Leo Beenhakker – historia, cz.2

Dzisiaj o przenosinach Beenhakkera do Saragossy i wielkim powrocie do Holandii – o tym jak został selekcjonerem i poniósł jedną z największych życiowych porażek.

JA TU JESZCZE WRÓCĘ

Rafał Lebiedziński
Marek Wawrzynowski
Piotr Żelazny
dziennikarze „PS”

W połowie lat 80-tych Leo Beenhakker osiągnął to o czym marzy każdy holenderski trener. Został selekcjonerem Pomarańczowych. I choć nie wykorzystał tej wielkiej szansy, to ugruntował swoją pozycję na europejskim rynku młodych, zdolnych trenerów.

Leo Beenhakker, wychowany w okolicach stadionu Rotterdamu, zawsze chciał zasiąść na ławce trenerskiej De Kuip. Marzenie częściowo spełniło się już w latach 70-tych, gdy Guus Brox, legendarny menedżer Feyenoordu,
ściągnął go do prowadzenia młodzieży. Leo prowadził juniorów wraz z Klemensem Westerhofem, w późniejszych latach jednym z najbardziej znanych na świecie „misjonarzy futbolu”. Wbrew pozorom, praca z młodymi chłopcami nie była dla Beenhakkera degradacją. Tym bardziej, że już w pierwszym sezonie sięgnął po juniorskie mistrzostwo Holandii.

Leo honorowy

Jednym z jego wychowanków był późniejszy bramkarz reprezentacji Holandii Joop Hiele, który po latach tak wspominał Beenhakkera na łamach magazynu Voetbal International: – To był dla mnie bardzo ważny trener. Był
człowiekiem, do którego mogliśmy pójść z naszymi problemami. Jako młodzi piłkarze nie musieliśmy się tego wstydzić. A wtedy człowiek buntował się przeciw ogólnym wartościom, dlatego kogoś takiego było nam potrzeba. Właściwie, nie wiem co by ze mną było, gdybym go nie spotkał w swoim życiu. To właśnie Leo zmusił mnie do tego, bym skończył szkołę, zanim trafiłem do profesjonalnej piłki. Zdarzało się czasem, że wykopał z treningu, ale mam z nim tylko pozytywne doświadczenia.
Z tej grupy wybili się m.in. świetny obrońca Sjaak Troost (członek kadry, która zdobyła złoto na Euro 88), Carlo de Leeuw (ponad 130 meczów w Eredivisie) oraz Mario Been, do niedawna trener NEC Nijmegen.
Been w holenderskiej prasie: „Leo to człowiek miły, ciepły, który zawsze stoi po środku grupy. Można powiedzieć, że jest jak ojciec. Nigdy nie robi wokół siebie szumu, lubi rozmawiać. Jego mowa zawsze do nas trafiała”.
Później, zamiast wielkiej kariery przyszło wielkie rozczarowanie. Leo był kandydatem numer 1, by zostać asystentem legendarnego Vaclava Jeżka, trenera pierwszego zespołu, wcześniej m.in. trener reprezentacji Czech, która wygrała Euro 76. W tym samym czasie w klubie na stanowisku menedżera zatrudniono jednak Petera Stephana, tego samego, który w czasach Go Ahead Eagles, miał z Leo ostrą scysję. Tego było dla młodego trenera zbyt wiele.
Beenhakker unosi się honorem i odchodzi z Feyenoordu. Porzuca swoje marzenia, żegnając się słowami: „Kiedyś to się wydarzy, kiedyś trafię do de Kuip”. Nawet nie zdaje sobie sprawy, że jego wielkie marzenie spełni się za niemal 20 lat, a on wtedy będzie już trenerem z nazwiskiem znanym na całym świecie.

Leo ojciec

Po bezrobotnego Beenhakkera zgłasza się Ajax Amsterdam. Człowiek, który nazywa Rotterdam swoim domem w Ajaxie? Tego już za wiele! Zresztą po latach kibice Feyenoordu będą to Beenhakkerowi wypominać.
– Ale taki jest Beenhakker – opowiada Przeglądowi Sportowemu Chris Tempelman z Voetbal International. – Jedzie do Rotterdamu, mówi: „Wracam do domu”, jedzie do Meksyku, mówi: „Wracam do domu”, jedzie do Amsterdamu, do Meksyku, do Polski, mówi dokładnie to samo: „Wracam do domu”. To naprawdę jest obywatel świata.
Po latach Leo przyznał w rozmowie z dziennikarzami „Przeglądu Sportowego”: – Mówię kilkoma językami, świetnie się czuję na całym świecie. Niemal wszędzie mam poczucie tego, że jestem w domu.
– W Rotterdamie zrobił świetna robotę, potrzebowaliśmy takiego fachowca – mówi Cor Brom, ówczesny menedżer Ajaxu. Rok później, na początku sezonu Brom zostanie wyrzucony po 4. kolejce, a jego posadę przejmie ją
Beenhakker.
Bert Nederlof, jeden z najbardziej znanych holenderskich publicystów dla Przeglądu Sportowego: – Leo był naturalnym następcą Broma. Swietnie nadawał się do tej roboty. Miał sporą umiejętność prowadzenia ludzi, był wtedy w Ajaxie bardzo popularny. Był wtedy bardzo młody, nie wiele starszy od niektórych piłkarzy, a już miał podejście ojcowskie do swoich zawodników. W Holandii wielu ludzi to śmieszyło, ale piłkarze bardzo to lubili. Beenhakker po roku sięgnął po mistrzostwo Holandii, mimo iż na początku sezonu bardzo krytykował zespół.
– Nie było atmosfery do pracy, zawodnicy byli skłóceni – opowiadał.
Poza mistrzostwem, zaliczył najwyższą… porażkę w historii klubu na własnym boisku. Ajax przegrał z MVV Maastricht 3:6.

Kibice zapamiętają jednak mecz z następnego sezonu, gdy w klubie zatrudniono doradcę technicznego, Johana Cruyffa. W jednym ze spotkań Ajax Beenhakkera przegrywał z Twente 1:3. Wtedy z górnej trybuny zszedł Cruyff i w obecności kamer telewizyjnych rozmawiał z Beenhakkerem. O czym? Do dzisiaj nie wiadomo. Holendrzy sugerowali, że Cruyff nakazał „Don Leo” dokonać pewnych zmian w składzie. Ajax wygrał z Twente 5:3.
Sam Beenhakker stwierdził, że kazał wrócić Cruyffowi na trybuny a decyzje o zmianach na boisku podjął sam z siebie.
Po latach stwierdził: – Z Johanem bardzo się lubimy, ale jest jeden problem… nie możemy razem pracować.
To był jednak ostatni sezon Beenhakkera w Ajaksie. Miał wielu wrogów w zarządzie, którzy zresztą wciąż wymagali od niego, by dokonywał zmian w składzie. Ajax przegrał walkę o tytuł z AZ Alkmaar, a Beenhakker, który do dzisiaj lubi podkreślać swoją niezależność, powiedział: Dość!

Leo ultraofensywny

Punktem zwrotny w karierze Beenhakkera było przejście do Realu Saragossa.
– Myślę, że wtedy przeszedł przemianę – uważa przyjaciel Beenhakkera z czasów młodości, Hans Venneker, z którym spotkaliśmy się w Rotterdamie. – Saragossa była wtedy słabym klubem, grała defensywną piłkę, zajmowała
miejsce w końcówce tabeli. Zatrudnienie go było sporym ryzykiem, tym bardziej że kontrkandydatami byli fantastyczni ex–piłkarze: Giacinto Facchetti i Alfredo di Stefano. Ale to właśnie Leo wprowadził do tego zespołu zupełnie nową jakość.
– Dla ludzi w Holandii to było spore zaskoczenie, bo Beenhaker, mistrz Holandii, mógł przyjąć jakąkolwiek ofertę w kraju. Miał już nazwisko. A wybrał słaby hiszpański klub. Praca w Saragossie okazała się strzałem w dziesiątkę – mówi Nederlof.
„Don Leo” nauczył swoich podopiecznych gry w piłkę. „Play the ball, keep the ball” – powtarzał.
„Wolę grać ofensywnie niż brzydko wygrywać” – mówił w 1981 roku zaraz po przyjeździe do Aragonii w wywiadzie dla hiszpańskiego El Pais.
– To były cztery, bardzo dobre sezony pod rządami Beenhakkera. Drużyna strzelała mnóstwo goli, grała ultraofensywnie i była nie do pokonania na własnym stadionie. W tamtym czasie La Romareda była twierdzą nie do
zdobycia – mówi Przeglądowi Sportowemu Paco Jimenez, dziennikarz Heraldo de Aragon, największego dziennika w Saragossie. – Zdecydowanie gorzej szło na wyjazdach. Chyba to zadecydowało, że ani razu nie udało się zająć miejsca dającego awans do europejskich pucharów. A szkoda, bo ówczesny prezydent Armando Sisgues zainwestował w klub do tej pory balansujący nad strefą spadkową, spore pieniądze.
Pierwszy sezon Beenhakker awansował na 14. miejsce, a pierwszy samodzielny sezon skończył na 12 miejscu.
– Miał wtedy w składzie znakomite trio napastników. W pierwszym sezonie 1981/1982 w Realu spotkali się Pichi Alonso, Paragwajczyk Raul Amarilla i późniejszy mistrz świata, kompan Maradony Jorge Valdano. Wszyscy wypromowali się w Saragossie. Dwaj pierwsi trafili później do Barcelony, a Valdano do Realu Madryt. Ulubieńcem Leo był inny Argentyńczyk, mózg środka pola, Juan Barbas. Sam Beenhakker był postrzegany jako młody, ambitny trener. Przyszedł z Ajaksu Amsterdam z głową pełną pomysłów. Gołym okiem widać było, że ma oczy otwarte na świat. Wprowadził do
treningów wiele nowinek praktykowanych w Holandii. Błyskawicznie poradził sobie barierą językową. Na początku porozumiewał się po angielsku, ale już po trzech miesiącach swobodnie dogadywał się po hiszpańsku. Był wesoły, często można było zobaczyć jak popijał cappuccino w centrum Saragossy. Kibice stali za nim murem – wspomina
Jimenez.
Później dwukrotnie kończył tuż za plecami zespołów, które awansowały do Pucharu UEFA, a więc na 6. i 7. miejscu. Z okresu w Saragossie, trudno znaleźć kogokolwiek, kto krytykowałby Beenhakkera, mimo iż władze klubu wymagały od niego tytułu mistrzoswskiego.
Eugenio Vitaller, bramkarz Realu Saragossa, wspomina w rozmowie z Przeglądem Sportowym: – Leo to najlepszy trener z jakim pracowałem. Przyspieszenie w mojej karierze zawdzięczam właśnie niemu. Mijał już siódmy miesiąc mojej gry w prowincjonalnej, trzecioligowej Andorze, kiedy Leo postanowił dać mi szansę. Choć miał w składzie dwóch znakomitych bramkarzy Juana Luisa Irazustę i Sabino Zubeldię, to postawił na mnie. Pamiętam że ta decyzja wywołała szok w klubie i prasie sportowej. Miałem 23 lata, ale dzięki odwadze Beenhakkera mogłem zadebiutować w Primera Division. Było to coś szczególnego dla mnie, chłopaka z Saragossy, w której spędziłem później 8 lat.

Leo prowokator
Mimo, że w Hiszpanii przeżywał wapasniałe chwile, Beenhakker zdecydował się na powrót do Holandii, do mało znanego Volendam, który… spuścił z ligi. Stamtąd nieoczekiwanie trafił do sztabu reprezentacji, pod skrzydła Rinusa Michlesa, uznawanego dzisiaj za najlepszego trenera w historii holenderskiej piłki.
– Myślę, że można powiedzieć, że Leo to częściowo człowiek Michelsa. Sporo się od niego nauczył. Mieli bardzo podobną strategię. Ważne było, by porozumieć się z liderami zespołu – opowiada Chris Tempelman.
Beenhakker od tej pory będzie postrzegany jako człowiek Michelsa, co zresztą w przyszłości odbije mu się czkawką…
Ale teraz praca z Michelsem dała Beenhakkerowi niepowtarzalną szansę. Podczas eliminacji do Mistrzostw Świata w Meksyku, Miches poważnie zachorował i to właśnie Beenhakker został jego następcą. Holendrzy, aby awansować na mundial, musieli pokonać swoich sąsiadów sąsiadów odwiecznych rywali, Belgów. A ci mieli wtedy młodą fantastyczną drużynę, kilkoma wschodzącymi gwiazdami futbolu, jak Jean Marie Pfaff, Rene Vandereycken, Franky Van der Elst, Franck Vercauteren, Frankie van der Elst czy Jan Coulemans. Do dzisiaj ten zespół jest uwaźany za najlepszy
w historii Belgii. Beenhalkker miał do dyspozycji wschodzące megagwiazdy: Marco Van Bastena, Fraanka Rijkarda, Ruuda Gullita czy Hansa Van Breukelena.
– Tamte mecze były pełne podtekstów. Holandia i Belgia nie darzą się wielką sympatią. Oni mówią, że jesteśmy głupi, my ich mamy za nadętych arogantów. Takim właśnie, typowym aroganckim Holendrem, był wtedy dla nas Leo Beenhakker. Już przed pierwszym meczem mówił, że pokonanie nas będzie formalnością. Zaszokował wszystkich swoim zachowaniem. Tym bardziej, że nie był żadnym wielkim trenerem, tylko goście, który trafił do kadry w prowincji, z Volendam. Wcześniej w Belgii nie znaliśmy pojęcia gry psychologicznej. Beenhakker był jednym z tych, którzy
wprowadzili to do europejskiego futbolu – opowiada nam belgijski dziennikarz, Francois Colin.
Beenhakker pytany o Guy Thysa, trenera Belgów odpowiadał lekceważąco: „Mam już dość tego faceta z whisky i cygarem w ręku”.
Tamte mecze to była wojna totalna. Pierwszy mecz Belgowie wygrali 1:0. Beenhakker irytował Belgów, mówiąc, że „porażką jedną bramką to triumf Holendrów, którzy grali w osłabieniu”. Już w 3. minucie Wim Kieft został
sprowokowany przez Francka Vercauterena, kopnął go i dostał czerwoną kartkę.
Reporterzy „Przeglądu Sportowego” dotarli do uczestników tamtych wydarzeń.
– Atmosfera była bardzo napięta. Beenhakker prowokował nasz skutecznie, a więc nie mogliśmy pozostać dłużni. Ja swój cel osiągnąłem. Kieft wyleciał z boiska, mieliśmy przewagę. Piłkarz musi mieć w sobie trochę z gangstera – mówi nam Vercauteren.
W rewanżu Holandia musiała wygrać dwoma bramkami i do 84. minuty prowadziła 2:0, by stracić bramkę dzisiaj stracić w ostatniej chwili szansę awansu. do dzisiaj Belgowie i Holendrzy rozpamiętują zdarzenie, które przeszło do historii jako jeden z największych błędów taktycznych w historii obecnego selekcjonera naszej reprezentacji. Beenhakker chciał zaatakować mocniej.
– Chciał mieć w ataku wysokiego napastnika. Wpuścił więc na zmianę mierzącego ponad 190 cm wzrostu Johna Van Loena. Nasz trener wystawił Georgesa Gruna, równie wysokiego obrońcę, który miał zneutralizować „Wieżowca z Utrechtu”. W decydującej akcji dośrodkował Eric Gerets, a Van Loen spóźnił się z interwencją i… decydującą bramkę strzelił dla nas Grun – opowiada „PS” Frankie van der Elst, jeden z najlepszych piłkarzy w historii belgijskiego futbolu. To właśnie Belgowie a nie Holendrzy pojechali na mundial, gdzie zresztą zrobili furorę i zajęli trzecie miejsce. Winnymi porażki zostali Beenhkker i Van Loen.

Leo w tunelu
– Tak to było, Gerets dośrodkował i więcej nie pamiętam, straciłem głowę. Do dzisiaj mi to wypominają. Wtedy to był koszmar. Dostawałem setki obraźliwych listów, a Belgowie przysłali mi wielki plakat, z postaciami w stosunku 1 do 1. A na plakacie Grun szybujący nade mną – wspomin dzisiaj Van Loen, którego odwiedziliśmy w Utrechcie, gdzie jest
asystentem Wima van Hanegema.

Zaznacza jednak: – Nie można winić Leo. Dał nam wtedy niesamowitą wiarę w siebie.Coś czego wcześniej nie
potrafił dać żaden trener. Mówił, że pokonamy Belgów dwoma bramkami. I gdyby nie ja…
Beenhakkera broni też Hans Van Breukelen, wtedy młody bramkarz, później jeden z najlepszych golkiperów świata.
– Beenhakker chciał tchnąć w nas wiarę w siebie i świetnie mu to wychodziło. Prowadziliśmy 2:0, chociaż nie byliśmy lepsi. To była w znacznej części jego zasługa – mówi Van Breukelen. Drogi jego i „Don Leo” w przyszłości jeszcze nie raz się zejdą, nie raz też staną po przeciwnych stronach barykady. Ale wtedy każdy w samotności przeżywał porażkę. Zdjęcie Beenhakkera schodzącego samotnie do szatni swojego ukochanego De Kuip, obiegło cały świat. W Holandii uchodził za przegranego. Tym większy był szok, gdy został ogłoszony szkoleniowcem najlepszego klubu świata, Realu Madryt…

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: