Rafał Ulatowski

Z Rafałem Ulatowskim spotkaliśmy się w Sheratonie zaraz po tym jak Beenhakker zrobił z niego swojego asystenta. Na początku było sporo wątpliwości bo część prasy forsowała tezę, że Ulatowski chodził z łopatą za Czesławem Michniewiczem i regularnie go podkopywał. Wywiad robiłem oczywiście z Piotrkiem Żelaznym. Ulatowski później w Bełchatowie udowodnił, że jest naprawdę dobry. Ciekawe jestem czy pójdą jeszcze kiedyś z Michniewiczem na piwo.

Trzeba się do pana zwracać per panie przyszły selekcjonerze?
RAFAŁ ULATOWSKI
Ja na pewno tak o sobie nie myślę. Wierzę w to, że Polska awansuje do finałów mistrzostw świata. W RPA wypadnie znacznie lepiej niż w czasie ostatnich mistrzostw Europy i nie będzie w ogóle tematu zmiany selekcjonera. Na stanowisku przynajmniej do Euro 2012 zostanie Leo Beenhakker.

Ale przecież było wyraźnie powiedziane, że asystent jest jednocześnie następcą.
Tak to było faktycznie przedstawiane, ale już się z tego niektórzy wycofują.

Kto się wycofuje?
Sam prezes Michał Listkiewicz powiedział, że wcale niekoniecznie musi tak być, że obecny asystent będzie następcą selekcjonera. Podchodzę do tego bardzo spokojnie.

Ale wciąż jest bardzo poważnym kandydatem?
Jeszcze nie spędziłem nawet chwili z piłkarzami na boisku. Nie wiem, czy między nami zaiskrzy, czy odnajdę się w tej pracy. Ale szczerze mówiąc nie mam wielkich obaw. Jestem człowiekiem kontaktowym, a piłka to moja pasja. Dla piłkarzy z kolei nie ma nic lepszego niż być w reprezentacji.
To najwyższy stopień wtajemniczenia w tym zawodzie. Więc spotkają się profesjonaliści, których łączy miłość do piłki.

Leo Beenhakker też lubi o sobie mówić, że jest pasjonatem futbolu.
Tak to wygląda. Faktycznie można z nim rozmawiać o piłce właściwie bez przerwy. W tym zawodzie trzeba mieć pasję, by coś osiągnąć. Piłka musi być twoim życiem. Tylko jeżeli ma się pasję, można w wieku 70 lat poprowadzić zespół do mistrzostwa Europy, jak Luis Aragones, czy w wieku 68 lat zdobyć po raz drugi Puchar Mistrzów jak sir Alex Ferguson. Czy wreszcie, jak trener Beenhakker, który aż się rwie do pracy. Na drugim biegunie mamy ludzi młodych, którzy także wyznają zasadę, że futbol nie
jest sprawą życia i śmierci, ale czymś znacznie bardziej poważnym, jak mawiał Bill Shankley.

Wszędzie na świecie ta wymiana pokoleniowa wśród trenerów odbywa się jakoś płynnie. A u nas jest przepaść pokoleniowa.
Bez przesady. Ja mam szacunek dla każdego trenera. Czy stosuje metody szkoleniowe docenta Talagi, który swoją drogą był pierwszą osobą w Polsce, która stworzyła jakieś podstawy metodyki nauczania gry w piłkę nożną, czy jest wyznawcą jakichś najnowszych trendów. Potrzebny naszej piłce jest i Engel ze swoim doświadczeniem, potrzebni są młodzi jak Urban, Skorża, czy Michniewicz.

W Championship Manager żeby dostać propozycję pracy z kadrą narodową trzeba kilka sezonów poprowadzić zespół i odnieść spore sukcesy. Pan był pierwszym trenerem osiem miesięcy. Życie okazało się łatwiejsze od gry?
Znowu wraca temat Championship Managera. Zacznijmy od tego, że grałem w to na Islandii, podczas długich wieczorów. Traktowałem to jako formę spędzania wolnego czasu. Jak sami pewnie panowie wiecie CM strasznie wciąga, czasem okazuje się, że brakuje czasu żeby pójść do pracy. Ja miałem to szczęście, ze całe życie zajmuje się tym, co kocham najbardziej, czyli futbolem. Nawet mój czas wolny kręcił się wokół piłki. Faktycznie rzeczywistość okazała się nieco inna niż gra. Sam jestem zaskoczony miejscem, w którym się znalazłem, tym jak to wszystko się szybko potoczyło. Nie mam jednak znaków od Beenhakkera, że on mnie traktuje niepoważnie, bo tylko przez osiem miesięcy prowadziłem zespół
pierwszoligowy.

Jak pierwsze wrażenia ze spotkań z Beenhakkerem?
Oglądaliśmy wspólnie spotkanie Legii z Hommel. Wymieniliśmy mnóstwo uwag. To co mi się najbardziej podoba, to fakt, że Holender doskonale wie, czego oczekuje od swoich współpracowników. Szuka ludzi z głowami otwartymi na różne pomysły, a ja właśnie taką głowę mam. Dla mnie, ale chyba nie tylko dla mnie, tylko dla każdego człowieka, który jest blisko futbolu, także dla dziennikarzy, spotkanie takiego człowieka, doświadczonego, który wygrywał i przegrywał na różnych kontynentach, jest wielką przyjemnością. Podczas meczu nic się nie działo. Sama jednak
dyskusja, wymiana uwag, rozmowa o zawodnikach, pomysły na przyszłość, były niesamowicie wciągające.

A jego poczucie humoru?
Bardzo mi odpowiada. To taki typowo angielski humor. Albo inaczej, to typowe żarty ludzi inteligentnych. Czasem wystarczy jedno słowo i wszyscy wiedzą o co chodzi. Fantastyczne jest obserwować jak wielką estymą i szacunkiem ludzi cieszy się Beenhakker. Co chwila ktoś podchodzi prosi o wspólne zdjęcie. Dzieci, ale i ich tatusiowie też. Ludzie są nim zachwyceni, i on też umie się zachować. Nikomu nie odmawia, bierze te dzieciaki blisko siebie. Jest odczuwalna więź między
nim a społeczeństwem.

Kiedy pan się po raz pierwszy dowiedział, że jest poważnym kandydatem na asystenta?
W pewnym momencie zaczęły funkcjonować i krążyć w środowisku różne listy z nazwiskami. W pewnym momencie spotkałem się z Beenhakkerem, który chciał z każdym kandydatem osobiście porozmawiać. Wiadomo, że takich spraw nie załatwia się przez telefon, czy przez wysłanie listu
motywacyjnego i CV. Spotkaliśmy się prywatnie, pogadaliśmy. Można wyczuć, czy rozmowa była udana, czy została zawiązana jakaś nić porozumienia. Wychodząc z tego spotkania, byłem naprawdę pozytywnie nastawiony. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że są jeszcze inni kandydaci. Wiem też, że pojawiały się nazwiska ludzi, którzy z oczywistych powodów nie mogli być asystentami, jak Skorża, czy Urban chociażby, więc wcale niekoniecznie musiałem na tej liście być numerem jeden. Co mi jednak pozostaje? Nie będę teraz się nad tym zastanawiał. Chcę jak najwięcej na tej współpracy skorzystać, a mam też nadzieję, że dużo wniosę.

Można się całe życie uczyć?
Jestem przekonany, że tak. Zresztą Beenhakker dobierając sobie takich młodych współpracowników także mam wrażenie chce się uczyć od nas. Nie wydaje mi się, by chciał występować w roli nieomylnego mentora, który nastawiony jest wyłącznie na wydawanie poleceń. Oczywiście wszystkie
decyzje ostatecznie należą do niego, ale widzę, że jest to człowiek bardzo otwarty.

Wiadomo, że jest to reprezentacja. Mimo wszystko to tylko posada asystenta. Nie lepiej jest dowodzić grupą, niż być tym drugim?
W dodatku dowodzić grupą bardzo zdolnych i fajnych chłopaków, którzy będą z pewnością faworytem do awansu. Oczywiście trochę żałuję, że nie będzie mi dane poprowadzić Zagłębia. Doszedłem jednak do wniosku, że współpraca z Beenhakkerem może mi dać więcej, niż samodzielne trenowanie Zagłębia. Takie okazje trafiają się raz w życiu. Nie mogłem sobie pozwolić, na to, by taka szansa mi przeszła koło nosa. Gdybym odmówił, mógłbym bardzo żałować.

Gdyby Zagłębie nie zostało karnie zdegradowane, i tak zdecydowałby się pan na ten ruch?
W piłce nie ma gdyby. Doświadczenie mnie nauczyło, że nie ma co gdybać. Zdecydowałem się na ten krok będąc w pełni świadomym konsekwencji. Chcąc być lojalnym wobec klubu, powiedziałem, że istnieje szansa, że zostaną asystentem Beenhakkera. Odszedłem na tyle wcześnie, by nowy szkoleniowiec miał wystarczająco dużo czasu, by poznać się z zespołem, poukładać sprawy po swojemu. Wiedziałem, że mogę tej pracy w kadrze nie dostać. Przez chwilę już nie byłem w Zagłębiu, a jeszcze nie byłem w reprezentacji.

Pan jest jeszcze młodym trenerem. Tak naprawdę dopiero wchodzi do tego zawodu. Sam pan mówi, że ma nadzieje, na cztery jeszcze lata Beenhakkera selekcjonera. Wyobraża pan sobie cztery kolejne lata w roli asystenta?
Ja na to patrzę inaczej. Jeżeli tak miałoby się stać, to potraktuje to jako cztery lata nowych doświadczeń. Czas na poznawanie nowych piłkarzy, szansa na obejrzenie tej międzynarodowej piłki na najwyższym poziomie z bliska. Nie wiem co jest topem dziennikarstwa? BBC, SkySports? Match of
the day? Wyobraźcie sobie, że dostajecie telefon od Gary’ego Linekera, który chce z was zrobić swoich asystentów. Przez cztery lata macie mu pomagać, a później może go zastąpicie. Nic pewnego, ale jest szansa. Nawet gdyby tak się miało nie stać, to po tych czterech latach wracacie do Polski i wszystkie drzwi w tym zawodzie stoją przed wami otworem. Co więc robicie? Oczywiście idziecie do Linekera. Teraz wszyscy pytają mnie o staże, nagle to się zrobiło modnym tematem. Który zrobił na mnie największe wrażenie? Otóż ten pierwszy w Fulham. Bo po raz pierwszy byłem tak blisko wielkiej piłki. Miałem wejście wszędzie, gdybym miał taką potrzebę mógłbym iść za Louisem Sahą do ubikacji. Wszystko dla mnie było nowe, widziałem profesjonalizm, wielki świat. Reprezentacja jest takim wielkim światem.

Dużo panu dały te staże?
Przede wszystkim wyznaczyły pewien standard profesjonalizmu, do którego będę teraz już zawsze dążył. Łatwiej mi także będzie współpracować z Beenhakkerem, który zna to wszystko z doświadczenia i od podszewki. Wiem czego on oczekuje i jakie są moje zadania. Zupełnie byłoby inaczej, gdybym znał tylko polskie realia.

Im większy klub, tym lepsza nauka?
Nie ma reguły. Wszystko zależy od osoby pierwszego trenera. Czy on chce się czegoś nauczyć, czy raczej traktuje jako zło konieczne. To nie jest tak, że podczas stażu nagle można zobaczyć radykalnie inny metody szkolenia. Największa różnica między Polską, a Zachodem leży w infrastrukturze i umiejętnościach piłkarzy. Sama metodyka treningu nie różni się specjalnie. W Polsce wykonujemy podobne ćwiczenia. Tam wszystko jest jednak na doskonałych boiskach, a jak jest u nas, każdy
wie. No i to wyszkolenie piłkarzy. Obserwowałem treningi w Tottenhamie. Wykonywali bardzo proste ćwiczenie. Aaron Lennon wrzucał w pełnym biegu piłkę do Dymitara Berbatowa. Na 10 podań, osiem lądowało idealnie na bucie Bułgara. On wie, że po dwudziestometrowym sprincie dostanie idealną piłkę, idealnie tam gdzie chce. U nas proporcje są dokładnie odwrotne. Może dwa razy się uda na dziesięć prób. To pokazuje, że musimy zdecydowanie większy nacisk położyć na szkolenie młodzieży. Ale to też się teraz zmienia, wiem, że trener Engel pracuje nad takim programem…

Wie pan ile on ma kosztować?
Jakieś duże bańki… Ale to się naprawdę zmienia. Na Islandii w każdym miasteczku są boiska ze sztuczną nawierzchnią. Teraz słyszę, że budowa takich boisk jest jednym z punktów programu premiera Tuska. To kapitalna rzecz.
Mamy wrażenie, że poprzedni asystenci zostali jednak kozłami ofiarnymi. To wygląda jakby sukces miał jednego ojca, Beenhakkera, a porażka wielu – wszystkich współpracowników.
Jestem optymistycznie nastawiony do życia i tego co robię. Nie myślę o tym, na kim skupi się krytyka po ewentualnej porażce.
Jest pan z nadania PZPN?
Nie znam listy PZPN. W jakiejś gazecie czytałem, że podobno mnie na niej nie było. Nie mam pojęcia z czyjego jestem nadania. Nie mam w związku ani wrogów, ani przyjaciół. Pytałem oczywiście Beenhakkera dlaczego akurat ja. Odpowiedział, że ma oczy szeroko otwarte i na tym uciął temat, a ja nie chciałem drążyć.

Beenhakker jest wielkim zwolennikiem Hiszpanii i uwielbia owoce morza. Razem jednak ich nie zjecie?
To prawda, mam uczulenie na krewetki. Gdy byłem na Islandii w wigilię moja sympatia postanowiła ugotować coś specjalnego. Nie mogła zrobić tradycyjnej polskiej grzybowej, z prostego powodu. Tam nie ma grzybów. Chciała być do przodu i zrobiła więc zupę z krewetek. Ja nie miałem pojęcia, że jestem na nie uczulony, ale się dość boleśnie przekonałem. Nagle zaczęło mi puchnąć gardło i pojawiły się naprawdę głupie myśli. Ale z Beenhakkerem jeszcze nie jesteśmy na etapie posiłków. Na razie kawa i herbata tylko.

Kawa i herbata, czyli kawa?
Ja akurat nie piję kawy, więc tylko herbata.

Czy po tym słynnym październikowym rozstaniu miał pan jakiś kontakt z Czesławem Michniewiczem?
Rozumiem, że tego, co czytam w gazetach jako kontaktu nie można liczyć? Powiem tak: 10 lat czegoś, co kiedyś nazywałem przyjaźnią, a dziś widzę, że przyjaźnią nie było, raczej dobrą, może nawet bardzo dobrą, znajomością, jest więcej warte niż roztrząsanie na łamach prasy jak to się zakończyło, czyją to było winą itd. Ja wiem, Czesiek wie, gdzie leży prawda, nie chcę do tego wracać. Z moich usta nigdy nie padnie złe słowo na temat Cześka.

Tu nie chodzi o złe słowa. W mediach jednak sytuacja była tak przedstawiona, że gdy Michniewicz był już na wylocie, pan chodził z łopatą i go jeszcze podkopywał.

Każdy, kto mnie zna, każdy, kto wie jaka była sytuacja wie, że to nieprawda. Dlaczego nie spytacie się ludzi, którzy wtedy podejmowali decyzje, czy Ulatowski przychodził i podkopywał.

No to my pytamy, samego Ulatowskiego. Nie rozmawiał pan z żadnym prezesem na temat zwolnienia Michniewicza?
Nie. Co więcej, wtedy kiedy Cześka zwalniano byliśmy razem w Białymstoku na meczu. Proszę panów. Gdy Michniewicza zwolniono, byłem u niego w domu. Podaliśmy sobie ręce. Mało tego, przed meczem napisał mi smsa, że liczy na mnie, że wszystko będzie dobrze, życzył powodzenia. Ja mu
odpisałem, że dziękuje, że zadzwonię jak się skończy. Po meczu już nie odbierał ode mnie telefonów. Raz, drugi, trzeci, piąty. W końcu jak dotarłem do domu dostałem od niego smsa, po którym mnie zamurowało. Stek obelg, że jestem taki, czy inny.

To co się stało przez te 90 minut?
Nie wiem, nie mam pojęcia. Wiem, że dostałem tak po głowie. Ja mu składałem życzenia na święta, nie dostawałem żadnej odpowiedzi. Jest mi strasznie przykro. Nagle się dowiaduje z prasy, że ja go podkopywałem. Nie chcę o Cześku rozmawiać. Szanuje go bardzo, za wszystko co zrobił. Dziękuje, że mi pomógł.

Powiedział pan gdzieś, że to Michniewicz zdobył mistrzostwo, oddał mu pan wszystkie zasługi. W końcu pracowaliście razem.
Byłem na wywiadzie w jednej z telewizji. Dziennikarz mnie pyta, czemu nigdy nie powiedziałem, że to wszystko było zasługą Michniewicza. Więc już miałem tego dość, powiedziałem, że to tylko jego zasługa i koniec. Ja teraz zapisuje swoją kartę.

A co jeżeli Beenhakker wyśle pana na obserwacje meczu Arki Gdynia?
To co? Pojadę. Przywitam się z Cześkiem jak trener z trenerem, porozmawiamy na temat meczu. Może wreszcie będzie okazja, żeby sobie wszystkie rzeczy wyjaśnić? Rozdrapujecie niepotrzebnie rany. Po co to od nowa wszystko przerabiać. Nie zasłużyliśmy na to, by teraz porozumiewać
się za pomocą gazet.

Odmładzamy kadrę, czy gramy starą talią. Operacja Euro 2012? Odpuszczamy mistrzostwa świata?
Najlepiej byłoby upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, czyli tak odmłodzić, tak przeprowadzić zmiany, by jednak awansować do mistrzostw świata i pokazać się w RPA z jak najlepszej strony. Nie wiadomo, czy to się uda. Pamiętajmy, że mamy bardzo mało czasu do pierwszego meczu eliminacyjnego. To nie jest na pewno czas, na radykalne zmiany. Nie będziemy teraz burzyć i na ruinach budować czegoś nowego.
Czyli jedziemy starym składem?
Nie, starym nie. Będą zmiany, to mogę zapewnić. I to spore zmiany. Zdajemy sobie sprawę, że rozczarowanie po Euro było ogromne. Zaraz rusza liga, będziemy obserwować ekstraklasę, przyjrzymy się zawodnikom z zagranicy. Z Beenhakkerem można rozmawiać na temat powołań. Trzeba tylko umieć dobrze uzasadnić dlaczego widzę tego, albo innego piłkarza w kadrze. Czeka nas poważne zadanie znalezienia nowego środkowego obrońcy w miejsce Jacka Bąka, który skończył karierę reprezentacyjną. Być może trzeba będzie Darka Dudkę przestawić na stopera.

Wtedy nie mamy drugiego defensywnego pomocnika.
Na to też jesteśmy przygotowani.
Zmiany taktyczne?
Mogą być. Musimy się zastanowić, czy mamy piłkarzy na 4-2-3-1, jak grała reprezentacja do tej pory. Czy może jednak na 4-4-2, a może 4-1-4-1. Na tych spotkaniach będziemy nad tym wszystkim pracować.

Czemu się pan tak uśmiecha?
Bo ja się po prostu cieszę tym wszystkim. Zresztą ja mam zawsze dobry humor, jak się rozmawia o piłce, a nie o nazwijmy to, przykrych sprawach.

Ma pan teraz dobry czas. Autografy, wywiady, wizyty w zakładach pracy.
Dokładnie ten sam cytat z Seksmisji przysłali mi chłopcy z Zagłębia jak mnie zobaczyli w telewizji na trybunach Legii w towarzystwie selekcjonera. Naprawdę się cieszę. Zaraz zaczyna się liga, będę jeździł
na mecze i obserwował. Dalej w perspektywie jest zgrupowanie we Wronkach, gdzie będę mógł włożyć dres i wyjść na boisko. A później już mecze. Jeszcze jakieś zgrupowanie w egzotycznym kraju w grudniu. Dużo się dzieje.
Beenhakker znany jest ze swoich umiejętności motywacyjnych. Pan rozumiemy jest taktykiem? Mówi się, że właśnie w tej sferze Beenhakker ma największe braki.
Są cztery filary piłki nożnej. Technika, taktyka, motoryka, i psychologia. Z tych czterech rzeczy składa się dobry piłkarz i dobry trener. Nie ma takiego, który każdy z tych elementów miałby dopracowany
do perfekcji. Sztuką jest dobrać sobie takich współpracowników, którzy uzupełniają twoje słabsze strony.

No dobrze. Nie jest pan trenerem przygotowania fizycznego, polskich piłkarzy na tym poziomie techniki już się nie nauczy. Za stronę mentalna odpowiedzialny jest Beenhakker…
Z tego co się zdążyłem zorientować nie będziemy mieć trenera od przygotowania fizycznego. Jak będziemy spotykać się na te kilka dni przed meczami eliminacyjnymi to powinniśmy sami dać radę. Gdzie ja się widzę? No sami panowie mówicie, że techniki już ich nie nauczymy, o głowy zada selekcjoner. Zostaje taktyka, obserwacja przeciwnika….

Pierwszy asystent raczej się nie zajmuje obserwacją rywali. Inaczej. Czy jest pan maniakiem taktycznym? Bawi pana przestawianie pionków, rysowanie linii na tablicach itd.?
Bardzo. Uwielbiam oglądać mecze pod kątem taktyki, różnych ustawień. To oczywiście można tylko zobaczyć na żywo. Fascynuje mnie to. Lubię patrzeć jak dany zespół reaguje na zmiany w ustawieniu przeciwnika itd. Przecież zupełnie inaczej gra się przeciwko reprezentacji Czech, gdzie jest wysoki Jan Koller, a zupełnie inaczej przeciwko Manchesterowi United, gdzie jest szybki, ruchliwy i niski Wayne Rooney. Przeciwko każdemu z tych piłkarzy trzeba przygotować zupełnie inne warianty obronne.

A w Managera jakim ustawieniem pan grał?
4-4-2. Widzę, że nie są panowie usatysfakcjonowani.

Myśleliśmy, że coś pan kombinował, jakieś cuda wymyślał, 3-6-1, 2-3-3-1-1, a nie tak po prostu.
Jestem zwolennikiem klasycznego angielskiego 4-4-2 z Gerrardem i Lampardem w środku pola.

Przecież oni nie mogą razem grać.
Jak to nie mogą. Widzę, że panowie żartujecie. Gdy stosuje się ten system obaj środkowi pomocnicy muszą być doskonali w grze do przodu i do tyłu. Moim zdaniem skończyły się czasy, gdy był jeden playmaker i facet za nim od czarnej roboty.

Mówi pan, że najlepsi trenerzy zdają sobie sprawę z tego, gdzie są ich słabsze punkty. Pan też dokonał analizy siebie?
Bardzo się cieszę, że będę miał okazję zobaczyć i usłyszeć trenera Beenahkkera podczas odprawy. Zobaczyć jak mobilizuje piłkarzy. Będę mógł zobaczyć jak to robi jeden z najlepszych w tej dziedzinie. Roy Keane powiedział kiedyś, że potrzebuje piłkarzy, którzy będą dla niego gotowi walić głową w ścianę. Wydaje mi się, że Beenhakker ma właśnie taki szacunek.

Slaven Bilić podobno czyta mnóstwo książek psychologicznych (tak w ogóle to jedno z moich ulubionych pytań – Bilić czyta pełno książek psychologicznych, pan też??? – kto wie co gość odpowie – MW).
Ja też czytam. Kupiłem sobie ostatnio w Warszawie 50 złotych myśli psychologicznych. Każda z nich jest pokrótce omówiona. Takie kompendium, dla specjalisty to pewnie nic specjalnego, ale mi się podoba. Pewnie inni ludzie przyjeżdżając do Warszawy woleliby inaczej spędzić czas. Ale ja kupiłem sobie książkę, zamknąłem się w pokoju i czytałem. Jak się okaże, ze trzeba będzie zmienić system, to się zajmę tym zagadnieniem. Być może trzeba będzie wymyślić jakieś nowe ćwiczenia do treningów z młodymi piłkarzami we Wronkach? Trener jest jak dobry kucharz. Wszyscy mają te same składniki, te same przyprawy. Jedni robią pyszne dania, a inni nie.

Z tymi składnikami to różnie chyba bywa. Zachodni kucharze zaopatrują się w delikatesach, nasi w Społem.
No wiem, wiem. Ale to ładnie brzmi.

Dużo pan czyta?
To mnie fascynuje. Cały czas powiększam swoją bibliotekę, cały czas się uczę. Kurs dolara jest też po mojej stronie. Tak tanio książek ze Stanów jeszcze nie sprowadzałem. 15 dolarów za książkę z najnowszymi trendami, najnowszymi ćwiczeniami, nowościami taktycznymi. Piękna sprawa. Mogę
sobie na to pozwolić i korzystam z tego. Panowie ja naprawdę jestem fanatykiem. Na ostatnich wakacjach byłem w 2006 roku. Urodziła się moja córeczka, więc pojechałem na Islandię. Wszedłem do pokoju, zobaczyłem, że śpi i poleciałem do telewizora, bo zaczynał się akurat mecz Polska –
Ekwador. Tak wyglądało moje pierwsze spotkanie z córką.

Beenhakker dużo gra w szachy. Pan też?
Naprawdę? Nie wiedziałem o tym. Tutaj mnie panowie zaskoczyliście. A co ciekawe, jakbyście teraz weszli do mojego domu w Lubinie. To na stoliku nocnym leży książka Szachy dla Żółtodziobów. Nie umiem grać w szachy. Znam reguły, ale nie umieć grać. Uważam jednak, że to kapitalna gra i może wiele dać. Dlatego kupiłem te książkę i studiuje ją przed snem. Ja jeszcze nie atakuje, ale robię wszystko żeby nie dać się zbić. Gram z komputerem, na razie na najniższym poziomie. Na razie taki czeski piłkarz jestem. Pierwsze to nie stracić, liczyć na kontratak.

Odziedziczył pan pokój w Sheratonie po Beenhakkerze?
Ja na razie słyszę, że wszystko dziedziczę. Pokój po Beenhakkerze, telefon po Dziekanowskim, biurko po kimś tam innym. Dziedzic jestem.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: