Billy McNeill

Kapitan wszechczasów uwielbia Boruca

Billy McNeill, jedna z największych legend Celticu Glasgow, kapitan „Lizbońskich Lwów” – pogadaliśmy z nim telefonicznie razem z Przemkiem Rudzkim. Materiał poszedł do magazynu Przeglądu Sportowego. Z Rudim dobrze się dogadujemy w sprawach zawodowych, bo w młodości czytaliśmy te same książki i obaj graliśmy w głupie gierki typu kapsle z naklejonymi flagami. To znaczy ja na pewno grałem, a on w jakąś inną.

Jeśli ktoś nie wie, kim jest Billy McNeill to niech spada na drzewo – to nie jest strona dla ludzi, którzy mając jakiekolwiek wątpliwości nie wskakują automatycznie na wikipedię!
Jak rozmawiać we dwóch przez telefon? Wystarczy włączyć na „głośnomówiący”, co za głupie pytanie.

Boruc musi zostać w Celticu

My: Gordon Strachan powiedział niedawno, że ćwierćfinał Ligi Mistrzów to szczyt możliwości Celtiku Glasgow. Zgadza się pan z tymi słowami, jako były kapitan The Bhoys, który wzniósł Puchar Europy?
Billy McNeill: – W futbolu wszystko jest możliwe, dlatego nie ma sensu tak mówić. Wygrać Ligę Mistrzów nie jest łatwym zadaniem, ale jeśli masz dobry zespół, piłkarzy, którzy mają jakość, ale także takich, którzy potrafią walczyć przeciwko wielkim, wtedy wszystko się może zdarzyć.

Może kiedyś było łatwiej – teraz jest przecież więcej drużyn, w futbolu pojawiają się coraz większe pieniądze.
– Nie zgadzam się z wami. Wiele się zmieniło, ale jedno nie – i wtedy i teraz Puchar Mistrzów to najtrudniejszy turniej do wygrania. A dla klubu takiego jak Celtic to zawsze będzie nieprawdopodobne wyzwanie.

Na czym w takim razie polegał fenomen drużyny z lat 60-tych, w której pan grał?
– To proste – mieliśmy piłkarzy, którzy nigdy nie akceptowali porażki. Mecze z drużużynami z Europy były dla nas ważne, zdawaliśmy sobie sprawę z ich wagi, ale jednocześnie potrafiliśmy się nimi cieszyć. To dało nam sukces.

Jak porównałby pan tamten zespół do zespołu Strachana?
– To trudne. Oczywiście mają pewne wspólne cechy, ale różnica jest taka, że my urodziliśmy się po to by wygrywać.

Dlaczego w sezonie 1969/70 nie udało się wam?
– Po prostu Feyenoord był lepszy, nic więcej. Grali naprawdę fantastyczny, typowy holenderski futbol. Nie byliśmy w stanie mu się przeciwstawić.

W jednym z wywiadów powiedział pan, że byliście lokalnymi chłopakami, kolegami z sąsiedztwa. Faktycznie tak dobrze sie znaliście?
– Tak właśnie było. Mieszkaliśmy wszyscy chyba w promieniu 40 mili od klubu. Znalismy się doskonale, często pomagaliśmy sobie w różnych sprawach nie związanych z futbolem. Szanowaliśmy siebie. Myślę, że to była bardzo ważna część w naszej drodze do sukcesu. Mieliśmy też wielki szacunek do klubu i myślę, że po sukcesie w 1967 roku do dziś na Celtic Park jesteśmy traktowani jak bohaterowie.

Jak zatem zareaguje pan na słowa Artura Boruca, który stwierdził, że futbol to czasem głupia praca, a on sam nie musi się wcale kolegować z innymi piłkarzami z drużyny…
– Oczywiście nikt z nas, z mojej drużyny, nie zgodziłby się z tym co powiedział Boruc. Ale my dorastaliśmy w innych okolicznościach. Byliśmy od dziecka związani emocjonalnie z Celtikiem.

Został pan wybrany przez fanów kapitanem wszechczasów. Wyprzedział pan
między innymi Kenny’ego Dalglisha. Czy to nagroda za poświęcenie – 18 lat w jednym klubie?
– W dzisiejszym futbolu to się już nie zdarza. Celtic był w moim sercu od zawsze. Ale muszę podkreślić, że łatwo być kapitanem w takiej drużynie, z takimi piłkarzami, jakich ja miałem wokół siebie.

Później prowadził pan jako trener polskich piłkarzy…
– … Dziekanowski, Wdowczyk.

Jak pan ich zapamiętał?
– Dziekanowski był wspaniały, miał niesamowity talent. Świetnie wyszkolony technicznie. Wdowczyk też był bardzo dobry. Do obu mam spory sentyment.

Kibice w Glasgow zwykli mówić, że Dziekanowski był bardzo dobry na boisku, ale jeszcze lepszy poza nim…
– (śmiech) Pewnie tak. Ale nigdy nie wpływało to na jego możliwości piłkarskie.

Który polski piłkarz w Celtiku zrobił na panu największe wrażenie: Dziekanowski, Wdowczyk, czy może Boruc?
– Wdowczyk dobrze wywiązywał się ze swoich zadań, Dziekanowski był naturalnie obdarzony talentem, a Boruc to świetny golkiper, robi wrażenie. Trudno ich porównać, ze względu na różne pozycje, ze względu na to, że grali w różnym czasie. Boruc jest trochę, jak każdy bramkarz,
podpowiedzcie mi…

… szalony.
– O tak, ale i tak go uwielbiam. I bardzo bym chciał, żeby został w Glasgow.

I nie przeszkadza panu, że jego zachowanie poza boiskiem przypomina nawet bardziej ekscesy George’a Besta niż wyskoki Dziekanowskiego?
– To prawda, ale nie przeszkadza. Tak długo, jak będzie dobrze bronił – nie. Artur osiągnął w Szkocji sukces, bez wątpienia i tylko w takich kategoriach na niego patrzę. On naprawdę może być legendą Celtiku.

Jest jeszcze czwarty piłkarz, o którym nie wspomnieliśmy – Maciej Żurawski. Miał dobry sezon na Celtic Park.
– Nic wielkiego o nim nie powiem. Był w zespole i tyle.

Przed finałem z Interem w Lizbonie większość z was poszła do kościoła. Jak ważna była religia?
– Bardzo ważna, ale nie dla wszystkich. Nie było obowiązku. Czterech z nas nie poszło, nie byli katolikami. Ale pozostali wierzyli, że to nam pomoże. I myślę, że coś w tym było, że na tym skorzystaliśmy. Poza tym ważne było też to, że msza była rano i dzięki temu mogliśmy się na czymś ważnym skoncentrować. To istotne przed takim meczem.

Pytamy w związku z zachowaniem Boruca podczas meczów. Czy to co on robi pokazując koszulkę z Janem Pawłem II to jeszcze religijność czy już prowokacja, jak twierdzą kibice Rangersów?
– Przede wszystkim religia jest czymś bardzo indywidualnym, każdy powinien sam wiedzieć czy może eksponować swoje przekonania, ale ważne też żeby nie używać jej do prowokacji czy krzywdzenia kogokolwiek. Ta sprawa nie jest jednoznaczna.

Wróćmy znowu do 1967 roku… Kiedy Sandro Mazzola strzelił wam bramkę w siódmej minucie, Włosi byli przekonani, że pokonają was bez problemów.
– Zaczęli grać cattenaccio, wydawało się że niemal niemożliwe będzie odebranie im przewagi. Na pewno wiedzieliśmy, że mamy poważne problemy. Ale to był zespół z duszą, wierzyliśmy że możemy zdziałać cuda. Dlatego zaczęliśmy cisnąć i cisnąć, wiedzieliśmy, że w końcu musi się udać. W końcu strzeliliśmy gole i objęliśmy prowadzenie. Pamiętam, że mieliśmy wielką wiarę we własne możliwości, w naszą jakość.

Jaka była rola Jocka Steina?
– Jock był nieprawdopodobny. Przygotował nas do tego meczu znakomicie. Tam przed meczem, ostatni trening, wszystko było dopięte na ostatni guzik, po prostu perfekcyjne. To był wyjątkowy facet, który kochał futbol, żył nim. Doskonale wyczuweał nasze potrzeby, tworzył znakomity klimat wokół zespołu. My musieliśmy zająć się tylko grą.

Ale to piłkarze Interu byli faworytami?
– Nie sądzę. My byliśmy przekonani, że jeśli zagramy to co potrafimy, możemy pokonać każdego, że nie ma na nas mocnych. I tak się stało. Myślę, że piłkarze Interu nie mieli takiej wiary we własne możliwości, wiedzieliśmy że cokolwiek by się nie stało musimy dotrwać.

Wtedy w półfinale Feyenoord wyeliminował polski zespół, Legię Warszawa.
– Przyznam, że wtedy tak się tym nie interesowaliśmy. My wylosowaliśmy w półfinale Leeds i interesowało nas tylko to, a później jeszcze Feyenoord. Byliśmy tak pewni siebie, że koncentrowaliśmy się tylko na najbliższym rywalu.

Ostatnie pytanie: kto jest najlepszym bramkarzem wszechczasów Celticu, Artur Boruc czy jednak Ronnie Simpson?
– Zdecydowanie Ronnie Simpson, bez dwóch zdań. To najlepszy bramkarz jakiego znałem.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: