Slaven Bilić

Wywiad ze Slavenem Biliciem zrobiliśmy w styczniu 2008 roku, przed EURO 2008. Super gość, wyluzowany. Ja przygotowując się do rozmowy wypiłem trochę rakiji, nie dużo… ale nie przewidziałem skutków. Było ciężko, poprosiłem red bulla, Bilić od razu wyczuł co się dzieje i skwitował: ja red bulla piję tylko z wódką. Z Biliciem rozmawialiśmy w Splicie z Piotrkiem Żelaznym, który zresztą lada dzień też założy bloga i pewnie też umieści na nim ten tekst. I pewnie jeszcze trochę tekstów, bo tak się składa, że dobrze nam się pracuję razem. Ja umiem czytać a on pisać. Albo odwrotnie, nie pamiętam dobrze, to skomplikowane…

Slaven Bilić jest inny niż reszta przedstawicieli środowiska piłkarskiego. To rocker, biker, postać nietuzinkowa pod każdym względem. Kibice w Chorwacji uważają, go za półboga. Jest w kraju naszych grupowych rywali postrzegany podobnie jak u nas Leo Beenhakker — jako człowiek, który pomógł odzyskać swoim rodakom poczucie wartości.

Człowiek renesansu

Bilić przyjeżdża na spotkanie punktualnie o 10 rano – tak jak się kilka dni wcześniej umawialiśmy. Wbrew pozorom, to nie takie oczywiste. Punktualność nie jest cechą narodową Chorwatów. Większość naszych rozmówców spóźniała się na umówione i kilkakrotnie potwierdzane spotkania. Davor Suker przyszedł godzinę po wyznaczonym terminie, Aljosa Asanović o wywiadzie w ogóle zapomniał. Gdy udało nam się go w końcu po kilku godzinach złapać, właśnie spieszył się na inne spotkanie. Już był spóźniony, co nie przeszkodziło mu porozmawiać z nami. To z kolei oznaczało że człowiek, do którego Asanović tak się spieszył musiał oczekiwać na niego jakąś godzinę dłużej. Taka chorwacka norma.
Ale selekcjoner reprezentacji Chorwacji jest wyjątkiem pod każdym, także tym, względem. Podjeżdża swoim Porsche Cayenne. Z głośników leci ostry gitarowy kawałek “Rock Superstar” hip-hopowego zespołu Cypres Hill. Muzyka to największa obok futbolu pasja Slavena Bilica. Były stoper reprezentacji Chorwacji i takich klubów jak West Ham, czy Everton od wielu już lat jest także gitarzystą i autorem tekstów rockowego zespołu Rawbau. “Take it easy, slow down” to jeden z najbardziej znanych utworów grupy Bilica. — W tej piosence śpiewam o tym, że świat oszalał. Jest jak maszyna. Każdy, ja, wy, jesteśmy trybami. To wszystko kręci się coraz szybciej. Normalne jest to, że musisz pracować po to by żyć. Tymczasem my żyjemy po to by pracować. I
dlatego mówię: “Hej, zatrzymaj się, znajdź czas dla siebie, masz jedno życie”. To zabawna piosenka. Mówi o dwóch ludziach. Jeden ma wszystko: Super dom, wielki jacht, ale otacza go pustka. Nigdy nie ma dosyć. Drugi nie ma nic, ale rozkoszuje się życiem. Nie twierdzę, że trzeba wszystko rzucić i nie mieć niczego. Mówię tylko, by znaleźć równowagę — tłumaczy selekcjoner. Za chwilę ze śmiechem przyznaje: – Szczerze mówiąc, piosenka to jedno, ale ja sam nie mam czasu na to, żeby zwolnić.
Bilić inspirację do tekstów piosenek czerpie z otaczającego świata, lektur i filmów, które ogląda. Jest wielkim fanem kina: – Błagam tylko nie pytajcie mnie o ulubiony film. Mam ich z 70 i nienawidzę takich pytań — uprzedza nas popijając espresso i zaciągając się marlboro. –
Podobnie jest z ulubionymi piosenkami. Macie taką jedną? Jasne, że nie. A co do piosenek, to piszę o wszystkim. Wiadomo, że staram się, by były ambitne. Nie piszę o tym, że ja cię kocham, a ty mnie nie, i dlaczego mi to zrobiłaś — śmieje się. — Napisałem kilka kawałków mocno zaangażowanych politycznie. O ludziach, którzy dorobili się na wojnie domowej szmuglując broń.

Czekając na reklamy

Rozmawiamy w Splicie, rodzinnym mieście Bilicia, w restauracji leżącej tuż nad jedną z malowniczych zatok morza adriatyckiego. Selekcjoner reprezentacji Chorwacji jest tu rozpoznawany na każdym kroku, każdy go pozdrawia, wita się z nim, próbuje zaciągnąć do swojej knajpy. To dlatego, że w świecie futbolowym jest postacią zupełnie wyjątkową, człowiekiem renesansu. Swoje życie poświęcił piłce, ale zawsze rozumiał, że na futbolu świat się nie kończy. Ukończył studia prawnicze, kocha filozofię, swoją wiedzę praktyczną podpiera pochłanianymi książkami psychologicznymi. Uwielbia muzykę. W domu ma jak mówi ogromną kolekcję płyt. Głównie rockowych i heavy metalowych. Gdy ma chwilę wolnego, wsiada na swojego Harleya Davidsona i sunie gdzie go oczy poniosą. Sam przyznaje, że kocha Londyn i Anglię. Za jej wyjątkowość, kulturę, historię, muzykę i poezję. Chociaż odrzucił kilka intratnych ofert z klubów Premiership, przyznaje otwarcie: – Anglia to fantastyczny kraj. Kocham ich poczucie humoru. Uwielbiam angielskie reklamy telewizyjne. Zazwyczaj w przerwach reklamowych wychodzi się do łazienki albo do kuchni, zrobić herbatę. A ja oglądając angielską telewizję wprost czekam na przerwy reklamowe. To moja druga ojczyzna — mówi.
Jak na ironię, zaczął aspirować do grona najlepszych trenerów Starego Kontynentu po tym jak ograł Anglików na Wembley i tym samym wyeliminował synów Albionu z finałów mistrzostw Europy.
– To na pewno jeden z najważniejszych momentów w mojej karierze. Chwila wyjątkowa — zaznacza.
To po tamtym meczu Europa zaczęła się liczyć z Chorwacją i upatrywać w niej nawet kandydata do medalu Euro 2008.
– Dziwi mnie tak późna reakcja, bo na szacunek zasłużyliśmy znacznie wcześniej. Zaczęło się od tego, że już w pierwszym meczu po mundialu w 2006 roku ograliśmy mistrzów świata, Włochów na wyjeździe. Piłkarze wtedy po raz pierwszy pomyśleli, że ten zespół może być bardzo silny. A przecież brakowało kilku podstawowych zawodników. Później była Rosja, gdzie byliśmy poważnie osłabieni. Graliśmy bez 7 piłkarzy. Zremisowaliśmy bezbramkowo, ale mieliśmy mnóstwo okazji by wygrać. Przez pierwsze 35 minut Rosja dosłownie nie istniała. Później przyszła wygrana z Andorą i zwycięstwo z Anglią u siebie. To był ważny moment. Potem cała seria wygranych — wylicza Bilić. – Mecz na Wembley to było apogeum.

Ostro ale nie brutalnie

Właśnie w Anglii przeżył najlepsze chwile w swojej piłkarskiej karierze. Do West Ham United trafił w 1996 roku z niemieckiego Karslruher SC. Stamtąd odszedł do Evertonu. Uchodził za piłkarza grającego wyjątkowo ostro. Sam z taką opinią się nie zgadza. — Kto mi coś takiego zarzuca? Przecież przez całą karierę w Anglii dostałem tylko trzy czerwone kartki i wszystkie za faule taktyczne, nigdy za brutalne zagrania. Akurat wprowadzili wtedy nową zasadę, że jeśli sfaulujesz napastnika wychodzącego sam na sam z bramkarzem, to wylatujesz. I stałem się ofiarą tych przepisów. Próbowałem naprawić błędy innych zawodników, ratować wynik. Robiłem takie rzeczy setki razy, ale zdarzyło się te kilka razy, że zamiast w piłkę, trafiłem w nogę. W konsekwencji dostawałem czerwone kartki. Byłem twardy, ale nigdy brutalny — przekonuje — Nigdy nie wysłałem żadnego rywala do szpitala, nikomu nie zniszczyłem zdrowia. 44–krotny reprezentant Chorwacji był członkiem drużyny, która w 1998 roku wywalczyła trzecie miejsce na świecie, co zresztą do dziś pozostaje największym sukcesem tego młodego państwa. Przez ówczesnego szkoleniowca Corwacji, Miroslava Blazevicia, nazywany jest dżentelmenem futbolu. Temu wizerunkowi zaszkodził incydent z Laurentem Blancem. W trakcie półfinału Bilić udowodnił, że obok rozlicznych talentów, ma jeszcze jeden, dotychczas skrywany — aktorski. Chorwat symulował, że Blanc uderzył go w twarz. Sędzia dał się nabrać. Francuz został wyrzucony z boiska i nie mógł zagrać w finale.
– Nikt nie jest doskonały. To jedna z tych rzeczy, które ludzie mi wypominają. Ale moja kariera trwała znacznie dłużej niż ten jeden niezbyt fortunny moment.
Zanim jednak trafił na Wyspy przeszedł przez piekło wojny domowej. W 1991 roku Chorwacja ogłosiła niepodległość i wystąpiła z Jugosławii. Piłkarze zaczęli masowo wyjeżdżać na zachód. Bilić został w Splicie, w Hajduku i występował w nowo tworzonej lidze chorwackiej. — Prezydent Franjo Tudjman chciał podczas wojny stworzyć ludziom namiastkę normalnego życia. Zresztą nie cała Chorwacja była terenem działań wojennych. Split był bombardowany tylko na początku, później front był najbliżej 40 kilometrów od miasta. Ale nawet w takich miastach jak Zadar, czy Rijeka, które były ostrzeliwane, a na ulicach trwały walki, była namiastka normalnego życia. Młodzież chodziła do szkół, dzieci do przedszkoli, ludzie normalnie do pracy, a my graliśmy w piłkę. Tudjman powiedział, że w ten sposób najbardziej przyczynimy się do sprawy niepodległości. Mieliśmy być, wedle jego słów, piłkarskimi żołnierzami.
Billić mówi, że bywały momenty, kiedy strach zaglądał piłkarzom w oczy. — Kiedyś wracaliśmy z meczu w Rijece. Mijaliśmy po drodze Zadar, widać było łunę z palących się wiosek i miasta. W pewnym momencie usłyszeliśmy samoloty. Byliśmy w połowie drogi do Splitu. Zatrzymaliśmy autokar i trenerzy z kierowcą naradzali się czy wracać do Rijeki, czy jednak jechać do rodzin, do Splitu. Postanowili wracać do domu. Kierowca wyłączył światła i w zupełnych ciemnościach i ciszy kontynuowaliśmy podróż. Ale takie sytuacje nie były codziennością. Nigdy też nie czuliśmy się bohaterami. Prawdziwi bohaterowie byli tam na froncie z karabinami.
Bilić wyjechał do Niemiec, do Karlsruhe, dopiero w 1993 roku. Wtedy jego kariera nabrała przyspieszenia. Po jakimś czasie trafił na Wyspy, a w 1997 roku, po rocznej przygodzie z West Hamem przeniósł się do Evertonu.
Karierę zakończył w swoim ukochanym Hajduku. Selekcjonerem reprezentacji został w 2006 roku, po mistrzostwach świata. Podpisał kontrakt opiewający na 5 tysięcy euro miesięcznie, co oznaczało, że został najgorzej zarabiającym selekcjonerem cywilizowanej, pod względem piłkarskim, Europy.
– Nie chcę rozmawiać o kontrakcie. Dostałem tyle samo, ile dostałby każdy inny. Zresztą pieniądze nie były motywacją do objęcia reprezentacji.
W lutym media przypuściły szturm na Chorwacką Federację Piłkarską i Bilić ma po Euro 2008 podpisać nową umowę, godną bohatera z Wembley.
Tyle tylko, że jak sam przyznaje, dostaje sporo ofert z zachodnich klubów. Pewne jest że chwilowo odrzucił propozycje West Ham United i Hamburger SV.
Chorwaccy dziennikarze, z którymi rozmawialiśmy, mówią że Bilić, gdy podpisywał umowę z chorwacką federacją, był najlepszym kandydatem, bo ma doskonały kontakt z piłkarzami. Jednym z jego sekretów są książki psychologiczne. Te amerykańskie.

Szuka motywacji

– To są lektury, których na naszym kontynencie się niemal nie czyta, zwłaszcza w piłce nożnej. To zupełnie inny sposób myślenia. W Stanach Zjednoczonych bazują na tych książkach od lat, to skutkuje — mówi Bilić. To, że amerykański sen działa, pokazał Jurgen Klinsmann. Niemiec przywiózł z Kaliforni zupełnie nową myśl i to właśnie jego metody okazały się skuteczne podczas ostatnich mistrzostw świata.
– Każdy ma swoje metody. Ja lubię właśnie taką szkołę. Staram się zrozumieć znakomitych trenerów i czasem ich naśladować. Dlatego czytam biografie. Ale nie takie w stylu: “Wygraliśmy z Manchesterem United, a ja strzeliłem dwie bramki”. Ludzie, kogo to w ogóle obchodzi? Czytałem
doskonałą biografię Phila Jacksona, legendy koszykówki czy Lou Holtza od uniwersyteckiego futbolu amerykańskiego. Opisują, jak rozmawiali z zawodnikami, jak ich motywowali. To doskonała szkoła. Wszyscy powtarzają: “Żeby być dobrym trenerem, musisz być bardzo odważnym człowiekiem. To warunek, byś mógł wymagać odwagi od swoich zawodników” — dodaje selekcjoner reprezentacji Chorwacji i przytacza jedną z ulubionych anegdot. — Już w tunelu prowadzącym na boisko, dwie minuty przed jakimś arcyważnym meczem Liverpoolu menedżer Joe Fagan podszedł do Sammy’ego Lee i mówi do niego. “dziś jest twój dzień. Będziesz najważniejszy na boisku, wyłączysz z gry ich rozgrywającego”. Sammy na to “ok trenerze,
ale który to ten rozgrywający”, a Fagan na to “Ten, który biega gdzieś w środku i ma najczęściej piłkę”. No i Lee zagrał wielki mecz. Czasem nie trzeba rozpisywać wszystkiego na nuty, wystarczy dotrzeć do zawodnika, zmotywować go. Ale oczywiście nie zawsze zdaje to egzamin.
Bilić może godzinami rozmawiać o teorii futbolu. — System i organizacja gry są najważniejsze w tworzeniu drużyny. Tylko dzięki doskonałej organizacji zawodnicy mogą zacząć wykorzystywać swoje umiejętności indywidualne i wolność, którą dostają od trenera. Organizacją i systemem gola nie strzelisz, ale możesz doprowadzić do sytuacji, że twój zawodnik znajdzie się przed polem karnym, z piłką przy nodze, twarzą do bramki. Później już w grę wchodzi jego wyszkolenie, odporność psychiczna itd.
Wielu jego krytyków na początku zarzucało, że jest zbyt pobłażliwy dla piłkarzy, bo sam dopiero co skończył karierę. – Nie wiem czy wiedzieliście, ale Jose Mourinho ma taką grubą książkę ze swoimi zasadami. Przed sezonem daje ją piłkarzom i mówi: “Jeśli to przeczytasz i będziesz zgodnie z tym postępował, będziesz grał. Jeśli nie, to nie będziesz. Masz 10 dni na naukę. Więcej tego nie powiem”. Według mnie wiek i bliskość z piłkarzami to mój atut. Zresztą kiedyś mówiono, że im trener starszy, tym lepszy. Główna sprawa to autorytet. Może niektórzy myślą, że autorytet wyrabia się przez dystans i surowość. Ja uważam, że możesz go zyskać, jeśli masz wystarczającą wiedzę. Chcę być blisko z moimi piłkarzami. Teraz wydaje mi się, że wiem o nich więcej niż oni sami. Wiem, kto nie lubi rozmawiać z dziennikarzami, kto się boi innych. Wiem co czują. Jeśli boisz się rozmawiać z piłkarzami, to znaczy że nie masz wiedzy, która buduje autorytet. Proste — dodaje z przekonaniem.
Ta bliskość i koleżeńskie stosunki z piłkarzami nie przeszkodziły mu wyrzucić z kadry trzech piłkarzy: Bosko Balabana, Dario Srny i Ivicy Olicia, którzy przed pierwszym meczem eliminacji zabalowali w klubie nocnym. — To była wyjątkowo ciężka sytuacja. Przed tym meczem z powodu
kontuzji wypadło mi pięciu piłkarzy. Później ta trójka postąpiła karygodnie i musiałem ich wyrzucić ze zgrupowania. Prezes federacji powiedział mi, że jeżeli tylko chcę, mogę ich ukarać wysokimi karami finansowymi i zostawić w kadrze na Rosję. Ale nie mogłem się na takie rozwiązanie zgodzić. To zburzyłoby cały mój autorytet, byłoby sprzeczne z zasadami, które głosiłem. Musiałem być konsekwentny.
Bilić jest pewny siebie. Nad swoimi piłkarzami ma tę przewagę, że jest wszechstronnie wykształcony. — Zawsze lubiłem się uczyć. Rodzice wysłali mnie do elitarnej szkoły. Mieliśmy tam takie przedmioty jak logika, psychologia czy filozofia — opowiada.
Przydało się. Między innymi dzięki lekcjom z filozofii podczas chorwackiej edycji “Milionerów” poprawnie dokończył słynne stwierdzenie Sokratesa: “Wiem, że…”
– Nic nie wiem — śmieje się Bilić. — Tak było. Nie lubię tego typu programów. Ale wystąpiłem bo cały dochód był przeznaczony na cele charytatywne. W ogóle po tym awansie mamy tu szaleństwo. Pytają mnie o różne bzdury. Smak soku pomarańczowego, o herbatę, kawę, muzykę rockową, motocykle, inne takie. A ja chce rozmawiać o piłce — przekonuje. Nie dajemy za wygraną. Ale podczas “Milionerów” wystąpił pan w koszulce z logo “Harley Davidson” — zagadujemy.

Normalny facet na Harleyu

– Mam Harleya, ale nie jestem żadnym “bikerem”, nie lubię po prostu zbierać się ekipą innych facetów, zakładać tych wszystkich skórzanych ciuchów i jeździć w stadzie. To nie dla mnie. Lubię wyjechać na drogę i mknąć przed siebie. Niestety w Chorwacji nie ma warunków.
Dlatego raz w roku jadę na 10-dniowy urlop i jeżdżę sobie po różnych drogach. Sam. Nie mam pojęcia dokąd. Jestem gdzieś w Europie, powiedzmy we Francji czy gdziekolwiek. Chcę się zatrzymać na kawę, zatrzymuję się. A jak mam ochotę to i na dwie. Sam decyduję, kiedy chcę zjeść obiad. Jadę i rozmyślam — mówi. Za chwilę zaznacza: — To dla mnie normalne
wakacje. Nic nadzwyczajnego. Gdybym tak spędzał pół roku, to może byłoby i coś. A ja po prostu tak wykorzystuję urlop.
Image Rockera nie pasuje zbytnio do trenera, zgodzi się pan? — pytamy. – Ale ja nie jestem żadnym rockerem. Ludzie opowiadają różne historię. Żyję zupełnie normalnie, tak samo żyłbym, gdybym nie był trenerem – zapewnia Bilić. — Jasne, że lubię rocka. Gdy byłem młody, na ścianie
obok plakatu Liverpoolu, czy reprezentacji Brazylii wisiały plakaty Metalliki czy Iron Maiden. Kocham dobrą muzykę, mam mnóstwo płyt. Ale nie jestem jakimś zboczeńcem, facetem, który zaprasza do siebie do domu i mówi gościowi: “Siadaj teraz i patrz na moje płyty. Dokładnie je
przelicz i zapamiętaj”. Mam to gdzieś. Szczerze mówiąc, to niektórych płyt mam po kilka egzemplarzy, takich jak “Apetite for Destruction” (Guns n’Roses — red.) czy “Czarny Album” (nazwa kolokwialna jednego z albumów Metalliki — red.). Cały czas je gubię, bo mi wpadną za szafę, albo pod łóżko, często też pożyczam płyty znajomym i zaraz, zupełnie przy okazji, kupuję nowy egzemplarz — opowiada.
Już w czasach kariery piłkarskiej różnił się od swoich kolegów z boiska. Nie miał włosów lśniących się od żelu, nie spędzał wolnego czasu w dyskotekach: – Zawsze wolałem pójść na koncert niż na disco. To nie moje klimaty, ale nie jest też tak, że nigdy w życiu nie byłem w klubie. Wręcz przeciwnie bywałem w takich miejscach w Nowym Jorku, Melbourne czy Montrealu. Nieźle co?
Za chwilę zmienia temat, zaczyna rozrysowywać na stole ustawienia taktyczne. Solniczka jest lewoskrzydłowym, filiżanka rozgrywającym, a zapalniczka środkowym napastnikiem. Przekonuje, że jego zespół stać na wygranie Euro 2008, że ma najlepszych zawodników w Europie.
– Luka Modrić nie jest gorszy niż Frank Lampard. Myślę, że jest w grupie kilku najlepszych rozgrywających świata. Już dziś wart jest 30 milionów euro i chce go pół Europy. A przy tym pozostał zwykłym, skromnym chłopakiem. Sława i pieniądze nie zawróciły mu w głowie. Podobnie Verdan Corluka, na swojej pozycji jest najlepszy na świecie — mówi. Patrzymy z
niedowierzaniem i zaczynamy obracać sprawę w żart.
Corluka to boczny obrońca Manchesteru City, piłkarz faktycznie obdarzony sporym talentem, ale nazywanie go najlepszym na świecie wydaje się nam lekką przesadą — Ok, to pokażcie mi lepszego. Oczywiście oprócz Błaszczykowskiego — śmieje się Bilić. — Jasne, jest Dani Alves z Sevilli, teraz jest na topie. Ale Alves jest doskonały w ofensywie, ale zupełnie przeciętny z
tyłu. Corluka jestdobry wszędzie: w ataku, w defensywie. Alves ma doskonałe dośrodkowanie,
ale Corluka ma wystarczająco dobre. Poza tym może grać gdziekolwiek: z prawej, z lewej, w środku — mówi.
Sami najlepsi piłkarze, czyli jedziecie po złoto? — pytamy lekko ironicznie. Ale Bilić odpowiada bardzo poważnie. — A po co gra się w mistrzostwach Europy? Po to, żeby być mistrzem Europy. Nikt nie jedzie tam, by zagrać 3 mecze i wrócić do domu. Tak jest, jedziemy po złoto. Inna sprawa, że tylko odważni tak mówią. Inni tylko marzą, a boją się to powiedzieć głośno, by nie uznać ich za arogantów — uważa.
Przez wyluzowany sposób bycia i wypowiadanie swoich twierdzeń w bardzo zdecydowany sposób, niektórzy wrogowie i krytycy przykleili mu łatkę bufona. — Dużo zależy od prasy. Wy też używając odpowiednich słów możecie zrobić ze mnie fajnego gościa, ale równie dobrze aroganckiego cwaniaczka.
Gdy odwiedzaliśmy Chorwację wszyscy kibice i eksperci byli przekonani, że Chorwacja będzie walczyć o tytuł. Niektórzy z naszych rozmówców wyraźnie lekceważyła nie tylko Austriaków i Polaków, ale nawet Niemców.
Bilicowi daleko do takiej postawy: – Niemcy to nie jest przewidywalna drużyna, tak jak kiedyś bywało. Mają kilku piłkarzy jak chociażby waszych rodaków Klosego i Podolskiego, którzy mają mnóstwo wyobraźni i potrafią łamać schematy.
Czy Polska jest przewidywalną drużyną? — pytamy Bilica. — Absolutnie nie. Macie świetny zespół. Wystarczy zresztą popatrzeć na to w jakim stylu wygraliście eliminacje. Zostawiliście w tyle Portugalię, Belgię, Serbię, Finalndię. Wy nie mieliście zwykłych eliminacji, tylko małe
mistrzostwa.

Wpadnijcie na wczasy

Na nadgarstku ma bransoletę z wizerunkami różnych świętych. – Jestem człowiekiem religijnym. Wychowanym w epoce Jana Pawła II. Papież Wojtyła to najważniejszy człowiek naszych czasów. Zupełnie niewiarygodny. Pewnie chcecie rozmawiać o nim, bo był Polakiem? Sporo wiem o Polsce. Mój ojciec, który wykładał ekonomię, zawsze dużo mi mówił o waszym kraju. Zawsze w samych superlatywach, jako dzielnym narodzie atakowanym z dwóch stron przez mocarstwa. Jestem przygotowany na rozmowę o Polsce — śmieje się Bilić.
Pierwsze skojarzenie? — Nie będę oryginalny. Ale pierwszą osobą, która przychodzi do głowy to Lech Wałęsa. Następny jest ten doradca prezydenta USA (Zbigniew Brzeziński, doradca Jimmy Cartera — red.), który urodził się w Warszawie — mówi i uśmiecha się z satysfakcją.
Skoro pan tak lubi Polskę, to może miło by było, żebyśmy wyszli razem z grupy i zostawili Niemców w tyle? — zagadujemy na pożegnanie.
– Polska i Chorwacja dalej? — zatrzymuje się na chwile i uśmiecha. — Mówiąc szczerze… podoba wam się tutaj? — pyta. Trudno zaprzeczyć, bo Split to jedno z najpiękniejszych miast tej części Europy. Bilić doskonale o tym wie, dlatego dodaje ze śmiechem: – Niemcy są chyba najlepsi. A my? Wybaczcie, ale ogramy was, a później będziecie mieli mnóstwo czasu, więc wpadnijcie na wczasy do Chorwacji.

Rozmawiali Marek Wawrzynowski, Piotr Żelazny

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: