Leo Beenhakker – historia, cz. 3

Trzecią część nazwaliśmy Królewskie życie Don Leo. To jakby podrozdział. Tu już wchodzi Rafał Lebiedziński, nasz spec od Hiszpanii (głównie od Włoch ale od Hiszpanii też)

Rafał Lebiedziński
Marek Wawrzynowski
Piotr Żelazny

Każdy człowiek po cichu marzy o fantastycznej przygodzie życia. Niewielu jednak udaje się ją zrealizować. Leo Beenhakker zawsze chciał być najlepszy, zawsze chciał dotrzeć na szczyt. Nie tylko dotarł, ale i wyjątkowo długo się na nim utrzymywał. W drugiej połowie lat 80-tych „Don Leo” trenował Real Madryt, uznawany za najlepszy zespół w historii futbolu.

– Miałem 44 lata i jakieś tam sukcesy w Holandii. Pewnego wieczoru zadzwonił telefon. Po drugiej stronie słuchawki przedstawił się pan Ramon Mendoza, prezes Realu Madryt. Zaproponował prowadzenie swojej
drużyny… Ludzie, on chciał, żebym trenował piłkarzy, którzy jeszcze kilka tygodni temu fetowali mistrzostwo Hiszpanii i drugi z rzędu triumf w Pucharze UEFA! – tak początek madryckiej przygody, w wywiadzie udzielonym w listopadzie ubiegłego roku „Dziennikowi”, wspominał Leo Beenhakker.

Piątka sępa

Charyzmatyczny biznesmen Mendoza doskonale kojarzył Holendra z czasów jego pracy w Realu Saragossa. To właśnie trzy i pół roku spędzone w Aragonii, na przekór druzgocącym opiniom po klęsce w barażu z Belgią, zadecydowały o powierzeniu królewskich sterów, wciąż młodemu Beenhakkerowi. Co czekało na niego w stolicy Hiszpanii?
– Przede wszystkim niesamowita Piątka Sępa (z hiszp. Quinta del Buitre). Ofensywna formacja Realu w składzie: Emilio Butragueno, Miguel Pardeza, Manolo Sanchís, Míchel i Rafael Martín Vázquez. Onie trzęśli całą Primera Division! Co tam, całą Europą! Żadnemu klubowi wcześniej nie udało się obronić pucharu UEFA. A oni tego dokonali. Teraz miał nimi dyrygować jakiś obcokrajowiec, który sromotnie przegrał batalię o mundial. Szczerze? Mieszkańcy Madrytu byli tą decyzją bardzo zdziwieni – opowiada Carlos Gonzalez, specjalista od „Los Blancos” w dzienniku „Marca”. Choć Leo zdawał sobie sprawę ze skali trudności, to nie przeraził się. Nie mogło być mowy o strachu w obliczu spełnienia zawodowych marzeń. Marzeń na wyciągnięcie ręki – Wiedziałem, że będzie ciężko, ale czy Realowi można odmówić? Nie, nie i jeszcze raz nie. Są momenty w piłce, kiedy rzucasz wszystko i podejmujesz wyzwanie. Dzisiaj być może jest więcej takich klubów, ale wtedy Real był jedyny. Nie zastanawiałem się ani chwili. Drugiej takiej szansy mogłem nie dostać
już nigdy – mówił nam Holender.
Debiut Beenhakkera jesienią 1986 r. wypadł mizernie. Ledwie remis ze słabeuszem z Kadyksu tylko wzmocnił wątpliwości madryckich kibiców w stosunku do nowego trenera. Z pomocą przyszły media. Na każdym kroku przypomniały, że w okresie przygotowawczym na treningach brakowało aż 12 reprezentantów Hiszpanii, Argentyny i Meksyku, którzy odpoczywali po trudach mundialu. Stało się jasne, że największym wielkim wyzwaniem Leo będzie zmierzenie się nie z wakacyjną formą podstawowych piłkarzy, ale
zbudowanie autorytetu u gwiazd Realu. Z zadania wywiązał się idealnie.

– Kiedy przyszedł do Realu miałem 21 lat. Od samego początku robił wrażenie. Czym? Swoimi pomysłowymi treningami. Boże, jak ja kochałem rano wstawać na poranne zajęcia. Za każdym razem starał się nam
przekazać coś nowego. Nigdy nie przynudzał. Poza tym realizował dwie święte reguły obowiązujące w Realu od dziesiątek lat – „Zawsze wygrywaj”, ale koniecznie „Wygrywaj pięknie”. Rozumiał na czym polega praca w Madrycie, czego co niedziela oczekuje od ciebie 80 tysięcy ludzi na Bernabeu – wspomina legendarny pomocnik Realu Rafael Martín Vázquez, członek wspomnianej Piątki Sępa.

Śmiertelnie poważny żartowniś

– Jak tylko się pojawił wiedziałem, że będzie nas trenował ciekawy człowiek. W przeciwieństwie do Vasqueza miałem ugruntowaną pozycję. Kończyłem 27 lat i odpowiadałem za środek pola. Pamiętam jak na
pierwszych treningach i odprawach meczowych Leo prosił mnie, żebym czasami dłużej przetrzymywał piłkę. Miałem być swego rodzaju wentylem dla rozpędzonej „Piątki”. Czasami koledzy w swej ofensywnej inwencji zapędzali się i to ja musiałem studzić ich zapał. Z Leo dogadywałem się świetnie. Nie przypominam sobie, żeby w drużynie były jakieś konflikty – wspomina Ricardo Gallego, mocny punkt tamtego Realu.
– Drużyna wygrywała wszystko co się dało, ale przede wszystkim grała przepięknie. Kibice nas kochali, ale z każdym meczem pragnęli coraz więcej. Dzięki Beenhakkerowi było to możliwe. Dzięki urozmaiconym
treningom i odprawom taktycznym mieliśmy czym zaskakiwać. Nie mniej jednak w tamtym czasie liczyło się tylko i wyłącznie show!
Nikt w Madrycie nie tęsknił za poprzednikiem Holendra Luisem Molownym. Z Beenhakkerem Królewscy byli jeszcze groźniejsi – To była maszynka do wygrywania. Były mecze, że już po kwadransie mieli trzy strzelone gole. Były mecze, że bez wysiłku, na drugim, trzecim biegu wygrywali 7:0.
Zapytajcie jakiegokolwiek oddanego fana Realu o to, która jedenastka była cudowniejsza: ta z Di Stefano i pięcioma Pucharami Europy, czy ta z drugiej połowy lat 80. Powiedzą wam, że piękniej grała ta druga, choć
sukcesy miała o wiele skromniejsze – wyjaśniał wyraźnie przejęty Carlos Gonzalez.
– Leo doskonale pasował do tego zespołu. Wiedział jak do nas dotrzeć, jak poskładać te wszystkie puzzle w postaciu osobowości, gwiazd. Miał pomysł na futbol. Nigdy nie wiedzieliśmy co będzie na treningach.
Przychodziliśmy na zajęcia i zawsze czekało na nas jakieś zaskoczenie.
Był śmiertelnie poważny, a jednak potrafił coś wymyślał, zebyśmy tylko mieli świetną zabawę Potrafił rozładowac napięcie. Czuliśmy przy nim luz – wspomina w rozmowie z „PS” Emilio Butragueno, legendarny „Sęp”, największa gwiazda Realu, najlepszy piłkarz Hiszpanii w latach 80.
Piłkarze przyznają, że nigdy nie zapomną kapitalnych zgrupowań. „Don Leo” już wtedy zaczął bowiem uchodzić za mistrza budowania atmosfery w zespole. Jak po latach przyznał w rozmowie z „PS”: – Trening odbywa się nie tylko na boisku. Budowanie drużyny to też część treningu.

Rowery? Jakie rowery?


– Na zgrupowaniach bywało czasem komicznie. Najczęściej jeździliśmy, oczywiście, do Holandii. Leo znał tam chyba każdy kąt. Wcielał się w rolę przewodnika po swojej ojczyźnie. Dużo zwiedzaliśmy, ale jak to na
zgrupowaniach czasami chcieliśmy się po prostu trochę ponudzić. On na to nie pozwalał. Pewnego razu zorganizował nam wyścig kolarskich trójek. Na rowerze z trzema siodełkami rywalizowaliśmy w kilku zespołach. Ja dobrałem się z napastnikami: Butragueno i Michelem, więc wiadomo, że musieliśmy wygrać za wszelką cenę. Tak pedałowaliśmy, że zabrakło nam drogi pod kołami. Zamiast na mecie wylądowaliśmy w szerokim, pełnym zimnej wody kanale! Niestety w Holandii jest ich w bród… Inne drużyny zatrzymały się i wręcz wyły ze śmiechu, patrząc na pogięty rower i przemoczone gwiazdeczki Realu – wspomina Paco Buyo bramkarz Real, którego z Sevilli do Madrytu sprowadził Don Leo.
– Fakt, bywało zabawnie. Dobrze pamiętam ten wyścig o którym mówił wam Buyo (śmiech). To było podczas zgrupowania we Frankfurcie. Postanowiłem dać chłopakom trochę odpocząć. Pomyślałem: „rower, świetny relaks”. W końcu w Holandii każdy jeździ na dwóch kółkach. Przeżyłem szok! Możecie mi wierzyć, lub nie, ale spora część piłkarzy Realu nie mogła utrzymać równowagi. Oni po prostu nigdy wcześniej nie siedzieli na siodełku. Wpadłem więc na pomysł, aby wystartowali na tandemach. Tym sposobem, ci którzy mieli już do czynienia z rowerem siadali z przodu i trzymali równowagę. Ci z tyłu mieli tylko pedałować. Jednej parze to zupełnie nie wychodziło, a że mieli ogromy zapał poprosili kogoś, żeby z tyłu prowadził ich na kiju… Byli zawsze na końcu, ale ubaw był niesamowity. Śpiewali, krzyczeli, na wzniesieniach rywalizowali niczym w Tour de France o górskie premie. Potem przyznawali sobie żółtą koszulkę lidera i białą w grochy dla najlepszego górala. To była fantastyczna grupa, o ogromnym poczuciu humoru. Luz pomagał uporać się z codzienną harówkę – wspominał Leo.
Beenhakker przypomina, że wszyscy razem, zjednoczeni potrafili przejść przez najtrudniejsze chwile.
– Oczywiście czasem bywało ciężko, ale wtedy wspaniałą rolę odgrywał kapitan Realu i reprezentacji Hiszpanii, Jose Antonio Camacho – osobowość jakiej nigdy potem już nie spotkałem. W szatni często mnie
wyręczał i sam mobilizował kolegów. Pamiętam taką sytuację przed meczem z Celtą Vigo. Spotkanie zaplanowane było na niedzielne popołudnie, więc jak zawsze wylecieliśmy z Madrytu w sobotę. Niestety przegraliśmy z pogodą. Nad całą północną Hiszpanią była taka mgła, że nie było szans na lądowanie. Z Vigo skierowali nas do San Sebastian, ale tam też nie udało się wylądować. Odesłali nas do Bilbao. Znowu nic z tego. Mgła była za gęsta. W końcu wróciliśmy do Madrytu i wpakowaliśmy się do nocnego pociągu. 9 godzin jazdy! Żaden z piłkarzy nie spał podczas podróży i jak dojechaliśmy koło południa do Vigo wszyscy padali z nóg. To był makabryczny widok. Co ja im miałem powiedzieć w szatni? Wtedy głos zabrał Camacho i wykrzyczał: „Panowie, ten weekend był beznadziejny. Ale nie straciliśmy go tylko po to, żeby teraz przegrać ten pieprzony mecz. Mamy go kurwa wygrać za wszelką ceną, albo będziemy mieli cały weekend do dupy. Wiem, że wyglądamy jak jedno wielkie gówno, ale nie przeszliśmy tyle, żeby teraz przegrać”. Ostre to było. Zgadnijcie jak się skończyło? Jasne, zagraliśmy beznadziejnie, ale wygraliśmy . Zrobiliśmy swoje i
wróciliśmy do domu – mówił nam Beenhakker.

cd. nastąpi…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: