Wembley 73

to materiał, który robiliśmy z Piotrkiem Żelaznym. Pojechaliśmy do Anglii i pogadaliśmy z angielskimi piłkarzami o najważniejszym meczu z historii polskiej piłki. Co ciekawe, oni pamiętają szczegóły. Kibice też. W ogóle Anglicy znają się na piłce tak, że po prostu opada szczęka. Przy okazji wrzucę oddzielne wywiady z każdym z czterech piłkarzy, może na kolejną rocznicę Wembley.  Tekst ukazał się w magazynie Przeglądu Sportowego. Miłej lektury, mam nadzieję, że się spodoba.

Skradliście nasze marzenia

Mieli być mistrzami świata, stworzyć wspaniałe pokolenie piłkarzy i przejść do historii piłki. W Anglii pojawiaj się nawet pojedyncze głosy, że byli bardziej utalentowani niż pokolenie, które w 1966 roku zdobyło mistrzostwo świata. – Myślę, że też powinniśmy być mistrzami – uważa dzisiaj Allan Clarke, były napastnik reprezentacji Anglii. – Ale tego nigdy się nie dowiemy. A wszystko przez Polskę…

17 października 1973 roku Anglicy zapamiętali jako jedną z największych katastrof w historii piłki nożnej. Choć od remisu z Polską minęło 35 lat, przedstawiciele straconego pokolenia wciąż są odpytywani, dlaczego skończyło się właśnie tak a nie inaczej. Dlaczego anonimowi dla większości kibiców Polacy zadali cios w samo serce brytyjskiego imperium.

– Właśnie miałem dwugodzinny wywiad do telewizji i oczywiście musieli mnie o to zapytać – wyznaje na przywitanie Roy McFarland.
– Gdybyśmy zapomnieli, co roku puszczają ten mecz w telewizji. Oglądam ten mecz i myślę, że powinniśmy wygrać siedmioma albo ośmioma bramkami – dodaje ze śmiechem Tony Currie. 35 lat później nieszczęśni bohaterowie zastanawiają się, co by było, gdyby Kevin Hector w końcówce trafił w bramkę, gdyby Jerzy Gorgoń nie wybił piłki z linii bramkowej, w końcu gdyby na 10 minut przed końcem Clarke pokonał Jana Tomaszewskiego…

Obrona stulecia

„Sniffer” czyli szperacz, tropiciel. To pseudonim Clarke’a. Miał zadatki na jednego z najlepszych napastników w historii angielskiej piłki. Strzelił więcej goli niż wielki Geoffrey Hurst. Kocha mówić o sobie, jest przekonany, że najlepszy okres w piłce nożnej przypada na lata 70-te, czyli wtedy gdy on grał. Krytykuje dzisiejsze gwiazdy, wyśmiewa ich styl gry. Jego koledzy z boiska przyznają, że jest jednym z najlepszych napastników, jacy kiedykolwiek biegali po angielskich boiskach. Na wszelki wypadek, gdybyśmy okazali się umysłowymi abnegatami z Europy wschodniej, instruuje:
– Zróbcie tak: przyjedźcie na stadion Leeds United, wejdźcie na główną recepcję i powiedzcie tak: „Dzień dobry, jesteśmy dziennikarzami z Polski. Chcielibyśmy rozmawiać z panem Allanem Clarkiem. I poczekajcie na mnie. Zjawię się po chwili. I jeszcze jedno – recepcja znajduje się przy głównym wejściu. To przy głównym parkingu. Albo odwrotnie – tam jest taki pomnik Billy’ego Bremnera. A więc główne wejście jest po drugiej stronie! Może powtórzę”.
Nie trzeba, dziękujemy panie Clarke, chyba się nie zgubimy.
Ma 62 lata i jest ambasadorem Leeds United. Bogaci biznesmeni z Leeds płacą ponad 2000 funtów na rundę, by posiedzieć w tzw. loży bankietowej z Clarkiem i innymi legendami klubu, uścisnąć im dłoń, zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. To typowa emerytura angielskiego piłkarza.
Elegancki, wyjątkowo sympatyczny. I bardzo pewny siebie. Przekonuje, że mógłby być jednym z najlepszych napastników, jakich widział świat. Gdyby nie Tomaszewski.
– Było zdaje się 10 minut do końca, ja stałem jakieś 12, może 14 jardów przed polską bramką. Dostałem piłkę i strzeliłem. Byłem naprawdę dobrym napastnikiem. Wiedziałem, kiedy piłka wpadnie do bramki. Ta piłka byłą już w bramce. Podniosłem rękę w geście triumfu. I nagle pojawił się on. W żółtej koszulce. Nigdy nie zapomnę tej żółtej koszulki. Nie mogłem w to uwierzyć – rozkłada ręce Clarke.
– Boże, co to była za interwencja. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Nie mam wątpliwości, to było bardziej niesamowite, niż interwencja Gordona Banksa, który obronił strzał Pelego w 1970 – uważa Currie. Nie, to nie żart. Currie zachowuje kamienną powagę. Chodzi dokładnie o tę samą interwencję Banksa, która została okrzyknięta obroną stulecia! Polacy utrzymali remis 1:1, Tomaszewski stał się na wyspach symbolem genialnego bramkarza, a następnego dnia The Sun napisał na pierwszej stronie wielką czcionką: „Koniec Świata!” („The End of the world!”. W środku wielki fotoreportaż o „Człowieku, który zatrzymał Anglię”.
Clarke nie mógł uwierzyć. Jeszcze długo po meczu.
– Dochodziłem do siebie przez trzy tygodnie. Pamiętam, że następnego dnia miałem kręcić reklamę telewizyjną dla jednego z banków. Wszystko było dograne od kilku miesięcy. Gdy goście z ekipy telewizyjnej wynajętej przez bank przyszli do mnie, powiedziałem, że nie dam rady. Po prostu nie
mogłem – wspomina.

Mecz na Wembley od tej pory wejdzie do kanonu pięknych i symbolicznych porażek angielskiej drużyny narodowej. Anglicy nie zapominają o meczach takich jak ten.
– Tamten mecz był szokiem, bo to był pierwszy raz, gdy nie awansowaliśmy do mistrzostw świata. W Anglii to nie do pomyślenia – mówi David Lacey, wówczas dziennikarz Guardiana, jeden z najbardziej znanych angielskich publicystów sportowych.
Anglicy mieli jeszcze świeżo w pamięci mistrzostwo świata, które zdobyli 7 lat wcześniej.
Na mundial do Meksyku, w 1970 roku, drużyna jechała powtórzyć ten wynik. Ale odpadła już w ćwierćfinale. Clarke wspomina: – W 1970 roku mieliśmy bardzo mocny zespół. Gdy rozmawiałem z brazylijskim bramkarzem Felixem kilka lat później, powiedział, że Brazylijczycy bali się tylko nas. A to był najlepszy zespół jaki widziałem w życiu. Wśród zawodników, którzy zdobywali mistrzostwo świata dla Brazylii w 1994 i 2002 roku, nie było nawet jednego, który miałby szansę złapać się w tamtej jedenastce! I tylko my mogliśmy im sprostać. Ale w ćwierćfinale prowadziliśmy 2:0 z Niemcami i przegraliśmy…
Anglicy uznali to za wypadek przy pracy.
– Musimy skoncentrować się na kolejnych mistrzostwach świata w Monachium. Uważam, że mamy prawo myśleć o złotym medalu – skomentował wtedy Alf Ramsey.
Najlepszy selekcjoner w historii Anglii już wtedy był poddawany krytyce. Na początku delikatnej. Zarzucano mu, że nie wstawia do składu młodych zawodników. Był zbyt konserwatywny, nawet jak na Anglika.

– Ja na przykład od 1966 roku jeździłem niemal na każdy mecz reprezentacji. Ale nie mogłem zadebiutować. Przed mistrzostwami świata w Meksyku powiedziałem żonie: „Jeśli teraz mnie nie wpuści, rezygnuję!”.

Dzień przed meczem z Czechosłowacją, Ramsey podszedł do mnie i powiedział: „Uważam, że jesteś już gotowy”. Ja mu na to: „Trenerze, jestem gotowy od 3 lat!” – śmieje się Clarke, który w debiucie strzelił bramkę z karnego.
Po „katastrofie” w Meksyku przyszedł czas na nieudane mistrzostwa Europy w 1972 roku. Anglicy nie pojechali na turniej finałowy do Belgii. W ćwierćfinale odpadli, a jakże, z Niemcami! Ostatnią szansą Ramsey’a był mundial w Niemczech. Na terenie odwiecznego wroga. To była szansa na rewanż. Anglicy byli wówczas, jak najbardziej słusznie, wciąż uważani za potęgę. Ale w 7 lat po zdobyciu mistrzostwa świata angielska drużyna przeszła gruntowną przebudowę. W bramce Peter Shilton zastąpił bramkarza wszechczasów, Gordona Banksa.
Reprezentacyjne kariery zakończyli bracia Bobby i Jackie Charltonowie, brutalny Nobby Stiles (w 1970), Ray Wilson (1968), George Cohen i Jimmy Greaves (1967).
Największym autorytetem cieszyli się pozostali członkowie zespołu z 66 roku: Martin Peters i Norman Hunter. I oczywiście legendarny Bobby Moore. W losowaniu grup Anglicy mieli sporo szczęścia, by rywale nie wydawali się zbyt wymagający. Walia i Polska nie uchodziły za słabe, ale też nie miały prawa sprostać potędze Albionu. Anglicy zajmowali wówczas 3. miejsce w rankingu ELO (rankingu FIFA jeszcze nie było). Walia była 35. Polacy, po wygranych Igrzyskach Olimpijskich, zajmowali wysokie 4. miejsce i powoli zaczynali się liczyć w światowej piłce.
Norman Hunter: – Tu dwa punkty, tu dwa… w sumie liczyliśmy na osiem. A jakżeby inaczej?
Anglicy, zgodnie z przewidywaniami zaczęli od wyjazdowej wygranej w Cardiff. Ale rewanż przyniósł sensacyjny remis 1:1. Później Walia pokonała Polskę i wydawało się, że sprawę awansu wyspiarze rozstrzygną między sobą.
Na stadion Śląski w Chorzowie Anglicy przyjechali pewni siebie. Chociaż Polska była mistrzem olimpijskim, ale na Anglikach nie robiło to wielkiego wrażenia.

Człowiek, który załatwił Lubańskiego
– W Anglii mało kto interesował się piłką na Igrzyskach. Dla nas to były rozgrywki typowo amatorskie. Kraje z Europy Wschodniej wystawiały przecież najmocniejsze składy, bo u was pojęcie profesjonalizmu nie istniało. Dlatego nikt się tym nie przejmował – przypomina Lacey.
Angielscy piłkarze robią wielkie oczy, gdy mówimy im, że Polacy byli mistrzami olimpijskimi.
Roy McFarland, 28-krotny reprezentant Anglii zaprosił nas do Derby. W barwach tutejszego Derby Country wystąpił ponad 400 razy. Jest klubową legendą. Spotykamy się w Hotelu Midland.
– Tu mieszkałem przez kilka lat swojej kariery. Miałem mały pokoik. Ale było przyjemnie. Kiedyś hotele przy stacjach kolejowych były najlepszymi w całej Anglii – zapewnia. Ma doskonałe poczucie humoru, bez przerwy się śmieje. Od czasu do czasu zdobywa się na trochę powagi. Choćby wtedy, gdy mówi o Stadionie Śląskim.
– Kiedy wychodziliśmy na mecz w Chorzowie… Ten huk! Grałem z Milanem, Realem, z Benficą i na największych stadionach w Anglii. Ale w Chorzowie to był największy hałas jaki w życiu słyszałem. Wychodziłem na wiele stadionów na całym świecie, ale tego nie zapomnę. Ryk, który był na Śląskim był niesamowity. Miałem wrażenie, że gdy wychodziliśmy z tunelu i wchodziliśmy na murawę, ten krzyk jakby w nas uderzał – wspomina popijając herbatę. Oczywiście Earl Grey’a.
Przy najlepszej publiczności Europy Anglicy zostali pokonani 2:0. Fatalny błąd popełnił Bobby Moore, przez co nie zagra w meczu na Wembley. Gra rozpoczynała się od nowa.
Wiadomo jednak było, że Polacy pojadą do Anglii bez największej gwiazdy. McFarland ostro wszedł w Lubańskiego. Strzelec drugiego gola w tym meczu opuścił boisko z poważną kontuzją. Nigdy więcej nie wrócił do najwyższej formy.
– Wtedy o tym nie wiedziałem. O wszystkim dowiedziałem się jakieś 20 lat po tym incydencie. Klnę się na wszystko, że nie zrobiłem tego specjalnie. Nigdy nie chciałem brutalnie atakować, czyhać na czyjeś
zdrowie. Chciałbym przeprosić Lubańskiego – mówi McFarland.
Mówimy mu, że jest taka teoria, jedna z wielu, że Polska zaczęła grać doskonale właśnie po kontuzji Lubańskiego. Wtedy to inni zawodnicy zdołali wyjść z cienia wybitnego napastnika.
– Poważnie? W końcu, po 35 latach mogę pojechać do Polski. Przez te wszystkie lata bałem się, że pokażę paszport na lotnisku i jeszcze tego samego dnia przepadnę bez wieści – żartuje McFarland.
Polska jeszcze pokonała Walię i jechała na ostatni mecz, do Londynu. Remis wystarczał do awansu. Anglicy musieli wygrać. Grali bez Allana Balla, mistrza świata z 1966 roku, który w Chorzowie został ukarany czerwoną kartką. Ale i to nie wydawało się przeszkodą.
– Na pewno nie można powiedzieć, że lekceważyliśmy Polaków. Ale powiedzmy sobie szczerze, byliśmy pewni wygranej – wspomina Clarke.
– Publiczność na pewno lekceważyła Polskę, część prasy może też. Ale na pewno nie piłkarze. Zresztą znaczna część wpływowej prasy zdawała sobie sprawę z tego, z kim mamy do czynienia. Gadocha, Lato, Deyna czy nawet Domarski, to byli świetni piłkarze.
Zresztą zawodnicy przyznają, że Alf Ramsey nie pozwoliłby zlekceważyć rywali. Ten selekcjoner zajmuje szczególną pozycję w hierarchii angielskiego futbolu.
– Sir Alf Ramsey był dla nas w pewien sposób magiczny. To na pewno najlepszy trener w historii Anglii. U niego naprawdę czuliśmy się mocni. Czuliśmy się drużyną. Bo u Sir Alfa wszyscy robiliśmy wszystko razem. Nie było wyłamywania się. Jeśli mieliśmy gdzieś iść i jeden mówił, że mu się nie
chce albo nie może, nie szedł nikt. Miedzy nami był świetny klimat, duże poczucie koleżeństwa. Mistrzowie świata z 66 roku chętnie przyjmowali młodszych zawodników, w swoje szeregi – opowiada McFarland.
Ale Anglia z 1973 roku, to nie tylko wspaniała drużyna. To też grupa wielkich indywidualności.
Włodzimierz Lubański, który dla angielskiego Daily Mirror oceniał Anglików, o kilku z nich pisał tak: „Paul Madeley to bardzo inteligentny i wszechstronny obrońca. Bardzo trudno mu odebrać piłkę. Norman Hunter, poza kilkoma brudnymi faulami, które popełnia w każdym meczu, to zdecydowanie jeden z trzech najlepszych obrońców w Europie. Emlyn Hughes to najlepszy atakujący obrońca jakiego kiedykolwiek widziałem. Mick Channon może być jednym z najlepszych skrzydłowych na kontynencie. Ale nie w systemie preferowanym przez Alfa Ramsey’a. Allan Clarke ma fantastyczne umiejętności, doskonale utrzymuje się przy piłce, wie gdzie się znaleźć i jest inteligentny. Zaliczam go do najlepszych napastników”.

Czy ten zespół mógł nie wygrać z Polską?
Chociaż Anglicy nie dopuszczali do siebie takiej myśli, Trevor Hockey, walijski pomocnik przewidywał: „Gdybym miał stawiać u bukmachera, nie postawiłbym na Anglików”. Geoffrey Green, uchodzący za najlepszego angielskiego dziennikarza sportowego w historii, przestrzegał przed Polską na łamach „Timesa” i przypominał spektakularne klęski swojej drużyny narodowej.
Choć generalnie przeważał optymizm, komentarze były dość ostrożne. Może Anglicy bardziej bali się swojej niemocy, niż siły rywala. A może po prostu się asekurowali… Bo na wyspach panuje pogląd, że nie ma futbolu bez Anglii.
Anglicy zaczęli ostro. Już w 3. minucie Alan Clarke zaatakował Jana Tomaszewskiego i załamał mu palec.
– Poważnie? Zrobiłem to? Byłem niegrzecznym chłopcem, ale przecież to był wypadek – zapewnia nas Clarke.
Długowłosy Tony i komedia pomyłek

– Dajcie spokój, panowie. Allan był ostry, na pewno zrobił to specjalnie – mówi Tony Currie. Skrzydłowy Sheffield United w tym meczu był absolutnie fantastyczny. Polscy obrońcy nie byli w stanie go powstrzymać. Mijał naszych jak dzieci.
Umówiliśmy się z nim na stadionie Sheffield United. W małym holu klubowym panuje dość spore zamieszanie. Currie wygląda trochę jak gangster z filmów Guy’a Richie. Początkowo nie zwracamy na niego uwagi, spodziewaliśmy się raczej kogoś, kto przypominałby podstarzałego fana Led Zeppelin. Widać, że jest nieco rozczarowany.
– No tak, znowu to samo. Czasami ludzie pytają się mnie: – To ty jesteś Tony Currie? A gdzie twoje długie włosy? Ja odpowiadam: „Hej, ja mam już 58 lat”. A tamto? To taka moda była. Zresztą, jak to wygląda. Kojarzycie Franka Worthingtona? Grał kilka razy dla Anglii, występował w niezłych
klubach. No więc Frank do dziś ma długie włosy. Głównie z tyłu, bo z przodu już łysieje – śmieje się piłkarz. Jest ambasadorem Sheffield United.
– Miałem kilka okazji, inni też mieli. Dlatego mówiłem, że powinniśmy wygrać ten mecz. Ok, powiedzmy, że pięć albo sześć do zera – mówi Currie.
Currie zabiera nas do szatni „The Blades”. Za jego czasów zespół kilka razy był w czołówce Division One (odpowiedni Premier League). W sezonie 1973/74 Currie był jednym z najlepszych pomocników w lidze.
Mówiono o nim, że jest jednym z niewielu piłkarzy godnych zastąpić w pomocy reprezentacji Anglii samego Bobby’ego Charltona.

Ale w środę wieczorem na Wembley Currie nie mógł się przełamać. W 7. minucie trafił w słupek. Później jeszcze kilka znakomitych interwencji Tomaszewskiego i do przerwy jest 0:0.
– W przerwie Sir Alf nie robił tragedii. Wiedzieliśmy, że to tylko kwestia czasu i strzelimy bramkę – mówi Clarke.
– Alf był wyluzowany. Kazał nam wierzyć w siebie, robić to, co robimy. W końcu w pierwszej połowie to my zdecydowanie dominowaliśmy. Wierzył w zespół i obraną taktykę – zapewnia McFarland.
Na drugą połowę Anglicy wyszli pewni siebie i od razu przystąpili do natarcia. Clarke na wszelki wypadek kopnął Tomaszewskiego w głowę. Chciał zdekoncentrować Polaka. Ale Klaun (jak nazwał Polaka w telewizji BBC trener Brian „Wielka Gęba” Clough) był w amoku. Tak jakby tego dnia istniał tylko on i piłka.
Polacy bronili się doskonale. I w końcu zaatakowali. W 57. minucie przeprowadzili jedną z najważniejszych akcji w historii naszego futbolu.
Zaczęło się źle, bo piłkę stracił Grzegorz Lato. Ale Currie „się zakiwał” i piłkę odebrał mu Henryk Kasperczak. Zagrał do przodu, ale pierwszy do futbolówki dopadł do Norman Hunter. Zamiast wybić na aut, chciał okiwać Grzegorza Latę. Polak był szybszy, Hunter został przeklęty.

Błąd życia Kąsacza nóg

Norman „Bite yer legs” Hunter był znany z ostrej, czy nawet brutalnej gry. The Sun umieścił go na siódmym miejscu na liście „Największych twardzieli w historii futbolu”.
Jego pseudonim oznacza „Gryzę twoje nogi” . Zaprosił nas do swojego domu na przedmieściach Leeds. Ma delikatne problemy ze słuchem, dlatego umawiamy się przez panią Sue, jego żonę.  Norman komentuje dla radia mecze Leeds United i planuje podróż do Chin. W mieszkaniu ma
dziesiątki pamiątek. W toalecie wisi wspólne zdjęcie z królem futbolu, Pele. – Z łazienki korzystają wszyscy, więc każdy zauważy – śmieje się Hunter.
Twardziel futbolu wygląda zupełnie niewinnie w fotelu, ciepłych kapciach, otoczony rodzinnymi zdjęciami.
– Rozegrałem w karierze kilkaset spotkań, byłem pierwszym piłkarzem, który dostał nagrodę najlepszego piłkarza ligi według Stowarzyszenia Zawodowych Piłkarzy. I co z tego, skoro ludzie zapamiętali mnie z trzech rzeczy… Pierwsza to mój pseudonim. Graliśmy z Arsenalem finał Pucharu Ligi. Za bramką był banner reklamowy „Norman bite yer legs”. Za rok to się powtórzyło. Któryś z komentatorów podchwycił i kilka razy to powtórzył. Przyjęło się… Druga rzecz to bójka z Francisem Lee. Zasłużył sobie więc dostał (śmiech). Trzecia, to ten błąd w meczu z Polską…

Rok 1973 to był jego czas. Ramsey powoli zaczął na niego stawiać. Miał zastąpić na stałe Bobby’ego Moore’a. Norman nie musi oglądać całego meczu z Polską. W pierwszej połowie właściwie nie dotknął piłki, bo Polacy rzadko wychodzili z akcją na połowę rywala. Włącza taśmę w 56. minucie i czeka. Zaraz pod jego nogi trafi piłka wykopana przez Henryka Kasperczaka. – Przyjmuję ją i chcę przełożyć na lewą nogę, bo prawą mam nie najlepszą… to był błąd. Powinienem wykopać tę cholerną piłkę – wspomina Hunter. To błąd, który będzie go kosztował sporo. Jego i Anglię. Grzegorz Lato wyłuskał mu piłkę i pognał na bramkę Shiltona.
– Ależ on był szybki – kręci głową Hunter.
McFarland: – Na początku meczu Norman podbiegł do mnie i powiedział: „pomóż mi przytrzymać tego skrzydłowego. Jest za szybki, sam nie dam rady”. Rzeczywiście, Lato był jak ten struś pędziwiatr. Bip, bip i długa! Ale ja musiałem jechać na mistrzostwa i coś mnie pchało do przodu. Od pewnego momentu już grałem właściwie w pomocy. Byłem zdesperowany żeby zdobyć tego gola, byłem zdesperowany żeby pojechać na mistrzostwa. No i nigdy na nie pojechałem…
Kilka miesięcy temu McFarland został zaproszony na przyjęcie. – Musieliśmy przemawiać, najpierw Peter Shilton, potem ja. No i powiedziałem, że dziękuję Normanowi za to mistrzostwa na które nie pojechaliśmy – śmieje się.
Hunter sam sobie zawdzięcza wątpliwą sławę.
– Schodziłem ostatni do szatni. Na murawę wybiegli już dziennikarze. Dopadli mnie i zadają pytania. No to wypaliłem, że to moja wina. Następnego dnia wszystkie gazety to podchwyciły. A mogłem powiedzieć, że to wina Petera – śmieje się Hunter. – A na poważnie, trzeba było przejść obok i do tematu wrócić następnego dnia. Najpierw wszystko przemyśleć.
Hunter już nigdy nie będzie miał spokoju.
– Przez dwa sezony miałem „jazdę” na stadionach. Leeds wtedy był najmocniejszy w lidze, więc i tak wszyscy byli przeciw nam. Ale od tego meczu zaczęło się. Gdzie tylko nie pojechaliśmy, wszyscy krzyczeli: „Hunter przegrał mistrzostwa świata!” (Hunter lost the World Cup!). Ale co tam, to moja wina. Dziennikarze przez lata mnie o to pytali. Nawet teraz, po 35 latach, przyjeżdżają do mnie jacyś dziennikarze z Polski i mnie pytają – mówi Hunter i widać, że jest zadowolony ze swojego żartu.
Po 35 latach mówi o swoim błędzie z uśmiechem na twarzy.
– Nikt nie miał do mnie pretensji. A moja żona Sue nie zna się na piłce, więc jej mogłem wmówić, że to nie moja wina – żartuje.
W Polsce mało kto pamięta, że błąd popełnił Hunter. Gadocha ściągnął obrońców, Lato podał do Domarskiego, a piłkarz stali Mielec strzelił pod brzuchem Petera Shiltona. To była szmata roku. W świadomości Polaków to raczej Shilton odpowiada za bramkę.
McFarland, przyjaciel Shiltona: – Panowie czy to jest dyktafon? No cóż…
(ścisza głos): Peter powinien to obronić. (Znowu mówi głośno): – To zdecydowanie wina Huntera.
Hunter: Myślę, że zawaliliśmy to na pół, ale ja się przyznałem i tyle.

Sniffer nigdy nie chybia

– Wtedy nie myślałem o tym, że to jakiś wielki błąd. O ile pamiętam, przeszło mi przez głowę coś w stylu: „Jesteśmy lepsi, zaraz strzelimy i będzie po sprawie” – mówi Hunter. I tak się stało. Anglicy rzucili się do natarcia. Na naszą bramkę sunęły regularne ataki. W końcu stało się: Adam Musiał faulował Martina Petersa i do jedenastki podszedł Allan Clarke.
Hunter: – Trochę się bałem. Dzisiaj zastanawiam się czego, przecież „Sniffer nigdy nie chybia”.
Clarke: – Mógłbym strzelić karnego nawet teraz jeśli chcecie.
Sniffer wstaje z miejsca i zaczyna demonstrować, gestykulować, kopać „piłkę” w powietrzu.
– Dzisiejsze gwiazdy nie strzelają karnych tylko podają piłkę do bramki. Ja uderzałem zawsze mocno i pewnie. Trzeba strzelić w konkretne miejsce. Na tej wysokości, gdzie zawieszało się siatkę. Najważniejsze to wygrać z bramkarzem. W ciągu meczu obserwowałem go, patrzyłem, którą rękę ma
mocniejszą. Zawsze tak robiłem, wtedy też. Tomaszewski miał mocną prawą, więc strzeliłem w jego lewą stronę. Nie miał szans – śmieje się Clarke.
Hunter: – Pomyślałem wtedy: „Mamy ich!”.
Kilkanaście minut później musieli strzelić drugą bramkę. Clarke uderzył i podniósł ręce w geście triumfu. Tomaszewski wykonał paradę życia.
To podbudowało zespół Kazimierza Górskiego. Biało-czerwoni znowu wypuścili szybką kontrę. Grzegorz Lato tego dnia mógł konkurować z Marianem Woroninem o miano najszybszego białego człowieka. W ułamku sekundy zostawił w tyle rywali i wyszedł sam na sam z Shiltonem. McFarland nie wahał się nawet sekundy. Złapał Latę w pól i powalił go na ziemię. Zobaczył tylko żółtą kartkę.
McFarland: – Wtedy komentatorem meczu dla BBC był Jimmy Hill. Facet świetnie znał się na piłce. Był wcześniej szkoleniowcem w Coventry i w Fulham. Wtedy powiedział, że powinienem dostać czerwoną kartkę. Bez żadnej dyskusji. Powiedział, ze to nie był futbol, ze to było rugby. Byłem na
niego zły, nawet się obraziłem.
– Hill miał sto procent racji, to było rugby – wtrącamy.
– Może i tak, ale skuteczne, nie? – śmieje się. Dodaje: – Po latach Hill zaprosił mnie do studia, do telewizji Sky. Na przywitanie powiedziałem: „Jimmy, przepraszam cię, miałeś wtedy rację. To co zrobiłem, było nie do pomyślenia. Sędzia powinien wyrzucić mnie z boiska. Pomyliłem dyscypliny”. Ale wtedy to do mnie nie docierało. W jednym z wywiadów nawet coś mu ostro odpowiedziałem. Wtedy myślałem tylko o jednym: zagrać na mistrzostwach świata. Nic innego nie miało dla mnie znaczenia. To było moje największe marzenie. A dzisiaj za taki faul nie było by nawet tematu.
Resztę meczu spędziłbym pod prysznicem.

Ale sędzia Loraux był wyrozumiały. Do końca meczu zostało jeszcze 8 minut. Gdyby McFarland nie powstrzymał Laty, bylibyśmy już w finałach.
– Ok, niech wam będzie, mieliście szanse. Ale myślę, że powinniśmy wygrać dwiema albo trzema bramkami – mówi Currie.
Ramsey wierzy w swój zespół, nie robi zmian. – On nie rozumiał zmian. Był ze starego pokolenia. Nie wiedział, jak wykorzystać zmiany w trakcie meczu – uważa Lacey.
5 minut do końca, Górski idzie w kierunku szatni, zdesperowany Ramsey w końcu rzuca w stronę ławki: – Kevin rozgrzewaj się!

McFarland: Na ławce siedział Bobby Moore oraz dwóch kevinow: Keegan oraz Hector. Keegan, jako najszybszy i najinteligentniejszy, od razu wyskoczył z ławki, ściągnął dres i zaczął się rozgrzewać. Wtedy jednak przytomnością umysłu wykazał się Moore. Pyta Ramseya: „Alf, ale który Kevin?”. Ramsey na to: „Jak to który? Hector!” Więc wtedy Bobby krzyczy do Keegana:
„Wracaj!”, a do Hectora: „Szykuj się!”. Keegan oczywiście był strasznie rozczarowany. Zanim Hector się rozgrzał, zdjął dres itd., zostało mu dwie minuty gry…
Ale swoją szansę miał. Był blisko strzelenia bramki.
4 rano, poczta w Derby. W każdej chwili może się zjawić. Hector nie chce rozmawiać. Nie odpowiada na prośby. Zostawiamy wiadomości na poczcie. Jest tu listonoszem. – Codziennie rano zjawia się, odbiera przesyłki i znika.
Nigdy się nie spóźnia, jest bardzo obowiązkowy – zachwala go jeden z szefów.
Wysyłamy po niego kolejnych pracowników. Czekamy do 7 rano. Nic z tego. Nie zjawia się. – Nie ma szansy. Ostatnio ITV zaprosiła go do programu. Odmówił. Nie lubi prasy i telewizji, jest bardzo nieśmiały – tłumaczy McFarland.
Gdyby wtedy trafił, może byłoby inaczej… Z drugiej strony, gdyby wtedy trafił nie czekalibyśmy na niego pod pocztą o 4 rano.

Nigdy nie zapomną
– Zeszliśmy do szatni. Nikt nic nie powiedział. Coś było w tym tytule z The Sun. Dla wielu z nas to był koniec swiata – mówi Currie. – Byliśmy niesamowicie przygnębieni. Później, gdy przygotowywaliśmy się do następnego meczu, rozmawialiśmy o tym dniu. I wszyscy się pytali nawzajem – Jak się wtedy czułeś? Jak to przeżywałeś? Pamiętasz? I tak dalej. Każdy mówił o depresji, o załamaniu. Tak było przez kilka miesięcy.

Sir Alf Ramsey przypłacił ten remis utratą posady. Pod jego wodzą zespół rozegrał jeszcze jeden mecz. Anglicy przegrali 0:1 na Wembley z Włochami.
– Sir Alf był, obok Rona Greenwooda, najbardziej lubianym trenerem w historii. Przez piłkarzy. Dziennikarze za nim nie przepadali. To był miły facet, ale bywał ostry. A jednak zwolnienie go było prawdziwym szokiem – opowiada Lacey.
– Myślę, że to był błąd. Zaczął się ciężki czas dla angielskiej piłki – uważa McFarland. – To pokazuje, jak wielkie znaczenie miał ten mecz, dlaczego wciąż jest tak ważny w naszej historii.

Tomaszewski stał się symbolem.
– Po latach graliśmy z drużyną polskich dziennikarzy. Oni wystawili na bramce Tomaszewskiego. Gdy jeden z nas strzelił bramkę biegł do nas i krzyczał: – Jeeest, pokonałem Tomaszewskiego, rozumiecie to?” – śmieje się Lacey.
Ale ludzie nie mieli pretensji.
Frank McGhee, dziennikarz krwiożerczego Daily Mirror pisał: „Nikt nie zaprzeczy, że polegli po walce. Nawet w ostatniej sekundzie próbowali z niewiarygodnym sercem, strzały Martina Petersa i Colina Bella były wybijane z linii. Angielscy piłkarze walczyli tak twardo, tak dzielnie, pokazali doskonałe umiejętności, że większość z nich trudno krytykować”.
– Ludzie nam współczuli – mówi Currie.
McFarland: – Pamiętam, że podróż pociągiem z Londynu do Derby, to była jedna z najgorszych i najdłuższych podróży w moim życiu. Koszmar.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: