Archive for Maj, 2009

Qvo vadis?

To do naszych zespołów w europejskich pucharach. Wisła ma fajną ekipę a Michel Platini zrobił nam prezencik – tak zmienił regulamin rozgrywek, by polskie zespoły i w ogóle te z Europy wschodniej miały większe szanse na zaistnienie w wielkim świecie piłki.

Jest w tym coś z polityki. Przez ostatnie kilkanaście lat kluby z zachodu odstawiły na odległość lat świetlnych kluby ze wschodu. Właściwie dzisiaj liczą się tylko zespoły z trzech lig – angielskiej, hiszpańskiej i włoskiej. Czasem też trafi się coś innym zachodnim krajom, liczą się gdzieś tam kluby z Portugalii, Francji, Niemiec. Ale można wejść w ten magiczny świat jak to zrobili Turcy czy Grecy. Polacy nie potrafią, więc UEFA nam trochę pomogła. Wiadomo, chodzi o to, że taka jest potrzeba rynku piłkarskiego – koszulki, piłki, prawa telewizyjne, nowy wytwór w postaci uefowskiej firmy bukmacherskiej. Wschód stwarza nowe możliwości.

Nie będę tu podawał swoich rozwiązań, podam je później, dzisiaj będzie trochę bardziej ogólnie.

Wisła jak pisałem na początku ma fajną ekipę, ale musi dokonać zmian. To oczywiste. Przemyślanych. Jest problem – Maciej Skorża jest dobrym trenerem, w tym momencie najlepszym w Polsce. Ale nie jest geniuszem. Przykład? Zmarnował przygotowania na próbę grania na Beto – wysokiego napastnika, takiego trochę w stylu angielskim – odwrócony tyłem do bramki miał dogrywać, rozprowadzać… okazało się, że ma problem by zaaklimatyzować się w lidze polskiej. A taki problem, to spory problem. Chciał odstawić Piotra Brożka czy Marcina Baszczyńskiego, ale ci się obronili, bo potencjalni zastępcy nie byli w stanie z nimi rywalizować. Teraz z Wisły odszedł Baszczyński, Zieńczuk, może odejdzie Sobolewski, może Marcelo.  Trzeba zrobić dobre transfery, a Jacek Bednarz nie ma głowy do dobrych transferów. Kogo dobrego sprowadził? Marcelo. I to wszystko. Sprowadził też Beto. Cóż, na miejscu Bednarza mógłby być każdy. I to pierwsza podstawowa zmiana. Wisła musi zatrudnić sensownego dyrektora sportowego. A tak się składa, że poznałem pana Jacka i poza wchodzeniem w tyłek pracodawcom umie niewiele. Przykry typ ze skłonnościami do upajania się wodą sodową. Ok, może i ogólniki, poznacie, zobaczycie. Jeśli jesteście na wyższej pozycji, będzie się łasił. Jeśli na niższej, potraktuje was jak gówno. Ja byłem na równej, ale było niezbyt przyjemnie, gdy w krótkiej rozmowie wyszło na to, że pan Jacek nie bardzo zna się na piłce od strony teoretycznej. Kiedyś robiłem z nim wywiad i gdy zacząłem podpytywać go możliwe ustawienia napastnika Beto, wyszło na to, że gość nie bardzo wie o co chodzi. Wściekł się na pytanie, czy Wisła poszukuje napastnika w starym angielskim stylu. Od tej pory wszelkie nasze rozmowy kończyły się kilkunastu sekundach. Nie zależy mi na tym.
A i dyrektor sportowy powinien wiedzieć, który zawodnik pasuje do jakiego ustawienia. Pan Jacek nie bardzo wiedział. Może czuł. Poważnie jednak – facet nie ma sukcesów. Był drugim najgorszym rzecznikiem w Legii Warszawa, jest drugim najgorszym, po Grzegorzu Mielcarskim, dyrektorem sportowym w nowoczesnej historii Wisły.

Chciałbym, żeby Wisła weszła do Ligi Mistrzów, to byłby impuls dla naszej piłki. Ale nie widzę tego. W tygodniu przedstawię swoją wersję naprawy Wisły.

Lech? Ponoć są bez grosza i nikogo nie zatrudnią. A czy powstrzymają się przed sprzedaniem Murawskiego czy Lewandowskiego jeśli za obu są w stanie uzyskać nawet do 5 milionów euro? Odejdzie też pewnie Stilić. Bez tej trójki nie ma Lecha. Jeśli prawdą jest to co źródła mówią o kasie, a raczej się nie zawiodłem, to kibice Lecha mają sporego pecha. Tu niczego nie wymyślę, jeśli właściciel nie ma grosza to powinien poszukać innego właściciela. Podobno jakiś biznesmen chce wykupić 25 procent udziałów i wejść z wielką kasą w Lecha. Nazywa się Maciej Wandzel. Pożyjemy, zobaczymy.

Legia Warszawa – z taką grą zespół z Łazienkowskiej nie jest w stanie wygrać z przeciętnym klubem z Węgier czy Łotwy. Taka jest prawda. Probleme jest Mirosław Trzeciak – ten sam przypadek co Bednarz – nie bardzo się zna, ale uważa, że nie znają się wszyscy inni. Nie ma sensu rozpisywać się o Arruabarenie – to wszyscy wiedzą. Jestem przeciwnikiem zwalniania Urbana. Trener musi dostać kilka lat, może 5,6. Z możliwościami jakie miał Urban drugie miejsce to jest bardzo dobry wynik. Nawet jeśli styl był daleki od oczekiwań.

Niektórzy komentatorzy, tak jak mój ulubiony były kierownik Robert Zieliński, utrzymują że problemem Legii jest to, że klub składa się z legii cudzoziemskiej, która nie jest w stanie oddać serca dla Legii. Ok, to wszyscy wiemy, ale to jest problem, którego nie jesteś w stanie przewalczyć w ciągu sezonu czy dwóch. W dalszej perspektywie to jest rozwiązanie, ale panowie od pisania tego nie mówią, bo liczy się tu i teraz. Masz pan rację panie Zieliński – sprowadźmy 5 gości z rezerw i żeby jeszcze byli z mazowieckiego, mistrzostwo gwarantowane…

Myślę, że Legia musi wydać kasę na gwiazdę medialną, może dwie – kogoś kto samym nazwiskiem sprzeda komplet na następny sezon i kto jeszcze jest w stanie coś tam zagrać. Pozostałe pomysły w tygodniu, jak będę miał czas wykazać ich słuszność, teraz żarcie stygnie.

Polonia Warszawa – z taką grą będzie obciach. Wszystko zależy od kaprysu Józefa Wojciechowskiego. Wiadomo, że ma kasę i jest w stanie ją wyłożyć. Wszystko w jego kieszeni. Polonia, którą oglądaliśmy wiosną odpadnie z wicemistrzem Azerbejdżanu. Ale do tego jeszcze wrócimy…

Comments (5)

ŁKS – co zrobić z przepisami, żeby nie smierdziało

PZPN nie dał licencji ŁKS-owi, jednocześnie wskazując wyjście awaryjne. O co chodzi? Dlaczego pod koniec sezonu gdy zespoły walczą o utrzymanie w lidze nagle pojawiają się tego typu informacje? Zrozumiałe jest, że bez względu an to jaka decyzja zostanie podjęta, zaraz będzie mowa o korupcji, rozmowach zakulisowych itd. Nie będę się tu rozwodził nad brudną grą, wszyscy wiedzą co jest grane. Myślę, że sprawę powinno się rozstrzygać inaczej. Termin musi być wcześniejszy, wymagania znacznie ostrzejsze.

Nie jestem za ŁKS-em, nie jestem przeciwko ŁKS-owi, w ogóle mnie to nie interesuje. Jestem za tym, żeby polska liga była na poziomie wyższym niż liga cypryjska, serbska, bułgarska, rumuńska czy izraelska. Chciałbym, żeby polska liga była w 10-tce najlepszych lig w Europie. W dalszej perspektywie nie jest to zadowalające, ale jeśli jesteśmy w stanie w ciągu 5-10 (tzn. w tym przedziale czasowym) lat spełnić taki warunek, to byłbym w miarę zadowolony.

Ale jeśli chcemy mieć mocną ligę i piłkę w ogóle, musi się skończyć dziadowanie.

PZPN i Ekstraklasa SA muszą termin, niech to będzie powiedzmy za 4 lata, w którym trzeba by spełniać następujące warunki:

– Budżet minimalny – niech będzie to w granicach 10 milionów euro. Nie masz, wypad do II ligi. W kolejnych latach tę granicę minimum będziemy po troszku podnosić…

– Stadion spełniający określone wymagania techniczne i frekwencja nie spadająca w ciągu sezonu poniżej 10 tys. widzów. Nie masz? Nie umiesz ściągnąć widzów? Wypad do II ligi.

– Kluby muszą prowadzić określoną działalność typu sprzedaż pamiątek, catering, mają po prostu przypominać profesjonalne kluby, ich strony internetowe muszą spełniać określony wymogi. Ekstraklasa SA powinna powołać specjalną komisję. Mam wrażenie, że pan Andrzej Rusko jest tylko i wyłącznie od pobierania pensji.

Wtedy nie będzie problemu ŁKS. Nie wierzę że w mieście, gdzie jest 750 tysięcy, a z różnymi miasteczkami i wioskami dookoła pewnie 1,5 miliona (aglomeracja do 1,1 mln, województwo to 2,5 mln), nie można ściągnąć na stadion 15-20 tysięcy widzów. Choćby zatrudnić jakieś gwiazdy, może weteranów, 34-letnich piłkarzy, którzy mają na koncie występy w najlepszych reprezentacjach świata. Skoro Savio, 52-krotny reprezentant Brazylii gra na Cyprze, to dlaczego w Polsce nie może grać ktoś pokroju Emersona czy Cafu?

Gdyby ktoś nie wiedział, skąd wynika moja irytacja, to polecam stronkę:

http://www.xs4all.nl/~kassiesa/bert/uefa/data/method4/crank2009.html

to ranking lig wg. UEFA, co roku jesteśmy niżej.

Jeszcze krótki komentarz do bloga Torquemady polskiego dziennikarstwa – Jacka Sarzało.

Pan Jacek Torquemada Sarzało napisał, że Lechia Gdańsk powinna spaść „za to, że od dawna gra nie o to, by coś wygrać, lecz o to, by czegoś nie przegrać. A najwyższe miejsce w ekstraklasie zajęła ponad pół wieku temu”. Tak się składa, że Lechia jakiś czas temu zaczynała w VI lidze i spokojnie, swoimi środkami awansowała coraz wyżej i wyżej i w końcu doszła do ekstraklasy i pewnie jak się trochę ogra, to powalczy o coś więcej. Lechia idzie wciąż do przodu, wydaje mi się że to modelowy styl zarządzania.

Poza tym wg. pana Sarzało Lechia powinna spaść: „za nadmiar drużyn z Trójmiasta w ekstraklasie” (to najbardziej absurdalny argument, którego nie wypada komentować) i za największe chyba w Polsce polityczne skojarzenia (na początku lat 80-tych Polska była z nich dumna za skojarzenia polityczne, zresztą nawet Wałęsa ze stadionu Lechii pojawia się w teledysku „Man in the Mirror” Michaela Jacksona – to taki symbol heroizmu – dzisiaj wielu chce się podczepić pod tę tradycje, ale czy to znaczy że Lechia powinna spaść?) i ostatni w końcu argument: – za niespokojnych kibiców. I tu częściowo się zgodzę – chodzi o kiboli faszystów, którzy śpiewają, że ich wzorem jest Rudolf Hess i za Lechię za kraj trzy razy Sieg heil. Umówmy się, to banda idiotów, nikt normalny, prede wszystkim ktoś z okupowanego kraju, nie zaśpiewałby czegoś takiego. Może wysłać debili na przymusowe wykłady. Ale żeby od razu spuszczać za to klub z ligi? Myślenie stalinowskie – dajcie mi klub, znajdę na niego paragraf.

Tak przy okazji nasz pan Torquemada chce spuścić Górnika „za wszystko”. Rozumiem, że chodzi o akcję kibiców. Naprawdę wypadałoby podać więcej powodów, dla których powinien spaść jeden z trzech (obok Legii i Widzewa) najbardziej zasłużonych polskich klubów, który przyciąga tłumy na stadiony. Spaść powinien prezes Jędrych, a kibole z grupy koszulkowej powinni mieć zakaz wstępu na stadion na rok lub dwa, ale Górnik musi zostać. Dla piłki.

Dodaj komentarz

Leo Beenhakker – historia, cz. 3

Trzecią część nazwaliśmy Królewskie życie Don Leo. To jakby podrozdział. Tu już wchodzi Rafał Lebiedziński, nasz spec od Hiszpanii (głównie od Włoch ale od Hiszpanii też)

Rafał Lebiedziński
Marek Wawrzynowski
Piotr Żelazny

Każdy człowiek po cichu marzy o fantastycznej przygodzie życia. Niewielu jednak udaje się ją zrealizować. Leo Beenhakker zawsze chciał być najlepszy, zawsze chciał dotrzeć na szczyt. Nie tylko dotarł, ale i wyjątkowo długo się na nim utrzymywał. W drugiej połowie lat 80-tych „Don Leo” trenował Real Madryt, uznawany za najlepszy zespół w historii futbolu.

– Miałem 44 lata i jakieś tam sukcesy w Holandii. Pewnego wieczoru zadzwonił telefon. Po drugiej stronie słuchawki przedstawił się pan Ramon Mendoza, prezes Realu Madryt. Zaproponował prowadzenie swojej
drużyny… Ludzie, on chciał, żebym trenował piłkarzy, którzy jeszcze kilka tygodni temu fetowali mistrzostwo Hiszpanii i drugi z rzędu triumf w Pucharze UEFA! – tak początek madryckiej przygody, w wywiadzie udzielonym w listopadzie ubiegłego roku „Dziennikowi”, wspominał Leo Beenhakker.

Piątka sępa

Charyzmatyczny biznesmen Mendoza doskonale kojarzył Holendra z czasów jego pracy w Realu Saragossa. To właśnie trzy i pół roku spędzone w Aragonii, na przekór druzgocącym opiniom po klęsce w barażu z Belgią, zadecydowały o powierzeniu królewskich sterów, wciąż młodemu Beenhakkerowi. Co czekało na niego w stolicy Hiszpanii?
– Przede wszystkim niesamowita Piątka Sępa (z hiszp. Quinta del Buitre). Ofensywna formacja Realu w składzie: Emilio Butragueno, Miguel Pardeza, Manolo Sanchís, Míchel i Rafael Martín Vázquez. Onie trzęśli całą Primera Division! Co tam, całą Europą! Żadnemu klubowi wcześniej nie udało się obronić pucharu UEFA. A oni tego dokonali. Teraz miał nimi dyrygować jakiś obcokrajowiec, który sromotnie przegrał batalię o mundial. Szczerze? Mieszkańcy Madrytu byli tą decyzją bardzo zdziwieni – opowiada Carlos Gonzalez, specjalista od „Los Blancos” w dzienniku „Marca”. Choć Leo zdawał sobie sprawę ze skali trudności, to nie przeraził się. Nie mogło być mowy o strachu w obliczu spełnienia zawodowych marzeń. Marzeń na wyciągnięcie ręki – Wiedziałem, że będzie ciężko, ale czy Realowi można odmówić? Nie, nie i jeszcze raz nie. Są momenty w piłce, kiedy rzucasz wszystko i podejmujesz wyzwanie. Dzisiaj być może jest więcej takich klubów, ale wtedy Real był jedyny. Nie zastanawiałem się ani chwili. Drugiej takiej szansy mogłem nie dostać
już nigdy – mówił nam Holender.
Debiut Beenhakkera jesienią 1986 r. wypadł mizernie. Ledwie remis ze słabeuszem z Kadyksu tylko wzmocnił wątpliwości madryckich kibiców w stosunku do nowego trenera. Z pomocą przyszły media. Na każdym kroku przypomniały, że w okresie przygotowawczym na treningach brakowało aż 12 reprezentantów Hiszpanii, Argentyny i Meksyku, którzy odpoczywali po trudach mundialu. Stało się jasne, że największym wielkim wyzwaniem Leo będzie zmierzenie się nie z wakacyjną formą podstawowych piłkarzy, ale
zbudowanie autorytetu u gwiazd Realu. Z zadania wywiązał się idealnie.

– Kiedy przyszedł do Realu miałem 21 lat. Od samego początku robił wrażenie. Czym? Swoimi pomysłowymi treningami. Boże, jak ja kochałem rano wstawać na poranne zajęcia. Za każdym razem starał się nam
przekazać coś nowego. Nigdy nie przynudzał. Poza tym realizował dwie święte reguły obowiązujące w Realu od dziesiątek lat – „Zawsze wygrywaj”, ale koniecznie „Wygrywaj pięknie”. Rozumiał na czym polega praca w Madrycie, czego co niedziela oczekuje od ciebie 80 tysięcy ludzi na Bernabeu – wspomina legendarny pomocnik Realu Rafael Martín Vázquez, członek wspomnianej Piątki Sępa.

Śmiertelnie poważny żartowniś

– Jak tylko się pojawił wiedziałem, że będzie nas trenował ciekawy człowiek. W przeciwieństwie do Vasqueza miałem ugruntowaną pozycję. Kończyłem 27 lat i odpowiadałem za środek pola. Pamiętam jak na
pierwszych treningach i odprawach meczowych Leo prosił mnie, żebym czasami dłużej przetrzymywał piłkę. Miałem być swego rodzaju wentylem dla rozpędzonej „Piątki”. Czasami koledzy w swej ofensywnej inwencji zapędzali się i to ja musiałem studzić ich zapał. Z Leo dogadywałem się świetnie. Nie przypominam sobie, żeby w drużynie były jakieś konflikty – wspomina Ricardo Gallego, mocny punkt tamtego Realu.
– Drużyna wygrywała wszystko co się dało, ale przede wszystkim grała przepięknie. Kibice nas kochali, ale z każdym meczem pragnęli coraz więcej. Dzięki Beenhakkerowi było to możliwe. Dzięki urozmaiconym
treningom i odprawom taktycznym mieliśmy czym zaskakiwać. Nie mniej jednak w tamtym czasie liczyło się tylko i wyłącznie show!
Nikt w Madrycie nie tęsknił za poprzednikiem Holendra Luisem Molownym. Z Beenhakkerem Królewscy byli jeszcze groźniejsi – To była maszynka do wygrywania. Były mecze, że już po kwadransie mieli trzy strzelone gole. Były mecze, że bez wysiłku, na drugim, trzecim biegu wygrywali 7:0.
Zapytajcie jakiegokolwiek oddanego fana Realu o to, która jedenastka była cudowniejsza: ta z Di Stefano i pięcioma Pucharami Europy, czy ta z drugiej połowy lat 80. Powiedzą wam, że piękniej grała ta druga, choć
sukcesy miała o wiele skromniejsze – wyjaśniał wyraźnie przejęty Carlos Gonzalez.
– Leo doskonale pasował do tego zespołu. Wiedział jak do nas dotrzeć, jak poskładać te wszystkie puzzle w postaciu osobowości, gwiazd. Miał pomysł na futbol. Nigdy nie wiedzieliśmy co będzie na treningach.
Przychodziliśmy na zajęcia i zawsze czekało na nas jakieś zaskoczenie.
Był śmiertelnie poważny, a jednak potrafił coś wymyślał, zebyśmy tylko mieli świetną zabawę Potrafił rozładowac napięcie. Czuliśmy przy nim luz – wspomina w rozmowie z „PS” Emilio Butragueno, legendarny „Sęp”, największa gwiazda Realu, najlepszy piłkarz Hiszpanii w latach 80.
Piłkarze przyznają, że nigdy nie zapomną kapitalnych zgrupowań. „Don Leo” już wtedy zaczął bowiem uchodzić za mistrza budowania atmosfery w zespole. Jak po latach przyznał w rozmowie z „PS”: – Trening odbywa się nie tylko na boisku. Budowanie drużyny to też część treningu.

Rowery? Jakie rowery?


– Na zgrupowaniach bywało czasem komicznie. Najczęściej jeździliśmy, oczywiście, do Holandii. Leo znał tam chyba każdy kąt. Wcielał się w rolę przewodnika po swojej ojczyźnie. Dużo zwiedzaliśmy, ale jak to na
zgrupowaniach czasami chcieliśmy się po prostu trochę ponudzić. On na to nie pozwalał. Pewnego razu zorganizował nam wyścig kolarskich trójek. Na rowerze z trzema siodełkami rywalizowaliśmy w kilku zespołach. Ja dobrałem się z napastnikami: Butragueno i Michelem, więc wiadomo, że musieliśmy wygrać za wszelką cenę. Tak pedałowaliśmy, że zabrakło nam drogi pod kołami. Zamiast na mecie wylądowaliśmy w szerokim, pełnym zimnej wody kanale! Niestety w Holandii jest ich w bród… Inne drużyny zatrzymały się i wręcz wyły ze śmiechu, patrząc na pogięty rower i przemoczone gwiazdeczki Realu – wspomina Paco Buyo bramkarz Real, którego z Sevilli do Madrytu sprowadził Don Leo.
– Fakt, bywało zabawnie. Dobrze pamiętam ten wyścig o którym mówił wam Buyo (śmiech). To było podczas zgrupowania we Frankfurcie. Postanowiłem dać chłopakom trochę odpocząć. Pomyślałem: „rower, świetny relaks”. W końcu w Holandii każdy jeździ na dwóch kółkach. Przeżyłem szok! Możecie mi wierzyć, lub nie, ale spora część piłkarzy Realu nie mogła utrzymać równowagi. Oni po prostu nigdy wcześniej nie siedzieli na siodełku. Wpadłem więc na pomysł, aby wystartowali na tandemach. Tym sposobem, ci którzy mieli już do czynienia z rowerem siadali z przodu i trzymali równowagę. Ci z tyłu mieli tylko pedałować. Jednej parze to zupełnie nie wychodziło, a że mieli ogromy zapał poprosili kogoś, żeby z tyłu prowadził ich na kiju… Byli zawsze na końcu, ale ubaw był niesamowity. Śpiewali, krzyczeli, na wzniesieniach rywalizowali niczym w Tour de France o górskie premie. Potem przyznawali sobie żółtą koszulkę lidera i białą w grochy dla najlepszego górala. To była fantastyczna grupa, o ogromnym poczuciu humoru. Luz pomagał uporać się z codzienną harówkę – wspominał Leo.
Beenhakker przypomina, że wszyscy razem, zjednoczeni potrafili przejść przez najtrudniejsze chwile.
– Oczywiście czasem bywało ciężko, ale wtedy wspaniałą rolę odgrywał kapitan Realu i reprezentacji Hiszpanii, Jose Antonio Camacho – osobowość jakiej nigdy potem już nie spotkałem. W szatni często mnie
wyręczał i sam mobilizował kolegów. Pamiętam taką sytuację przed meczem z Celtą Vigo. Spotkanie zaplanowane było na niedzielne popołudnie, więc jak zawsze wylecieliśmy z Madrytu w sobotę. Niestety przegraliśmy z pogodą. Nad całą północną Hiszpanią była taka mgła, że nie było szans na lądowanie. Z Vigo skierowali nas do San Sebastian, ale tam też nie udało się wylądować. Odesłali nas do Bilbao. Znowu nic z tego. Mgła była za gęsta. W końcu wróciliśmy do Madrytu i wpakowaliśmy się do nocnego pociągu. 9 godzin jazdy! Żaden z piłkarzy nie spał podczas podróży i jak dojechaliśmy koło południa do Vigo wszyscy padali z nóg. To był makabryczny widok. Co ja im miałem powiedzieć w szatni? Wtedy głos zabrał Camacho i wykrzyczał: „Panowie, ten weekend był beznadziejny. Ale nie straciliśmy go tylko po to, żeby teraz przegrać ten pieprzony mecz. Mamy go kurwa wygrać za wszelką ceną, albo będziemy mieli cały weekend do dupy. Wiem, że wyglądamy jak jedno wielkie gówno, ale nie przeszliśmy tyle, żeby teraz przegrać”. Ostre to było. Zgadnijcie jak się skończyło? Jasne, zagraliśmy beznadziejnie, ale wygraliśmy . Zrobiliśmy swoje i
wróciliśmy do domu – mówił nam Beenhakker.

cd. nastąpi…

Dodaj komentarz

Czyja jest kasa w piłce…

Trzoda. Na najbliższe zgrupowanie reprezentacji Polski leci grupa działaczy. Niektórzy zabiorą ze sobą żony. Kto wie, może psy i koty również polecą. Na pewno będzie miła zabawa. Nic złego by w tym nie było, przecież każdy ma prawo wybrać się na wycieczkę jeśli zarabia 50 tysięcy miesięcznie.

Leo Beenhakker selekcjoner reprezentacji Polski powiedział kiedyś, gdy jeszcze miał mocną pozycję, był niezależny i mógł mówić publicznie i krytykować otwarcie, że nie chce aby działacze sypiali w tym samym hotelu co piłkarze. Hotel ma być oazą spokoju. Godzinka czy pół na wywiady i prasa wypad. Ale nie ma przeszkód dla świętych krów. Działacze zrobią małą oborę z hotelu piłkarzy, bo od kiedy prezesem jest Grzesio Lato, nastąpiło kompletne odwrócenie ról – najważniejszy jest działacz.

Ostatnio sporo dyskutowano nad podwyżkami dla Laty i jego popleczników. Prezes dostał 50 tysięcy, jego ludzie po 30 z okładem.

Piechniczek mówi – to są nasze pieniądze, nie jesteśmy finansowani ze skarbu państwa, możemy sobie robić co nam się podoba.

Czy to znaczy, że na dzień przed zakończeniem kadencji szefowie PZPN będą mogli podjąć uchwałę, że dzielą się kasą po równo i do widzenia, a związek zostaje z zerem na koncie? A może jakiś kredyt zaciągnąć i zostawić związek zadłużony?

Otóż kasa PZPN nie jest prywtaną kasą Piechniczka (kiedy w końcu stwierdzi, że był najlepszym trenerem w historii) czy Laty (Grzesiu, Grzesiu się bawi), czy Bugdoła (przymknę oczy za małą podwyżkę).

Tak jak piłka nożna nie jest ich własnością. Piłka nożna oraz kasa związku to Res Publica, rzecz dla nas wszystkich. Nie w takim sensie, że mamy sobie ją wziąć, po prostu Lato ma być administratorem publicznych pieniędzy.

Tak samo jak Walter nie ma prawa robić z Legią co mu się podoba, bo Legia to klub warszawiaków a nie jego prywatny. Może sobie kupić tego i tamtego, ale jeśli przegnie (a kilka razy przegiął), to ludzie mają prawo do stanowczej reakcji. Mają moralne prawo do tego wszystkiego, choć dla mnie odwracanie się od piłkarzy jest głupotą – protestuj przeciwko chorej polityce ITI, nie przeszkadzaj własnym piłkarzom. Musisz znaleźć złoty środek, nie umiesz, odpuść w ogóle. W tym kontekście trochę usprawiedliwiona jest reakcja kiboli Górnika Zabrze. Tzn. usprawiedliwione jest to, ze zareagowali, sposób w jaki zareagowali to kompletny skandal.

Problem polega na tym, że PZPN nie ma żadnego przełożenia na reprezentację, w kibic reprezentacji to kibic mniej awanturujacy się. Tak więc my będziemy protestować w prasie, nazywać Latę i jego trzodę coraz to wymyślniej, ale myślę, że to wołanie na puszczy. I Lato doskonale o tym wie, tak więc spodziewajmy się w najbliższym czasie jakiejś pokaźnej premii dla niego i jego zaufanych.

Dodaj komentarz

Czy Barcelona zmieni futbol?

Krótko: Nie.

Bądźmy realistami. Ileż to razy odtrąbiono już triumf futbolu ofensywnego, ile było już najlepszych drużyn świata w ostatnich latach? Ale Carpe Diem…

Guardiola wygrał, Guardiola jest wielki, wielki jest jego futbol i oby tacy jak on wygrywali zawsze. Może nie zawsze z Anglikami, bo przecież angielski futbol ma duszę jednak piękną, ale na pewno zawsze z tymi obślizłymi, obrzydliwymi… ale o tym dalej.

Człowiek stworzył koło, bo widocznie miał potrzebę przewieźć większą ilość towaru. Do historii piłki przeszli z kolei szkoleniowcy, którzy wymyślili coś więcej niż zwykłe 4-4-2, podaj, biegnij, kopnij, okiwaj.

Dlatego słów kilka o tych, którzy tworzyli piękno futbolu, ale i mały wtręt o tych, którzy już w przedszkolu psuli zabawę innym.

Pierwszy „futbol powiedzmy totalny” stworzył Gustav Sebes. Selekcjoner reprezentacji Węgier, która w latach 50-tych grała piłkę zupełnie niespotykaną.

W Anglii Arthur Rowe wpadł wtedy na pomysł, że gra z pierwszej piłki przyniesie powodzenie jego Tottenhamowi. I nie pomylił się. Push and run, podaj i biegnij a ja ci oddam. Spurs z przeciętniaków weszli na wyżyny i zdobyli mistrzostwo Anglii. Zaczęło się od tego, że Rowe na treningu (jak pisał Bernard Joy, piłkarz i dziennikarz) wziął piłkarzy na boisko, sam stanął przy linii i nakazał Ron Burgessowi podać piłkę. Dostał i automatycznie oddał. „Ile to zajęło czasu?”. Cecil Poyton, jego asystent spojrzał na stoper: „2 sekundy”.

Ok, jeszcze raz – Burgess podaje, Rowe przytrzymuje piłkę, podaje… Cecil Poyton: „4 sekundy”.

I ostatni raz – Ron Burgess podaje, Arthur Rowe przyjmuje piłkę na prawą, przekłada na lewą, znowu na prawą, podaje… Cecil Poyton: „8 sekund”.

Widzicie chłopcy jakie to proste?

Rowe zrobił rewolucję w angielskiej piłce. Jego uczniem był Sir Alf Ramsey, mistrz świata z 1966 roku. Ramsey też wprowadzał swoje rewolucje, eksperymentował z wycofaniem skrzydłowych.

Gdy sięgał po mistrzostwo świata, na południu Europy królowała myśl Helenio Herrery, obrzydliwe catenaccio.  Herera go nie wymyślił, wprowadził po prostu na salony. Nie będę tego opisywał, bo nie warto. Herrera był genialny ale zabił futbol. Pieprzony profesor Moriarty. Gdy byłem mały opierałem się na przekazach książkowych i bardzo mi to imponowało, nie wdawałem się w szczegóły. Młode jest głupie. Dlatego twierdzę, że wszyscy ci, którzy kochają włoską piłkę są niedojrzali emocjonalnie, zdziecinniali i tak naprawdę piłki nie kochają. Dokładnie tak – kochają włosą piłkę a nie kochają piłki, bo wbrew temu co ludzie myślą włoska piłka piłką nie jest, a jeśli zaczyna ją przypominać, to znaczy że po prostu została trochę zmodyfikowana. Fuj, ile można.

Dlatego pojawił się największy z wielkich – Rinus Michels. Niektórzy twierdzą, również Holendrzy, że futbol totalny wymyślił razem z Cruyffem. Nie byłoby Michelsa bez Cruyffa, a może osiągnąłby pozycję Louisa van Gaala… kto wie. Cruyff dał mu zaszczytne miejsce numer 1 w historii światowej piłki.

Dwa lata temu Times opublikował taki oto ranking:

http://www.timesonline.co.uk/tol/sport/football/article2437525.ece

No pewnie, że trochę naciągany anglofilski… ale cóż, nie samą rewolucją człowiek żyje.

Michels przeszedł do historii, gdyż stworzył piękną i bestię zarazem. Stworzył futbol, który wydaje się wieczny, nawet gdy przysypia, budzi się i raz na kilka lat zachwyca, by dać się na chwilę pokonać bezdusznemu, obrzydliwemu, obślizłemu, oszukańczemu włoskiemu… czemuś tam (to nie zasługuje nawet na nazwę). To nie jest rewolucja, o której chciałbym pisać, tak jak o prymitywnej rewolucji francuskiej, która gilotynowała ludzi – winnych, niewinnych, mało istotne.

Ok, przyspieszam – Ernst Happel – ktoś powiedział, że to on stworzył podwaliny futbolu totalnego wzorując się na austriackim Wunderteamie, ktoś inny powiedział, że to zmodyfikowane catenaccio, może coś w tym jest choć niekoniecznie – obrona jak cholera, atak znakomity, ale funkcjonalność przede wszystkim – efekty to mistrzostwo Europy z zespołami, które bez niego nie miałyby na to szans – Feyenoordem i HSV. Trudno mi jakoś określić ten styl poza tym że był wyjątkowo skuteczny.

Wbrew pozorom w dzisiejszych czasach nie brakuje odkrywców futbolowego piękna. Według Davida Winnera, autora książki „Brilliant Orange”, Cruyff zmodyfikował futbol totalny nadając mu ludzką twarz, zaś Louis van Gaal stworzył ekstremalnie zautomatyzowaną jego wersję.

Cruyff to taki holenderski Boniek, też zawsze ma rację. Tyle tylko, że jest trochę bardziej merytoryczny.

Zaś Van Gaal nie dał rady w Barcelonie, bo jest zamordystą – w Barcy grają gwiazdy a nie juniorzy, z którymi można robić co się chce. Myślę, że w Bayernie Louis będzie miał pole do popisu.

Dzisiaj jest w końcu Guardiola, człowiek który zmodyfikował Cruyffa. Fajnie byłoby, żeby przeszedł do historii. Wczorajsza piłka była naprawdę rewolucyjna – to był futbol totalny, tyle że jeszcze szybszy, jeszcze bardziej efektowny.

Zobaczymy za rok.

Wiem, że pominąłem tu wielu wspaniałych trenerów, ale chciałem napisać tylko w konetkście Barcy i holenderskich wpływów. A catenaccio wymieniłem, by ludzie mieli świadomość co by się stało, gdyby nie futbol totalny, zaś Rowe’a po to by ludzie zrozumieli, że wieczne kopiowanie do niczego nie prowadzi, bo wynalazcy są zawsze krok do przodu…

Dodaj komentarz

Leo Beenhakker – historia, cz.2

Dzisiaj o przenosinach Beenhakkera do Saragossy i wielkim powrocie do Holandii – o tym jak został selekcjonerem i poniósł jedną z największych życiowych porażek.

JA TU JESZCZE WRÓCĘ

Rafał Lebiedziński
Marek Wawrzynowski
Piotr Żelazny
dziennikarze „PS”

W połowie lat 80-tych Leo Beenhakker osiągnął to o czym marzy każdy holenderski trener. Został selekcjonerem Pomarańczowych. I choć nie wykorzystał tej wielkiej szansy, to ugruntował swoją pozycję na europejskim rynku młodych, zdolnych trenerów.

Leo Beenhakker, wychowany w okolicach stadionu Rotterdamu, zawsze chciał zasiąść na ławce trenerskiej De Kuip. Marzenie częściowo spełniło się już w latach 70-tych, gdy Guus Brox, legendarny menedżer Feyenoordu,
ściągnął go do prowadzenia młodzieży. Leo prowadził juniorów wraz z Klemensem Westerhofem, w późniejszych latach jednym z najbardziej znanych na świecie „misjonarzy futbolu”. Wbrew pozorom, praca z młodymi chłopcami nie była dla Beenhakkera degradacją. Tym bardziej, że już w pierwszym sezonie sięgnął po juniorskie mistrzostwo Holandii.

Leo honorowy

Jednym z jego wychowanków był późniejszy bramkarz reprezentacji Holandii Joop Hiele, który po latach tak wspominał Beenhakkera na łamach magazynu Voetbal International: – To był dla mnie bardzo ważny trener. Był
człowiekiem, do którego mogliśmy pójść z naszymi problemami. Jako młodzi piłkarze nie musieliśmy się tego wstydzić. A wtedy człowiek buntował się przeciw ogólnym wartościom, dlatego kogoś takiego było nam potrzeba. Właściwie, nie wiem co by ze mną było, gdybym go nie spotkał w swoim życiu. To właśnie Leo zmusił mnie do tego, bym skończył szkołę, zanim trafiłem do profesjonalnej piłki. Zdarzało się czasem, że wykopał z treningu, ale mam z nim tylko pozytywne doświadczenia.
Z tej grupy wybili się m.in. świetny obrońca Sjaak Troost (członek kadry, która zdobyła złoto na Euro 88), Carlo de Leeuw (ponad 130 meczów w Eredivisie) oraz Mario Been, do niedawna trener NEC Nijmegen.
Been w holenderskiej prasie: „Leo to człowiek miły, ciepły, który zawsze stoi po środku grupy. Można powiedzieć, że jest jak ojciec. Nigdy nie robi wokół siebie szumu, lubi rozmawiać. Jego mowa zawsze do nas trafiała”.
Później, zamiast wielkiej kariery przyszło wielkie rozczarowanie. Leo był kandydatem numer 1, by zostać asystentem legendarnego Vaclava Jeżka, trenera pierwszego zespołu, wcześniej m.in. trener reprezentacji Czech, która wygrała Euro 76. W tym samym czasie w klubie na stanowisku menedżera zatrudniono jednak Petera Stephana, tego samego, który w czasach Go Ahead Eagles, miał z Leo ostrą scysję. Tego było dla młodego trenera zbyt wiele.
Beenhakker unosi się honorem i odchodzi z Feyenoordu. Porzuca swoje marzenia, żegnając się słowami: „Kiedyś to się wydarzy, kiedyś trafię do de Kuip”. Nawet nie zdaje sobie sprawy, że jego wielkie marzenie spełni się za niemal 20 lat, a on wtedy będzie już trenerem z nazwiskiem znanym na całym świecie.

Leo ojciec

Po bezrobotnego Beenhakkera zgłasza się Ajax Amsterdam. Człowiek, który nazywa Rotterdam swoim domem w Ajaxie? Tego już za wiele! Zresztą po latach kibice Feyenoordu będą to Beenhakkerowi wypominać.
– Ale taki jest Beenhakker – opowiada Przeglądowi Sportowemu Chris Tempelman z Voetbal International. – Jedzie do Rotterdamu, mówi: „Wracam do domu”, jedzie do Meksyku, mówi: „Wracam do domu”, jedzie do Amsterdamu, do Meksyku, do Polski, mówi dokładnie to samo: „Wracam do domu”. To naprawdę jest obywatel świata.
Po latach Leo przyznał w rozmowie z dziennikarzami „Przeglądu Sportowego”: – Mówię kilkoma językami, świetnie się czuję na całym świecie. Niemal wszędzie mam poczucie tego, że jestem w domu.
– W Rotterdamie zrobił świetna robotę, potrzebowaliśmy takiego fachowca – mówi Cor Brom, ówczesny menedżer Ajaxu. Rok później, na początku sezonu Brom zostanie wyrzucony po 4. kolejce, a jego posadę przejmie ją
Beenhakker.
Bert Nederlof, jeden z najbardziej znanych holenderskich publicystów dla Przeglądu Sportowego: – Leo był naturalnym następcą Broma. Swietnie nadawał się do tej roboty. Miał sporą umiejętność prowadzenia ludzi, był wtedy w Ajaxie bardzo popularny. Był wtedy bardzo młody, nie wiele starszy od niektórych piłkarzy, a już miał podejście ojcowskie do swoich zawodników. W Holandii wielu ludzi to śmieszyło, ale piłkarze bardzo to lubili. Beenhakker po roku sięgnął po mistrzostwo Holandii, mimo iż na początku sezonu bardzo krytykował zespół.
– Nie było atmosfery do pracy, zawodnicy byli skłóceni – opowiadał.
Poza mistrzostwem, zaliczył najwyższą… porażkę w historii klubu na własnym boisku. Ajax przegrał z MVV Maastricht 3:6.

Kibice zapamiętają jednak mecz z następnego sezonu, gdy w klubie zatrudniono doradcę technicznego, Johana Cruyffa. W jednym ze spotkań Ajax Beenhakkera przegrywał z Twente 1:3. Wtedy z górnej trybuny zszedł Cruyff i w obecności kamer telewizyjnych rozmawiał z Beenhakkerem. O czym? Do dzisiaj nie wiadomo. Holendrzy sugerowali, że Cruyff nakazał „Don Leo” dokonać pewnych zmian w składzie. Ajax wygrał z Twente 5:3.
Sam Beenhakker stwierdził, że kazał wrócić Cruyffowi na trybuny a decyzje o zmianach na boisku podjął sam z siebie.
Po latach stwierdził: – Z Johanem bardzo się lubimy, ale jest jeden problem… nie możemy razem pracować.
To był jednak ostatni sezon Beenhakkera w Ajaksie. Miał wielu wrogów w zarządzie, którzy zresztą wciąż wymagali od niego, by dokonywał zmian w składzie. Ajax przegrał walkę o tytuł z AZ Alkmaar, a Beenhakker, który do dzisiaj lubi podkreślać swoją niezależność, powiedział: Dość!

Leo ultraofensywny

Punktem zwrotny w karierze Beenhakkera było przejście do Realu Saragossa.
– Myślę, że wtedy przeszedł przemianę – uważa przyjaciel Beenhakkera z czasów młodości, Hans Venneker, z którym spotkaliśmy się w Rotterdamie. – Saragossa była wtedy słabym klubem, grała defensywną piłkę, zajmowała
miejsce w końcówce tabeli. Zatrudnienie go było sporym ryzykiem, tym bardziej że kontrkandydatami byli fantastyczni ex–piłkarze: Giacinto Facchetti i Alfredo di Stefano. Ale to właśnie Leo wprowadził do tego zespołu zupełnie nową jakość.
– Dla ludzi w Holandii to było spore zaskoczenie, bo Beenhaker, mistrz Holandii, mógł przyjąć jakąkolwiek ofertę w kraju. Miał już nazwisko. A wybrał słaby hiszpański klub. Praca w Saragossie okazała się strzałem w dziesiątkę – mówi Nederlof.
„Don Leo” nauczył swoich podopiecznych gry w piłkę. „Play the ball, keep the ball” – powtarzał.
„Wolę grać ofensywnie niż brzydko wygrywać” – mówił w 1981 roku zaraz po przyjeździe do Aragonii w wywiadzie dla hiszpańskiego El Pais.
– To były cztery, bardzo dobre sezony pod rządami Beenhakkera. Drużyna strzelała mnóstwo goli, grała ultraofensywnie i była nie do pokonania na własnym stadionie. W tamtym czasie La Romareda była twierdzą nie do
zdobycia – mówi Przeglądowi Sportowemu Paco Jimenez, dziennikarz Heraldo de Aragon, największego dziennika w Saragossie. – Zdecydowanie gorzej szło na wyjazdach. Chyba to zadecydowało, że ani razu nie udało się zająć miejsca dającego awans do europejskich pucharów. A szkoda, bo ówczesny prezydent Armando Sisgues zainwestował w klub do tej pory balansujący nad strefą spadkową, spore pieniądze.
Pierwszy sezon Beenhakker awansował na 14. miejsce, a pierwszy samodzielny sezon skończył na 12 miejscu.
– Miał wtedy w składzie znakomite trio napastników. W pierwszym sezonie 1981/1982 w Realu spotkali się Pichi Alonso, Paragwajczyk Raul Amarilla i późniejszy mistrz świata, kompan Maradony Jorge Valdano. Wszyscy wypromowali się w Saragossie. Dwaj pierwsi trafili później do Barcelony, a Valdano do Realu Madryt. Ulubieńcem Leo był inny Argentyńczyk, mózg środka pola, Juan Barbas. Sam Beenhakker był postrzegany jako młody, ambitny trener. Przyszedł z Ajaksu Amsterdam z głową pełną pomysłów. Gołym okiem widać było, że ma oczy otwarte na świat. Wprowadził do
treningów wiele nowinek praktykowanych w Holandii. Błyskawicznie poradził sobie barierą językową. Na początku porozumiewał się po angielsku, ale już po trzech miesiącach swobodnie dogadywał się po hiszpańsku. Był wesoły, często można było zobaczyć jak popijał cappuccino w centrum Saragossy. Kibice stali za nim murem – wspomina
Jimenez.
Później dwukrotnie kończył tuż za plecami zespołów, które awansowały do Pucharu UEFA, a więc na 6. i 7. miejscu. Z okresu w Saragossie, trudno znaleźć kogokolwiek, kto krytykowałby Beenhakkera, mimo iż władze klubu wymagały od niego tytułu mistrzoswskiego.
Eugenio Vitaller, bramkarz Realu Saragossa, wspomina w rozmowie z Przeglądem Sportowym: – Leo to najlepszy trener z jakim pracowałem. Przyspieszenie w mojej karierze zawdzięczam właśnie niemu. Mijał już siódmy miesiąc mojej gry w prowincjonalnej, trzecioligowej Andorze, kiedy Leo postanowił dać mi szansę. Choć miał w składzie dwóch znakomitych bramkarzy Juana Luisa Irazustę i Sabino Zubeldię, to postawił na mnie. Pamiętam że ta decyzja wywołała szok w klubie i prasie sportowej. Miałem 23 lata, ale dzięki odwadze Beenhakkera mogłem zadebiutować w Primera Division. Było to coś szczególnego dla mnie, chłopaka z Saragossy, w której spędziłem później 8 lat.

Leo prowokator
Mimo, że w Hiszpanii przeżywał wapasniałe chwile, Beenhakker zdecydował się na powrót do Holandii, do mało znanego Volendam, który… spuścił z ligi. Stamtąd nieoczekiwanie trafił do sztabu reprezentacji, pod skrzydła Rinusa Michlesa, uznawanego dzisiaj za najlepszego trenera w historii holenderskiej piłki.
– Myślę, że można powiedzieć, że Leo to częściowo człowiek Michelsa. Sporo się od niego nauczył. Mieli bardzo podobną strategię. Ważne było, by porozumieć się z liderami zespołu – opowiada Chris Tempelman.
Beenhakker od tej pory będzie postrzegany jako człowiek Michelsa, co zresztą w przyszłości odbije mu się czkawką…
Ale teraz praca z Michelsem dała Beenhakkerowi niepowtarzalną szansę. Podczas eliminacji do Mistrzostw Świata w Meksyku, Miches poważnie zachorował i to właśnie Beenhakker został jego następcą. Holendrzy, aby awansować na mundial, musieli pokonać swoich sąsiadów sąsiadów odwiecznych rywali, Belgów. A ci mieli wtedy młodą fantastyczną drużynę, kilkoma wschodzącymi gwiazdami futbolu, jak Jean Marie Pfaff, Rene Vandereycken, Franky Van der Elst, Franck Vercauteren, Frankie van der Elst czy Jan Coulemans. Do dzisiaj ten zespół jest uwaźany za najlepszy
w historii Belgii. Beenhalkker miał do dyspozycji wschodzące megagwiazdy: Marco Van Bastena, Fraanka Rijkarda, Ruuda Gullita czy Hansa Van Breukelena.
– Tamte mecze były pełne podtekstów. Holandia i Belgia nie darzą się wielką sympatią. Oni mówią, że jesteśmy głupi, my ich mamy za nadętych arogantów. Takim właśnie, typowym aroganckim Holendrem, był wtedy dla nas Leo Beenhakker. Już przed pierwszym meczem mówił, że pokonanie nas będzie formalnością. Zaszokował wszystkich swoim zachowaniem. Tym bardziej, że nie był żadnym wielkim trenerem, tylko goście, który trafił do kadry w prowincji, z Volendam. Wcześniej w Belgii nie znaliśmy pojęcia gry psychologicznej. Beenhakker był jednym z tych, którzy
wprowadzili to do europejskiego futbolu – opowiada nam belgijski dziennikarz, Francois Colin.
Beenhakker pytany o Guy Thysa, trenera Belgów odpowiadał lekceważąco: „Mam już dość tego faceta z whisky i cygarem w ręku”.
Tamte mecze to była wojna totalna. Pierwszy mecz Belgowie wygrali 1:0. Beenhakker irytował Belgów, mówiąc, że „porażką jedną bramką to triumf Holendrów, którzy grali w osłabieniu”. Już w 3. minucie Wim Kieft został
sprowokowany przez Francka Vercauterena, kopnął go i dostał czerwoną kartkę.
Reporterzy „Przeglądu Sportowego” dotarli do uczestników tamtych wydarzeń.
– Atmosfera była bardzo napięta. Beenhakker prowokował nasz skutecznie, a więc nie mogliśmy pozostać dłużni. Ja swój cel osiągnąłem. Kieft wyleciał z boiska, mieliśmy przewagę. Piłkarz musi mieć w sobie trochę z gangstera – mówi nam Vercauteren.
W rewanżu Holandia musiała wygrać dwoma bramkami i do 84. minuty prowadziła 2:0, by stracić bramkę dzisiaj stracić w ostatniej chwili szansę awansu. do dzisiaj Belgowie i Holendrzy rozpamiętują zdarzenie, które przeszło do historii jako jeden z największych błędów taktycznych w historii obecnego selekcjonera naszej reprezentacji. Beenhakker chciał zaatakować mocniej.
– Chciał mieć w ataku wysokiego napastnika. Wpuścił więc na zmianę mierzącego ponad 190 cm wzrostu Johna Van Loena. Nasz trener wystawił Georgesa Gruna, równie wysokiego obrońcę, który miał zneutralizować „Wieżowca z Utrechtu”. W decydującej akcji dośrodkował Eric Gerets, a Van Loen spóźnił się z interwencją i… decydującą bramkę strzelił dla nas Grun – opowiada „PS” Frankie van der Elst, jeden z najlepszych piłkarzy w historii belgijskiego futbolu. To właśnie Belgowie a nie Holendrzy pojechali na mundial, gdzie zresztą zrobili furorę i zajęli trzecie miejsce. Winnymi porażki zostali Beenhkker i Van Loen.

Leo w tunelu
– Tak to było, Gerets dośrodkował i więcej nie pamiętam, straciłem głowę. Do dzisiaj mi to wypominają. Wtedy to był koszmar. Dostawałem setki obraźliwych listów, a Belgowie przysłali mi wielki plakat, z postaciami w stosunku 1 do 1. A na plakacie Grun szybujący nade mną – wspomin dzisiaj Van Loen, którego odwiedziliśmy w Utrechcie, gdzie jest
asystentem Wima van Hanegema.

Zaznacza jednak: – Nie można winić Leo. Dał nam wtedy niesamowitą wiarę w siebie.Coś czego wcześniej nie
potrafił dać żaden trener. Mówił, że pokonamy Belgów dwoma bramkami. I gdyby nie ja…
Beenhakkera broni też Hans Van Breukelen, wtedy młody bramkarz, później jeden z najlepszych golkiperów świata.
– Beenhakker chciał tchnąć w nas wiarę w siebie i świetnie mu to wychodziło. Prowadziliśmy 2:0, chociaż nie byliśmy lepsi. To była w znacznej części jego zasługa – mówi Van Breukelen. Drogi jego i „Don Leo” w przyszłości jeszcze nie raz się zejdą, nie raz też staną po przeciwnych stronach barykady. Ale wtedy każdy w samotności przeżywał porażkę. Zdjęcie Beenhakkera schodzącego samotnie do szatni swojego ukochanego De Kuip, obiegło cały świat. W Holandii uchodził za przegranego. Tym większy był szok, gdy został ogłoszony szkoleniowcem najlepszego klubu świata, Realu Madryt…

Dodaj komentarz

trochę o rasizmie w mediach sportowych

…na szczęście tylko elektronicznych i na razie mało znaczących. Znany i zdolny dziennikarz, którego nazwiska nie wymienię gdyż woli pozostać anonimowy, prowadzi stronę weszlo.com. Na stronie kilka dni temu ukazał się taki oto kwiatuszek: „Zastępował kontuzjowanego Grzegorza Szamotulskiego w meczu Aberdeen – Hibernian. Podobno zdolny, podobno był kiedyś w Chelsea… Ale jednak – przewrażliwieni na punkcie rasizmu niech nie czytają dalej – Murzyn. Murzyni się nie nadają na bramkarzy…”

To o bramkarzu Hibernian Edynburg Yvesie Ma-Kalamby, Belgu pochodzącym z Demokratycznej Republiki Kongo, który puścił fatalną szmatę. Chciał nabić piłkarza, zdecydowanie po złości, a wyszło tak że odbita piłka wpadła mu do bramki.

Na stronie weszlo.com prowadziłem dyskusję z tamtejszymi bywalcami o to czy stwierdzenie, że „Murzyni nie nadają się na bramkarzy” jest rasistowskie czy nie.

Mój punkt widzenia jest jednoznaczny – jest to rasizm i to taki dość wyraźny. Zdaję sobie sprawę z tego, że dziennikarz umieścił taką treść by wywołać dyskusję. Tyle tylko, że jak daleko można się posunąć?

Ciekawe jest to, że wielu internautów zgodziło się z tezą o murzynach nie nadających się na bramkarzy co oznacza, ze ludzie nawet nie zdają sobie sprawy z tego, że są rasistami lub są po prostu nieświadomi.

Pytałem kilku osób o to, dlaczego niby się nie nadają – nie usłyszałem sensownej odpowiedzi – po prostu tak jest i tyle.

Podtekst jest tu jednoznaczny – gorzej myślą.

Nie zgadzam się z tym absolutnie, wydaje mi się że przyczyny leżą gdzie indziej. Gdyby autor napisał, że „mało jest dobrych bramkarzy wśród murzynów” przyznałbym mu rację. Ale napisał inaczej.

Dlaczego więc tak jest? Otóż pozycja bramkarza jest prestiżowa głównie w Europie. Przykładowo w Brazylii, a więc najlepszej drużynie Ameryki Południowej przez kilkadziesiąt lat dominował pogląd że bramkarz jest dodatkiem do drużyny. Trochę jak na podwórku, gdy najmłodszy lub najsłabszy staje na bramce. Gdy pozycja bramkarza zaczęła być szanowana, w Brazylii przybyło kilka ciekawych nazwisk. Dzisiaj są to: Julio Cesar, Dida i Huerelho Gomes. Pierwszy jest dzisiaj w pierwszej piątce świata, drugi przez wiele lat był w najlepszej dziesiątce, trzeci prawdopodobnie do elity wskoczy.

W Afryce pozycję bramkarza traktuje się dzisiaj podobnie jak kiedyś w Ameryce Południowej, ale zmiany są kwestią czasu. Już dzisiaj w Europie mocną pozycję ma Carlos Kameni z Espanyolu, przed laty brylował jego rodak i obecny trener Tomas N’Kono oraz trzeci z Kameruńczyków Jacques Songo’o. Za czołowego europejskiego bramkarza uchodzi, słusznie zresztą, Steve Mandanda. Można się spierać lub nie ale 44 razy w reprezentacji Francji wystąpił Bernard Lama.

Zresztą, dzisiaj w Europie są trzy kraje, gdzie murzyni nie są w zdecydowanej mniejszości – to Anglia, Holandia i Francja. W Anglii numerem 1 jest David James, we Francji wspomniany Mandanda. W Ajaksie Amsterdam przez wiele lat niepodważalną pozycję miał Stanley Menzo, którego Johan Cruyff widział na pozycji numer 1 w bramce reprezentacji Holandii (na szczęście dla Hansa van Breukelena to nie Cruyff decydował o obsadzie reprezentacyjne bramki).

W dyskusjach naukowych o wyższości jednej rasy nad drugą mówi się więc o uwarunkowaniach fizycznych. I tu wszystko przemawia na korzyść czarnoskórych. W końcu jak już dawno stwierdzono w USA, biali nie potrafią skakać…

A więc odpada aspekt fizyczny. Chodzi więc o zmysł taktyczny a więc inteligencję? Czy z przewagą inteligencji wśród białych zgodzi się Condoleeza Rice albo Barrack Obama? A może Oprah Winfrey?

To tyle. Poczekajmy cierpliwie 10, może 20 lat. Ciekaw jestem wtedy opinii dziennikarza z weszlo.com.

Odbiegając trochę od piłki, polecam ciekawe opracowanie Jareda Diamonda, laureata nagrody pulitzera, na temat powodów wyższości Europejczyków nad mieszkańcami innych kontynentów. Bardzo zajmująca lektura. Ukazała się w książce „Nowy Renesans” – to zbiór tekstów wybitnych specjalistów w dziedzinie nauki wybranych przez Johna Brockmana, założyciela platformy dyskusyjnej „The Edge”. Można ją także odnaleźć (tak sądzę) w archiwum Rzeczpospolitej pod tytułem „Dlaczego Montezuma nie podbił Europy”.

Albo na tym blogu

mw

Comments (2)

Older Posts »