Leo Beenhakker o sobie

Dla Leo Beenhakera zrobię osobną kategorię. Tak się złożyło, że zostałem wysłany na konferencję prasową gdy przyjechał do Polski i od tej pory za nim chodzę. Zrobiliśmy na jego temat ze sto tysięcy tekstów, prześledziliśmy jego losy w jedną i drugą stronę, od dzieciństwa przez większość rozdziałów kariery. Jeździliśmy za nim do Holandii, dzwoniliśmy do Szwajcarii, Hiszpanii, Arabii Saudyjskiej na Trynidad… cholernie dużo mi to dało. Mieć do czynienia z kimś z górnej półki piłki nożnej to fajna sprawa. Dzięki temu poznałem wielu dziennikarzy z całego świata, głównie z Holandii, goście naprawdę mają pojęcie o piłce…

A więc jedziemy, wywiad jakby ktoś pytał robiłem z Piotrkiem Żelaznym. Wiadomo.

Przychodzi taki moment w życiu każdego człowieka, że dochodzi do wnioski, że wszystko zostało już powiedziane, zrobione. A więc panowie, mam złe wiadomości. Żadnych historycznych wywiadów. Nic z tego, nie namówicie mnie na to – mówi Leo Beenhakker… wstaje i zaczyna się żegnać. Nie dajemy za wygraną. Wręczamy selekcjonerowi dwa egzemplarze „Skarbu Kibica” „Przeglądu Sportowego”. – A teraz? Zmieni pan zdanie? – pytamy… – Nie możecie mnie kupić. Nawet za Skarb Kibica… – odpowiada ze śmiechem.

Czemu nigdy Pan nie chce rozmawiać o przeszłości?

LEO BEENHAKKER: Bo taki mam sposób bycia. Żyję tu i teraz. Taki jestem. Wszystko to co osiągnąłem mam w głowie, w sercu, korzystam z tego w codziennej pracy. Ale to jest moje. Nie lubię o tym opowiadać, dzielić się ze wszystkimi moim życiem.

Właśnie to jest problem. Ostatnio byliśmy w Holandii. Przeszukaliśmy kilkanaście księgarń w kilku miastach i wielki antykwariat w centrum Amsterdamu. Są dziesiątki książek o holenderskich trenerach i piłkarzach, ale nawet jednej o Leo Beenhakkerze…

– Dostałem pełno możliwości napisania biografii. Prosili mnie na Trynidadzie, w Holandii, w kilku innych krajach. Ale nic z tego. Kiedyś sam to napiszę. To musi być książka, prawdziwa książka. Trzeba będzie sięgnąć do przeszłości, podać tyle szczegółów… Zresztą nawet już zacząłem, we współpracy ze znajomym dziennikarzem z Holandii. Zaczęliśmy, pogadaliśmy trochę, to trwało miesiąc i myślałem, że dostanę wścieklizny. Muszę myśleć o eliminacjach do mistrzostw świata, nie mam czasu na gadanie o swojej przeszłości. Ale kiedyś to dokończę. Jak przejdę na emeryturę, trochę odpocznę i wezmę się do roboty. Mam w domu w piwnicy pudła, elegancko uporządkowane, gdzie jest cała historia mojego życia, gazety z czasów gdy byłem w Madrycie czy gdziekolwiek indziej. Wszystko zbieram. Jest tam też słynne pudło numer 13. Tam mam opisane wydarzenia z mistrzostw świata w 1990 roku. Wtedy się działo… Gazety w Holandii oferowały mi za to pudełko pieniądze, i to nie małe. Ale nic z tego!

Właśnie, mistrzostwa świata we Włoszech. Jak to w końcu było z Ruudem Gullitem?

– ?

Wiadomo tylko tyle, że na jednym z treningów pojawił się pan w ciemnych okularach. Gdy reporterzy poprosili o ich zdjęcie, okazało się, że ma pan podbite oko. Zasugerowano, że była jakaś przepychanka z Gullitem…

– No tak, dziennikarze. Ważne, żeby gazety się sprzedały. To jedna z tych bajeczek. Nie znają prawdy to piszą jakieś historie.

A jaka była prawda?

– Nie powiem. Jest w pudełku.

To może sprzeda pan nam swoje pudełko numer 13 i odpuścimy to pytanie?

– Nic z tego. Ale niech wam będzie. Było tak, że siedzieliśmy sobie z moimi współpracownikami. Trochę się nudziliśmy. Trener bramkarzy siedział z boku. Złapał za popielniczkę i krzyknął „łap”. Złapałem i mu odrzuciłem. Myślałem, że to koniec zabawy ale on miał inne zdanie na ten temat. Rzucił jeszcze raz, a ja się zagapiłem i dostałem w oko. Cała historia. Przecież wszyscy mogą to potwierdzić. Ale bajki, jakie powstały były nieprawdopodobne. Czego to nie czytałem. W jednej gazecie Gullit to zrobił, w innej prezydent federacji. Niesamowite…

Dziennikarze z Holandii mówią: zawsze powtarza nam, że to zrobił trener bramkarzy, ale nie mówi całej prawdy…

– Jasne (śmiech). Co na to poradzę?

Wtedy wszystko wskazywało na to, że ma pan najlepszych piłkarzy świata i nie ma szansy, żebyście nie zdobyli złotego medalu.

– Cóż, piłkarze byli znakomici, ale to nigdy nie była drużyna…

Bez przesady, w 1988 roku sięgnęli pod wodzą Rinusa Michelsa po złoty medal mistrzostw Europy. Byli fantastyczni.

Wtedy też było ciężko. Ale po prostu w 1990 roku było fatalnie. Dostałem zespół na trzy tygodnie przed mistrzostwami, wszystko już było dograne, nie mogłem robić swoich planów. Piłkarze byli wybitnymi indywidualnościami, ale atmosfera była fatalna.

Marco Van Basten, Ruud Gullit i inne największe gwiazdy chciałby, by selekcjonerem był Johan Cruyff, a Michels, prezes federacji postawił na swoim…

– Wiem o tym. Wcale mi się nie paliło do tej roboty. Byłem wtedy w Ajaksie i było mi z tym bardzo dobrze. Ale poprosili mnie, nie mogłem odmówić. Kilka tygodni wcześniej zawodnicy, jakieś 70 procent, mówili że chcą Cruyffa, ale wtedy jeszcze nie było mowy o mnie, więc nie było mi przykro. W ogóle nie brałem udziału w tej debacie. W Ajaksie właśnie zostaliśmy mistrzami, wszystko układało się idealnie. Ale Michels uważał, że powinno być inaczej, miał swoje argumenty. Ale od początku to była „Mission Impossible”. Ale podjąłem się tego. Mimo, codziennie w gazetach czytałem, że to właśnie Cruyff powinien prowadzić zespół. Była wielka dyskusja. Dla mediów to idealna sytuacja. Van Basten daje wywiad, zaraz Rijkaard, chociaż akurat on nie za bardzo był za Cruyffem. Ale było o czym pisać. Taki spór trwał na kilka dni przed rozpoczęciem turnieju. Jak pracować w takich warunkach? To właśnie są media, czasami ludzie nie zdają sobie sprawy z odpowiedzialności za to co piszą. Ważne, żeby była sensacja i sprzedaż. Rozumiem to, ale nie jest prosto pracować w takich warunkach.

Po co było podejmować ryzyko?

– W ogóle nie rozpatrywałem tego w tych kategoriach. Podejmowałem bardziej ryzykowne decyzje w swojej karierze. Nie jestem facetem, który zastanawia się, co tu zrobić, by wylądować jak najlepiej, jeśli przegram, jakby tu się zabezpieczyć, swoje życie, pieniądze. Były takie sytuacje, kiedy sam mówiłem: „dosyć, odchodzę”. Nawet, jeśli traciłem przy tym pieniądze. Uwielbiam wyzwania. Taki jestem. Jeśli nie mogę wykonywać pracy po swojemu, po prostu odchodzę. Tak było w Turcji. Po prostu powiedziałem, że nic z tego. Tak samo było w Ajaksie w latach 80-tych. Po prostu wyjechałem do Saragossy. Bo „bezpieczna posadka” to nie jest moja motywacja.

A więc co, sukces czy wyzwanie?

– Zdecydowanie wyzwanie. Kocham tzw. „Mission Impossible”. Tak jak w Trynidadzie. Gdy przychodziłem prowadzić tę reprezentację mieli na koncie 3 mecze, 1 punkt i żadnych szans na awans do Mistrzostw Świata.

Wracając do mediów, holenderskie były bardziej agresywne niż polskie?

Nie. Są twardzi ale nie tylko znają słowo respekt ale i jego znaczenie. Tu wiele osób tego nie rozumie. Nie mam problemu gdy media krytykują mnie za wybory personalne. Gorzej jeśli kończą się argumenty merytoryczne a zaczynają personalne.

Gdzie miał pan największe problemy z gazetami?

Wszędzie jest tak samo. W Hiszpanii ma pan dwie wielkie gazety sportowe, Marcę i Asa. Jeśli Marca pisze, że jest fantastycznie, As dla zasady pisze, że jest fatalnie. Ale to są zawsze zarzuty merytoryczne. Pod tym względem w Polsce jest więcej tzw. brudu. Ok., powiecie mi, że to typowo polskie, ale ja mówię: powinniście to zmienić. Bo zapewniam was, że mogę dyskutować na wszelkie tematy, które dotyczą piłki nożnej. Panowie, bądźmy rozsądni.

No właśnie. Zawsze pan to mówi. W życiu osobistym też jest pan taki „zawsze rozsądny?”

– W pracy tak. 50 procent naszej pracy to podejmowanie decyzji. Czasami decyduje instynkt czasami rozum. Ale w życiu różnie bywało. I podobało mi się. Mam nadzieję, że jak skończę pracę to będę miał okazję zaszaleć. Jedynym problemem jest to, czy moje ciało będzie chciało mnie słuchać. To właśnie mnie irytuje. Nie mam problemu ze starzeniem się. Jest fantastycznie, wiem znacznie więcej o życiu, jestem bardziej doświadczony, mądrzejszy. Jedyne co jest frustrujące to posłuszeństwo mojego ciała. Zawsze kochałem sport, uwielbiałem robić różne rzeczy. A teraz pojawiają się denerwujące limity.

W wieku 66 lat czuje się pan młody?

– Zdecydowanie tak. Bo wiek jest w środku. Wszystko zależy od sposobu myślenia. Nigdy nie można powiedzieć, że ktoś jest za młody albo za stary na pracę. Tylko ludzie staroświeccy tak myślą. Szczególnie w Polsce… To co powiedział Boniek, że prawie 20 lat minęło, gdy Polska wyszła z komunizmu, a tu wciąż są ludzie, którzy myślą w komunistyczny sposób. Szczególnie w sporcie jest ich dużo. Z jednej strony są młodzi, którzy widzą wszystko po nowemu, widzą, że nie ma granic, że trzeba się rozwijać. Ale wciąż są ludzie, którym wydaje się, że obowiązuje stary sposób myślenia. I to wiele wyjaśnia. Szczególnie w sporcie. Są ludzie, którzy ciągle mówią o przeszłości.

Bo mieliśmy wyniki, sukcesy…

– Tak, ale byliście na tym samym etapie rozwoju co reszta Europy. W Holandii w latach 60-tych byliśmy na tym samym poziomie, nie mieliśmy obiektów itd. A później zaczęliśmy się rozwijać. A Polska nie i różnica się powiększała. I właśnie ci ludzie, którzy myślą starymi kategoriami stanowią problem. I co z tym zrobić…

Czyli trzeba poczekać aż umrą?

– (śmiech) Jasne, miła sugestia. Ale niestety wtedy i ja już nie będę żył, więc o czym mówimy? Ale dzięki za pomysł na przyszłość.

Mówił pan, że uwielbia uprawiać sporty…

– O tak. Całe moje życie pływałem, biegałem. Miałem fioła na tym punkcie. Tenis, narty… ale z tego musiałem zrezygnować, bo było za duże ryzyko, że złamię nogę. To by było nieodpowiedzialne. Ale kocham też koszykówkę, baseball. Tak, tak, mam licencję trenera baseballu.

Żartuje pan?

Nie. Powiem więcej. Mam licencję trenera koszykówki, mam licencję trenera pływania! Nigdy tego nie używałem, ale mam je… Robiłem wiele rzeczy w swoim życiu, kocham kolarstwo, kiedyś bardzo interesowałem się łyżwiarstwem szybkim. W Holandii mamy taki wyścig 11 wsi we Frzyji. Zawodnicy ścigają się na 220 kilometrów. Wtedy nic się nie liczy. Wszystkie sklepy są zamknięte, ludzie ubierają się na pomarańczowo, to wyjątkowy czas. Niestety zmiany klimatyczne zakłóciły tradycję. Szkoda, bo startowali zawodowcy i turyści z całego świata. Ja nigdy nie startowałem. A szkoda, bo jeśli ukończysz taki wyścig dostajesz odznaczenie – krzyż wpinany w klapę, który czyni cię bardzo ważną postacią, naprawdę kimś!

Wróćmy do historii. W 1990 roku Rinus Michels uczynił pana selekcjonerem. Podobnie było w 1985 roku. Można powiedzieć, że był dla pana nauczycielem?

– Zdecydowanie. To człowiek, który odmienił całą piłkę w Holandii.

A Ernest Happel?

– Na pewno był wielkim trenerem, ale myślę, że tylko kontynuował to, co zaczął Michels. W 1974 roku w Holandii świat zobaczył po raz pierwszy pressing, ??forchecking??, ofensywną holenderską piłkę. Zaczynaliśmy trenować w podobnym czasie. Zaczął rewolucję pod koniec lat 60-tych w Ajaksie, później przełożył to na reprezentację. Ja wtedy trenowałem mały 2-ligowym klubie w Holandii (Go Ahead Eagles – red.). Od początku mieliśmy dobre relacje. Nie byliśmy przyjaciółmi w takim sensie, że jeździliśmy razem na wakacje czy spędzaliśmy święta. Ale na stopie zawodowej rozumieliśmy się świetnie. Nauczyłem się od niego bardzo wiele, był dla mnie przykładem, moim ojcem chrzestnym. Myślę, że to najlepszy trener w historii piłki. Gdy zaczynał, holenderska piłka nie znaczyła nic. Od niego zaczęliśmy odgrywać ważną rolę w światowej piłce.

Rozmawialiśmy jakiś czas temu z Jonem Van Loenem, byłym reprezentantem Holandii, który powiedział, że Michels miał tak nudne odprawy, że można było na nich przysnąć…

– Poważnie? Cały John, kapitalny facet. Ale to nie problem Michelsa, tylko VanLoena, który prowadził dosyć rozrywkowy, nocny tryb życia. Nic dziwnego, że musiał odsypiać. Ale tak naprawdę Michels był bardzo elastyczny pod tym względem. Zresztą, jego odprawy to było coś szczególnego. W 1988 roku zdarzyło się, że kazał zatrzymać autobus w lesie przed stadionem. Wyszedł, wyciągnął kawałek papieru i zaczął rozrysowywać taktykę między drzewami, które służyły za rywali. Fantastycznie rozpoznawał, kto czego potrzebuje.

Panu zdarzało się robić takie dziwaczne odprawy?

– Zdecydowanie. To normalne. W dniu meczu czasem chodzimy po lesie, po plaży, gdziekolwiek. Czasami czujesz, że jest właściwa chwila i po prostu robisz to. Wtedy zatrzymuje się na chwilę i zaczynam mówić, co do kogo należy. W Portugalii robiłem odprawę w basenie. Bo czemu nie? Odprawa to nie musi być nudne siedzenie w szatni i monolog trenera. Nie lubię tego. Czasami trzeba siąść przy kawie, przy lunchu i po prostu pogadać. Nawet na lotnisku.

Chcielibyśmy porozmawiać o pana karierze piłkarskiej…

– Nie ma o czym, nie zrobiłem żadnej kariery piłkarskiej.

OK., ale grał pan w piłkę.

– Jasne, w dzieciństwie i młodości grałem całymi dniami. Musieli mnie ściągać do domu na siłę.

A klubach amatorskich?

– Ok., ale musicie sobie zdać sprawę z tego jakie były czasy. Gdy miałem 14 lat, zmarł mój ojciec. Musiałem przestać grać po roku, bo nie miałem butów. Po prostu nie było na to pieniędzy. To było wtedy najważniejsze. Graliśmy dla zabawy, bo gdy miałem 17 lat nie było możliwości zarabiania na życie z gry w piłkę. Musiałem coś robić. Zacząłem pracować.

W porcie?

Nie. Pracowałem w fabryce w ciągu dnia. Wstawałem o 6 rano, jechałem do roboty na rowerze, później prosto do szkoły około 17, o 22 kończyłem i wracałem do domu na 23. To była moja młodość.

Ale od czasu do czasu grał pan w piłkę.

– A co innego mogłem robić? Wtedy nie było innych rozrywek.

Podobno klub pozwolił panu grać bez opłaty?

– Niestety tego nie pamiętam, ale mogło tak być. Było ciężko.

Pana pierwszym klubem był amatorski Tediro…

– Zgadza się. Mój ojciec tam grał, więc kiedy skończyłem 8 lat zabrał mnie ze sobą. Wtedy chodziliśmy na piechotę, bo nie było autobusów autobusów tramwajów. O samochodzie nie wspominam. Ludzie nie zdają sobie sprawy z tego w jakiej sytuacji wtedy byliśmy. To stało się dla mnie motywacją – wyrwać się z tego.

Być kimś?

– Nie, to za dużo powiedziane. Nigdy nie chciałem, żeby wszyscy wiedzieli kim jestem, rozpoznawali mnie. To tylko konsekwencja pracy, ktorą wykonuję. Myślałem tylko o tym, żeby się z tego wyrwać, naprawdę. Chciałem zarobić trochę pieniędzy dla siebie, dla swojej matki. A w późniejszym czasie dla mojej żony, dzieci. To naturalne rzeczy. To był czas wielkiej walki. Myślę, że w dzieciństwie i młodości wycierpiałem się wystarczająco za całe moje życie. Nigdy nie myślałem o tym, żeby być bogatym. Po prostu chciałem żyć na przyzwoitym poziomie. Gdy patrzę w przeszłość, to uważam, że to jest największy sukces w moim życiu – zaczynałem nie mając kompletnie nic. I udało mi się z tego wyjść, zapewnić swojej rodzinie dobre życie.

Mimo trudnego dzieciństwa wiele razy powtarzał pan, że kocha Rotterdam…

– Oczywiście, bo tu dorastałem. W Rotterdamie są moje korzenie. Nienawidziłem okoliczności, ale mnie miasta nie ludzi. Jestem bardzo dumny z tego, że pochodzę właśnie z Rotterdamu, chociaż wyprowadziłem się stamtąd gdy miałem zdaje się 19 lat.

Mówi się, że ludzie z Rotterdamu są inni niż ludzie z innych części Holandii. Tak jak i samo miasto jest zupełnie inne.

– Zgadza się, ale teraz czasy się zmieniły. Zaraz po wojnie Rotterdam był całkowicie zniszczony. Tam panował kult pracy. Żyliśmy po to by pracować. Myślę, że to, co zrobiliśmy w tym mieście jest po prostu niewyobrażalne. Bo ludzie wszyscy Rotterdamu nigdy się nie załamują. Gdy nie idzie, po prostu szukają nowych rozwiązań. Jesteśmy wojownikami. Nie gadamy bez sensu. Bierzemy się do roboty, nie ma czasu na debaty. Teraz wszyscy mają przyzwoite warunki do życia, nie ma takich różnic. Rotterdam staje się podobny do reszty Holandii.

To już nie jest to miasto…

– I całe szczęście. Teraz, gdy jestem w Rotterdamie nie rozpoznaję miasta, nie mogę znaleźć miejsca dla siebie. Czasami tylko wpadnę zobaczyć dom moich rodziców… tylko popatrzeć. Ale to i Feyenoord, to wszystko, co mnie teraz łączy z Rotterdamie.

A port?

– Teraz to co innego. Kiedyś, gdy byłem mały… przypływały statki z całego świata. Te bandery z Paragwaju, z Libanu, Indonezji. Czasami wpadłem pomogłem w załadunku, udało się zebrać trochę grosza. To było cudowne. Pobudzało marzenia o tych wszystkich krajach, o tym, żeby wypłynąć w świat. Wiecie, to głupoty…

Dlaczego głupoty, każdy normalny dzieciak ma marzenia.

– Nie żartujcie sobie ze mnie. Miałbym spędzić 6 tygodni na morzu? To musi być przerażająco nudne! Ale wtedy nie było nic wokół, więc to było marzenie.

Pewnie czytał pan książki Juliusza Verne’a?

– A pewnie, że tak. W 80 dni dookoła świata. To było coś.

W pewnym sensie spełniło się. Był pan tu i tam…

– No tak, można powiedzieć, że spełniłem swoje marzenia. Nie pływałem co prawda statkiem, ale zawsze wiedziałem, że chcę być gdzieś tam, po za Rotterdamie. Pod tym względem czuje się spełniony. Tak jak mówiłem, nigdy nie chodziło o pieniądze. Chciałem pojechać gdzieś, pogadać z ludźmi, których nie znałem, nawet tymi, których nie rozumiałem. To absolutnie fantastyczne.

Pod tym względem pański pierwszy wyjazd za granicę, do Realu Saragossa, był wielkim krokiem?

– O tak. To był 1981 roku, oniemieliśmy doświadczenia w wyjazdach zagranicznych. Michels był wcześniej trenerem Barcelony i tyle. Nigdy tego nie zapomnę. Zrezygnowałem z Ajaksu we wtorek o 9 rano, 11 marca 1981 roku, bo kilku rzeczy nie mogłem znieść. Trzy dni później byłem w Saragossie. A przy okazji, Kilka lat temu Utrecht grał mecz w Saragossie, zaprosili mnie na to spotkanie. Byłem tam 3 dni, znakomite wspomnienia…

Wtedy zakochał się pan w Hiszpanii?

– Tak, dokładnie. Myślę, ze to było takim małym błędem Boga, że urodziłem się w Holandii. Mój charakter i temperament jest zdecydowanie łaciński. Tam możesz wyrażać swoje uczucia, a ja jestem bardzo otwartym człowiekiem. Tu w Polsce jeśli zaczynasz mówić coś głośniej… zresztą, niedawno miałem bardzo fajną dyskusję ze Zbyszkiem Bońskiem, w redakcji Dziennika i Przeglądu Sportowego, i on powiedział mi: hej Leo, nie denerwuj się. NATO ja odpowiadam: Ależ nie jestem, po prostu właśnie jestem w trakcie mówienia o czymś ważnym, coś się ze mną właśnie dzieje.

Powinien to zrozumieć, przecież on jest w połowie Włochem…

– No właśnie, jak mógł mnie nie rozumieć. Ludzie tutaj czasem boją się okazywać emocji. Tam jest to normalne. Tam masz prawo płakać, masz prawo krzyczeć. Przecież to ludzkie. Dlatego kocham Hiszpanię. Mam tam wielu przyjaciół. Kiedy tam jesteś ludzie są dla ciebie po prostu dobrzy. Przecież przez 4 lata, jako trener, byłem wielkim wrogiem Barcelony. Prawdziwym wrogiem, zapewniam was. Ale gdy pojechałem prywatnie do Barcelony, ludzie byli fantastyczni. Kiedy teraz chcę skoczyć na mecz Barcy, zawsze zapewniają mi miejsce na trybunie honorowej. Powiem więcej, przyjeżdżają po mnie na lotnisko i nie pozwalają płacić za hotel. A w Madrycie? Zawsze znajdą miejsce, nawet gdy już nie ma żadnego wolnego. Pamiętam, że graliśmy półfinał Pucharu Europy z Milanem, było 1:1. W końcówce zjawił się Gunter Netzer. Trybuna Vipów była pełna, więc wykopał jakiegoś ministra. Bo jeśli raz zagrasz w Madrycie, jesteś na zawsze jednym z nich. Jesteś częścią rodziny. Taka kultura.

Rzeczywiście kultura, wykopali z miejsca biednego ministra…

– Jasne, jasne. Wiecie o co mi chodzi. Gdzie indziej by przyszedł i powiedział: Hej jestem Gunter Netzer, znajdzie się jakieś miejsce? Powiedzą mu: sorty, ale nie kojarzę, spadaj pan. Znajomi z Madrytu opowiadali mi, że gdy wybrano nowego prezydenta, niemal od razu kazał zadzwonić do mnie i poprosić o spotkanie. Hej, ale o co chodzi? Po prostu facet wiedział, że pracowałem tam 4 lata i to dla niego było ważne. Chciał pogadać. Tak traktują każdego, kto był w Realu. Ale nie tylko tam. To jest Hiszpania.

Hiszpania to też wino, tapas bary, fantastyczne życie nocne.

– Ok, ale to nie dla mnie. Nie jestem typem gościa, który bawi się w nocy a odsypia za dnia. Lubię wyjść, ale bez przesady. Gdy jestem w Hiszpanii nie marnuje czasu na nocne życie. Lubię pojechać gdzieś dalej, zobaczyć góry, plażę. To samo robię w Polsce, lubię po prostu popatrzeć i dowiedzieć się czegoś więcej. Dlatego właśnie pojechałem do Zakopanego, zobaczyć skoki narciarskie, dowiedzieć się czegoś więcej. Pogadać z ludźmi, którzy są zupełnie inni, bo żyją blisko natury. Był tam taki miły facet, zabrał mnie na skocznię, na sam szczyt. Ale to robi wrażenie. O Jezu Chryste, kiedy oglądasz to w telewizji, po prostu lecą. A jeśli wchodzisz na górę i widzisz ten rozbieg, to wydaje się to niemożliwe. A później poszedłem w miejsce, w którym się wybijają. Wiedzieliście, że oni skaczą i nie widzą ziemi. Tak jakby skakali w nicość. Uwielbiam to. Poznałem Adama Małysza, dobrze mówi po niemiecku.

A jego wąsy?

– Bez jaj, panowie. Skoro je lubi, to co możemy poradzić. Jego życie. Pogadajmy o piłce.

Ok., pytaliśmy o Michelsa. Ale pierwszym trenerem, u którego pan pracował, był Czech Frantisek Fadrhonc.

– Zgadza się, zawsze będę mu wdzięczy. To był koniec lat 60-tych, po raz pierwszy spróbowałem sił w profesjonalnej piłce. Go Ahead Eagles Deventer to był porządny zespół. Fadhonc to był facet, który miał też bardzo ciężkie życie. W młodości uciekł na zachód, zaczynał z niczym. To był gość, który przez 24 godziny na dobę myślał tylko o piłce nożnej. Non stop pracował, przy okazji był bardzo emocjonalny. Byłem pod wrażeniem sposobu, w jaki pokazywał emocje. Nauczył mnie, że możesz odnosić sukcesy, jeśli jesteś ze swoimi piłkarzami. Jeśli któryś miał problemy, jeśli komuś zachorowało dziecko, potrafił zerwać się o 4 nad ranem, żeby szybko dojechać na miejsce i pomóc. Zawsze dbał o rodziny piłkarzy. Poza tym miał zupełnie nową wizję piłki. Wtedy w Holandii byliśmy jeszcze w erze piłki „kick and rush”. Dwa podania z tyłu i długa do przodu. A on uczył ludzi prawdziwej gry w piłkę.

Ale nie zaczynał pan u niego jako trener.

– Zgadza się. Byłem masażystą. Mam dyplom masażysty, nie myślcie sobie. Byłem 3 lata w akademii trenerskiej, nauczyłem się wszystkiego.

Podobno był pan niezłym studentem?

– Tak. Nie zawsze lubiłem się uczyć ale wiedziałem, że muszę to robić. Byłem niezły. Wiedziałem, że muszę być dobrym, jeśli chcę zostać trenerem i żyć ze sportu. Bo sport to coś fantastycznego. Uwielbiam to, że kładę się spać i nigdy nie wiem, co będzie jutro.

Joop Brand, pana kolega, powiedział, że podobno od pana ściągali?

– No, może bez przesady. Ale na pewno mam takie podejście do życia, że jeśli coś robisz, to rób to dobrze. Albo robisz albo nie. Albo jesteś w ciąży albo nie. Nie ma kobiety, która byłaby tylko trochę w ciąży. Zresztą, w Polsce też tak się mówi. Dlatego jeśli zawodnik przyjeżdża na mecz, to musi dać z siebie wszystko. Jeśli nie jest gotowy, to niech lepiej powie: „dzięki za zaproszenie, ale nie skorzystam”. To nie jest impreza. Albo wchodzisz na statek albo zostajesz na lądzie. Nie ma sensu pływać dookoła statku wpław. A więc z Fadrhoncem byłem asystentem asystenta, Joopa Branda. Oprócz tego miałem drużynę młodzieżową do lat 18. Całe dnie spędzałem w klubie, robiłem wszystko. Oczywiście byłem też na ławce rezerwowych na meczach pierwszego zespołu. Tam nauczyłem się piłki nożnej. Fadrhonc nazywał mnie profesorem, bo robiłem tyle rzeczy. „Hej, gdzie jest profesor?”. „Jestem tu doktorze”. Bo nazywałem go doktorem. Prawie nigdy nie palił, czasem tylko cygaro. Po którymś z meczów wszyscy już poszliśmy do autobusu, już wyjeżdżamy ze stadionu i wtedy Fadrhonc mówi: „Profesorze, załatw mi cygaro”. Biegałem jak szalony od człowieka do człowieka, bo wszystko było pozamykane. Gdzie tu do cholery znaleźć cygaro o tej porze. Ale w końcu byłem profesorem, a to zobowiązuje, więc postanowiłem, że nie wrócę bez cygara. I udało się. Powtarzało się regularnie, więc któregoś dnia wymyśliłem plan. Kupiłem paczkę cygar i woziłem ją ze sobą. Kiedy Fadrhonc mówił: „Profesorze załatw cygaro”, wychodziłem z autobusu, połaziłem trochę po okolicy, a wracałem z cygarem. „Doktorze, oto cygaro”. „Dziękuję profesorze, dziękuję, świetna robota”.

A później dostał pan ofertę prowadzenia Sparty Rotterdam, ale jej pan nie przyjął. Podobno dlatego, że nie chcieli panu zafundować biletu miesięcznego

– Zgadza się. A co w tym dziwnego? Człowiek musi się cenić. Chcieli, żebym był asystentem. A to był początek mojej kariery. Nie miałem nic, więc trzeba było liczyć każdego guldena. Miałem zostać pod koniec miesiąca bez pieniędzy na chleb? Bez przesady. Bądźmy rozsądni. Mieszkałem na drugim końcu miasta. Poprosiłem o bilet. Powiedzieli, że nie zapłacą, bo nie mają takiego zwyczaju, więc ja powiedziałem, że dziękuję.

Belgowie mówią, że Holendrze to tak naprawdę Szkoci, którzy zostali wyrzuceni ze Szkocji ze względu na skąpstwo.

– Tak wiem, w Belgii to popularna historia. Jak znam Belgów ich to bardzo śmieszy. Jasne, taki jest nasz obraz na świecie. Holendrze oglądają, oglądają, ale nie kupują. Ale pod tym względem jestem bardziej światowy. Po prostu wtedy uważałem, że muszę twardo negocjować.

Dzisiaj jest pan dość zamożnym człowiekiem, człowiekiem pieniądze zmieniają ludzi.

Ale nie mnie, zapewniam. Bo ja nigdy nie zapomniałem skąd pochodzę. Miałem okres w życiu, ze nie miałem ani grosza. Dlatego szanuję to co mam. Nie robię głupich rzeczy w życiu. Wiem, że mam szczęście a inni go nie mieli. Dlatego staram się dzielić tym co mam. Ale wolę o tym nie mówić. W 1997 roku przyjechałem na trening do Rotterdamu, mój pierwszy po powrocie do Feyenoordu. Przyszło około 500 osób, 400 z nich znałem z czasów mojej młodości. Po meczu rozmawialiśmy. Wtedy usłyszałem największy komplement, jaki mogłem usłyszeć: „Leo, w ogóle się nie zmieniłem”. Nienawidzę ludzi, którzy są aroganccy, bo mają więcej forsy. Tak czasami jest z kobietami, które miały farta, bo znalazły bogatego faceta. I nagle zmieniają się, nosy do góry. Albo dzieci bogatych rodziców… Zapewniam was, że większość ludzi, którzy doszli do czegoś ciężką pracą, szanuje innych. A ich dzieci często myślą, że są lepsze bo mają więcej kasy. To ja im mówię: A poszli mi stąd!

Pamięta pan na co wydał pierwsze pieniądze?

– Jasne. Oddałem długi. Przecież przez 3 lata studiowałem w akademii CIOS, gdzie trzeba było trochę zapłacić. Skąd miałem brać forsę? Pożyczałem na lewo i prawo. Jeszcze przez 10 lat oddawałem długi.

Skoro jesteśmy przy pierwszej pracy, to pewnie pamięta pan swój pierwszy samodzielnie prowadzony klub SV Epe… Od razu spadł pan z ligi.

– Tak było. Było trudno ale fajnie, bo mnie nie zwolnili. Dali mi jeszcze jedną szansę. To był mały klub z małej wsi, chłopaki trenowali dwa razy w tygodniu, przychodzili prosto z pracy. To było fajne doświadczenie. Pracowałem też z młodzieżą. Codziennie od 14 do 21 przebywałem na boisku. Ale później Brand i Fadrhonc ściągnęli mnie do siebie.

Podobno tak samo było w Arabii Saudyjskiej. Pan chciał regularnych treningów, treningów oni woleli spędzać czas na praktykach religijnych?

– To nie tak. Bardzo szanuję inne kultury, zdawałem sobie sprawę z tego jak ważna jest dla nich religia, wiem że muszą się modlić 5 razy dziennie. Czasami zaczynaliśmy trening, przychodził kapitan i mówił, że piłkarze potrzebują 20 minut. Mówiłem, że ok i czekałem w budynku. Po 20 minutach mówił, że są gotowi i zaczynaliśmy trening. To się nazywa szacunek, doskonale rozumiem znaczenie tego słowa.

W jednej z holenderskich gazet było napisane, ze chciał pan prowadzić dwa treningi dziennie, a oni mieli odmienne zdanie na ten temat.

– No nie, znowu to samo. W środę gazeta pisze historię, a w czwartek dzwonią zapytać czy to prawda. Tak jak z tą historią ze mną w szpitalu. Albo z tym, że Borussia mnie chciała? Dlaczego nikt nie zadzwonił? Wtedy bym powiedział: „Tak, zgadza się rozmawiali ze mną, ale powiedziałem, że teraz prowadzę Polskę i mam zamiar wykonać swoją robotę”.

A więc dlaczego Arabowie pana zwolnili?

– Bo popełniłem błąd w selekcji. I to bardzo poważny.

To znaczy?

– Miałem 28 zawodników i musiałem wybrać 23 spośród nich. A więc 5 podziękowałem. Jeden z nich był wnukiem króla. A syn króla był prezesem federacji. Tak jak mówiłem, dokonałem złego wyboru. Zwolnili mnie podczas Ramadanu. To też niesamowite doświadczenie. W ciągu dnia nic nie robią, śpią. Byliśmy podczas przygotowań do Mistrzostw Świata. O 7 wieczorem jedliśmy śniadanie, o 9 wieczorem był trening. O 5 rano obiad. Akceptowałem to, ale nie przystosowałem się. Wstawałem o 10 rano i miałem dzień wolny. Siedzieliśmy raz z moim asystentem Wimem Jansenem i fizykoterapeutą, graliśmy w karty. To było zaraz po tym jak ogłosiłem listę 23 piłkarzy. Podszedł facet, trzymał się na 20 metrów i krzyknął: „Jesteście zwolnieni”. Mój asystent odpowiedział: „Proszę chwilę poczekać, bo mam akurat świetną kartę”. I po chwili: „Co on powiedział?”. A on na to: „Jesteście zwolnieni”. Pytam: „Dlaczego?”. A on na to: „Nie mam pojęcia”. I cała historia.

Poszedłem do federacji bo pieniądze, które nam się należały. Najpierw nie chcieli nam zapłacić, ale poprosiłem o pomoc mojego przyjaciela z FIFA i powiedział im wprost, że muszą zapłacić albo będą kłopoty. A podczas mistrzostw świata w USA pojechałem ich odwiedzić i było miło. Był też posłaniec złych wiadomości, ale był bardzo miły gościem. Grali w tej samej grupie co Holendrzy.

I to był prawdziwy powód, podobno oskarżyli pana o szpiegowanie?

– Nie, to za dużo powiedziane. Po prostu nie mieściło im się w głowach, że mogę być Holendrem i starać się zagrać jak najlepiej przeciw Holandii. Nie byli w stanie tego przyjąć. Ale tego dowiedziałem się tylko nieoficjalnie. Ale przecież jesteście z prasy, więc opowiedziałem wam tę historię z wnukiem króla, bo lepiej brzmi (śmiech).

Wcześniej miał pan Grasshoppers Zurych, szwajcarski „dream team”. I nie wyszło.

– Dream Team? Bez żartów. Tam byli znakomici piłkarze, ale na początku ich karier. Sforza, Zuberbuehler, Sutter… ale to wszystko byli młodzi chłopcy. Zresztą, graliśmy wtedy świetną piłkę. Tańczyli jak Brazylia. Ale w piłce jest tak, że w końcu musisz ścisnąć rywala za gardło i go załatwić. A oni tego nie potrafili. Ale bardzo dobrze wspominam tamten okres. Miałem zawodników mówiących w siedmiu językach. Prowadziłem treningi po angielsku, hiszpańsku, trochę po włosku, po portugalsku… Ale kiedy kazałem wszystkim biec w prawo, jeden facet biegł zawsze w lewo. A był Szwajcarem. Nie wiedziałem na początku o co chodzi. Ale okazało się, że Joel Magnin, bo o nim mowa, był z francuskiej części kraju. I to wszystko wyjaśnia, bo oni tam mówią tylko po francusku. Musiałem nauczyć się trochę francuskiego.

Ma pan talent do języków?

Tak, zwłaszcza do łacińskich. Ale mam też swoje lata, polski jest trudny. Staram się mówić. Na początku w Polsce pytałem piłkarzy: mówisz po angielsku? Nie. Rozumiesz mnie? Nie. Trochę się wstydzili, ale nabrali zaufani. Ostatnio zapytałem bramkarza Odry, Adama Stachowiaka: Mówisz po angielsku? A on odpowiada, po angielsku: „Nie, nie mówię po angielsku”. To jak możliwe, że mnie rozumiesz i mi odpowiadasz?

Powiedział pan, że na Trynidadzie codziennie budził pana Bob Marley, to jakiś specyficzny żart?

– Nie, to żaden żart. Bardzo lubię reggae, mam wszystkie płyty Boba Marleya, bardzo lubię UB40, kocham muzykę. To słoneczna muzyka, sprawia, że jestem szczęśliwy. Zresztą, to był wyjątkowy czas. Po pierwsze mission impossible, mają tam 8 zespołów w lidze. Ale mają na szczęście kilku zawodników w Anglii.

I Dwighta Yorke’a!

– No tak, ale on był u schyłku kariery. Zresztą, Dwight od 6 lat kończy karierę i nie może skończyć. Właśnie znowu rozpoczął grę w Sunderlandzie. Facet jest niesamowity.

To był swego czasu jeden z najlepszych napastników świata, a pan wystawiał go w obronie!

– Normalnie był napastnikiem, grał razem ze Sternem Jonem. Ale czasami musiał cofać się jakieś 40 metrów bo potrafił wyprowadzić piłkę do ataku. Mógł grać z przodu i z tyłu.

Wprowadził pan do zespołu Chrisa Burchilla, pierwszego białego zawodnika, który zagrał w reprezentacji Trynidadu i Tobago od 60 lat! To była sensacja.

– Ale nie było takiej dyskusji jak w przypadku Rogera Guerreiro w Polsce.

Bo to zupełnie inny przypadek.

– A niby dlaczego? Przecież Burchill nie urodził się na Trynidadzie. Nigdy wcześnie nie był na Trynidadzie. Zobaczyłem jak grał w Port Vale. Gdy przyjechał na pierwszy trening co 5 minut musiał pić wodę. Nigdy wcześniej nie trenował w 40-stopniowym upale. Ale facet był niesamowity. Taki uliczny wojownik. To był wspaniały czas. Wniosłem trochę organizacji ale oczywiście musiałem traktować ich nieco inaczej. To taki roztańczony naród. Wstają rano i się bawią. Dlatego chociaż harowali jak konie, to jednak każdy trening był zabawą. Pod pewnym względem to był najlepszy czas w moim życiu. Z jednej strony niezwykła praca, z drugiej totalny luz. Codziennie rano schodzili na 8 schodzili bujając się, na luzie. Przez 5 tygodni, szukali xxx dnia (1.40.30). Każda minutą była zabawą. Ani w 1990 podczas mistrzostw świata ani na EURO 2008, nie czułem takiej satysfakcji z bycia „kibicem”. Naprawdę podobało mi się w Niemczech.

Na Trynidadzie zawsze będą pamiętali mecz z Anglią…

– No tak, to zrozumiałe. Przecież ci wszyscy fantastyczni piłkarze nie mogli sobie z nami poradzić przez 86 minut! A po meczu podchodzili i pokazywali, że nas szanują – Beckham, Rooney, Eriksson. Ten ostatni powiedział: „Jezu Chryste Leo, myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi. Nigdy więcej mi tego nie rób”.

Powiedział pan, że pieniądze pana ni zmieniły. A fakt, że był pan w tylu krajach świata?

– Na pewno tak. Myślę, że widziałem tyle w swoim życiu, że dzisiaj już nic mnie nie zaskoczy. To jest moje bogactwo. I fajne uczucie, że zawsze i wszędzie znajdą się ludzie, z którymi jesteś w jakiś sposób związany uczuciowo. Na przykład Julio Gruz zawsze przysyła mi kartkę na święta. Może i nic, ale dla mnie to ważne, że facet o mnie pamięta. To samo ze Zlatanem, z Hiszpanii czasem sms-a przyśle Butragueno, to samo z Meksyku i z każdego kraju, w którym byłem.

Skoro mówimy o Butragueno, to czy może pan podzielić swoją karierę na trzy rozdziały: przed Realem, w Realu i później?

– Nie, raczej nie. Ale na pewno Real to szczyt góry, to Mount Everest. Ale to tylko kolejne doświadczenie. Oczywiście specyficzne, jedyne w swoim rodzaju. Tam pracuje 200 osób, każda z nich chce oddać wszystko Realowi. Real to wirus. Jeśli raz tam wejdziesz, to nigdy się od tego nie uwolnisz. Pierwsza rzecz, którą robię w weekend wieczorem, gdy otwieram komputer, to sprawdzenie wyników Primera Division na livescore.com. A teraz gdy trenerem jest Schuster, z którym mam dobre relacje, jestem jeszcze bliżej.

Leo i jego dziewczyny…

Joop Brand powiedział, że wszystkie dziewczyny za panem szalały.

– Bez żartów panowie, znam Joopa, to jest właśnie jego poczucie humoru.

Ale mówił to bardzo poważnie.

– Domyślam się, bo jak już powiedziałem, znam go dobrze.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: