Josef Masopust

Kiedy jechałem na wywiad z Masopustem, niektórzy koledzy pytali mnie „a kto to jest?” A ja mówię – jak nie wiesz kto to jest to zajrzyj szybko do wikipedii albo zmień zawód!

77-letni niepozorny, starszy pan osiągnął więcej niż ktokolwiek w Europie wschodniej. Dzisiaj w Polsce pamiętają go tylko najbardziej zagorzali kibice. A przecież w 1962 roku został wybrany najlepszym piłkarzem w plebiscycie France Football. Zaprosił nas do hotelu Crowne Plaza w Pradze, dawnego Internationalu. Mieszka 100 metrów dalej. Porusza się wolno, ale ochoczo ustawia się do fotografii. Gdy prosimy o to, by na zdjęciu starał się wyglądać naturalnie, odpowiada: – „Naturalnie? Musiałbym mieć piwo w ręku”. Oczywiście czeskiego Pilsnera. Masopust został wybrany najlepszym piłkarzem w historii czeskiej piłki. Był liderem drużyny, która w 1962 roku zdobyła wicemistrzostwo świata w Chile.
Fantastyczne zwody, dzięki którym mijał po kilku rywali na pełnej szybkości i i genialny przegląd pola, to jego firmowe zagrania. Choć w Czechach miał status półboga, nie dorobił się na piłce. Na zachód wyjechał w wieku… 37 lat. Król futbolu, Pele, szczyci się znajomością z Masopustem, uważa, że jest symbolem Czech. I nigdy nie przepuści okazji, żeby spotkać się z jednym z największych w historii mistrzów dryblingu.
Polscy piłkarze, którzy grali przeciw panu, mówią, że gdyby grał pan dzisiaj, byłby pan zawodnikiem Realu Madryt albo Manchesteru United.
Josef Masopust:
W moich czasach nie było to możliwe. Ale wiem, że miałem jedną konkretną ofertę, z Sampdorii Genua. Ale Włosi od razu dostali odpowiedź, że nie ma takiej możliwości. Inne oferty nigdy do mnie nie dochodziły. Dla mnie Manchester United to było wielkie marzenie, którego nigdy nie mogłem spełnić. Graliśmy raz z Manchesterem mecz Pucharu Mistrzów, to był zespół z Bobbym Charltonem i tymi wszystkimi wielkimi gwiazdami. Ależ jak chciałem z nimi zagrać. Manchester wtedy z nami wygrał i w następnej rundzie pojechał do Belgradu. W drodze powrotnej, pod Monachium, ich samolot się rozbił, zginęła znaczna część drużyny. Gdybyśmy wtedy wygali…

Dzisiaj Rosicky, Nedved i Cech mają na swoich kontach miliony euro, a Pan?
– A ja sobie spokojnie uprawiam ogródek. Jestem emerytem (śmiech). Nie grałem za pieniądze. Mieliśmy trochę, ale to nie były takie czasy. Zresztą, to samo mieliście w Polsce. pamiętam, że graliśmy w Polsce z Legią, tam był fantastyczny piłkarz, Lucjan Brychczy.
Brychczy mowi, że był pan piłkarzem kompletnym…
– Mogę powiedzieć o nim tylko i wyłacznie to samo.
Czescy dziennikarze, którzy pamiętają pana mecze, porównują pana drybling do samego Diego Armando Maradony…
– No tak, lubiłem się kiwać. Przejmowałem piłkę na połowie boiska i mijałem rywali, z bramkarzem włącznie (śmiech). Mówili, że to slalom Masopusta.
Brychczy mówił też, że mogł pan biegać non stop, przez 90 minut.
– Tak było, kondycja to była moja mocna strona. Mój ojciec, górnik, grał dla Mostu, ale nigdy dla pierwszej drużyny. Mowił mi: „Josef, jeśli chcesz być prawdziwym piłkarzem, musisz zrobić wszystko dla futbolu. Jeśli nie chcesz być niedzielnym piłkarzem, musisz poświęcić się całkowicie”.  To była pierwsza, ale najważniejsza rada, którą dostałem.

Swoją karierę, wtedy jeszcze przygodę, zaczynał pan w czasie II wojny światowej…
– Dokładnie. Mieszkaliśmy 3 kilometry od Mostu. Wtedy było takie zarządzenie, że nikt, poza Niemcami, nie mógł grać w piłkę. Gdy tylko skończyła się wojna, poszedłem do Baniku Most. Pamiętałem radę swojego ojca – żadnych potańcówewek, tylko biegać, biegać, biegać. Zresztą, gdy po latach spotkałem swoich znajomych z tych czasow, bo przecież moje siostry i bracia wciąż mieszkali w Moście, koledzy mówili: „Josef, ułożyło ci się, byłeś najlepszy, zrobileś wielką karierę, jak to się stało?”, ospowiadałem im: „Byliście tak samo dobrzy jak ja, ale wybraliście piwo, papierosy, tańce, a nie trening. Wtedy się ze mnie śmialiście”. Niech panu będzie, nie zarobiłem wielkich pieniędzy, ale byłem w Korei, Japonii, Australii. Zobaczyłem cały świat, Amerykę. To cudowne. To jest to co od życia zarobiłem. Kiedy słyszę dzisiaj ile zarabia Cech w Chelsea… ale on jest kapitalny, on jest z tej starej generacji. A Baros… cóż, strzelił kilka goli, co więcej mogę powiedzieć.
Gdzie nauczył się pan takiego dryblingu?
– Mówiłem panu o pierwszej radzie mojego ojca. Teraz powiem o drugiej. Mówił, że dobry piłkarz nie gra jedną nogą. Wziąłem sobie to do serca…
W 1945 roku chyba nie było łatwo o piłkę…
– Zgadza się. Ale moja ciotka mieszkała w Pradze i miała możliwości, żeby kupić piłkę. Co roku dostawałem nową, na święta Bożego Narodzenia. Mieliśmy te jedną piłkę na całą wieś i graliśmy pięciu na pięciu. Jedni byli kibicami Sparty Praga, drudzy Slavii. Graliśmy po kilka godzin dziennie. Było nam o tyle łatwo, że we wsi nie było żadnych Niemców, więc jeśli ktoś by się pojawił, na pewno od razu byśmy wiedzieli. Zaraz po wojnie zacząłem grać w Baniku Most. Już wtedy musiałem wszystko wygrać, chciałem coś osiągnąć. Na początku nie mieliśmy trenera, graliśmy każdy sobie. Pierwszy trener pojawił się rok po moim przyjściu, w 1946 roku.
Pamięta pan swój pierwszy mecz dla Czechosłowacji przeciw Węgrom w 1954 roku?
– Tak, trudno zapomnieć. To była niezwykła drużyna, która właśnie zdobyła wicemistrzostwo świata. Puskas, Koscis, Groscis, Bozsik… ależ oni fantastycznie grali. To była drużyna marzeń, chociaż w finale mistrzostw świata przegrali z Niemcami, byli wtedy najlepsi na świecie.
Kto by pomyślał, że 8 lat później pójdzie pan w ich ślady i zdobędzie wicemistrzostwo świata…
– No tak, wtedy na pewno nie było o czym mówić. My walczyliśmy i biegaliśmy, a Węgrzy po prostu spokojnie wymieniali się piłką, gra nie sprawiała im żadnych problemów, chodziło tak leciutko. Później grałem przeciw Węgrom już w 1962 roku, podczas mistrzostw świata. Wygraliśmy 1:0, chociaż to oni byli znacznie lepsi. Ale to już nie była ta drużyna… Wtedy jednak mieliśmy fantastyczne szczęście. Oni trafili w poprzeczkę, mieli kilka szans. Ale generalnie chyba nas zlekceważyli. Awansowaliśmy do półfinału, więc wiedzieliśmy, że możemy powalczyć o wszystko. Wcześniej tak nie myśleliśmy. Oczywiście dla mnie marzeniem życia było zagrać w finale mistrzostw świata, ale gdy wyjeżdżaliśmy z Czech ludzie uważali, że szybko wrócimy. Mieliśmy trudnych rywali, m.in. Brazylię i Hiszpanię. A przed samymi mistrzostwami graliśmy fatalnie. Pamiętam, że graliśmy z Irlandią i jakąś amatorską drużyną. Ludzie mówili, żebyśmy nie jechali do Chile w ogóle, bo będzie wstyd.
Na szczęście pojechaliście…
– Dokładnie. Kiedy byłem małym chłopcem, kiedy graliśmy sobie z chłopakami na wsi myślałem często – oto ostatnia minuta, wbiegam między rywali, mijam ich i strzelam – hurra, jesteśmy mistrzami świata!
Zamiast w ostatniej strzelił pan w 15. minucie…
– O tak, Brazylia, to był zespół który pobudzał wyobraźnię. Wszyscy mówili tylko o nich, o tym jacy są magiczni. Na początku graliśmy powoli, spokojnie, później była wymiana ciosów. W pewnym momencie jeden z obrońców odpuścił Pospichala, ten pociągnął skrzydłem, ja uwolniłem się od obrońców, zostałem sam. Pospichal podał mi idealnie i pokonałem Gilmara. Gol w finale mistrzostw świata, proszę sobie wyobrazić moją radość. Tylko był jeden problem. Kiedy jeszcze się cieszyłem i myślałem o tym golu, Amarildo wyrównał.
I przegraliście 1:3. Myśli pan, że pokonanie Brazylii w ogóle wchodziło w grę?
– Trudno powiedzieć, chyba tak. Mieliśmy najlepszego bramkarza mistrzostw, Schrojfa. Ale w finale grał fatalnie. To się zdarza. Nikt nie miał pretensji, bo w znacznej części dzięki niemu tak daleko zaszliśmy. Ale w finale popełnił fatalny błąd. Puścił między innymi takę bramkę jaką puścił Petr Cech w meczu z Turcją podczas ostatniego EURO 2008.
Po prostu wypuścił prostą piłkę i Brazylijczycy strzelili. Tak sobie myślę, można było wygrać, oni grali bez Pelego, to była dla nas duża przewaga.
W książkach historycznych autorzy często piszą, że to właśnie pan sfaulował Pelego, tak że ten nie mógł dalej grać.
– -To nieprawda, to dorabianie historii. Pele w pewnym momencie oddał strzał na naszą bramkę, akurat nikogo z naszej drużyny nie było przy nim. Ale to właśnie wtedy doznał kontuzji. A że wtedy nie mona było od tak sobie robić zmian, to musiał grać do końca meczu. To go dobiło. Później kilka razy miał piłkę, ale go nie atakowaliśmy. My mieliśmy już na koncie wygraną z Hiszpanią, oni z Meksykiem, więc nie wysilaliśmy się za bardzo. Uznaliśmy, że 0:0 z Brazylią w grupie to doskonały wynik.
Później podobno tak samo kalkulowaliście w ostatnim meczu grupowym, z Meksykiem. Jeśli byście wygrali i zajęli pierwsze miejsce, musielibyście zagrać z Anglią, której wszyscy się bali. A tak trafiliście na Węgrów, również mocnych, ale jednak słabszych…
– Nie mogę się zgodzić. Z Meksykiem był nawet taki plan z góry. Trener mówił nam żebyśmy odpuścili, bo tak będzie lepiej. Ale my nie odpuściliśmy. Powiedzieliśmy, że pokażemy jak jesteśmy mocni. Ale z drugiej strony uznaliśmy, że Meksyk to dla nas żaden przeciwnik i pokonamy go zupełnie przy okazji. Zresztą, już w pierwszej minucie zrobiłem swój slalom, mijałem ich z łatwością, a Masek strzelił gola. Uznaliśmy, że jesteśmy tacy dobrzy (śmiech) i bramki same się posypią. No a chyba wiadomo, co się zawsze w takich sytuacjach dzieje.
Pamięta pan wasz powrót do Pragi?
– O tak. Jaka była różnica w stosunku do tego, gdy wyjeżdżaliśmy. W Chile dostawaliśmy sporo telegramów z gratulacjami, wiedzieliśmy, że ludzie interesują się naszymi meczami i bardzo je przeżywają. A mieli jedynie relacje radiowe i w gazetach, bo telewizja nie pokazywała mistrzostw. Dopiero po mundialu był film dokumentalny o nas. Ale nie spodziewałem się takiego przyjęcia. Ludzie wybiegli na płytę lotniska. Musieliśmy przedzierać się przez tłum. 25 minut zajęło mi dojście do pomieszczenia, w którym czekały bagaże. Później mieliśmy przejazd przez miasto. W naszym autobusie nie było szyb, zostały wyjęte, żebyśmy mogli machać do ludzi. Nie wiem ile było ludzie, może ze 400 tysięcy.
A trzy miesiące później graliście z Polską w Bratysławie i wygraliście 2:1. Pamięta pan ten mecz?
– Tylko troszkę, więc zamiast tego opowiem panu o sparingu z Austrią, bo to fajna historia. W 1958 roku Austriacy pojechali na mistrzostwa do Szwecji, ale w grupie zdobyli zaledwie 1 punkt. Dlatego ich federacja, bojąc się kompromitacji, wycofała zespół z eliminacji do mistrzostw świata w Chile. Zamiast tego zespół grał sparingi. I wszystkich ogrywał. Austriacy zaczęli biadolić, że mogli walczyć o mistrzostwo świata. Mieli to udowodnić po mundialu, wyzwali nas na mecz towarzyski. To było jakieś dwa tygodnie po naszym powrocie z Chile. Wygraliśmy 6:0, ja strzeliłem dwie bramki i Austriacy musieli zejść na ziemię. A co się tyczy Polaków, to byli wtedy nieźli, przecież kilka miesięcy później pokonaliście nas w Warszawie.
w 1963 roku dostał pan złotą piłkę w plebiscycie France Football. Ale obyło się bez wielkiej gali…
– No tak, po meczu z Benficą dostałem nagrodę, spakowałem ją do torby i pojechałem do domu tramwajem. Wie pan, jak to było za komuny. Nie mogłem być najlepszy na świecie, bo przecież wszyscy ludzie są sobie równi (śmiech). Pamiętam, że w czeskiej gazecie była o tym informacja. Jakaś tam mała. Gdy rok później nagrodę dostał Lew Jaszyn ze Związku Radzieckiego napisali o tym wielki artykuł na pierwszej stronie. A z Jaszynem bardzo się lubiliśmy. Pamiętam jak razem pojechaliśmy na benefis sir Stanleya Matthewsa. Był z taką wielkim kufrem. Puskas zapytał: Jaszyn co ty tam masz w tej walizce, Kreml nam przywiozłeś? A Jaszyn na to: – Poczekaj, po meczu zobaczysz. Po meczu wszyscy poszliśmy do hotelu, a Jaszyn mówi, że wszyscy mają do niego przyjść. Każdy kto przechodził przez drzwi dostawał butelkę. Jaszyn przywiózł ze sobą cały kufer rosyjskiej wódki. Wielki Di Stefano siedział na podłodze, popijał z flaszki. Zresztą każdy wtedy opustoszył swoją butelkę. Tam byli sami najwięksi piłkarze świata. To najpiękniejsze wspomnienie z mojej
piłkarskiej kariery.
Kto był najlepszym piłkarzem wszechczasów?
– Dla mnie Pele. Wiem, że część ludzi uważa, że Maradona, ale ja straciłem do niego sympatię po tym jak strzelił bramkę ręką Anglikom i powiedział, że to ręka Boga. Myślę, że gdyby Maradona miał taki charakter jak Pele, mogłby być lepszym piłkarzem. Ale nie można ograniczać wyboru tylko do dwóch piłkarzy. A Johan Cruyff, to co?
Na zachód wyjechał pan mając już 37 lat. Za późno by zrobić wielką karierę.
– Ale nie było tak źle. Trafiłem do drugoligowego belgijskiego zespołu Crossing
Molenbeek, pomogłem im awansować, byłem jeszcze najlepszym strzelcem w drużynie jako środkowy pomocnik. Strzeliłem 9 bramek, większość kluczowych. Miałem bardzo dobre notowania, ale na podbijanie zachodu było już za późno. Do Belgii mnie puścili, bo Belgowie przyjaźnili się z Duklą. Był taki polski menedżer, nazywał się Ukraińczyk, organizował nam obozy w Belgii. Co roku jeździliśmy do Belgii. Mówiło się, że to nasza druga ojczyzna. Wiem, że mogłem zdziałać więcej, ale wtedy tak nie myślałem. W sumie nie ma chyba czego żałować. Aha, i na koniec jeszcze jedno… proszę koniecznie pozdrowić Lucjana Brychczego.
Rozmawiał Marek Wawrzynowski

Ja i pan Josef, przesympatyczny facet. Fotka Irka Dorożańskiego.

080923IDE068

Advertisements

1 komentarz »

  1. kolaszusza said

    Wymiatasz chłopie, Arszawin, Panenka. Masopust. Respect!!!

RSS feed for comments on this post · TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: