Misja

To tekst który napisałem do magazynu w „Przeglądzie Sportowym”. O trenerach, którzy podróżują po świecie i nauczają futbolu. Znajdziecie w tym artykule wywiady z Borą Milutinoviciem, Arie Schansem, Henrykiem Kasperczakiem, Otto Pffisterem i Stephenem Constantine’m. Wszyscy to bardzo sympatyczni goście. Miłego czytania.

Porzucili ciepłe europejskie posady i wyruszyli na poszukiwanie przygód. Jeżdżą po świecie nauczają futbolu w krajach rozwijających się piłkarsko. To właśnie dzięki misjonarzom futbolu piłka nożna w Afryce czy Azji zbliża się do europejskiej. Ta jak kiedyś, w XVI wieku chrześcijańscy księża szerzyli wiarę na innych kontynentach, tak dzisiaj z europejskich krajów ciągną zastępy ochotników gotowych tłumaczyć zasady gry, podstawy taktyki, nauczać historii piłki. Wielu z nich doczekało się miana postaci kultowych. Największym z wielkich jest Bora Milutinović, obecnie szkoleniowiec Iraku, z którym zmierzyliśmy się 9 czerwca w Kapsztadzie.

Panie Milutinović, proszę powiedzieć, czy piłka jest w końcu europejską grą czy nie?
– O ile wiem, to wymyślono ją w Chinach 200 lat przed narodzinami Chrystusa. Ale faktem jest, że w Europie jest pasja. I w Ameryce Południowej. Pracowałem trochę w San Lorenzo więc wiem. Nigdzie na świecie nie ma takie pasji dla futbolu jak w Argentynie – mówi „Magazynowi Sportowemu” Bora Milutinovć.
– Proszę nie przesadzać z tym misjonarzem, nie przepadam za górnolotnymi sformułowaniami. Nazywam się Bora, lubię podróżować, lubię moje życie, chcę dzielić się swoim doświadczeniem. Jestem bardzo prostym człowiekiem i bardzo skromnym – zapewnia Serb. – Nie robiłem nigdy w życiu wielkich planów, po prostu mam pomysł i coś robię. Zawsze marzyłem o tym by pojechać do Tybetu. W końcu tam byłem, na tydzień, po mistrzostwach świata, cudowne miejsce, jedzenie, picie, niebo, deszcz – tam wszystko jest inne. Gdyby nie futbol, nigdy bym tego wszystkiego nie miał. Futbol dał mi wspaniałe życie więc i ja też chciałem coś dać.
Velibor „Bora” Milutinović pochodzi ze znanej w Serbii rodzinie piłkarskiej. On i jego dwaj bracia grali w Partizanie Belgrad. Pod koniec kariery Milutinović wyjechał do Meksyku i… zakochał się.
– Jestem Serbem ale mój dom jest w Meksyku. Tu poznałem Marię del Carmen, moją żonę, tu urodziła się moja córka Darinka. W Serbii mam jednak dom, w Bajina Basta, tam skąd pochodzę. W miarę możliwości staram się jeździć do Serbii, odwiedzać moją siostrę i znajomych – opowiada.
Bora MIlitunović – legenda. Człowiek, który był 5 razy na mistrzostwach świata. 4 razy awansował do II rundy. W 1986 dotarł do ćwierćfinału z Meksykiem, gdzie przegrał dopiero po karnych z późniejszymi wicemistrzami świta, Niemcami. W 1990 doprowadził do awansu Kostarykę, mimo iż była w grupie z Brazylią, Szwecją i Szkocją. W 1994 roku pod jego wodzą gospodarze, piłkarze Stanów Zjednoczonych, przeszli do II rundy ale nieznacznie (0:1) polegli w walce z późniejszym mistrzem Brazylią. W 1998 roku było gorzej bo Nigeria, która doszła do II rundy gdzie przegrała z Danią 1:4, miała jednak znacznie większe możliwości. W końcu w 2002 roku prowadzonym przez niego Chińczykom nie udało się wyjść z grupy. Chińczycy nie mieli kompletnie nic do powiedzenia z bojach z Brazylią, Turcją i Kostaryką. Obecnie Bora prowadzi Irak.
– Sam jestem ciekaw jak to będzie, pogadamy po meczu z Polską, to powiem coś więcej. Zgodziłem się na Irak, bo moje życie to jedna wielka przygoda, chciałem tam pojechać. Również z przyczyn politycznych. Ludzie w Iraku mają bardzo trudną sytuację i odczuwałem wewnętrzną potrzebę, żeby im pomóc, chcę im coś od sobie dać – mówi.
– Moja filozofia to zawsze dać coś drużynie. Widzę zespół i zastanawiam się: czy mogę zrobić tu coś interesującego? Czy moje doświadczenie się tu przyda? Analizuję i dochodzę do odpowiedniego wniosku. Jeśli mogę coś dać, to jadę, jeśli nie, to nie – mówi. Chce uczyć swoje drużyny ofensywnego futbolu: – Nie lubię nudnej piłki, mój zespół zawsze musi grać ciekawą piłkę. W Partizanie nie chodzi o to, żeby stracić jedną bramkę mniej od rywali ale żeby strzelić jedną więcej. Myślę, że sporo wyniosłem ze starej jugosławiańskiej szkoły Partizana. Myślę, że to jest dobra szkoła, gdzie piłka jest sztuką, ale sztuką inteligentną.
Wszystko zaczęlo się w połowie lat 70-tych.
– Byłem żądny przygód. Bardzo lubię podróże, jestem ciekaw świata, chciałem poznać coś więcej, dlatego zostawiłem Europę i wyjechałem do Meksyku. Łącze pasję życiową z pracą, mogę nazwać się szczęśliwym człowiekiem. Tak naprawdę nigdy nie żałowałem swojego wyboru. Być może gdybym został w Europie, mógłbym prowadzić do dzisiaj tutejsze kluby. Ale ja kocham cały świat za to, że jest różny – mówi Bora.
Najbardziej oczywiście Meksyk. Kraj, który zamieszkuje 100 milionów ludzi i każdy rodzi się kibicem piłki nożnej. A jednak, maksimum dotychczas było osiągnięcie ćwierćfinałów, dwukrotnie gdy Meksyk był gospodarzem. Raz pod wodzą Milutinovicia.
– Żeby być mistrzem świata trzeba mieć więcej niż pasję i 100 milionów ludzi. Jeśli by tak było, to dzisiaj Chiny i Indie walczyłyby o medale. Meksykanie są utalentowanymi piłkarzami, ale nie mają wystarczająco dużo tego talentu, by zdobywać tytuły mistrzów świata. To proste. Nie mają takiej tradycji – mówi.
– W 1986 roku była jakaś szansa, drużyna była bardzo dobra, było kilku świetnych piłkarzy na czele z Hugo Sanchezem, ale przegraliśmy po karnych z Niemcami. To była chyba najlepsza meksykańska drużyna, graliśmy u siebie, może to była szansa na impuls, by zrobić wielki sukces i zacząć budować tradycję w Meksyku, ale cóż, w piłce potrzebne jest też szczęscie. Niemcy wygrali doświadczeniem – wspomina smutnym głosem.
Kostaryka to był cud.
– To było wielkie wyzwanie. Trzy mecze w grupie były kapitalne. Szkocja, Szwecja z nami w tabeli, to była wielka sensacja. Kostarykańczycy kochali grę, nie było ciśnienia by wszystko wygrywać, mieli więc sporo cierpliwości, sporo luzu. I może dlatego awansowaliśmy, bo podchodziliśmy do meczów z dystansem. Z Czechosłowacją zabrakło bramkarza, ale nie tylko o to chodzi. Po prostu nie wyszło, nie zawsze można wygrywać. I tak osiągnęliśmy wiele – uważa serbski szkoleniowiec.
W Stanach Zjednoczonych był jednym z pionierów.
– Można powiedzieć, że w USA zaczynaliśmy jakąś poważniejszą piłkę. Amerykanie mają wspaniałą organizację, totalny profesjonalizm. Amerykanie bardzo chcą. Ale żeby zrobić wielką drużynę musisz mieć pasję, musisz mieć tradycję, a to się buduje powoli. Amerykanie grają w kratkę, raz bardzo dobrze, raz słabo. Żeby wygrywać regularnie, żeby być potęgą, musisz najpierw stworzyć tradycję i do tego mieć pasję, kochać grę – uważa Milutinović.
– Gdy zaczynałem w USA, był mały problem, bo nie umiałem języka angielskiego, ale Amerykanie chcieli mojego doświadczenia, więc się zgodziłem. Mówi pan, że nie rozumieją piłki i zasad? Ok, może z zewnątrz tak to wygląda. Ale jeśli jesteś w środku, widzisz jak to się rozwija, jak oni są zorganizowani i w końcu jak fantastycznie rozwija się tam piłka młodzieżowa… Dzieciaki poniżej 15 lat pokochały piłkę więc Amerykanie wydają wielkie pieniądze na rozwój młodzieżowego soccera. Nigdzie na świecie nie ma tylu młodych piłkarzy. Teraz w Stanach Zjednoczonych jest ponad 20 milionów dzieciaków. W Stanach masz wielkie możliwości a w piłce nie masz wielkich pieniędzy, dlatego młodzi Amerykanie kończą pewien wiek i rezygnują, dlatego na razie nie ma wielkich wyników, ale kto wie jak to się kiedyś zmieni – mówi Bora.
Z Nigerią jechał do Francji po pierwsze mistrzostwo świata dla Afryki.
– Ludzie gadali w 1998 roku: „Teraz jest szansa by być mistrzem śwata, teraz jest czas na to”. Ok, zgadza się, ale żeby zostać mistrzem świata musisz mieć kilka rzeczy: piłkarzy, atmosferę dookoła drużyny i sporo szczęścia. Mieliśmy dobry zespół. Pokonaliśmy Hiszpanię i Bułgarię, później niestety przegraliśmy wysoko z Danią. Będę się upierał, że dobra atmosfera w drużynie jest ważniejsza niż to czy masz dobrych zawodników. Czasami jesteś bezsilny. Niech pan zgadnie ile mieliśmy treningów przed mundialem… poniżej 20! Dramat – mówi. Po chwili zastanowienia dodaje: – Powiem tak – Gdybym miał piłkarzy takich jak w Nigerii i organizację taką jak w Stanach Zjednoczonych, stworzyłbym najlepszą drużynę świata.
Cóż, poza Stanami Zjednoczonymi prawie zawsze wybierał drużyny, w których organizacja pozostawiała wiele do życzenia. Czy to właśnie podświadomie lubi i wybiera?
– Nie, skąd. Nie lubię pracować jeśli jest zła organizacja, ale dzwonią do mnie i pytają: „Przyjeżdża pan czy nie?” Jakoś nie umiem odmawiać i jadę – śmieje się. Wiadomo, organizacja to Europa. Bora próbował swoich sił w Udinese. Nie wyszło.
– Praca w calcio to coś okropnego. Prowadzenie włoskiej drużyny to coś zupełnie innego. Nie będę mówił publicznie co się stało, ale powiem tak: we Włoszech pracuje się inaczej. Tam nie daje się szansy, musisz wygrać od razu, liczy się tylko wygrana. Nie miałem czasu nic zbudować. Nie awansowaliśmy do Serie A i mi podziękowali – mówi.
Później nie dostawał ofert z Europy.
– Wie pan, może i bym spróbował. Ale nikt nie jest teraz zainteresowany moimi usługami. Nie mam takiego nazwiska na rynku europejskim, traktują mnie jak podróżnika, myślę że ludzie w europejskich klubach nie wiedzą ile jestem wart – rozkłada bezradnie ręce.
Pytamy się: Dlaczego Chiny, kraj 1,5 miliarda ludzi, nie jest w stanie wyselekcjonować 11 znakomitych piłkarzy?
– Znowu chodzi o kulturę i tradycję. W Chinach w ogóle nie ma takiej tradycji sportu. Ale wystarczy spojrzeć na Igrzyska Olimpijskie, ich rozgrywki się rozkręcają. Może za 40 lat… Na razie wielkim sukcesem był awans na mistrzostwa świata. To wydawało się niemożliwe. Ok, może nic później nie osiągnęliśmy, ale dla Chin sam fakt wejścia do turnieju się liczył. Teraz niestety znowu coś jest nie tak. Niestety oni mają inne sporty – tenis stołowy, badminton… – opowiada Milutinović. Dorzuca żartem: – Wie pan, w Chinach dziennikarze pytali się mnie: jak porozumiewa się pan z zespołem? Mówiłem: Ja nie rozumiem ich a oni ne rozumieją mnie, ale razem idzie nam bardzo dobrze.
Niedawno nie przyjął oferty z Serbii…
– Byłem bardzo blisko, jeden krok. Zawsze o tym marzyłem, ale w ostatniej chwili nie wyszło. Kadrę wziął mój przyjaciel Radomir Antić. I to był bardzo dobry wybór. A ja? No cóż, wie pan jak to mówią: Natrudniej jest być prorokiem we własnym kraju. Może następnym razem się uda.

I bądź tu Niemcem w Afryce…

– Proszę pana, proszę postawić się w mojej sytuacji. Jestem Niemcem, my opieramy się na żelaznej dyscyplinie, na przestrzeganiu zasad taktycznych. A pracuję w Afryce… – rozpoczyna półżartem rozmowę z „Magazynem Sportowym” Otto Pfister, do maja selekcjoner reprezentacji Kamerunu, z którym sięgnął po wicemistrzostwo Afryki w 2008 roku. Mieliśmy sporo szczęścia. Z „Żelaznym Otto”, jak jest nazywany ze względu na swoją twardą rękę, rozmawialiśmy w czasie świąt wielkanocnych, gdy przyjechał na trzy dni do domu w Szwajcarii.
Jego położenie nie jest takie proste. Afrykańscy piłkarze znani są z tego, że przestrzeganie zasad to nie jest sprawa najważniejsza. Niemca może to doprowadzić do szewskiej pasji. Ale Pfister żyje z tym od 37 lat, od kiedy po raz pierwszy pojechał na Czarny Ląd, do Rwandy. To był czas gdy w Afryce grało zaledwie 10 drużyn narodowych.
– To była podróż w nieznane, ale muszę przyznać, że marzyłem o czymś takim od dzieciństwa. Oglądałem książki dla dzieci z rysunkami dzikich zwierząt. Były lwy, żyrafy, tygrysy. Zawsze chciałem zobaczyć lwa. No i już widziałem. Myślę, że w swoim dorosłym życiu spełniłem dziecięce marzenia, to piękne. Ale po części czuję się też misjonarzem, nauczycielem – mówi Pfister.
Pfister był jednym z pierwszych niemieckich trenerów, którzy rozpoczynali podbój świata.
Wyjechał do Afryki nauczać futbolu razem z Peterem Schnittingerem, Buckhardem Pape czy Bernhardem Zgollem, ludźmi o których dzisiaj mało kto pamięta. Później dołączyli kolejni – Burhard Ziese, Reinhard Fabish. Inny kierunek wybrał Rudi Gutendorf, który później zasłynął jako szkoleniowiec prowadzący zespoły na wszystkich kontynentach poza Antarktydą. Dzisiaj niemieccy trenerzy są rozsiani po całym świecie, pracują jednak w nieporównywalnie lepszych warunkach niż Pfister.
– Kiedy przyjechałem do Rwandy, nie było tam niczego. Dokładnie tak. Nie wiedzieli nic o piłce. Starałem się coś zrobić, nie było źle, to była praca u podstaw – mówi Pfister. Większe sukcesy miał w Górnej Wolcie, którą wprowadził do Pucharu Narodów Afryki. Od tej pory zasłynął jako jeden z ważniejszych europejskich trenerów.
Później Senegal, Wybrzeże Kości Słoniowej, Zair, Ghana, Bangladesz, Togo i obecnie jest Kamerun. W międzyczasie pracował w Bangladeszu i w klubach arabskich, m.in. w legendarnym Zamaleku Kair, najlepszym klubie Afryki.
– Staram się uczyć ich dobrego europejskiego futbolu. Nowoczesnego, szybkiego, ofensywnego ale i dobrze zorganizowanego z tyłu. I konsekwentnego – mówi.
– To co można powiedzieć z całą pewnością, to tyle że w Afryce środkowej i południowej kluby są nienajlepiej zorganizowane. W Afryce arabskiej jest lepiej, standardy są zbliżone do europejskich. Myślę, że ta różnica będzie się zmniejszała. Na pewno zmniejszyła się w ciągu ostatnich 20 lat. Nie wiem kiedy afrykańska drużyna zostanie mistrzem świata, ale myślę że już teraz jest szansa na medal. Ghana nie przypadkowo nazywana jest Brazylią Afryki. Tutaj jest pełno młodych talentów. Podobnie w Nigerii, Kamerunie czy Wybrzeżu Kości Słoniowej. Te reprezentacje powoli stają się światowymi potęgami. W Kamerunie już teraz gramy dobrą fizyczną piłkę na dwa kontakty, do tego zawodnicy są silni i coraz lepiej przygotowani pod względem fizyczny. Tak, może ma pan rację, to kwestia czasu i jakaś drużyna z Afryki może sięgnąć po złoto. Tylko trzeba zrobić coś jeszcze z tą dyscypliną… – rozkłada ręce Pfister.
Z tą dyscypliną problem polega na tym, że piłkarze którzy zarabiają w Europie gigantyczne fortuny, są pilnowani przez swoje kluby. Po prostu w Londynie czy Madrycie, choć jest sporo pokus, to jednak następnego dnia trzeba stawić się na treningu. Czas legendarnych piłkarzy-pijaków typu George Best po prostu powoli się kończy. Dlatego panuje taka obiegowa opinia, że reprezentanci krajów afrykańskich podczas zgrupowań reprezentacji, dają upust wszystkiemu co zakazane w klubach.
– Cóż, nie wypada mi tego komentować – śmieje się.
Pfister przyznaje, że Afryka wciąga.
– Kocham Afrykę, to była miłość od pierwszego wejrzenia. Jest tu piękna pogoda, zawsze świeci słońce, ludzie są fantastyczni, tolerancyjni. Pracowałem w drużynach gdzie katolicy grali z muzułmanami, przyjaźnili się i tolerowali. Zresztą tak mam teraz w Kamerunie. Poza tym masz jakiś większy luz. W Europie jest straszna presja, cały czas boisz się o posadę. To nie dla mnie, ja lubię mieć trochę komfortu psychicznego. Nigdy nie myślałem na poważnie o powrocie do Bundesligi, po prostu tutaj jest przepięknie ? mówi Niemiec.
Problem jest tylko z organizacją? W 2006 roku o Pfisterze znowu było głośno. Na kilka dni przed mistrzostwami świata reprezentanci Togo wszczęli strajk. Nie dostali na czas pieniędzy od związku. Pfister się wściekł i? zrezygnował. Piłkarze posłali więc na negocjacje samego kucharza kadry. Pfister wrócił, ale umówmy się ? Togo nie zrobiło furory na mundialu w Niemczech. Grupa była trudna, ale zero punktów w trzech meczach nie przynosi chluby.
Pfister uważa, że za jakiś czas do głosu dojdą trenerzy z Afryki.
– Ale to jeszcze nie jest ten czas. Na razie autorytet mają Europejczycy i nasza znajomość piłki. W przyszłości tak, będą tutejsi trenerzy, ale jeszcze trochę czasu minie – mówi. A w tym czasie właśnie Europejczycy będą musieli użerać się z tutejszymi federacjami.
– W Afryce bardzo często miałem problem z oficjelami w związkach piłkarskich. Nie mają pojęcia o piłce, a we wszystko się wtrącają ? dodaje. To samo mówił zresztą dość często? tydzień temu szefowie federacji piłkarskiej Kamerunu zwolnili jego asystenta i zatrudnili trzech swoich zaufanych ludzi. Po przegranej z Togo w eliminacjach Mistrzostw Świata, posada Pfistera nie była już tak pewna jak kiedyś. Niemiec w ramach protestu podał się do dymisji.

Nauczyciel z Holandii

Holendrzy są przekonani, że ich piłka jest najlepsza na świecie. Coś w tym jest. Trener piłkarski to taki sam znak ich firmowy jak Ser z Goudy, wiatrak, rower, stroopwaffel czy drewniane chodaki. Na świecie w reprezentacjach i klubach pracuje 110 szkoleniowców z Holandii. Są tacy „misjonarze z wyższej półki” jak Guus Hiddink, Leo Beenhakker, Arie Haan czy Dick Advocaat. Są też tacy jak Arie Schans – król Bhutanu…
– Kiedy dostałem ofertę prowadzenia Bhutanu, zapytałem najpierw: „Przepraszam, a gdzie to jest?”. Nie miałem pojęcia – śmieje się Schans. W 2003 roku został selekcjonerem reprezentacji tego malutkiego kraju znajdującego się w dolnych partiach Himalajów.
– Gdy przychodziłem, mieli zorganizowane rozgrywki łucznicze. Łucznictwo to tutejszy sport narodowy. Ale trochę daliśmy im popalić, teraz ludzie oglądają też futbol. To znaczy oni mieli bardzo dużą wiedzę o piłce, naprawdę wiedzieli kto gra w Manchesterze czy Realu, rozmawiali o historii, ale nie mieli swojego własnego futbolu – mówi Schans.
– Zaczęło się od tego, że Holandia nie zakwalifikowała się na Mistrzostwa Świata w 2002 roku. Ludzie byli wściekli. Jedna z firm wpadła na pomysł, że zorganizuje imprezę, którą nazwie „Inny Finał”. Miały w nim wziąć udział dwie najgorsze drużyny świata, a więc w tym czasie Bhutan i Monsterrat. Ja dostałem ofertę prowadzenia Bhutanu i pomyślałem, że to będzie fajna przygoda – mówi. Podczas spotkania nie było żadnej reklamy, nic? po prostu czysty sport. Mecz na stadionie mogącym pomieścić 10 tysięcy widzów, obejrzało aż… 25 tysięcy. Nieźle, biorąc pod uwagę, że w Thimpu mieszka 40 tysięcy ludzi. Impreza została uznana najważniejszym wydarzeniem medialnym w historii Bhutanu. Zespół Schansa wygrał 4:0.
To był dobry początek pracy. Później stworzyliśmy podwaliny pod ligę, ludzie zaczęli interesować się miejscową piłką, coś się zaczęło dziać. To wszystko w zaledwie 4 miesiące – cieszy się Schans. Moda na piłkę doprowadziła do tego, że dzisiaj Bhutan awansował nawet na 187 miejsce w rankingu FIFA. Nieźle! W ostatnich Igrzyskach Południowoazjatyckich dotarł nawet do półfinału.
Gdy wyjeżdżał, mieszkańcy Bhutanu nie mieli żadnych wątpliwości, kto jest górą w odwiecznym sporze „Maradona czy Pele”. Oczywiście Johann Cruyff!
– Staram się nauczać moje drużyny holenderskiej piłki. Chcę by zespoły grały tak jak Holandia, bo uważam, że to najlepsza piłka. Robię sporo gierek 4 na 4, 7 na 7, w końcu 11 na 11, dużo podań. Tak się gra u nas. Wymieniasz podania na małej powierzchni, później to samo na większej. Holenderska szkoła jest bardzo prosta, wierzę w jej skuteczność, dlatego nauczałem jej w Chinach, Japonii i Bhutanie. Posiadanie, drybling, strzał. Czy nie na tym polega futbol czy nie to ludzie chcą oglądać… – pyta retorycznie.
Schans pracuje dla KNVB, holenderskiej federacji piłkarskiej. Prowadzi kursy trenerskie, naucza gry w piłkę. Od czasu do czasu podejmuje jakąś pracę w świecie.
– Może gdybym miał agenta wszystko potoczyłoby się inaczej, może byłoby fajniej. Ale nie ma co narzekać, lubię to co robię. W Holandii pracowałem w najwyższych ligach amatorskich. Chcę zostawić coś po sobie, nauczyć ludzi gry w piłkę. A i sam się uczę, mam poczucie, że staję się lepszy, inny, za każdym razem mam większą wiedzę – mówi.
Był jednym z trenerów, którzy mieli tworzyć potęgę piłki japońskiej. Wyjechał w 1996 roku by objąć stanowisko trenera drużyny uniwersyteckiej i prowadzić zajęcia dla miejscowych trenerów.
– Najpierw przyjechałem na kilka miesięcy do pracy w jednej z tamtejszych akademii wychowania fizycznego, zostałem kilka lat. Uczyliśmy Japończyków gry. Oni zresztą szybko się uczą, są prawdziwymi mistrzami kopiowania i adoptowania wszystkiego dla siebie. Zresztą nie tylko w piłce. Wchłaniają wiedzę w niesamowitym tempie. 5 lat przed mistrzostwami świata, które były rozgrywane na ich stadionach, wysłali po 5 swoich trenerów do Brazylii, Niemiec, Holandii i jeszcze kilku krajów i podpatrywali, wszystko notowali, a później opracowali to, wyciągnęli co najlepsze i zaczęli szkolić. Czasami trudno im wytłumaczyć, że futbol to nie matematyka. Oni uważają, że wszystko można wyjaśnić matematycznie, po prostu obliczyć – mówi.
– Może coś w tym jest. Czasem oglądam jeszcze ligę japońską, myślę że ich najlepsze kluby, powiedzmy pierwsza „piątka” mogłaby dzisiaj z powodzeniem walczyć o miejsca w połowie tabeli holenderskiej Eredivisie. Wiadomo, że do Europy im daleko brakuje, ale ten dystans szybko się zmniejsza. Jeśli ktoś jest rozczarowany to przypomnę, że piłka w Europie istnieje ponad 100 lat, w Japonii profesjonalna liga zaczęła grać w 1993 roku, nie mieli żadnej historii, własnych legend, musieli żywić się historią piłki europejskiej czy brazylijskiej – zaznacza Schans.
Dzisiaj Japończycy mają już swoich bohaterów, o których kiedyś będą krążyć legendy. M.in. dzięki takim trenerom jak Schans.
Ostatnio pracował w Chinach i w Namibii.
– W Chinach zdobyłem mistrzostwo kraju więc chcieli mnie zatrzymać, naprawdę fajnie to szło, ale ja potrzebowałem nowego wyzwania, chciałem poznać nowy świat, nową piłkę. Wie pan, takie życie naprawdę wciąga – mówi Schans.

Świat jest kluczem do Anglii

– Nazywam się Stephen Constantine, jestem trenerem reprezentacji Sudanu, moim marzeniem jest awansować na mundial – przedstawia się ?Magazynowi Sportowemu– angielski szkoleniowiec. Constantine, dobry znajomy Jerzego Engela, na co dzień mieszka w Londynie i na Cyprze. Uważa, że jego szansę na karierę na brytyjskim rynku są niewielkie. Dlatego chce trafić do Premier League z zewnątrz.
– Jestem dobrym trenerem, mam na to wszelkie papiery, wszędzie gdzie pracowałem robiłem dobry wynik, moje drużyny zawsze idą do przodu. A proszę zobaczyć co się dzieje w Anglii: drużyny dostają byli piłkarze: Paul Ince, Garreth Southgate i jak to się kończy? Oni uczą się na błędach za które płacą dziesiątki tysięcy kibiców. To nie fair. Nie masz kwalifikacji, odpuść. Ale cóż, w Europie jest inaczej, nie masz nazwiska, nie zrobisz kariery. Dlatego chcę zrobić nazwisko w Afryce – mówi Constantine, który sam był trenerem w Milwall. – Trenerem, nie menedżerem, to różnica. W Anglii nie miałem żadnej kontroli. To był problem.
Anglik… w świecie futbolu to brzmi dumnie, ale sam Constantine przyznaje, że jego rodakom futbol już dawno wymknął się spod kontroli.
– Powoli przestaje być grą zarezerwowaną dla nas, Europejczyków i mieszkańców południowej Ameryki. Po Afryce i azjatyckie tygrysy wchodzą do gry ? stwierdza.
48-letni Constantine swoją karierę „misjonarza” zaczynał jako selekcjoner reprezentacji Nepalu. Wcześniej pracował w Stanach Zjednoczonych i na Cyprze, skąd pochodzi jego ojciec. Z Nepalu przeniósł się do Indii.
– W Nepalu i w Indiach futbol to zdecydowany numer 1. Ludzie uwielbiają tu piłkę, ale niestety ich zespół grał fatalnie. Proszę sobie wyobrazić, że przez pięć nie potrafili wygrać dwóch meczów z rzędu. Trzeba było to zmienić ? mówi. Rzeczywiście, przez 5 lat Nepal, zwycięzca Igrzysk Południowoazjatyckich, spadł o ponad 50 miejsc w rankingu FIFA. Anglik przywrócił im nadzieję, na początek zastopował spadek, później awansował o 19 pozycji.
– Zaczęło się od tego, że federacja angielska zaproponowała mi wybór z 20 narodowych reprezentacji, które szukają kandydata na selekcjonera. Chodziło o to by dać kopa tamtejszej piłce. Wziąłem Nepal trochę w ciemno, to była przygoda. Byłem wtedy najmłodszym selekcjonerem świata, miałem zaledwie 37 lat. Zresztą, ja wszędzie traktuję pracę jak wielką przygodę, naprawdę kocham tę robotę ? zapewnia.
Constantine wspominał w wywiadzie dla magazynu FourFourTwo: „Miałem do dyspozycji 35 zawodników na fatalnym boisku bez siatek na bramkach. Każdy z nich nosił inną koszulkę, inne spodenki”.
Stephen zaprowadził porządek i przypomniał Nepalczykom jak się gra w piłkę. Dzięki niemu zespół znowu stał się regionalną „potęgą” – Nepal awansował do finału Igrzysk Południowoazjatyckich, gdzie przegrał dopiero z Bangladeszem. Żeby była jasność – Nepal to jedna z najgorszych azjatyckich drużyn. W 1990 roku w kwalifikacjach do Mistrzostw Świata Nepalczycy nie zdobyli punktu, co więcej, w 6 meczach nie strzeli bramki a stracili 28. W 1998 roku zdobyli już jeden punkt, a w 2002 roku wygrali dwa z sześciu meczów. Co prawda ze słabiutkim Macau, ale zawsze coś. Tyle po sobie zostawił Stephen Constantine. Dlatego otrzymał z rąk króla, Bir Bikrama Szacha Devy, najwyższe odznaczenie państwowe.
Co jednak najważniejsze, zdobył uznanie w tym regionie świata i otrzymał propozycję z Indii.
Guus Hiddink powiedział kiedyś: „Skoro w Holandii mamy 16 milionów ludzi i tylu piłkarzy, to automatycznie w Rosji powinienem mieć 20 razy więcej potencjalnych zawodników’. Co ma powiedzieć Constantine?
– Bez przesady, Hiddink się myli. Ok, może w Rosji wszyscy grają w piłkę ale tutaj nie, bo to nie jest takie oczywiste. Ludzie mają często ważniejsze problemy. Mamy tu 26 stanów, w każdym ludzie żyją czymś innym, każdy taki stan to jest mały kraj – mówi. Choć zapewnia, że piłka jest jednak numerem 1.
– Zgadza się. Na świecie panuje przekonanie, że ludzie interesują się tu krykietem, a tymczasem nie jest to prawda. Gdy reprezentacja Indii w krykieta grała z RPA, a więc potęgą, mecz obejrzało na żywo 30 tysięcy osób. Gdy graliśmy z Japonią, na mecz na tym samym stadionie przyszło 90 tysięcy ludzi. Tyle tylko, że media forsują krykieta – opowiada Constantine. Może dlatego, że Indie w krykieta są w czołówce światowej, w 2003 roku sięgnęli na przykład po 3. Miejsce na świecie.
W piłce takiej pozycji nie osiągną, ale pod wodzą Anglika Indie wygrywały spotkania z Rwandą i Zimbabwe, które były ponad 80 miejsc wyżej w rankingu FIFA i awansowały do finału Igrzysk Afrozjatyckich, zaś drużyny młodzieżowe do lat 17 i 20, dostały się do Młodzieżowych Mistrzostw Azji. Odejście Constantine’a było komentowane jako wielki narodowy dramat.
– Moja praca polegała na tym, żeby poruszyć futbol w tym kraju. Zajmowałem się drużynami młodzieżowymi, załatwiłem dla zespołu najlepsze firmy odzieżowe. Myślę, że się udało. Gdy uznałem, że nie jestem w stanie osiągnąć więcej, po prostu odszedłem. Na pewno spore znaczenie miał też fakt, że kluby nie chcą inwestować w rozwój. Dałem z siebie tyle ile możliwe, ale sam świata nie zmienię – mówi. Chciał spróbować sił w Anglii, ale po epizodzie w Milwall rok pozostawał bez pracy. Ostatnio pracował w Malawi, teraz w Sudanie.
– Myślę, że jest jeszcze za wcześnie by Sudan wszedł do Mistrzostw Świata, ale jest nadzieja na Puchar Narodów Afryki. Musimy się starać robić postęp przy każdej grze, cały czas iść do przodu – mówi Constantine. W pierwszym meczu pod jego wodzą zespół zremisował ze znacznie wyżej notowanym Mali 1:1.
– Proszę spojrzeć na nazwiska: Kanoute, Diamoutene, Keita, Coulibaly… a myśli pan, że ludzie znają kogoś z Sudanu? No właśnie, oczywiście że nie. To naprawdę dla nas spory sukces – dodaje z satysfakcją.
Anglik ma inną wizję budowy futbolu niż Schaans.
– Nie możesz narzucać nikomu swojego stylu gry. Oni mają swój styl a twoim zadaniem jest go udoskonalić. Ne będę uczył ich defensywnej gry, skoro oni kochają atakować. Za dużo dyscypliny, taktyki… to byłoby wbrew ich naturze – mówi Anglik. – Na początku próbowałem coś zmieniać, ale to był błąd. To są inne światy. W Anglii ośmiolatek dostaje profesjonalny sprzęt. W Sudanie pierwszy raz widzisz na oczy zawodowego trenera gdy masz 17 lat i to tylko na szczeblu reprezentacji narodowej!

Biały czarodziej

Henryk Kasperczak po raz pierwszy pojechał do Afryki w 1994 roku. – Kończyłem pracę w Lille i miałem kilka możliwości pracy, najciekawsza była z Lyonu, ale były też oferty z Marsylii i z Bordeaux. Byłem na fali. Prezesi kazali czekać, a Lille chciał żebym przedłużył. Ja wolalełm poczekać na swoją wielką szansę, ale ostatecznie okazało się, że nikt mnie nie zatrudnił, Lille wzięło już kogoś innego i zostałem na lodzie. Siedziałem więc sobie na bezrobociu i przyszła oferta z Wybrzeża Kości Słoniowej. No to pojechałem… – opowiada nam szkoleniowiec Górnika Zabrze.
Kasperczak miał już za sobą 15 lat prowadzenia drużyn w I i II lidze francuskiej, był na fali wznoszącej. Zaryzykował i do wielkiego futbolu już nie wrócił. Zdobył za tu uznanie i sławę na Czarnym Lądzie.
– Myslałem, że jak nie pracuję to po prostu popracuję i wrócę. W Afryce nigdy wcześniej nie byłem. Ale nie miałem obaw. Ja podchodzę do życia, że wszędzie muszę się dopasować. Pojechałem, popatrzyłem o co chodzi i wziąłem tę robotę. To była krótka robota, jakieś 3 miesiące – opowiada Kasperczak.
– To był pierwszy raz w Afryce ale nie miałem jakiś obaw. Mieszkałem w hotelu, jeździłem na mecze i to wszystko. Miałem wtedy dwóch zawodowców, jednego w II lidze francuskiej, jednego w III lidze. Reszta to miejscowi. Można powiedzieć, że jakieś tam podstawy tworzyliśmy. Taki Didier Drogba miał wtedy może 15 lat – opowiada.
To był czas gdy w Wybrzeżu Kości Słoniowej i w całej Afryce zaczynało się mówić o wielkiej piłce. Dzisiaj WKS będzie nawet kandydatem do medalu na mundialu w RPA. Ale wtedy…
– Wtedy były absolutne początki wielkiego futbolu. W tym czasie Jean Marc Gillou tworzył akademię piłkarską w ASEC Mimosas Abidżan, z której dzisiaj pochodzi większość gwiazd. Wiem, że to było zaledwie 16 lat temu, ale zapewniam że jest to szmat czasu. Ci wszyscy wielcy gracze biegali w samych spodenkach i na bosaka. Stworzono ośrodek, gdzie się uczyli piłki, francuskiego i mieli co jeść. I widzi pan efekty – mówi Kasperczak. Pewnie zawodnicy, którzy dzisiaj grają w najlepszych klubach świata, wtedy oglądali mecze drużyny Kasperczaka, która nie zdołała obronić tytułu mistrza Afryki, ale jednak działała na wyobraźnię. – Mam nadzieję, że ja też jakoś się do tego rozwoju przyczyniłem. Na pewno najlepszy był nasz półfinał z Nigerią. My mieliśmy dwóch profesjonalnych piłkarzy, oni wielkie gwiazdy. Przegraliśmy po karnych, ale to i tak był wielki wynik… Myślę, że futbol bardzo dużo na tym zyskał.
Pierwsze doświadczenia z Afryką były dla Polaka zadziwiające.
– Nie mogę zmienić ich zwyczajów, muszę się dostosować. Nawet jeśli coś było dziwnego, to ja byłem gościem, dopasowywałem się. W WKS miałem na liście płac kilkanaście osób których nigdy w życiu nie widziałem na oczy. Okazało się, że to szamani. Jak się raz któremuś przyśniło, że trzeba spalić kurę, to zabili a później sypali popiół na tę bramkę, która miała być chroniona. Nie protestowałem. Tak jak my idziemy do kościoła żeby pogadać z księdzem, tak oni mają swoje zwyczaje. Jak raz zespół arabski przyjechał do niearabskiego, to gospodarze wrzucili im do szatni świniaka – mówi.
Raz bał się o życie.
– Byłem już trenerem Tunezji, pojechaliśmy do Liberii na jakiś mecz międzypaństwowy. Tam trwała wojna domowa, ale CAF (Afrykańska Federacja Piłkarska) zezwoliła na rozegranie meczu w Monrowii. Z lotniska jechaliśmy ulicą a wzdłuż ulic stali ludzie z Kałasznikowami. Na stadionie było 50 tysięcy ludzi i ani jednego ochroniarza. Jak zaczęli walić kamieniami… wtedy naprawdę myślałem, że to może być koniec.
U czarnoskórych piłkarzy poruszyła go solidarność.
– Zawodnicy składają się na owieczkę czy krowę i dają na biednych do jedzenia. Są bardzo solidarni – opowiada. – Miałem w St. Etiene Rogera Milę, to 20 osób u niego jadło. Pomagali żonie w zakupach, sprzątali dom, a Milla ich utrzymywał. A Afryce jest tak, że jak człowiek wyjeżdża do Europy to żegna go cała wieś, by osiągnął coś. On wie, że jest takim reprezentantem gminy i musi ich utrzymywać. Jak piłkarz wraca do domu, to musi dawać prezenty. Jeśli ktoś wraca i nie robi kariery, to jest jakby odrzucany przez lokalne społeczeństwo. Dlatego niektórzy nie chcą wracać.
W Mali za zasługi dostał kawałek ziemi.
– Nigdy tam nie było, powiedziałem żeby oddali go biednym. Poza tym mam jeszcze kilka wysokich odznaczeń państwowych – mówi.
O ile w czarnej Afryce przeżywał raczej przygodę (choć bardzo poważną) z piłką, to w Tunezji już powierzono mu prawdziwą misję.
– W Tunezji byłem też dyrektorem federacji, tworzyłem struktury, zawodowy system, brałem udział w komisjach budowy stadionów, wszystko od podstaw.
Jak pan dzisiaj pojedzie do Tunezji to wszystkie drzwi mam normalne – opowiada. – Oczywiście przede wszystkim byłem trenerem a asystentem miałem miejscowych. Muszą się uczyć, ale też ważne jest że znają mentalność, znają realia, dogadują się między sobą. Ja jestem takim szefem, koordynatorem, ale miejscowi są ważni. Robiłem też spotkania z miejscowymi trenerami, omawialiśmy różne trendy, sposoby szkolenia – wspomina.
Poświęcając się pracy w Afryce, stracił kontakt z Europą.
– Próbowałem wrócić do Francji, do Bastii ale to nie było udane. Szkoda – rozkłada ręce. Za to na pozycję w Afryce nie narzeka. – Mam trochę sławy, więc często do mnie dzwonią. Jak jest jakaś wolna posada w Afryce to zawsze mnie wymieniają jako kandydata. Nawet jak z nikim nie rozmawiam – uśmiecha się.
Swoją karierę w Afryce zakończył na Senegalu. W trakcie Pucharu Narodów Afryki w 2008 roku wycofał się po dwóch meczach, w których zdobył zaledwie 1 punkt. – Puściły mi nerwy, bo ludzie są niepoważni, nie traktują tej roboty z zaangażowaniem. Nie ma takiego poczucia, że zawodnicy chcą grać za wszelką cenę dla drużyn narodowych. Jak ci zawodnicy nie mieli takiej wielkiej kasy, to było więcej patriotyzmu w grze – uważa Kasperczak. Czy wróci?
– Nie myślę o tym, ale nigdy nie możesz tego wiedzieć – zastanawia się.

Świat się zmienia

Globalizacja w piłce często następuje szybciej niż w innych dziedzinach życia, bo tu zasady są proste – umiesz grać, ktoś w końcu wyciągnie do ciebie rękę. Trenerzy z Europy uczą narody na całym świecie, że futbol to najprostsza gra – wystarczy mieć piłkę i talent. Niestety, trudno oprzeć się wrażeniu, że my Polacy jesteśmy ofiarami tej globalizacji. Nie korzystamy z możliwości jakie daje. Leo Beenhakker wielokrotnie mówił: – „Talent jest tutaj”. Jaka jest więc przeszkoda? Dlaczego przeganiają nas kolejne drużyny afrykańskie i azjatyckie, które 20 lat temu stawiały pierwsze kroki w futbolu? Dlaczego uczą się szybciej od nas? Cóż, niech każdy spróbuje odpowiedzieć sam.

Marek Wawrzynowski

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: