawet nie próbował uczyć się angielskiego, to Stepi (taki z kolei pseudonim szybko dostał Stepanović) był wręcz wzorcowym przykładem, jak – oczywiście wedle Anglików – powinien zachowywać się obcokrajowiec na Wyspie.
– Stepi codziennie kupował sobie gazetę. Jak było tam jakieś słowo, którego nie rozumiał, wypisywał je sobie na kartce, razem z tłumaczeniem, a także jak może być użyte w zdaniu. Taką kartkę wieszał w domu na tablicy. Tymczasem Kazi do końca tylko dukał i wypowiadał półsłówka. Oczywiście zaaklimatyzował się w szatni. Śmiał się z naszych żartów, ale czasem miałem wrażenie, że śmieje się zupełnie nie rozumiejąc, co tak naprawdę się wokół niego dzieje. Szybciej ja się nauczyłem polskiego, niż Kazimierz angielskiego – żartuje Power. – Byłem kapitanem zespołu. Musiałem pomagać nowym w aklimatyzacji, więc na początku często dzieliłem pokój z Deyną na meczach wyjazdowych czy tournee. Po jakimś czasie wiedziałem jak jest maszynka do golenia po polsku. Kazi nigdy nie brał swojej, więc rano chodził po pokoju i na migi mi pokazywał, że się goli, powtarzając „maszynka, maszynka”, dopóki nie dałem mu swojej.
Power ? chociaż był w klubie przez cały okres gry Deyny w Manchesterze City – nigdy z Polakiem się nie zaprzyjaźnił. Nie spędzał z nim zbyt wiele czasu.

- Kazi był naprawdę bardzo cwanym człowiekiem – uśmiecha się pod nosem sekretarz Halford. – Oczywiście na początku nie znał angielskiego. Z czasem jednak zdecydowanie się wyrobił. Doskonale jednak opanował sztukę wykorzystywania angielskiego tylko wtedy, kiedy to mu się podobało, czy opłacało. Jak coś było nie tak, udawał, ze nie rozumie ani słowa – puszcza oko Halford.
– Moim zdaniem Deyna szybko się zaaklimatyzował – mówi Gary Owen. – Miał świetne poczucie humoru, typowo piłkarskie. Oczywiście, dzięki grze w reprezentacji przez tyle lat, bycie jej kapitanem itd. Doskonale nauczył się przez lata kariery funkcjonować w szatni. Błyskawicznie zaczął łapać angielskie poczucie humoru, naszą mentalność. Oczywiście, że się z niego śmialiśmy, ale on szybko się zaczął odgryzać. Gdyby nie rozumiał, nie umiałby tego zrobić, prawda? – pyta retorycznie, po czym wspomina swoich kolegów z Grecji, którzy witali go najróżniejszymi obelgami i stekiem wyzwisk. – Piłkarze to taka bardzo specyficzna grupa. Jeżeli chcą komuś pokazać, że jest mile widziany, jeżeli chcą, żeby dobrze się poczuł w zespole, to zachowują się dokładnie tak, jakby chcieli osiągnąć przeciwny rezultat. Ale Kazi doskonale to rozumiał. Wiedział, że to nie jest złośliwe.
Umiał zawsze coś powiedzieć, jedno słowo, które rozładowywało sytuację. Albo zrobić jakąś minę. Zresztą o czym my rozmawiamy. Nie zostaje się kapitanem reprezentacji, nie wchodzi się na ten poziom, jeżeli jest się cichym i zahukanym gościem.
Słowa sekretarza klubu i Gary’ego Owena potwierdza bramkarz ówczesnego Manchester City, Joe Corrigan. To prawdziwa legenda klubu (niemal 600 występów, drugi wynik w historii City) i jeden z najlepszych bramkarzy w historii angielskiej piłki. Jego wielki pech polegał na tym, że trafił na erę Ray’a Clemence’a i Petera Shiltona. W reprezentacji rozegrał więc tylko dziewięć spotkań, ale był regularnie powoływany jako trzeci golkiper.
Gdy Deyna trafił do Manchesteru Corrigan, będący w podobnym wieku – miał 30 lat – stał się chyba najbliższą Polakowi osobą z zawodników.
-Kazi nie mówił po angielsku? – dziwi się potężnie zbudowany Corrigan. – Co to za bzdura. Z tym, z kim chciał, to rozmawiał. Oczywiście nie był to poetycki język, ale swobodnie można z nim było pogadać. I to niemal na każdy temat. Pamiętam doskonale jak kiedyś Kazi do mnie podszedł i pyta się „Joey możemy pogadać?”, ja mu na to „Oczywiście, co cię dręczy?”. Deyna jednak naciskał, żebyśmy najpierw napili się piwa, widać, że coś mu ciążyło. Poszliśmy do baru, zamówiliśmy po jednym, w końcu Kazi pyta się mnie: „Joey powiedz mi, ile ci płacą?”. Byłem mocno zdziwiony, odpowiadam mu: „Kazi, tutaj nie rozmawiamy o pieniądzach. To, ile dostaje, to moja prywatna sprawa, a dlaczego pytasz, co cię gryzie?”. Deyna westchnął i ze smutną miną powiedział: „Bo mi się wydaje, że mi dają za mało”. No to wtedy ja zapytałem: „Kazi, a tobie ile płacą?”. Pamiętam, że popatrzył się na mnie smutno i niemal zawstydzony powiedział: „80 funtów tygodniowo”. Jeżeli to
prawda, to faktycznie mało mu płacili. Opowiadam wam to jednak dlatego, żebyście zrozumieli, że Kazi naprawdę mówił po angielsku. To był w ogóle dla mnie zaszczyt, że zdecydował się na tę rozmowę ze mną. Poczułem się wtedy jak ktoś wyjątkowy, w końcu Kazi zawsze uchodził za człowieka bardzo skrytego, zamkniętego w sobie, a mi tak zaufał – wspomina Corrigan. – Innym razem opowiadał o idiotyzmach reżimu komunistycznego. Wspominał, że nie pozwolono mu zabrać ze sobą do Manchesteru medali olimpijskich, ani tych z mistrzostw świata.

Ci nieszczęśni Polacy
Na przeszkodzie w lepszym opanowaniu języka, a także zintegrowaniu się z drużyną stanęli rodacy Deyny, czyli potomkowie polskiej wojennej emigracji. W owym czasie w Manchesterze było ich całkiem spora kolonia. Prężnie działał polski kościół, a także polski klub Valley Range na Ayers Road w dzielnicy Manchesteru – Trafford. Polskich klubów było zresztą więcej: inny, w którym często bywał Deyna, znajdował się na Cheetham Hill. Na dole restauracja, gdzie serwowane były polskie potrawy i oczywiście wódka, na górze sala do wynajęcia na wesela czy imprezy. Stoły bilardowe, pokoje do gry w karty – a że Deyna w karty grać uwielbiał, przyznają niemal wszyscy rozmówcy. Przy klubie działał nawet zespół pieśni i tańca ludowego. Delegacja polskiej emigracji witała swojego bohatera już na
lotnisku, gdy tylko przybył podpisać kontrakt do Manchesteru. – Ci ludzie, i mówię to otwarcie, bez ogródek, zniszczyli Kazikowi karierę ? z powagą w głosie stwierdza Jerzy Bergier. – Od niemal samego początku odradzałem Kaziowi i jego żonie Marioli spotykanie się z tymi ludźmi. Szybko się na nich poznałem. Ale on był uparty. Zajęło mu to mniej więcej miesiąc, żeby się dobrze z nimi wszystkimi zaznajomić. A potem to już niemal każdego wieczora były karty i wódka z Polakami w klubie. Szczególnie w późniejszym czasie, kiedy Deyna grał coraz mniej i na coraz więcej niesubordynacji mógł sobie pozwolić.
Deyna niechętnie bywał w domu. Klub wynajął mu willę w najlepszej wówczas dzielnicy Manchesteru – Wilmslow.

- Wtedy to było ulubione miejsce wszystkich gwiazd z miasta i okolic. Swoje domy mieli tam piosenkarze, artyści, aktorzy i ludzie telewizji. Oczywiście, było to także ulubione miejsce piłkarzy i menedżerów obu klubów z Manchesteru – opowiada nasz przewodnik, czyli Jerzy (George) Bergier. – To był nowo wybudowany dom, postawiony w takim zaułku, gdzie stało kilka w podobnym stylu. Na dole miał wielki salon i dużą kuchnię, na górze cztery sypialnie. Na tyłach domu był ogród, którego ani Kazik, ani Mariola jednak nie uprawiali. Był całkowicie zarośnięty wysoką trawą. No, ale kiedyś zepsuła mu się kosiarka. Pojechał z nią oczywiście do Halforda. Widocznie Bernard nie naprawił – uśmiecha się smutno przyjaciel rodziny Deynów. – Kazik wolał wieczorem wyjść do Polaków, niż zajmować się ogrodem. Z różnych strzępów informacji o życiu piłkarskiego geniusza wyłania się domniemanie, że małżeństwo Kazimierza i Marioli już wtedy przeżywało ciężkie chwile. Gdy pytamy Bergiera, jak się żyło pani Deynowej w Anglii dłuższą chwilę milczy, a później z zakłopotaniem odpowiada. – Tak naprawdę to pytanie nie powinno paść. Prawda jest bowiem taka, że Mariola była w Anglii sama… Kazia w ogóle w domu nie było. Zbytnio lubił męskie towarzystwo, które podobnie jak i on umiało się zabawić.
W polskim klubie można było spotkać wówczas cały przekrój społeczny polskiej emigracji. Od robotników, poprzez urzędników, a na ludziach prowadzących własne biznesy skończywszy.

- Ja byłem w podobnym wieku, co Kazio – Bergier ciągnie historię zguby Deyny – A ci wszyscy ludzie tam, byli od nas 15?20 lat starsi. Oczywiście, doskonale ich rozumiem. Nagle w tej niewielkiej polonijnej, społeczności pojawił się ich prawdziwy bohater. Przecież 1974 rok i mistrzostwa w Niemczech były tak niedawno temu. A tu niespodziewanie mogą się z bohaterem tej imprezy napić wódki, mogą mu postawić drinka, zagrać z nim w karty. Im towarzystwo Deyny imponowało, było dla nich niezwykle prestiżowe. W końcu nie każdy Polak mógł zadzwonić do rodziny w kraju i powiedzieć „A ja tu z Deyną wódkę piję i wygrywam w karty”. Problem w tym, że niektórzy z nich wstawali o 11, czy 12 w południe, a jak prowadzili własny interes, najczęściej produkowali galanterię skórzaną, to mogli w
ogóle nie zrywać się z łóźka. Kazio natomiast musiał być o 9 na treningu. To była jego praca. I przez tę ich miłość, Kazio miał ciągle problemy. A to złapała go policja, gdy prowadził po zbyt dużej ilości wódki, a to się spóźnił na mecz…
Historię ze spóźnieniem doskonale pamięta Halford. Nawet jednak wspominając tamto wydarzenie, nie przestaje się uśmiechać i co chwila podkreśla, jakim Deyna był wspaniałym – aczkolwiek kłopotliwym – człowiekiem.

- To jeden, jedyny, raz w historii Manchesteru City, kiedy zaczęliśmy mecz w dziesiątkę – opowiada Halford, a jego oczy aż błyszczą na samo wspomnienie. ? Deyna został wówczas przesunięty do rezerw. Mecze pierwszej drużyny zawsze zaczynały się o 15. Drugi zespół natomiast grał godzinę wcześniej. O 13 kiedy
zaczynała się odprawa Kaziego nie ma. Coś mnie tknęło, że pewnie nie pamięta, że musi być wcześniej. Zacząłem dzwonić do jego domu. Próbowałem skontaktować się z Mariolą, w końcu zacząłem wydzwaniać po ludziach z polskiego klubu. Nikt nie wiedział, gdzie Kazi się podział. Trener rezerw koniecznie chciał żeby on w tym meczu zagrał. O 14 zaczęliśmy więc w dziesiątkę. Ja stałem na schodach i wypatrywałem jego BMW. W końcu pojawił się kilka minut później, czyli tak jak na mecz pierwszych drużyn. Od razu do niego podbiegłem i krzyczę: „Kazi, mecz się już zaczął, jesteś spóźniony, co się z tobą działo?”.
Pobiegliśmy do szatni, Deyna się szybko przebrał i w 25 minucie pierwszej połowy pojawił się na murawie. Kibice City już wtedy znali dobrze Kazi’ego i niemal cały stadion wybuchnął śmiechem. Widzieli, o co chodzi. Tym sposobem Deyna na stałe wpisał się w historię klubu – kończy Halford.
Zarwane noce w polskich klubach nie zawsze kończyły się jednak tak dobrze. Mariola musiała w pewnym momencie pojechać do Polski na poważną operację, która odbyła się w wojskowym szpitalu przy ulicy Szaserów w Warszawie. Deyna został w Manchesterze sam z synem Norbertem, który miał wtedy 5 lat. Piłkarz czekał aż syn zaśnie, po czym wymykał się cichaczem do polskiego klubu. Kilka razy zdarzyło się, że Norbert budził się w nocy.
Przerażony szukał ojca po całym domu, płakał. Wychodził przed willę, by zobaczyć, czy tam gdzieś nie ma taty. Drzwi w domu Deynów zatrzaskiwały się. Z zewnątrz można było je otworzyć tylko kluczem. Gdy przeraźliwie płaczący w środku nocy chłopiec dobijał się do swojego domu, sąsiedzi dzwonili na policję. Rano policjanci przywozili malca do domu.
Podobno, gdy któregoś dnia Deyna miał coś załatwić w miejscowym komisariacie w Wilmslow, to Norbert pokazywał mu drogę na policję…
– Synem Kazika w ciągu dnia opiekowało się polskie małżeństwo – wspomina Bergier. – Chyba zostali znalezieni przez klub polski, albo kościół. Czasem jednak nie mieli czasu, no, a że Mariola była kilka miesięcy w Polsce, Kazik brał go na trening.
– Ten mały potrafił być nieznośny jak diabeł – mówi Halford. – Podczas gdy Kazi trenował, Norbert łaził po stadionie. Nie sposób było go upilnować. Pamiętam jak kiedyś wszedł do centrali telefonicznej. W tamtych czasach były takie centrale jakie pewnie znacie ze starych filmów, żeby łączyć rozmowy trzeba było wkładać i wyjmować takie wtyczki – tłumaczy. – Norbert wszystkie na raz wyciągnął. Nagle cały budynek klubowy stracił łączność telefoniczną. Innym razem po stadionie chodziła jakaś wycieczka. Weszli do szatni piłkarzy, a przewodnik zostawił klucz w drzwiach. Norbert ich zamknął i sam z kluczem gdzieś zniknął. Dobijali się do drzwi, trzeba było szukać zapasowego kompletu – zaśmiewa się niemal do łez Halford.
Koledzy z drużyny, a także trenerzy klubowi wiedzieli doskonale o miłości Deyny do polskich klubów, kart i wódki. Wtedy nikt się jednak tym specjalnie nie przejmował. Peter Barnes jest 22-krotnym reprezentantem Anglii. Gdy Deyna przyszedł do City był młodym, obiecującym zawodnikiem – podobnie jak wspominany wcześniej Gary Owen – reprezentantem młodzieżówki.
– Wtedy była taka zasada, że kto nie umie pić, nie umie grać ? mówi nam Barnes, z którym umówiliśmy się w samym centrum miasta. Jest ranek, ale wychowanek Manchesteru City nie myśli nawet o zamówieniu kawy, tylko każe sobie podać earl-grey’a z mlekiem. Prawdziwy Anglik.

- Drużyną największych pijaków był mistrzowski Liverpool – mówi pijąc herbatę małymi łykami. Omawianie takiego tematu, w takich okolicznościach wygląda nieco absurdalnie. – Graliśmy ostro na boisku, ale poza nim też. Po każdym meczu szło się całą drużyną na piwo. Pierwsze jeszcze na stadionie, kolejne już w lokalu. Często bywaliśmy w pubie Sun Pipers. Kazi oczywiście chodził z nami, popijaliśmy piwko, a on wódkę. Na butelki. W barze pili z nami kibice. To nie były takie czasy jak dziś. Paparazzi? Zapomnijcie. Dziennikarze pili z nami. Ostro. A później wstawali o 11 do roboty na kacu, a my od 8 byliśmy na nogach. Dzisiaj piłkarz nie ma kontaktu z kibicami, my wciąż rozdajemy autografy i opowiadamy o starych czasach.

Dusza towarzystwa
Deyna być może nie miał prawdziwych przyjaciół w zespole, ale był bardzo lubiany przez kolegów. –  To jeden z najwspanialszych i najmilszych ludzi, jakich spotkałem na swojej drodze – przekonuje bramkarz Joe Corrigan.

- Joey słynął z tego, że nienawidził, kiedy się go lobowało – przypomina sobie Gary Owen. – Dostawał wówczas białej gorączki, był po prostu wściekły. Ile razy ktoś go przerzucił, wyskakiwał z bramki i się darł: „Po co to robisz, idioto? W meczu nigdy byś tak nie strzelił”. Ja mu odpowiadałem: „Joey oczywiście, że tak bym strzelił. Jeżeli byłbyś zbyt wysunięty przed linię, to dokładnie tak bym uderzył”. Niie przyjmował tego do wiadomości. Potrafił gonić mnie przez pół boiska, a jak już mnie dopadł, to bił. I to wcale nie lekko, tylko pięściami.
– Kazi był jednym z najlepszych strzelców z jakimi miałem do czynienia, a przecież w reprezentacji regularnie trenowałem z takimi napastnikami jak chociażby Geoff Hurst, czy w City Mick Channon – wspomina Corrigan. – Co do tych lobów, to była zabawa. Wszystko było mocno humorystyczne. Tak na serio, to denerwowałem się tylko na obrońców, którzy się popisywali, a w meczu nigdy by tak nie zagrali. a ponieważ szanowałem Kazi’ego stosowałem wobec niego taryfę ulgową. Nie biłem go mocno, raczej kończyło się na przyjacielskich szturchnięciach w ramię.
Deyna po kilku miesiącach był już prawdziwą duszą towarzystwa.

- Nigdy tego nie zapomnę, jak pojechaliśmy na tournee do Włoch – opowiada Paul Power. – Znowu wylądowałem z Kazim w jednym pokoju. Zatrzymaliśmy się gdzieś w okolicach Neapolu, bo pamiętam, że graliśmy z Napoli. Nasz pokój miał widok na morze. Tuż przed oknami była mała wysepka, na której stał zamek. Popiliśmy trochę, a Kazi chciał się z wszystkimi zakładać, że dorzuci popielniczką do tego zamku naprzeciwko. W końcu jeden z chłopaków, Mickey Reed, zgodził
się z nim założyć. Kazi szczęśliwy wyjął zwój lirów, wręczył mi je i kazał być sędzią. Wziął tę popielniczkę, wychylił się przez okno i z całej siły cisnął. Oczywiście nie miał szans w ten zamek trafić. Po nim rzucał Reed, już nie pamiętam czym, a ja miałem ocenić, który z nich był bliżej. Zwycięzca zgarniał oczywiście forsę. Pamiętam, że jednak rzut Deyny popielniczką okazał się lepszy. No i wtedy się zaczęło. Zaczęli rzucać czym popadnie, a ja oceniałem. W końcu Kazi mówi, że rzuci dalej niż Reed papierem toaletowym.
Mickey dostrzegł w tym swoją szansę na łatwe pieniądze. Mówił „Kazi ten papier rozwinie się zanim nawet do wody doleci, nie masz żadnych szans”. No, ale Kaz był uparty. Reed wziął więc coś tam i cisnął do morza. Deyna poszedł do łazienki i zmoczył rolkę wodą pod kranem. Papier stał się twardy i cisnął nim naprawdę cholernie daleko. Trzeba przyznać, że był cwany. W Anglii na takich mówimy street-wise. Możecie tylko sobie wyobrazić jak się czuliśmy, gdy rano się obudziliśmy, a pół naszego pokoju dryfowało w morzu.
Deyna był także pierwszym, którego wybierano, jeżeli na treningu zarządzona była gra na małym boisku. – On był tak kapitalnie wyszkolony technicznie, że w takiej małej gierce, był nie do powstrzymania – wspomina Power. – Zdecydowanie gorzej, szczególnie pod koniec jego pobytu, szło mu na dużym boisku.
Gra w Anglii w tamtych czasach była niesamowicie fizyczna. Dziś w Premier League widać więcej wpływów kontynentalnych. W latach 70. niektóre mecze First Division bardziej jednak przypominały rugby niż piłkę nożną. – Kazi nie lubił fizycznej gry – opowiada Halford. – Jak za mocno obrywał, to odpuszczał. Szybko się w tym zorientowano.
Menedżerowie drużyn przeciwnych postępowali z nim trochę według zasady „nie bierzemy żadnych jeńców”.

- Kazi uwielbiał piłkę, rozkoszował się ją. Przytrzymać ją, zrobić kółeczko, rozejrzeć się, kogoś minąć. Zwalniał grę – opowiada Power i aż wstaje, by skopiować styl Deyny. – Ale my wtedy tak nie graliśmy. Byłem lewym obrońcą. Gdy wyprowadzałem piłkę, zawsze najpierw szukałem długiego podania do napastników. Kazi do mnie podbiegał i chciał piłkę.
Mówił mi później, trochę po angielsku, trochę po polsku, trochę na migi: „Po prostu mi podaj, ja już sobie poradzę”. Tracił dużo energii, bo najpierw ze środka podbiegał do mnie czekając na podanie, gdy zagrałem do napastników, musiał biec pod pole karne, by być przy akcji. A Kazi nie lubił biegać. Oj, nie lubił. Z czasem, zorientowałem się jakie są jego najsilniejsze strony. Faktycznie można mu było podać nawet jeżeli był kryty. Balansem ciała, zwodem, uwalniał się spod opieki. Na początku musiał jednak zasuwać W tamtych czasach mecze zazwyczaj były w sobotę. Niedzielę piłkarze mieli wolną, a w poniedziałek odbywał się trening wytrzymałościowy. – Tradycją było, że biegaliśmy wtedy po kilka okrążeń w Wythenshawe Park. W każdy poniedziałek rano Kazi zaglądał tylko do szatni i pytał tym swoim łamanym angielskim: „Szow park?”. Odpowiadaliśmy gromkim: „Tak Kazi, szow park”. Deyna wtedy robił grymas bezgranicznego bólu, łapał się za udo i mówił tylko: „Uu, hamsztrong” (Hamstring – po angielsku pachwina). I szedł do fizjoterapeuty.
Po dwóch godzinach wracaliśmy z parku, zmęczeni, zlani potem, a Kazi zazwyczaj w najlepsze grał z fizjoterapeutami w sali gimnastycznej w siatkonogę –  uśmiecha się Power… – Nie mieliśmy mu tego za złe. Na początku wszyscy zbytnio go szanowali. Za jego fantastyczną przeszłość, za niesamowite umiejętności techniczne. Później z kolei Kazi tak naprawdę już przestał być częścią drużyny. Trenował z nami, ale grał głównie w rezerwach… Szkoda, że nie popracował nad swoją wytrzymałością, szkoda, że mu się nie chciało. Gdy wszyscy zdejmowali koszulki, na przykład w szatni, Kazi był jedynym, który właściwie nie miał żadnych mięśni…

Najgorszy okres

Nieznajomość języka, zgubne wpływy środowiska polskich emigrantów, nieumiejętność przystosowania się do realiów angielskiej piłki. To wszystko składa się na niepowodzenie Deyny w Manchester City. Kto jednak wie, czy najważniejszą nie był pewien londyńczyk, przemądrzały człowiek, z wielkim cygarem w zębach. Z jednej strony legenda klubu, z drugiej jego grabarz – Malcolm Allison. Deynę do City sprowadził menedżer Tony Book. Po kilku zaledwie miesiącach jego miejsce zajął wracający do klubu Allison. Człowiek, który zdobył Puchar Zdobywców Pucharów (pamiętny finał z Górnikiem Zabrze), dwa Puchary Ligi oraz mistrzostwo Anglii. – Malcolm przyszedł i wszystko rozwalił – bez ogródek mówi Gary Owen. – Za pierwszym razem Mal był jednak tylko trenerem. Za drugim został także menedżerem, a to nie była jego najlepsza strona. Tak naprawdę to lekko wyprzedzał swój czas. By nauczyć piłkarzy równowagi, kazał im ze sobą tańczyć. Jak wchodziłeś przez drzwi, trzeba było się prześlizgiwać. Tacy ludzie jak Kidd, Channon, czy Ball nie chcieli go słuchać. Wiedział, że traci autorytet, zaczął więc robić czystkę w zespole. – Ambicją City wtedy, tak jak zresztą i dziś, było pokonać United. Rok wcześniej zanim przyszedł do nas Kazi zdobyliśmy drugie miejsce w lidze. Tylko punktu nam zabrakło do Liverpoolu – wspomina Peter Barnes. – W kolejnym nie szło już nam tak dobrze. Przytrafiły się kompromitujące wpadki w Pucharze Anglii i Pucharze Ligi. Odpadliśmy ze Shrewsbury Town i Halifax Town. Zespołami tak samo anonimowymi wtedy, jak i dziś. Nerwowe ruchy zaczęły się, gdy znaleźliśmy się na ósmej pozycji w lidze. Czyli wcale nie tak dramatycznie. Malcolm miał jednak obsesję budowania. Chciał tworzyć. Chciał, żeby to był jego autorski zespół. – Drużyna, którą przejął Allison, była jedną z najlepszych w lidze. Miała ogromny potencjał. Ale Tony Book lubił otaczać się doświadczonymi piłkarzami, a Mal stawiał na chłopców, dzieciaków niemal. Dla niego najważniejsza była szybkość i siła – opowiada dziennikarz Peter Gardner, który zresztą nie wypiera się przyjaźni z Allisonem. Potrafi jednak otwarcie mówić o błędach, które ten popełnił. – To był zespół atletów. Nie sądzę, by Mal wiedział tak naprawdę jak wykorzystać na boisku Deynę. Nie widział go w tym zespole. W ciągu kilkunastu tygodni od przejęcia City przez legendarnego menedżera skład osobowy zespołu zmienił się nie do poznania. Nie było żadnych sentymentów. Pozbył się między innymi naszych rozmówców – Petera Barnesa i Gary’ego Owena, którzy razem trafili do West Bromwich Albion. Obaj byli wychowankami City, kibicami klubu od małego. Ojciec Barnesa też grał w City i był szefem skautów w klubie. Musiał odejść 50-krotny reprezentant Szkocji Asa Hartford. Menedżer pozbył się takich postaci jak Brian Kidd (dwukrotny reprezentant Anglii), Mick Channon (46 meczów w białej koszulce z trzema lwami), czy Dave Watson (65 A). – Kazi podpisał kontrakt z zespołem, w którym ci wszyscy piłkarze byli. Odgrywali ważne role. Większość tych chłopaków znał chociażby z meczów reprezentacji. Te nazwiska coś mu mówiły. Przychodził do wicemistrza Anglii z ambicjami, a skończył z anonimowymi dzieciakami, broniąc się przed spadkiem – opowiada Owen, unosząc się na samo wspomnienie czystki Allisona. – Po 18 miesiącach zespół spadł z First Division, dobrze, że Kazi wtedy już był w San Diego. Peter Barnes zanim został sprzedany musiał grać w rezerwach. Z Deyną. – Co to był za piłkarz. Rozumieliśmy się niemal bez słów. Ruszałem skrzydłem, podawałem do Kazi’ego i ślepo mogłem biec pod bramkę. Wiedziałem, że jak mi odegra, to tak, że piłka spadnie mi prosto na stopę, nie będę musiał jej gonić. Piłka tylko chodziła po murawie między przeciwnikami – ożywia się Barnes. – Kazi sporo się popisywał, dryblował, puszczał kanały, bawił się. Był niezwykły, jak to możliwe, że był w rezerwie. Malcolm… szalone czasy, pieprzony Malcolm. Allison nie tylko wyrzucał, zaczął też zatrudniać. To były najbardziej absurdalne transfery w historii City. – Zaczęło się od zakupu Michaela Robinsona z Preston. Słyszeliście o nim? No właśnie – śmieje się Gardner o mało nie wylewając piwna na swój śnieżnobiały dywan. – Grał wówczas w drugoligowym Preston. Tony Book, którego Malcolm nie zwolnił, tylko zrobił swoim asystentem, zadzwonił do Preston i zaproponował za Robinsona 250 tysięcy funtów. Menedżer Preston, Nobby Stiles, nie mógł uwierzyć, bo zawodnik wart był w rzeczywistości znacznie mniej. „Co? Ile?” krzyknął tylko w słuchawkę, na co Book od razu powiedział: „Dobra, dobra. Niech będzie 500”. Stiles był jeszcze bardziej zszokowany. „Chyba żartujesz?” zdołał z siebie tylko wykrztusić. No co zdesperowany Tony mówi: „Ok. Nobby niech będzie 750 tysięcy, ale więcej już naprawdę nie mogę”. No to go sprzedali. Później przyszła kolej na Steve’a Daley’a z Wolverhampton. Tutaj w ogóle zaczęli od 750 tysięcy funtów. Menedżer Wilków się nie zgodził. Tony Book codziennie dzwonił z nową ofertą i dorzucał sto tysięcy. Skończyli na 1,4 miliona, co były absolutnym rekordem transferowym na Wyspach. Ale takie były ambicje prezesa Petera Swalesa. Działać z rozmachem. Tylko, że nic z tego nie wynikało. W 2001 roku gazeta „The Observer” w jednym z podsumowań ligi, w rankingu na najbardziej zmarnowane pieniądze właśnie ten transfer umieściła na pierwszym miejscu. Gdy dwa lata później w 1981 roku City sprzedawało Daley’a do Seatlle Sounders, udało się wyciągnąć tylko 300 tysięcy funtów. Prawie pięć razy mniej niż na niego wydano. Niejako do roli pomnika nieudolności Allisona przy jego drugim podejściu do Manchesteru City stał się rewanżowy (przegrany 1:3) mecz ćwierćfinału Pucharu UEFA z Borussią Moenchengladbach. – Zatrudnienie go to było coś w stylu naciśnięcia guzika „autodestrukcja”. Allison to było wtedy wielkie nazwisko, typowy londyńczyk: krzykliwy, bardzo przystojny, dziewczyny, cygaro, szampan, na czole miał wypisane: „Jestem Malcolm Allison, najlepszy trener świata”. I on w to wierzył – wyjawia Peter Barnes. – Z Moenchengladbach posadził na ławce Deynę, Kidda, Colina Bella, Asę Hartforda. Ławka pełna była reprezentantów, a na boisku biegały dzieciaki. Dwóch z nich w ogóle debiutowało w tamtym spotkaniu. Kazi wszedł w 62. minucie, a po 16 minutach strzelił pięknego gola. Niestety, tylko honorowego. Po meczu Malcolm szedł już w kierunku szatni, a Hartford nie wytrzymał i krzyknął: „Hej, Mal. Masz swoją pierdoloną taktykę”. Tydzień później został sprzedany do Nottingham Forest. – Po tamtym meczu Kazi był bardzo zawiedziony – wspomina Bernard Halford. – Podszedł do mnie i spytał: „Co jest, co ja robię na ławce, podczas gdy dzieciaki grają w piłkę? Po co mnie tu sprowadziliście?”

Moment glorii i chwały

Paradoksalnie jednak to właśnie pod koniec swojego pierwszego sezonu (1978/79) – w kulminacyjnym momencie zmieniania City z klubu walczącego o mistrzostwo w spadkowicza – Deyna zaliczył swój najlepszy okres gry w Anglii. Oto Allison nagle zapałażł wielką miłością do Polaka. Wszystko zaczęło się prawdopodobnie podczas towarzyskiego meczu między Legią a City. Zaaranżowanie tego spotkania było częścią umowy transferowej. Allison na własne oczy mógł się przekonać, jakim szacunkiem darzony jest były kapitan w Polsce. Mógł zobaczyć jaka rola na boisku najlepiej mu odpowiada, bo przez połowę tamtego towarzyskiego spotkania Deyna zagrał w Legii. Oczywiście jako typowy ofensywny pomocnik, klasyczna dziesiątka, ustawiony tuż za napastnikami. – Pamiętam jak szliśmy korytarzem hotelu Victoria w Warszawie – opowiada Bergier. – Ja z Kaziem przodem, a za nami Malcolm i Tony Book. W pewnym momencie Mal dogonił nas i mówi do mnie: „George powiedz Kaziemu, że jak wrócimy na Wyspy, będzie grał w każdym meczu, strzeli kilka goli i nie spadniemy z ligi”. I co? I tak się dokładnie stało. Deyna miał fantastyczną końcówkę sezonu. Strzelił siedem bramek w ośmiu ostatnich spotkaniach, w tym tę decydującą o utrzymaniu. – Kibice go uwielbiali, gdy był stały fragment gry w okolicy bramki, cały stadion skandował jego nazwisko – wspomina Halford. – Był u nas taki zawodnik Barry Silkman. Zanim przyszedł Kazi, to on właśnie wykonywał wszystkie wolne i rożne. Ale do klasy Deyny brakowało mu bardzo dużo. Kilka razy próbował mu się wciąć. W końcu Kazi przyszedł do mnie i mówi: „Jest taki jeden mały głupi człowiek (silly man – po angielsku) i cały czas chce zabierać mi wolne”. Myślałem, że padnę ze śmiechu – opowiada Halford. – Deyna faktycznie stał się ulubieńcem kibiców. W jednym z programów meczowych, pod koniec sezonu, znalazła się informacja, że pewna para w hołdzie Kaziowi dała swojemu nowonarodzonemu dziecku na imię… Deyna – przypomina sobie Bergier. – Graliśmy wtedy z Nottingham Forest. Cały czas atakowali, w pewnym momencie wyszliśmy z kontrą. Ktoś podał długą, wysoką piłkę do Kazia, który stał gdzieś w okolicy połowy boiska, tuż przy linii autowej. Deyna nie przyjmując piłki, skręcił się w jakiś niesamowity sposób i z powietrza podał wprost w pole karne. Futbolówka po raz pierwszy dotknęła ziemi tuż przed naszym napastnikiem, który spokojnie pokonał Petera Shiltona. To było zagranie nie z tej ziemi – ekscytuje się Halford. Starszy pan aż wstaje i próbuje naśladować tamto podanie. – Nie musiałeś być ekspertem piłkarskim, by widzieć, że to zupełnie inny rodzaj zawodnika od tych, którzy w Anglii grali na co dzień. Inny sposób prowadzenia piłki, inny strzał, inne przyjęcie. I ten niesamowity spokój. On się nigdy nie śpieszył, nigdy nie wyglądał na zestresowanego, zawsze miał czas pomyśleć. – Gary Owen nie może wyjść z podziwu. – A i tak Malcolm fatalnie go wykorzystywał. Zamiast pozwolić mu być klasyczną dziesiątką, kazał mu biegać i walczyć w defensywie. Innym razem wystawiał go jako napastnika. A co mógł Kazi zrobić stojąc tyłem do bramki? To tak jakbyś kupił stopera i kazał mu grać na lewej pomocy.

Upadek ostateczny

W kolejnym sezonie Deyna jeszcze sporadycznie pojawiał się na boisku (strzelił nawet sześć bramek), ale równie udanego okresu jak wiosna 1979 już nie powtórzył. Im mniej grał, tym częściej zaglądał do polskich klubów, tym chętniej uciekał do tych, którzy go kochali i widzieli w nim bohatera. Do tych, którzy chcieli mu stawiać kolejki i słuchać jego wspomnień. – Jakby to powiedzieć, żeby cała Polska mnie nie znienawidziła – Jerzy Bergier robi dłuższą pauzę, widać, że szuka słów. Chwila krępującej ciszy, w końcu głębokie westchnienie. – Cóż, Kaziu był bardzo specyficznym człowiekiem. Zamkniętym w sobie. Często mówił co innego niż myślał, a już na pewno robił co innego niż myślał. Jakby to ująć? Kaziu był fantastycznym piłkarzem, ale mózg miał w nogach… Był łatwy do zmanipulowania, nie umiał podejmować ważnych decyzji, polegał zbytnio na ludziach, pochlebcach, którzy go otaczali. – Wszyscy wiedzieliśmy, że Kazi pije w polskich klubach. To był jednak jego wybór. Nie chciał się z nami zaprzyjaźnić. Coraz mniej czuł się potrzebny w zespole – smutno mówi Power. Najgorszy był jego ostatni sezon w City (1980/81). Wtedy już prawie nie grał. – Zdarzyła się w końcu tragedia. Kazi wracał którejś nocy z polskiego klubu. Wypił zdecydowanie za dużo – opowiada Halford. – Na jednym ze skrzyżowań przejechał na czerwonym świetle. Akurat obok stał radiowóz policyjny, który rozpoczął pościg za Polakiem. Kazi jednak nie chciał się zatrzymać i dalej pędził przed siebie. Przejechał kolejne skrzyżowanie, a jadący za nim radiowóz nie zmieścił się. Uderzył w inny samochód, pełen wracających z panieńskiego wieczoru dziewcząt. Doznały poważnych obrażeń. Do klubu przyszło wezwanie na rozprawę sądową. O nieumyślne spowodowanie poważnego wypadku. – Kazi nawet wtedy potrafił mnie rozśmieszyć – gorzki grymas pojawia się na twarzy Halforda. – Mówi do mnie: „A co, to ja jechałem tym policyjnym samochodem? To nie moja wina, że policjant źle jeździ”. Udało nam się utrzymać sprawę z daleka od mediów. Nie było sensacji, nie było awantury. Wszystko odbyło się po cichu. – Wiedzieliśmy, że stało się coś złego, ale nie mieliśmy pojęcia o co dokładnie chodzi – wspomina atmosferę w szatni z tamtych dni Power. – Ktoś mówił coś o wypadku jaki Kazi miał, ale on był cały, jego BMW też. Gazety nie napisały o tym ani słowa. W końcu dzięki najróżniejszym zabiegom klubu Deyna dostał mandat za… nie napompowane koła w samochodzie. – Kazi w sądzie powiedział: „Nikt mi nie powiedział, że trzeba pompować koła”. Wiadomo było jednak, że to może być tylko początek problemów. Policja poważnie chciała mu się dobrać do skóry, Kazi mógł wpaść w potężne kłopoty. Wtedy pojawiła się oferta z San Diego. Deyna i tak nie był już w City szczęśliwy. Momentalnie się zgodziliśmy i Kazi wyjechał po cichu do Stanów. Nie ma co ukrywać, że była to forma ucieczki przed prawem – ujawnia kulisy wyjazdu Deyny do USA Halford.

Zagubiony geniusz

Historia pobytu Deyny w Manchesterze – jak zresztą cała historia jego życia – jest słodko-gorzka. Zabawne momenty przeplatają się z tymi mrożącymi krew w żyłach. Z jednej strony wszyscy go uwielbiali, z drugiej on sam nie chciał się z drużyną zaprzyjaźnić i zintegrować. Z jednej strony był genialnym piłkarzem, z drugiej trafił do City w najgorszym z możliwych momentów. – Prawda jest taka, że Kazi został zniszczony przez system komunistyczny – wyjawia swoją teorię Peter Gardner. – Powinien wyjechać z Polski wiele lat wcześniej. Już po 1974 roku. Powinien trafić do Hiszpanii, gdzie pasowałby idealnie. A tak znalazł się w sumie w złym miejscu w złym czasie.

9 komentarzy »

  1. dzemeuksis said

    Bardzo ciekawy artykuł. W sumie nie ma co się dziwić naszym kopaczom, kiedy nie chcą się uczyć języka ani zasuwać na treningach, skoro mają wzorce takiego kalibru… ;) Na szczęście to się chyba powoli zmienia i coraz więcej piłkarzy próbuje podchodzić do swojego zawodu profesjonalnie.

    Wracając do Deyny. Po przeczytaniu tego artykułu, w szczególności końcówki, z niesmakiem będę patrzył na cześć, jaką otaczają go kibicie Legii. Ja rozumiem, że źródłem tego kultu są piłkarskie zasługi Deyny, ale na jego ludzkim wizerunku jest przynajmniej jedna skaza za dużo. Szanujmy go jako piłkarza. I na tym poprzestawajmy.

  2. In fact, plumbers associated with 24 hour plumbing service have in-depth knowledge on
    the operation and use of latest plumbing technologies and tools needed to resolve plumbing issues.
    It will always be better to select a plumber from the company with high reputation as stable companies would not risk their reputation by assigning
    the task to a plumber who doesn’t comply with the company and the customer’s standards.
    In most cases, people would simply turn their systems off whenever they feel that the temperature
    is already suitable for what they need.

  3. Another common cause of such a big part of the body, it
    can be said that the two most effective methods of skin resurfacing for acne
    killer scar laser treatment. A lot of people might find
    this annoying, even loathsome. I suspect you have benign prostatic hypertrophy, which is found in lemons be careful lemon juice it can dry out the skin layers.

  4. Many thanks considerably for spreading that with all persons you will understand what you will be dealing with! Saved. You should moreover speak with our web-site Means). Organic meat have a very website link trade design involving us all

  5. Hey ! Alguien en mi Myspace grupo compartió esta página con nosotros, así que vine a
    darle un aspecto . Definitivamente estoy disfrutando amando la información .
    Estoy bookmarking y estaré twitteando esto a mis seguidores !
    Fantástica blog y excelentes estilo y diseño
    .

  6. Howdy I am so happy I found your webpage, I really found you
    by accident, while I was researching on Aol for something else,
    Regardless I am here now and would just like to say thanks for
    a tremendous post and a all round thrilling blog (I also love the theme/design), I don’t have time to look over it all
    at the minute but I have saved it and also included your RSS feeds, so when I
    have time I will be back to read more, Please do keep up the awesome work.

  7. Hi, Neat post. There is an issue together with your site in internet
    explorer, might test this? IE still is the market
    chief and a good component of other folks will omit your great writing due to this problem.

  8. Excellent website. A lot of useful info here. I’m sending
    it to a few friends ans also sharing in delicious.
    And of course, thanks for your effort!

  9. Thanks for finally writing about >Deyna w Manchesterze City | Wawrzyn Info <Loved it!

RSS feed for comments on this post · TrackBack URI

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

%d bloggers like this: