Ottmar Hitzfeld

Ottmar Hitzfeld, dla mnie absolutny top, spotkanie z nim traktuję w kategoriach obcowania z istotą wyższą. Facet może nie ma wizerunku Sir Alexa Fergusona i pr-u Jopse Mourinho, ale jego osiągnięcia przemawiają za niego – dwa razy wygrał Ligę Mistrzów, raz był w finale, 7 razy zdobył mistrzostwo Niemiec. Pojechaliśmy na wywiad z Maćkiem Szmigielskim. Szmig mówi po niemiecku tak, że postronni obserwatorzy biorą go za Niemca. Coś w tym jest – chcesz, żeby wszystko było na czas, zadzwoń do Szmiga. Ja po niemiecku mówię słabo, ale walczę z tym. Z Hitzfeldem rozmawialiśmy na przedmieściach Bazylei, zaraz po tym jak Szwajcaria dostała baty od Luksemburga.

Miał pan oferty z najlepszych klubów świata. Dlaczego zatem jest pan jedynie selekcjonerem reprezentacji Szwajcarii?

Nie chciałem się już męczyć pracą w klubie. Dla siebie, dla rodziny i dla zdrowia wybrałem mniej stresującą posadę, co nie znaczy, że nie wykonuję pracy z odpowiednim poświęceniem. Dużo jeżdżę, obserwuję zawodników, prowadzę konsultacje, ale i zdecydowanie więcej czasu spędzam w domu. A to dla mnie bardzo ważne. W Bayernie Monachium miałem w miesiącu jeden wolny dzień. Dłużej tak nie mogłem już funkcjonować i żyć.

Nie brakuje panu meczów? Bundesligi, Ligi Mistrzów, Pucharu UEFA? Przecież z jakąkolwiek reprezentacją rozgrywa się co najwyżej dwa spotkania w miesiącu.

To jest właśnie największy atut pracy jako selekcjoner. Korzystam z tego, że mam więcej czasu dla bliskich. A przy okazji w dalszym ciągu robię coś pożytecznego. Świadomie zdecydowałem się na pracę z reprezentacją Szwajcarii. Nie żyję w ciągłym stresie, a po kilkunastu spokojnych dniach mogę pracować z jeszcze większym poświęceniem. W Bayernie Monachium lub w innym wielkim klubie nie miałbym takiej możliwości.

A nie brakuje panu meczów na wyższym poziomie? W eliminacjach mistrzostw świata musi się pan męczyć z Luksemburgiem, Izraelem, a spotkania ze światową czołówką są rzadkością.

Oczywiście, jest spora różnica między meczami towarzyskimi, a spotkaniami w Champions League. Ale ja już przeżyłem tyle lat z piłką na najwyższym poziomie, że teraz już za tym nie tęsknię. W przyszłym roku będę obchodzić sześćdziesiąte urodziny. Pracując dalej w klubie i prowadząc jakiś zespół w europejskich pucharach mógłbym umrzeć w czasie ważnego meczu. A tego na pewno nie chcę. Chcę teraz żyć na wysokim poziomie, a nie stresować się dzień w dzień. To już nie dla mnie.

Dlaczego reprezentacja Szwajcarii, a nie na przykład Niemiec?

Niemcy mają znakomite selekcjonera, więc ja tam teraz potrzebny nie jestem. A ze Szwajcarią jestem bardzo związany. Dlatego oferty w Austrii bym nie przyjął.

A z Polski?

Też nie. Uważam, że jeśli chce się pracować w innym kraju, to trzeba być z nim w jakiś sposób związany. Ja już wcześniej przez 17 lat pracowałem w Szwajcarii, poza tym urodziłem się blisko Bazylei. Co prawda już w Niemczech, ale niemal codziennie byłem również w tym mieście. Otrzymałem od Szwajcarów konkretną propozycję. Mają młodych kadrowiczów, przechodzą wymianę pokoleń, więc to również bardzo ambitne zadanie, żeby zrobić z nich odpowiednio mocny zespół.

Ale nadal żyje pan w stresie, szczególnie po porażce z Luksemburgiem i to u siebie.

Nie ulega wątpliwości, że to był blamaż i kompromitacja. Na 10 meczów z takim rywalem 9 powinniśmy wygrać, a jeden zremisować. Nadal nie jestem w stanie zrozumieć, jak oni mogli strzelić nam dwa gole, skoro nie mieli ani jednej okazji.

Mimo tej porażki przepuszczają pana jeszcze przez granicę szwajcarsko-niemiecką.

Ale wiem, że jeśli jeszcze raz zdarzy nam się taka wpadka, to nie będę mógł się już więcej pokazać w Bazylei i Zurychu.

Nie tęskni pan za Ligą Mistrzów? Za tą otoczką, hymnem przed meczem, rywalizacją z Realem i Manchesterem?

To były niezapomniane momenty. Zawsze mnie przechodziły dreszcze, gdy słyszałem hymn Champions League. Ale teraz mam przed meczami hymn Szwajcarów, co jest czymś nowym dla mnie. I też jest to wspaniałe przeżycie. Z Bayernem mogłem jeszcze wziąć udział w obecnej edycji Ligi Mistrzów, ale nie miałem już na to ochoty. Mój organizm nie byłby w stanie wytrzymać jeszcze jednego sezonu, w trakcie którego mój zespół miałby rozegrać 60-70 meczów. Bo rok w Bayernie, to jak dekada w innym klubie. Więc to wykończy każdego szkoleniowca.

Brzmi to tak, jakby niechętnie pan wracał wspomnieniami do Bayernu i Borussii.

Ale jest wręcz przeciwnie. Dziękuję Bogu, że mogłem pracować w tych wielkich klubach. Że osiągnąłem sukcesy i dałem radość tylu ludziom.

Jak często wraca pan wspomnieniami do Barcelony w 1999 roku, gdzie w minutę Bayern przegrał Ligę Mistrzów z Manchesterem United.

Oczywiście rzadko się zdarza, że prowadząc w finale do 89 minuty 1:0, przegrywa się go 1:2. Ale takie jest życie. Tamta porażka zrobiła ze mnie mocniejszego człowieka. Taki cios, choć początkowo bardzo boli, potem jednak okazuje się wzmocnieniem. Tak przynajmniej było w przypadku Bayernu. Pamiętam noc po tym finale. Zamiast płakać i się załamywać, wraz z piłkarzami przyrzekliśmy sobie, że jeszcze wygramy Ligę Mistrzów. I dwa lata później nam się udało. Dlatego z dzisiejszej perspektywy uważam, że tamta porażka była nam potrzebna. To dziwnie brzmi, ale gdyby nie te dwa gole stracone pod koniec meczu, to nie odniósłbym przyszłych sukcesów.

To pana dewiza? Czerpać siłę z porażek?

Wolę oczywiście zwycięstwa. Ale w futbolu trzeba również przeżyć przegraną i to od nas zależy, jak ją odbierzemy. Dla mnie porażka to bodziec do dalszej pracy, to okazja, że pokazać, że jest się silnym, że można wstać z kolan i dalej walczyć. Porażki powinny motywować, a nie załamywać.

Jakoś nie wierzymy, że ta porażka dalej pana nie gryzie.

Ależ oczywiście, że mnie dotknęła i często wracam myślami do tamtego meczu. Przecież mieliśmy wygraną w Lidze Mistrzów na wyciągnięcie ręki. Już myśleliśmy o tym, że zaraz wzniesiemy puchar. A potem przyszedł taki cios. Dlatego często o tym myślę, tym bardziej, że nigdy wcześniej, ani potem nie przeżyłem takiej porażki, na dodatek w meczu o taką stawkę. Bo porażka w finale boli bardziej, niż odpadnięcie w pierwszej rundzie. Ale tamten mecz pozwolił mi się rozwinąć i jako człowiekowi i jako trenerowi.

To jeden z niewielu przypadków, że to Niemcy zostali pogrążeni w ostatniej minucie. Bo na ogół jest na odwrót.

Żeby móc walczyć do końca, do ostatniej chwili, trzeba też wiedzieć, jak to jest, przegrać wszystko tuż przed metą. W futbolu w każdej chwili można stracić gola, a to, że się go traci w 90 minucie, to po prostu pech. A co było z Milanem kilka lat później? Prowadzili do przerwy 3:0 i nie wygrali Champions League. Włoska drużyna prowadzi po 45 minutach 3:0. I co? I nie ma nic.To chyba jeszcze bardziej boli niż porażka w ostatniej minucie.

Z wykształcenia jest pan matematykiem. Można wyliczyć prawdopodobieństwo porażki, prowadząc do 89 minuty 1:0 lub do przerwy 3:0?

Na to chyba nie ma wzoru, bo to jest piłka nożna. A to taka dyscyplina, gdzie nic nie można przewidzieć. Na pewno zdarzy się kiedyś, a może już się zdarzyło, że jakiś zespół będzie do 85 minuty prowadzić 4:0, a przegra 4:5. To jest cudowne w futbolu, że nic nie da się wyliczyć. Można sporo rzeczy przewidzieć, ale nie wszystko. Można mieć na wiele elementów wpływ, ale nie na los. I to kochają kibice.

Jose Mourinho twierdzi, że dla niego mecz to wojna. Dla pana też?

Dawniej, jak jeszcze byłem młody, to za wojnę uważałem cały sezon, a poszczególne mecze za bitwy. I mówiłem, że możemy przegrać bitwę, ale nie wojnę. Ale z wiekiem dojrzałem i teraz już nigdy nie połączę sportu z wojną. Bo w ten sposób ranię dużo ludzi. Jako ludzie sportu mamy olbrzymią odpowiedzialność, jesteśmy wzorem dla młodzieży, więc przy tak mało istotnych rzeczach jak piłkarskie mecze, nie powinniśmy w ogóle wymawiać słowa wojna.

Czyli nie wojna, lecz pojedynek?

Otóż to. Piłkarze chcą być lepsi od przeciwników na boisku, a ja jako trener, chcę pokonać szkoleniowca drugiego zespołu. Ale trzeba zachować respekt, to jest najważniejsze. Nigdy nie obrażę innego trenera, żeby go zdenerwować i w ten sposób zmusić do błędu. Wolę stracić gola, niż stracić twarz i honor. Ale z drugiej strony, nienawidzę porażek. Nie cierpię ich. Dlatego zawsze robię wszystko, żeby wygrać. A wygrać i zachować respekt dla rywala, to podwójne zwycięstwo.

Który triumf w Lidze Mistrzów był dla pana cenniejszy? Z Borussią Dortmund w 1997 roku, czy cztery lata później z Bayernem?

Chyba nie tylko dla mnie większą niespodzianką była wygrana Champions League z Borussią. Juventus był wtedy zdecydowanym faworytem, obrońcą tytułu, ze świetnymi piłkarzami i znakomitym trenerem Marcello Lippim. Ale przed finałem wierzyłem, że jesteśmy w stanie pokonać Włochów. Bo ja potrafię ogrywać faworytów. Z Borussią pokonałem Juve, wcześniej w Szwajcarii z Grasshoppersem byłem mistrzem, a z Aarau zdobyłem krajowy puchar. Po prostu zawsze wierzę, że jestem w stanie w jakiś sposób pokonać mocniejszego.

Ale gdy wygrywał pan Ligę Mistrzów z Bayernem, to właśnie wy byliście faworytami.

To też jest sztuka. Wygrać, kiedy wszyscy od ciebie tego oczekują. Przeciwko Valencii byliśmy gotowi do triumfu, bo spora grupa piłkarzy pamiętała porażkę z Barcelony. I mając taką okazję do rewanżu, musieliśmy ją wykorzystać. Dla mnie finał w 2001 roku był inny niż w 1997. Piłkarzom Bayernu musiałem wmówić, że skoro są faworytami, to nie mogę zawieść. Natomiast zawodnikom Borussii mówiłem, że są w stanie wygrać z faworytem.

Po 2001 roku Bayern już nawet nie zbliżył się do finału Ligi Mistrzów.

Wtedy mieliśmy znakomity zespół, z piłkarzami, którzy byli w najlepszym momencie kariery. Poza tym bardzo chcieli zrewanżować się za porażkę z Manchesterem United dwa lata wcześniej. I przez długi czas grali nawet ponad swoje możliwości, że zmazać tamtą plamę. Jak już się udało osiągnąć cel, to wszyscy zaczęli grać inaczej, wiedząc, że większego sukcesu już nie będzie. Dlatego trzeba było zmienić zespół, poczekać aż powstanie nowa drużyna. I w tym czasie rywale zaczęli nam uciekać.

Jak udało się panu stworzyć zespół z takich indywidualności jak Kahn, Effenberg, Basler, Elber, Matthäus?

Po prostu trzeba dla każdego zawodnika mieć szacunek, respektować jego charakter i wykorzystać to dla dobra zespołu. Ja lubię trudnych piłkarzy, bo są wyzwaniem dla mnie nie zarówno jako trenera jak i psychologa. Jeśli na dodatek są zdyscyplinowani, to jest jeszcze łatwiej. Ale z drugiej strony, zespół jest zawsze najważniejszy. Jest ważniejszy od Effenberga, Kahna i innych tego typu zawodników.

Ale każda drużyna potrzebuje takiego czarnego charakteru.

Oczywiście. Pod warunkiem, że tych czarnych charakterów nie jest jedenastu na raz. W odpowiedniej dawce, tacy zawodnicy, którzy nawet zbyt dużo nie biegają, ale rządzą na boisku są bezcenni. Zawsze chciałem mieć trzech-czterech tego typu graczy w zespole.

Jest pan w stanie zrozumieć, dlaczego Leo Beenhakker nie chciał w kadrze Artura Wichniarka? Może właśnie ze względu na charakter?

Ja tego na odległość nie ocenię. Ale uważam Wichniarka za znakomitego napastnika, który w średniej Arminii strzela gole naprawdę mocnym rywalom. Szkoda, że tego samego nie robi w reprezentacji. Ale to trener podejmuje decyzję, z kim chce współpracować, a kto mu nie jest potrzebny.

Powiedział pan, że lubi trudnych piłkarzy. Ale nie to chyba było kilka lat temu powodem, żeby do wielkiego Bayernu Monachium ściągnąć takiego piłkarza jak Sławomir Wojciechowski.

Wojciechowski? Przypominam sobie. Co on teraz w ogóle robi?

Gra gdzieś w piątej lub szóstej lidze niemieckiej.

Poważnie, Wiem, że kiedyś go sprowadziłem do Bayernu z FC Aarau.

Dzisiaj można się już chyba przyznać, że chodziło o pomoc finansową dla pana byłego klubu.

Wiele osób tak myślało. Ale wtedy mieliśmy sporo kontuzjowanych zawodników na lewej stronie i dlatego bez większego namysłu zdecydowałem się na ten transfer. To był bardzo dobry piłkarz i nadawał się do kadry Bayernu. Oczywiście nie do podstawowej jedenastki, ale do szerokiej kadry. Później jednak okazało się, że nie miał mentalności potrzebnej do gry w takim klubie jak Bayern. Nie miał tego genu zwycięzcy. Nadal uważam, że nie wykorzystał swoich możliwości.

Czy jeszcze jakiegoś polskiego piłkarza miał pan na celowniku?

Nie pamiętam już. Ale chyba raz obserwowałem jakiegoś zawodnika Widzewa Łódź, ale już nawet nie wiem, na jakiej pozycji występował.

Gdy w 1997 roku triumfował pan z Borussią Dortmund w Lidze Mistrzów, waszym rywalem w fazie grupowej był Widzew Łódź. Wie pan, że potem już żaden polski zespół nie zagrał w fazie grupowej Champions League?

Aż mi się wierzyć nie chce. Naprawdę tak jest?

Niestety, to nie ponury żart tylko rzeczywistość.

To dla mnie pewne zaskoczenie. Przecież w Polsce zawsze było dużo bardzo dobrych zawodników. Sporo z nich zrobiło karierę w Bundeslidze. Macie tego pecha, że najlepsi wyjeżdżają, a polskim klubom brakuje pieniędzy, żeby się przebić do europejskiej czołówki. A piłkarze idą przede wszystkim tam, gdzie są olbrzymie pieniądze.

Czy pieniądze są najważniejsze w futbolu?

Pieniądze to nie wszystko, ale odgrywają olbrzymią rolę. Dlaczego najlepsi piłkarze grają w lidze angielskiej? Bo w Anglii jest obecnie najwięcej pieniędzy do zarobienia. Są pieniądze, to są i świetni piłkarze. A są świetni piłkarze, to są i sukcesy.

Pana zdaniem Bundesliga przeżywa kryzys? W zeszłym sezonie w europejskich pucharach niemieckie kluby zaprezentowały się raczej źle niż dobrze.

Jeśli Bayern nie gra w Lidze Mistrzów, to nie ma komu zdobywać punktów. Werder Brema to niezły zespół, ale w Europie niezłe zespoły się nie liczą. Liczą się tylko bardzo dobre drużyny. A jednym niemieckim klubem, który może coś w Europie osiągnąć jest jednak Bayern.

W obecnej edycji Champions League mamy takie wielkie firmy jak Aalborg, Cluj, Borysow, Anorthosis. Czy to jednorazowy wyskok malutkich klubików, czy jednak pewna tendencja?

Ja się cieszę, gdy mogę zobaczyć mistrza Białorusi w pojedynku z Juventusem. Oczywiście trzeba mieć bardzo dużo szczęścia w losowaniu, żeby przebić się do fazy grupowej. Ale kto powiedział, że szczęście nie jest ważne? Jeśli do tego jeszcze wszystko w klubie idealnie się układa, a na dodatek trafi się na faworyta, który ma problemy, to można sprawić niespodziankę.

Zenit St. Petersburg też debiutuje w Lidze Mistrzów, ale niespodzianką to chyba nie jest.

Oczywiście, że nie. Rosjanie mają bardzo dużo pieniędzy, na dodatek Zenit sprowadził najlepszych zawodników rosyjskich.

Bardzo pana gryzie klęska Bayernu Monachium prowadzonego przez Ottmara Hitzfelda z Zenitem 0:4 w Pucharze UEFA w zeszłym sezonie?

Oczywiście, że wolałbym wtedy wygrać, ale ponieśliśmy porażkę z bardzo mocnym rywalem. Zenit ograł przecież też Manchester United, więc to jest naprawdę świetny zespół.

Czy Zenit może wygrać Ligę Mistrzów?

Faworytem raczej nie jest. Ale każdy zespół, który wyjdzie z grupy, może zostać triumfatorem Champions League.

Co pan sądzi o takich ludziach jak właściciel Chelsea Roman Abramowicz lub szejk, który sobie kupił Manchester City i deklaruje, że za Cristiano Ronaldo może zapłacić ponad 100 milionów euro.

Z jednej strony dla tych klubów to świetna sprawa. Ale z drugiej strony – to spore niebezpieczeństwo dla futbolu, jeśli tylko kasa będzie rządzić. Proszę spojrzeć na Bayern. To znakomicie prowadzony klub, nie ma żadnych długów, rok w rok ma zyski. I potem taki Bayern jest w pewnym sensie karany za to, że jakiś szejk dla zabawy może wpompować w jakiś klub kilkaset milionów. Ale to jest oczywiście legalne. Piłka może na tym zyskać, pod warunkiem, że miliarderzy zachowają umiar. Bo ceny, jakie płacą Chelsea lub Manchester City za piłkarzy zdecydowanie szkodą piłce nożnej. No i jest to trochę nieuczciwe wobec klubów, które same muszą wygospodarować pieniądze.

Czy piłkarz może być warty 100 milionów euro?

To jest właśnie to pytanie. Taki Bayern nie kupi nigdy piłkarza za taką kwotę, bo taki wydatek się nie zwróci. Ale dla miliardera te 100 milionów euro to żaden wydatek, pewnie nawet nie zauważy, że ma mniej pieniędzy.

To piłce bardziej szkodzi czy pomaga?

Żyjemy w świecie, którego już nie powstrzymamy. Który bardzo szybko się zmienia. Mi się to nie podoba, że piłkarze myślą tylko o kasie. Dawniej szło się do Realu Madryt, żeby założyć koszulkę wielkiego i słynnego klubu. A teraz piłkarze podpisują umowę z Realem, bo tam są olbrzymie pieniądze. Dawniej szło się do Manchesteru United, bo to klub z tradycjami. Obecnie piłkarze wybierają Manchester City, bo można tam więcej zarobić. To samo z Chelsea. To dobry klub, ale bez wielkich tradycji.

Jakby pan miał 100 milionów euro na zakupy, to wolałby pan Ronaldo z Manchesteru United czy czterech graczy kosztujących po 25 milionów?

To zależy od tego, czego potrzebuje drużyna i jacy piłkarze są do wzięcia. Ale za 25 milionów też można kupić świetnego zawodnika i chyba wolę świetną czwórkę, niż jedną gwiazdę. Bo jak kupię za 100 milionów Ronaldinho, a reszta zespołu będzie słaba, to nic mi ten Ronaldinho nie da. Dlaczego?

Bo nie strzeli tylu goli, ile obrońcy zawalą.

Otóż to. Dlatego wolę jednak czterech świetnych piłkarzy, niż jednego wybitnego.

Kto jest faworytem w obecnej edycji Champions League?

Wydaje mi się, że znowu te rozgrywki zdominowane zostaną przez kluby angielskie. Tam grają najlepszą piłkę, siłową, szybką. Do tego dochodzi ich mentalność i wspaniali kibice.

A Inter Mediolan z Jose Mourinho?

Włosi też należą do faworytów, ale moim zdaniem Manchester United i Chelseą są mocniejsze.

Mourinho raz wygrał Ligę Mistrzów. Pan za to dwukrotnie i jako jedyny szkoleniowiec obok Ernsta Happela z dwoma różnymi zespołami. A mimo to Portugalczyk uważa, że jest najlepszym trenerem na świecie.

To jego opinia (śmiech). Ja bym się sam nie ocenił, to powinni zrobić inni. On ma takie zdanie o sobie i ma je prawo mieć.

Rozumie pan podejście do zawodu Portugalczyka? Zawsze kogoś obrazi, jest bezczelny i arogancki, zakochany w sobie.

Dla mnie najważniejszy jest respekt dla rywala i dla drugiego szkoleniowca. Zawsze chciałem mieć poprawne relacje z kibicami, piłkarzami i dziennikarzami. Tym się zawsze kierowałem, nie tylko na boisku, ale i w życiu. Ale każdy ma swoją życiową filozofię.

Manchester United prawdopodobnie nie wygra w tym sezonie Ligi Mistrzów, bo jeszcze nikomu nie udało się obronić tytułu, odkąd istnieje Champions League. Dlaczego?

Wygranie tych rozgrywek to dla każdego piłkarza coś niesamowitego, spełnienie marzeń i największy triumf na arenie klubowej. Trzeba bardzo dużo poświęceń. A jak się uda, to potem jest się trudno zmobilizować. Osiągnęło się coś wielkiego, więc gdzie znaleźć zachętę do dalszej ciężkiej pracy? Jak się nie jest głodnym, to się nie chce jeść.

Co dla pana jest ważniejsze: motywacja czy strategia?

Jedno i drugie, ale nie tylko te dwie rzeczy. Trzeba przekonać piłkarza, że niektóre rzeczy dla niego są złe, ale są dobre dla drużyny. Trzeba ocenić rywali i odpowiednio przygotować swoją drużynę. Czyli trzeba improwizować. Co z tego, że wymyślę genialną strategię, jak piłkarz nie będzie w stanie jej zrealizować? Dla mnie ważniejsi są pewni siebie piłkarze, niż jakaś wielka taktyka.

Co dla pana przed meczem jest ważniejsze: wygrać, czy nie przegrać?

Trzeba znaleźć odpowiednie proporcje. Przede wszystkim nie tracić bramek. To w dzisiejszej piłce jest najważniejsze. Zespół, który prowadzi 1:0 w 70 procent przypadków wygrywa też mecz.

Czyli jednak matematyka jest tu potrzebna.

To nie matematyka, lecz doświadczenie (śmiech). 1:0 w dzisiejszych czasach jest niesamowicie ważne.

Co jest dla pana cenniejsze? Wygrana 1:0 czy 5:4?

2:0 to świetny wynik (śmiech). 4:2 też mi się podoba. 5:4 tylko wtedy, gdy trzeba było odrabiać straty i w końcówce strzela się decydującego gola. Ale wolę 0:0 niż porażkę 4:5 (śmiech).

W zeszłym sezonie Bayern, w obecnym Milanem. Czy taka roczna przerwa i gra w Pucharze UEFA są dobre dla wielkich zespołów?

Ma to pewien plus. Gra w mniej znaczących rozgrywkach powoduje, że piłkarze mają potem większy apetyt na Ligę Mistrzów. Dla rozwoju drużyny to jest ważne. Przez rok piłkarze, trener, kibice stęsknią się za tym i potem wszyscy są bardziej zmotywowani. Ale zarówno my rok temu jak i teraz Milan chętnie byśmy zrezygnowali z tej przymusowej przerwy (śmiech).

To apetyt polskich klubów musi być już olbrzymi, niewyobrażalny wręcz.

Ale za to jak już jakiś polski zespół przebrnie przez eliminacje, to zostanie to naprawdę docenione.

Czy futbol da się porównać z szachami?

Piłka jest nieprzewidywalna. W szachach można wyuczyć się wszystkich możliwych ruchów i wtedy się na ogół wygrywa. W piłce to jest niemożliwe. Futbol to też szczęście i pech. To też emocje, psychika. To również błędy sędziego. To indywidualne błędy, które mogą zaszkodzić wszystkim.

Przeżył pan już w futbolu wszystko?

Przeżyłem już bardzo dużo, ale w każdym meczu mogę się nauczyć czegoś nowego. Chociażby ostatni mecz z Luksemburgiem.

Jak ważne dla Szwajcarii były finały mistrzostw Europy 2008?

Każdy turnie, którego jest się gospodarzem przynosi korzyści. W Szwajcarii piłka znowu stała się modna, coraz więcej dzieci trenuje, co zaprocentuje w przyszłości. Znaczenie piłki znacznie wzrosło. Na pewno olbrzymią korzyść odniosła również gospodarka, ale ja koncentruję się na tym, co EURO dało piłce w Szwajcarii. A dało bardzo dużo.

Jak bardzo był pan zaskoczony, gdy okazało się, że kolejne mistrzostwa Europy zorganizuje Polska z Ukrainą.

To była dla mnie oczywiście spora niespodzianka. To dla obu krajów olbrzymia szansa, przez blisko miesiąc będą na oba państwa zwrócone oczy całego świata.

Kto dla pana jest najlepszych trenerem w historii futbolu?

Bardzo trudne pytanie, na które nie odpowiem. Moim zdaniem jest znacznie więcej dobrych trenerów, których nikt nie zna, niż tych sławnych. Nie tylko słynni trenerzy są dobrymi. Ci, którzy szkolą dzieci i młodzież są nieraz bardziej cenni.

Pan ma jakiś trenerskiego idola?

Dawniej bardzo podobała mi się praca Ernsta Happela. Grał ofensywnie i świetnie potrafił nauczyć piłkarzy, żeby zastawiali pułapki ofsajdowe. Na tym się wzorowałem, ale dzisiaj już się nie da tak grać ze względu na pasywnego spalonego. Happel był odważnym trenerem i to mi w nim imponowało.

Jak ocenia pan obecnego trenera FC Aarau Ryszarda Komornickiego?

To dobry trener, z odpowiednim charakterem. Solidny, okazuje respekt rywalom, nie jest tanim aktorem, poznałem go dobrze w lecie, gdy sporo rozmawialiśmy po objęciu przeze mnie kadry.

Jakie jest pana życiowe motto?

Kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa. Bo sukcesy odnoszą tylko odważni.

Czy to była właśnie odwaga, gdy w 2004 roku, mimo że 99 procent niemieckich kibiców tego chciało, nie przyjął pan oferty prowadzenia reprezentacji Niemiec?

Na pewno trudniej było odmówić, niż przyjąć ofertę.

Nie żałuje pan tego, że nie objął reprezentacji, która dwa lata temu była gospodarzem finałów mistrzostw świata?

Nigdy tego nie żałowałem, nawet jednej sekundy. Byłem wówczas, po sześciu sezonach w Bayernie dosłownie padnięty. Nie miałem wtedy już sił. Bo sześć lat w Bayernie, to jak 40 lat w każdym innym niemieckim klubie. I jeśli nie jest się w pełni sił, to trudno o sukcesy, a łatwo zniszczyć sobie zdrowie. Byłem wtedy wypalony i potrzebowałem ponad półtora roku, żeby dojść do siebie. Ta przerwa uratowała mi życie.

Ile razy odmówił pan Realowi Madryt?

Dwukrotnie. Pierwszą ofertę dostałem w 1997 roku, ale wówczas też potrzebowałem odpoczynku. To było po wygranej z Borussią Dortmund Ligi Mistrzów. Musiałem odpocząć i dlatego w BVB zostałem na rok dyrektorem sportowym. Potem jeszcze jak pracowałem w Bayernie, to też miałem od nich propozycję.

Uważa pan to za błąd? Mało kto odmawia „Królewskim”.

Oferty były w złym czasie. Przy drugiej bardziej się zastanawiałem, ale doszedłem do wniosku, że zanim bym się nauczył dobrze języka hiszpańskiego, to by mnie zwolnili (śmiech).

Leo Beenhakker do dzisiaj mówi, że praca w Realu to było spełnienie marzeń.

Wierzę mu. Problem w tym, że do mnie Real zgłaszał się w złych momentach.

Młodzi trenerzy, tacy jak Jürgen Klinsmann lub Slaven Bilić stawiają na amerykański model trenera. Czy to lepszy pomysł na prowadzenie drużyny od konserwatywnej szkoły europejskiej?

To czy Klinsmann postawi na boisku treningowym statuetkę buddy nie ma większego znaczenia. To tylko taki dodatek, trochę show. W piłce nie jest ważne, jakie pomysły ma trener. Ważne jest, jak przygotuje zespół do meczu. Klinsmann ma 10 asystentów, co też było szeroko komentowane, ale to kiepski pomysł. Bo jak znaleźć dla tylu trenerów w jednym klubie jakieś zajęcie? Z drugiej strony, jeśli odniesie sukces, to znaczy, że zrobił wszystko dobrze.

Po ilu latach można ocenić pracę trenera?

W normalnych klubach szkoleniowiec potrzebuje dwóch lat, żeby stworzyć zespół pod siebie. Ale w wielkich klubach ma na to tylko dwa miesiące i wówczas już zaczynają się problemy.

W Szwajcarii nie tylko prowadzi pan reprezentację, ale również wygłasza wykłady dla menedżerów. Na jaki temat?

Na temat dowodzenia zespołem, nie tylko sportowym, ale również firmą czy przedsiębiorstwem. O tym jak motywować człowieka do jeszcze większej pracy.

Podaje pan rękę Aleksowi Fergusonowi od czasu tej słynnej porażki w Barcelonie?

Świetnie się dogadujemy i uważam go za mojego przyjaciela. To jedyny trener, z którym przed meczami Bayernu z Manchesterem piłem spokojnie herbatę. Z innymi szkoleniowcami tak się nie dogadywałem, nie mówiąc już o spotkaniu na półtorej godziny przed meczem, gdzie mieliśmy ze sobą rywalizować.

IMG_0756

Oto Szmig, Hitzfeld i ja. Fotkę zrobił barman…

Miał pan oferty z najlepszych klubów świata. Dlaczego zatem jest pan jedynie selekcjonerem reprezentacji Szwajcarii?

Nie chciałem się już męczyć pracą w klubie. Dla siebie, dla rodziny i dla zdrowia wybrałem mniej stresującą posadę, co nie znaczy, że nie wykonuję pracy z odpowiednim poświęceniem. Dużo jeżdżę, obserwuję zawodników, prowadzę konsultacje, ale i zdecydowanie więcej czasu spędzam w domu. A to dla mnie bardzo ważne. W Bayernie Monachium miałem w miesiącu jeden wolny dzień. Dłużej tak nie mogłem już funkcjonować i żyć.

Nie brakuje panu meczów? Bundesligi, Ligi Mistrzów, Pucharu UEFA? Przecież z jakąkolwiek reprezentacją rozgrywa się co najwyżej dwa spotkania w miesiącu.

To jest właśnie największy atut pracy jako selekcjoner. Korzystam z tego, że mam więcej czasu dla bliskich. A przy okazji w dalszym ciągu robię coś pożytecznego. Świadomie zdecydowałem się na pracę z reprezentacją Szwajcarii. Nie żyję w ciągłym stresie, a po kilkunastu spokojnych dniach mogę pracować z jeszcze większym poświęceniem. W Bayernie Monachium lub w innym wielkim klubie nie miałbym takiej możliwości.

A nie brakuje panu meczów na wyższym poziomie? W eliminacjach mistrzostw świata musi się pan męczyć z Luksemburgiem, Izraelem, a spotkania ze światową czołówką są rzadkością.

Oczywiście, jest spora różnica między meczami towarzyskimi, a spotkaniami w Champions League. Ale ja już przeżyłem tyle lat z piłką na najwyższym poziomie, że teraz już za tym nie tęsknię. W przyszłym roku będę obchodzić sześćdziesiąte urodziny. Pracując dalej w klubie i prowadząc jakiś zespół w europejskich pucharach mógłbym umrzeć w czasie ważnego meczu. A tego na pewno nie chcę. Chcę teraz żyć na wysokim poziomie, a nie stresować się dzień w dzień. To już nie dla mnie.

Dlaczego reprezentacja Szwajcarii, a nie na przykład Niemiec?

Niemcy mają znakomite selekcjonera, więc ja tam teraz potrzebny nie jestem. A ze Szwajcarią jestem bardzo związany. Dlatego oferty w Austrii bym nie przyjął.

A z Polski?

Też nie. Uważam, że jeśli chce się pracować w innym kraju, to trzeba być z nim w jakiś sposób związany. Ja już wcześniej przez 17 lat pracowałem w Szwajcarii, poza tym urodziłem się blisko Bazylei. Co prawda już w Niemczech, ale niemal codziennie byłem również w tym mieście. Otrzymałem od Szwajcarów konkretną propozycję. Mają młodych kadrowiczów, przechodzą wymianę pokoleń, więc to również bardzo ambitne zadanie, żeby zrobić z nich odpowiednio mocny zespół.

Ale nadal żyje pan w stresie, szczególnie po porażce z Luksemburgiem i to u siebie.

Nie ulega wątpliwości, że to był blamaż i kompromitacja. Na 10 meczów z takim rywalem 9 powinniśmy wygrać, a jeden zremisować. Nadal nie jestem w stanie zrozumieć, jak oni mogli strzelić nam dwa gole, skoro nie mieli ani jednej okazji.

Mimo tej porażki przepuszczają pana jeszcze przez granicę szwajcarsko-niemiecką.

Ale wiem, że jeśli jeszcze raz zdarzy nam się taka wpadka, to nie będę mógł się już więcej pokazać w Bazylei i Zurychu.

Nie tęskni pan za Ligą Mistrzów? Za tą otoczką, hymnem przed meczem, rywalizacją z Realem i Manchesterem?

To były niezapomniane momenty. Zawsze mnie przechodziły dreszcze, gdy słyszałem hymn Champions League. Ale teraz mam przed meczami hymn Szwajcarów, co jest czymś nowym dla mnie. I też jest to wspaniałe przeżycie. Z Bayernem mogłem jeszcze wziąć udział w obecnej edycji Ligi Mistrzów, ale nie miałem już na to ochoty. Mój organizm nie byłby w stanie wytrzymać jeszcze jednego sezonu, w trakcie którego mój zespół miałby rozegrać 60-70 meczów. Bo rok w Bayernie, to jak dekada w innym klubie. Więc to wykończy każdego szkoleniowca.

Brzmi to tak, jakby niechętnie pan wracał wspomnieniami do Bayernu i Borussii.

Ale jest wręcz przeciwnie. Dziękuję Bogu, że mogłem pracować w tych wielkich klubach. Że osiągnąłem sukcesy i dałem radość tylu ludziom.

Jak często wraca pan wspomnieniami do Barcelony w 1999 roku, gdzie w minutę Bayern przegrał Ligę Mistrzów z Manchesterem United.

Oczywiście rzadko się zdarza, że prowadząc w finale do 89 minuty 1:0, przegrywa się go 1:2. Ale takie jest życie. Tamta porażka zrobiła ze mnie mocniejszego człowieka. Taki cios, choć początkowo bardzo boli, potem jednak okazuje się wzmocnieniem. Tak przynajmniej było w przypadku Bayernu. Pamiętam noc po tym finale. Zamiast płakać i się załamywać, wraz z piłkarzami przyrzekliśmy sobie, że jeszcze wygramy Ligę Mistrzów. I dwa lata później nam się udało. Dlatego z dzisiejszej perspektywy uważam, że tamta porażka była nam potrzebna. To dziwnie brzmi, ale gdyby nie te dwa gole stracone pod koniec meczu, to nie odniósłbym przyszłych sukcesów.

To pana dewiza? Czerpać siłę z porażek?

Wolę oczywiście zwycięstwa. Ale w futbolu trzeba również przeżyć przegraną i to od nas zależy, jak ją odbierzemy. Dla mnie porażka to bodziec do dalszej pracy, to okazja, że pokazać, że jest się silnym, że można wstać z kolan i dalej walczyć. Porażki powinny motywować, a nie załamywać.

Jakoś nie wierzymy, że ta porażka dalej pana nie gryzie.

Ależ oczywiście, że mnie dotknęła i często wracam myślami do tamtego meczu. Przecież mieliśmy wygraną w Lidze Mistrzów na wyciągnięcie ręki. Już myśleliśmy o tym, że zaraz wzniesiemy puchar. A potem przyszedł taki cios. Dlatego często o tym myślę, tym bardziej, że nigdy wcześniej, ani potem nie przeżyłem takiej porażki, na dodatek w meczu o taką stawkę. Bo porażka w finale boli bardziej, niż odpadnięcie w pierwszej rundzie. Ale tamten mecz pozwolił mi się rozwinąć i jako człowiekowi i jako trenerowi.

To jeden z niewielu przypadków, że to Niemcy zostali pogrążeni w ostatniej minucie. Bo na ogół jest na odwrót.

Żeby móc walczyć do końca, do ostatniej chwili, trzeba też wiedzieć, jak to jest, przegrać wszystko tuż przed metą. W futbolu w każdej chwili można stracić gola, a to, że się go traci w 90 minucie, to po prostu pech. A co było z Milanem kilka lat później? Prowadzili do przerwy 3:0 i nie wygrali Champions League. Włoska drużyna prowadzi po 45 minutach 3:0. I co? I nie ma nic.To chyba jeszcze bardziej boli niż porażka w ostatniej minucie.

Z wykształcenia jest pan matematykiem. Można wyliczyć prawdopodobieństwo porażki, prowadząc do 89 minuty 1:0 lub do przerwy 3:0?

Na to chyba nie ma wzoru, bo to jest piłka nożna. A to taka dyscyplina, gdzie nic nie można przewidzieć. Na pewno zdarzy się kiedyś, a może już się zdarzyło, że jakiś zespół będzie do 85 minuty prowadzić 4:0, a przegra 4:5. To jest cudowne w futbolu, że nic nie da się wyliczyć. Można sporo rzeczy przewidzieć, ale nie wszystko. Można mieć na wiele elementów wpływ, ale nie na los. I to kochają kibice.

Jose Mourinho twierdzi, że dla niego mecz to wojna. Dla pana też?

Dawniej, jak jeszcze byłem młody, to za wojnę uważałem cały sezon, a poszczególne mecze za bitwy. I mówiłem, że możemy przegrać bitwę, ale nie wojnę. Ale z wiekiem dojrzałem i teraz już nigdy nie połączę sportu z wojną. Bo w ten sposób ranię dużo ludzi. Jako ludzie sportu mamy olbrzymią odpowiedzialność, jesteśmy wzorem dla młodzieży, więc przy tak mało istotnych rzeczach jak piłkarskie mecze, nie powinniśmy w ogóle wymawiać słowa wojna.

Czyli nie wojna, lecz pojedynek?

Otóż to. Piłkarze chcą być lepsi od przeciwników na boisku, a ja jako trener, chcę pokonać szkoleniowca drugiego zespołu. Ale trzeba zachować respekt, to jest najważniejsze. Nigdy nie obrażę innego trenera, żeby go zdenerwować i w ten sposób zmusić do błędu. Wolę stracić gola, niż stracić twarz i honor. Ale z drugiej strony, nienawidzę porażek. Nie cierpię ich. Dlatego zawsze robię wszystko, żeby wygrać. A wygrać i zachować respekt dla rywala, to podwójne zwycięstwo.

Który triumf w Lidze Mistrzów był dla pana cenniejszy? Z Borussią Dortmund w 1997 roku, czy cztery lata później z Bayernem?

Chyba nie tylko dla mnie większą niespodzianką była wygrana Champions League z Borussią. Juventus był wtedy zdecydowanym faworytem, obrońcą tytułu, ze świetnymi piłkarzami i znakomitym trenerem Marcello Lippim. Ale przed finałem wierzyłem, że jesteśmy w stanie pokonać Włochów. Bo ja potrafię ogrywać faworytów. Z Borussią pokonałem Juve, wcześniej w Szwajcarii z Grasshoppersem byłem mistrzem, a z Aarau zdobyłem krajowy puchar. Po prostu zawsze wierzę, że jestem w stanie w jakiś sposób pokonać mocniejszego.

Ale gdy wygrywał pan Ligę Mistrzów z Bayernem, to właśnie wy byliście faworytami.

To też jest sztuka. Wygrać, kiedy wszyscy od ciebie tego oczekują. Przeciwko Valencii byliśmy gotowi do triumfu, bo spora grupa piłkarzy pamiętała porażkę z Barcelony. I mając taką okazję do rewanżu, musieliśmy ją wykorzystać. Dla mnie finał w 2001 roku był inny niż w 1997. Piłkarzom Bayernu musiałem wmócić, że skoro są faworytami, to nie mogę zawieść. Natomiast zawodnikom Borussii mówiłem, że są w stanie wygrać z faworytem.

Po 2001 roku Bayern już nawet nie zbliżył się do finału Ligi Mistrzów.

Wtedy mieliśmy znakomity zespół, z piłkarzami, którzy byli w najlepszym momencie kariery. Poza tym bardzo chcieli zrewanżować się za porażkę z Manchesterem United dwa lata wcześniej. I przez długi czas grali nawet ponad swoje możliwości, że zmazać tamtą plamę. Jak już się udało osiągnąć cel, to wszyscy zaczęli grać inaczej, wiedząc, że większego sukcesu już nie będzie. Dlatego trzeba było zmienić zespół, poczekać aż powstanie nowa drużyna. I w tym czasie rywale zaczęli nam uciekać.

Jak udało się panu stworzyć zespół z takich indywidualności jak Kahn, Effenberg, Basler, Elber, Matthäus?

Po prostu trzeba dla każdego zawodnika mieć szacunek, respektować jego charakter i wykorzystać to dla dobra zespołu. Ja lubię trudnych piłkarzy, bo są wyzwaniem dla mnie nie zarówno jako trenera jak i psychologa. Jeśli na dodatek są zdyscyplinowani, to jest jeszcze łatwiej. Ale z drugiej strony, zespół jest zawsze najważniejszy. Jest ważniejszy od Effenberga, Kahna i innych tego typu zawodników.

Ale każda drużyna potrzebuje takiego czarnego charakteru.

Oczywiście. Pod warunkiem, że tych czarnych charakterów nie jest jedenastu na raz. W odpowiedniej dawce, tacy zawodnicy, którzy nawet zbyt dużo nie biegają, ale rządzą na boisku są bezcenni. Zawsze chciałem mieć trzech-czterech tego typu graczy w zespole.

Jest pan w stanie zrozumieć, dlaczego Leo Beenhakker nie chciał w kadrze Artura Wichniarka? Może właśnie ze względu na charakter?

Ja tego na odległość nie ocenię. Ale uważam Wichniarka za znakomitego napastnika, który w średniej Arminii strzela gole naprawdę mocnym rywalom. Szkoda, że tego samego nie robi w reprezentacji. Ale to trener podejmuje decyzję, z kim chce współpracować, a kto mu nie jest potrzebny.

Powiedział pan, że lubi trudnych piłkarzy. Ale nie to chyba było kilka lat temu powodem, żeby do wielkiego Bayernu Monachium ściągnąć takiego piłkarza jak Sławomir Wojciechowski.

Wojciechowski? (śmiech). Przypominam sobie. Co on teraz w ogóle robi?

Gra gdzieś w piątej lub szóstej lidze niemieckiej.

(śmiech). Wiem, że kiedy go sprowadziłem do Bayernu z FC Aarau.

Dzisiaj można się już chyba przyznać, że chodziło o pomoc finansową dla pana byłego klubu.

Wiele osób tak myślało (śmiech). Ale wtedy mieliśmy sporo kontuzjowanych zawodników na lewej stronie i dlatego bez większego namysłu zdecydowałem się na ten transfer. To był bardzo dobry piłkarz i nadawał się do kadry Bayernu. Oczywiście nie do podstawowej jedenastki, ale do szerokiej kadry. Później jednak okazało się, że nie miał mentalności potrzebnej do gry w takim klubie jak Bayern. Nie miał tego genu zwycięzcy. Nadal uważam, że nie wykorzystał swoich możliwości.

Czy jeszcze jakiegoś polskiego piłkarza miał pan na celowniku?

Nie pamiętam już. Ale chyba raz obserwowałem jakiegoś zawodnika Widzewa Łódź, ale już nawet nie wiem, na jakiej pozycji występował.

Gdy w 1997 roku triumfował pan z Borussią Dortmund w Lidze Mistrzów, waszym rywalem w fazie grupowej był Widzew Łódź. Wie pan, że potem już żaden polski zespół nie zagrał w fazie grupowej Champions League?

Aż mi się wierzyć nie chce. Naprawdę tak jest?

Niestety, to nie ponury żart tylko rzeczywistość.

To dla mnie pewne zaskoczenie. Przecież w Polsce zawsze było dużo bardzo dobrych zawodników. Sporo z nich zrobiło karierę w Bundeslidze. Macie tego pecha, że najlepsi wyjeżdżają, a polskim klubom brakuje pieniędzy, żeby się przebić do europejskiej czołówki. A piłkarze idą przede wszystkim tam, gdzie są olbrzymie pieniądze.

Czy pieniądze są najważniejsze w futbolu?

Pieniądze to nie wszystko, ale odgrywają olbrzymią rolę. Dlaczego najlepsi piłkarze grają w lidze angielskiej? Bo w Anglii jest obecnie najwięcej pieniędzy do zarobienia. Są pieniądze, to są i świetni piłkarze. A są świetni piłkarze, to są i sukcesy.

Pana zdaniem Bundesliga przeżywa kryzys? W zeszłym sezonie w europejskich pucharach niemieckie kluby zaprezentowały się raczej źle niż dobrze.

Jeśli Bayern nie gra w Lidze Mistrzów, to nie ma komu zdobywać punktów. Werder Brema to niezły zespół, ale w Europie niezłe zespoły się nie liczą. Liczą się tylko bardzo dobre drużyny. A jednym niemieckim klubem, który może coś w Europie osiągnąć jest jednak Bayern.

W obecnej edycji Champions League mamy takie wielkie firmy jak Aalborg, Cluj, Borysow, Anorthosis. Czy to jednorazowy wyskok malutkich klubików, czy jednak pewna tendencja?

Ja się cieszę, gdy mogę zobaczyć mistrza Białorusi w pojedynku z Juventusem. Oczywiście trzeba mieć bardzo dużo szczęścia w losowaniu, żeby przebić się do fazy grupowej. Ale kto powiedział, że szczęście nie jest ważne? Jeśli do tego jeszcze wszystko w klubie idealnie się układa, a na dodatek trafi się na faworyta, który ma problemy, to można sprawić niespodziankę.

Zenit St. Petersburg też debiutuje w Lidze Mistrzów, ale niespodzianką to chyba nie jest.

Oczywiście, że nie. Rosjanie mają bardzo dużo pieniędzy, na dodatek Zenit sprowadził najlepszych zawodników rosyjskich.

Bardzo pana gryzie klęska Bayernu Monachium prowadzonego przez Ottmara Hitzfelda z Zenitem 0:4 w Pucharze UEFA w zeszłym sezonie?

Oczywiście, że wolałbym wtedy wygrać, ale ponieśliśmy porażkę z bardzo mocnym rywalem. Zenit ograł przecież też Manchester United, więc to jest naprawdę świetny zespół.

Czy Zenit może wygrać Ligę Mistrzów?

Faworytem raczej nie jest. Ale każdy zespół, który wyjdzie z grupy, może zostać triumfatorem Champions League.

Co pan sądzi o takich ludziach jak właściciel Chelsea Roman Abramowicz lub szejk, który sobie kupił Manchester City i deklaruje, że za Cristiano Ronaldo może zapłacić ponad 100 milionów euro.

Z jednej strony dla tych klubów to świetna sprawa. Ale z drugiej strony – to spore niebezpieczeństwo dla futbolu, jeśli tylko kasa będzie rządzić. Proszę spojrzeć na Bayern. To znakomicie prowadzony klub, nie ma żadnych długów, rok w rok ma zyski. I potem taki Bayern jest w pewnym sensie karany za to, że jakiś szejk dla zabawy może wpompować w jakiś klub kilkaset milionów. Ale to jest oczywiście legalne. Piłka może na tym zyskać, pod warunkiem, że miliarderzy zachowają umiar. Bo ceny, jakie płacą Chelsea lub Manchester City za piłkarzy zdecydowanie szkodą piłce nożnej. No i jest to trochę nieuczciwe wobec klubów, które same muszą wygospodarować pieniądze.

Czy piłkarz może być warty 100 milionów euro?

To jest właśnie to pytanie. Taki Bayern nie kupi nigdy piłkarza za taką kwotę, bo taki wydatek się nie zwróci. Ale dla miliardera te 100 milionów euro to żaden wydatek, pewnie nawet nie zauważy, że ma mniej pieniędzy.

To piłce bardziej szkodzi czy pomaga?

Żyjemy w świecie, którego już nie powstrzymamy. Który bardzo szybko się zmienia. Mi się to nie podoba, że piłkarze myślą tylko o kasie. Dawniej szło się do Realu Madryt, żeby założyć koszulkę wielkiego i słynnego klubu. A teraz piłkarze podpisują umowę z Realem, bo tam są olbrzymie pieniądze. Dawniej szło się do Manchesteru United, bo to klub z tradycjami. Obecnie piłkarze wybierają Manchester City, bo można tam więcej zarobić. To samo z Chelsea. To dobry klub, ale bez wielkich tradycji.

Jakby pan miał 100 milionów euro na zakupy, to wolałby pan Ronaldo z Manchesteru United czy czterech graczy kosztujących po 25 milionów?

To zależy od tego, czego potrzebuje drużyna i jacy piłkarze są do wzięcia. Ale za 25 milionów też można kupić świetnego zawodnika i chyba wolę świetną czwórkę, niż jedną gwiazdę. Bo jak kupię za 100 milionów Ronaldinho, a reszta zespołu będzie słaba, to nic mi ten Ronaldinho nie da. Dlaczego?

Bo nie strzeli tylu goli, ile obrońcy zawalą.

Otóż to. Dlatego wolę jednak czterech świetnych piłkarzy, niż jednego wybitnego.

Kto jest faworytem w obecnej edycji Champions League?

Wydaje mi się, że znowu te rozgrywki zdominowane zostaną przez kluby angielskie. Tam grają najlepszą piłkę, siłową, szybką. Do tego dochodzi ich mentalność i wspaniali kibice.

A Inter Mediolan z Jose Mourinho?

Włosi też należą do faworytów, ale moim zdaniem Manchester United i Chelseą są mocniejsze.

Mourinho raz wygrał Ligę Mistrzów. Pan za to dwukrotnie i jako jedyny szkoleniowiec obok Ernsta Happela z dwoma różnymi zespołami. A mimo to Portugalczyk uważa, że jest najlepszym trenerem na świecie.

To jego opinia (śmiech). Ja bym się sam nie ocenił, to powinni zrobić inni. On ma takie zdanie o sobie i ma je prawo mieć.

Rozumie pan podejście do zawodu Portugalczyka? Zawsze kogoś obrazi, jest bezczelny i arogancki, zakochany w sobie.

Dla mnie najważniejszy jest respekt dla rywala i dla drugiego szkoleniowca. Zawsze chciałem mieć poprawne relacje z kibicami, piłkarzami i dziennikarzami. Tym się zawsze kierowałem, nie tylko na boisku, ale i w życiu. Ale każdy ma swoją życiową filozofię.

Manchester United prawdopodobnie nie wygra w tym sezonie Ligi Mistrzów, bo jeszcze nikomu nie udało się obronić tytułu, odkąd istnieje Champions League. Dlaczego?

Wygranie tych rozgrywek to dla każdego piłkarza coś niesamowitego, spełnienie marzeń i największy triumf na arenie klubowej. Trzeba bardzo dużo poświęceń. A jak się uda, to potem jest się trudno zmobilizować. Osiągnęło się coś wielkiego, więc gdzie znaleźć zachętę do dalszej ciężkiej pracy? Jak się nie jest głodnym, to się nie chce jeść.

Co dla pana jest ważniejsze: motywacja czy strategia?

Jedno i drugie, ale nie tylko te dwie rzeczy. Trzeba przekonać piłkarza, że niektóre rzeczy dla niego są złe, ale są dobre dla drużyny. Trzeba ocenić rywali i odpowiednio przygotować swoją drużynę. Czyli trzeba improwizować. Co z tego, że wymyślę genialną strategię, jak piłkarz nie będzie w stanie jej zrealizować? Dla mnie ważniejsi są pewni siebie piłkarze, niż jakaś wielka taktyka.

Co dla pana przed meczem jest ważniejsze: wygrać, czy nie przegrać?

Trzeba znaleźć odpowiednie proporcje. Przede wszystkim nie tracić bramek. To w dzisiejszej piłce jest najważniejsze. Zespół, który prowadzi 1:0 w 70 procent przypadków wygrywa też mecz.

Czyli jednak matematyka jest tu potrzebna.

To nie matematyka, lecz doświadczenie (śmiech). 1:0 w dzisiejszych czasach jest niesamowicie ważne.

Co jest dla pana cenniejsze? Wygrana 1:0 czy 5:4?

2:0 to świetny wynik (śmiech). 4:2 też mi się podoba. 5:4 tylko wtedy, gdy trzeba było odrabiać straty i w końcówce strzela się decydującego gola. Ale wolę 0:0 niż porażkę 4:5 (śmiech).

W zeszłym sezonie Bayern, w obecnym Milanem. Czy taka roczna przerwa i gra w Pucharze UEFA są dobre dla wielkich zespołów?

Ma to pewien plus. Gra w mniej znaczących rozgrywkach powoduje, że piłkarze mają potem większy apetyt na Ligę Mistrzów. Dla rozwoju drużyny to jest ważne. Przez rok piłkarze, trener, kibice stęsknią się za tym i potem wszyscy są bardziej zmotywowani. Ale zarówno my rok temu jak i teraz Milan chętnie byśmy zrezygnowali z tej przymusowej przerwy (śmiech).

To apetyt polskich klubów musi być już olbrzymi, niewyobrażalny wręcz.

Ale za to jak już jakiś polski zespół przebrnie przez eliminacje, to zostanie to naprawdę docenione.

Czy futbol da się porównać z szachami?

Piłka jest nieprzewidywalna. W szachach można wyuczyć się wszystkich możliwych ruchów i wtedy się na ogół wygrywa. W piłce to jest niemożliwe. Futbol to też szczęście i pech. To też emocje, psychika. To również błędy sędziego. To indywidualne błędy, które mogą zaszkodzić wszystkim.

Przeżył pan już w futbolu wszystko?

Przeżyłem już bardzo dużo, ale w każdym meczu mogę się nauczyć czegoś nowego. Chociażby ostatni mecz z Luksemburgiem.

Jak ważne dla Szwajcarii były finały mistrzostw Europy 2008?

Każdy turnie, którego jest się gospodarzem przynosi korzyści. W Szwajcarii piłka znowu stała się modna, coraz więcej dzieci trenuje, co zaprocentuje w przyszłości. Znaczenie piłki znacznie wzrosło. Na pewno olbrzymią korzyść odniosła również gospodarka, ale ja koncentruję się na tym, co EURO dało piłce w Szwajcarii. A dało bardzo dużo.

Jak bardzo był pan zaskoczony, gdy okazało się, że kolejne mistrzostwa Europy zorganizuje Polska z Ukrainą.

To była dla mnie oczywiście spora niespodzianka. To dla obu krajów olbrzymia szansa, przez blisko miesiąc będą na oba państwa zwrócone oczy całego świata.

Kto dla pana jest najlepszych trenerem w historii futbolu?

Bardzo trudne pytanie, na które nie odpowiem. Moim zdaniem jest znacznie więcej dobrych trenerów, których nikt nie zna, niż tych sławnych. Nie tylko słynni trenerzy są dobrymi. Ci, którzy szkolą dzieci i młodzież są nieraz bardziej cenni.

Pan ma jakiś trenerskiego idola?

Dawniej bardzo podobała mi się praca Ernsta Happela. Grał ofensywnie i świetnie potrafił nauczyć piłkarzy, żeby zastawiali pułapki ofsajdowe. Na tym się wzorowałem, ale dzisiaj już się nie da tak grać ze względu na pasywnego spalonego. Happel był odważnym trenerem i to mi w nim imponowało.

Jak ocenia pan obecnego trenera FC Aarau Ryszard Komornickiego?

To dobry trener, z odpowiednim charakterem. Solidny, okazuje respekt rywalom, nie jest tanim aktorem, poznałem go dobrze w lecie, gdy sporo rozmawialiśmy po objęciu przeze mnie kadry.

Jakie jest pana życiowe motto?

Kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa. Bo sukcesy odnoszą tylko odważni.

Czy to była właśnie odwaga, gdy w 2004 roku, mimo że 99 procent niemieckich kibiców tego chciało, nie przyjął pan oferty prowadzenia reprezentacji Niemiec?

Na pewno trudniej było odmówić, niż przyjąć ofertę.

Nie żałuje pan tego, że nie objął reprezentacji, która dwa lata temu była gospodarzem finałów mistrzostw świata?

Nigdy tego nie żałowałem, nawet jednej sekundy. Byłem wówczas, po sześciu sezonach w Bayernie dosłownie padnięty. Nie miałem wtedy już sił. Bo sześć lat w Bayernie, to jak 40 lat w każdym innym niemieckim klubie. I jeśli nie jest się w pełni sił, to trudno o sukcesy, a łatwo zniszczyć sobie zdrowie. Byłem wtedy wypalony i potrzebowałem ponad półtora roku, żeby dojść do siebie. Ta przerwa uratowała mi życie.

Ile razy odmówił pan Realowi Madryt?

Dwukrotnie. Pierwszą ofertę dostałem w 1997 roku, ale wówczas też potrzebowałem odpoczynku. To było po wygranej z Borussią Dortmund Ligi Mistrzów. Musiałem odpocząć i dlatego w BVB zostałem na rok dyrektorem sportowym. Potem jeszcze jak pracowałem w Bayernie, to też miałem od nich propozycję.

Uważa pan to za błąd? Mało kto odmawia „Królewskim”.

Oferty były w złym czasie. Przy drugiej bardziej się zastanawiałem, ale doszedłem do wniosku, że zanim bym się nauczył dobrze języka hiszpańskiego, to by mnie zwolnili (śmiech).

Leo Beenhakker do dzisiaj mówi, że praca w Realu to było spełnienie marzeń.

Wierzę mu. Problem w tym, że do mnie Real zgłaszał się w złych momentach.

Młodzi trenerzy, tacy jak Jürgen Klinsmann lub Slaven Bilić stawiają na amerykański model trenera. Czy to lepszy pomysł na prowadzenie drużyny od konserwatywnej szkoły europejskiej?

To czy Klinsmann postawi na boisku treningowym statuetkę buddy nie ma większego znaczenia. To tylko taki dodatek, trochę show. W piłce nie jest ważne, jakie pomysły ma trener. Ważne jest, jak przygotuje zespół do meczu. Klinsmann ma 10 asystentów, co też było szeroko komentowane, ale to kiepski pomysł. Bo jak znaleźć dla tylu trenerów w jednym klubie jakieś zajęcie? Z drugiej strony, jeśli odniesie sukces, to znaczy, że zrobił wszystko dobrze.

Po ilu latach można ocenić pracę trenera?

W normalnych klubach szkoleniowiec potrzebuje dwóch lat, żeby stworzyć zespół pod siebie. Ale w wielkich klubach ma na to tylko dwa miesiące i wówczas już zaczynają się problemy.

W Szwajcarii nie tylko prowadzi pan reprezentację, ale również wygłasza wykłady dla menedżerów. Na jaki temat?

Na temat dowodzenia zespołem, nie tylko sportowym, ale również firmą czy przedsiębiorstwem. O tym jak motywować człowieka do jeszcze większej pracy.

Podaje pan rękę Aleksowi Fergusonowi od czasu tej słynnej porażki w Barcelonie?

Świetnie się dogadujemy i uważam go za mojego przyjaciela. To jedyny trener, z którym przed meczami Bayernu z Manchesterem piłem spokojnie herbatę. Z innymi szkoleniowcami tak się nie dogadywałem, nie mówiąc już o spotkaniu na półtorej godziny przed meczem, gdzie mieliśmy ze sobą rywalizować.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: