Mateusz Borek

Zawsze gdy napisze się o dziennikarzach, jest sporo odwiedzin. Nie będę tu pisał o dziennikarzach, bo to blog o piłce a nie o mediach. Może czasem jakaś krytyka któregoś z nas, jeśli przegnie pałę.

Wrzucę jeszcze tylko wywiadzik, który kiedyś zrobiłem z Matim Borkiem do magazynu telewizyjnego „PS”. To było zaraz przed mistrzostwami Europy w Austrii i Szwajcarii. Mati jest bardzo fajnym gościem i do tego na wysokim poziomie. Możesz z nim rozmawiać na argumenty, merytorycznie i bez dziecinnej licytacji, bo zna się na piłce jak cholera. Niepotrzebnie się popisuje w większym gronie, bo przecież i tak wszyscy wiedzą kim jest i na co go stać.

MW: Dariusz Szpakowski od lat jest na szczycie, a Ty próbujesz go z tego szczytu strącić i zająć jego miejsce. Zgadza się?
Mateusz Borek: – Absolutnie nie. Nikogo nie ścigam. Cieszę się tym co mam. A mam niesamowite szczęście, bo robię coś co uwielbiam. Myślę, że bardzo nikły jest procent ludzi, którzy idą do pracy z uśmiechem na ustach i robią to co wymarzyli jako dzieci. Natomiast Darek to legenda, naturalny następca Jana Ciszewskiego. To on miał trudniej, bo musiał się zmierzyć z wielkim mistrzem. Dzisiaj jest inaczej niż wtedy gdy zaczynał, gdy ulice pustoszały, bo był wielki mecz. Dzisiaj jest kilkanaście programów sportowych, piłka trochę spowszedniała. Jednym okiem oglądamy mecz, drugim patrzymy w inną stronę. Chyba przeceniamy rolę komentatorów. Chociaż z drugiej strony to my mamy najwięcej krytyków na forach internetowych. Nie komentatorzy polityczni czy prowadzący wiadomości.
To jak to jest między tobą a Szpakowskim?
– Znamy się z Darkiem i od czasu do czasu dzwonimy dla podtrzymania kontaktu. Czasem pomagamy sobie użyczając numerów telefonów. Jakiś czas temu Darek zaproponował mi, że załatwi wejściówkę na jakiś mecz. Nie znajdziesz sensacji.
Widziałem kilka razy jak rozdajesz autografy, pozujesz do zdjęć z kibicami. Jesteś celebrity?
– Bez przesady. Telewizja daje rozpoznawalność, ale to nie jest moja motywacja. Gdy przychodziłem do Polsatu w 2002 roku, liczyło się tylko to, że będę mógł komentować mecze reprezentacji na mistrzostwach świata w i przez 6 lat Ligę Mistrzów. Nie pytałem czy to będzie w kanale otwartym, ile ludzi będzie to oglądało. To było spełnienie marzeń. Marian Kmita chciał nawet bym prowadził wiadomości, gdzie jest ponad 3 miliony widzów. Tego nigdy nie zrobiłem. Jestem przede wszystkim dziennikarzem.
Nie ze wszystkimi dziennikarzami masz dobry kontakt. Wielu zarzuca ci, że promujesz konkretnych piłkarzy. Stefan Szczepłek na łamach „Rzeczpospolitej” wypomniał Ci, że pracując w Polsacie i gazecie, masz podwójną siłę oddziaływania.
– Stefan później podpisał kontrakt z TVP i nie zrezygnował z pracy dla gazety. Ostatnio pracował dla Pepsi. Nie mam mu tego za złe. Niech zarabia. Po prostu nie rozumiem tego, że ktoś wypomina mi takie rzeczy.
To nie rozwiązuje tematu promowania piłkarzy.
– Nie zgadzam się z takimi zarzutami. Kiedyś, gdy byłem młody, chwytałem każdego newsa i chciałem go jak najszybciej sprzedać. Po prostu. Tak robi wielu dziennikarzy. Dzisiaj jestem starszy, bardziej doświadczony, dlatego trzy razy zastanawiam się zanim podam wiadomość, dlaczego mi ją dostarczono. To kwestia doświadczenia.
Znowu „Rzeczpospolita”. Mirosław Żukowski, szef sportu, zarzucił ci na łamach, że zmyślasz wywiady.
– Udowodniłem, że to fałszywe oskarżenie. Zresztą temat jest już nieaktualny. Z panem Żukowskim się dogadaliśmy.
Pamiętasz swoje początki? Czy to prawda, że komentowałeś „do obieraczki” pracując w Londynie?
– Zdecydowanie zaprzeczam (śmiech). Ale życie w Londynie to było dobre doświadczenie. Pojechaliśmy na mecz Anglia – Polska. Po kilkunastu dniach zadzwoniłem do domu, że mam robotę i zostaję. Załatwiłem sobie pracę w hotelu na zmywaku i przy garach. Czasem były emocje jak na meczu. Wpadał szef kuchni i krzyczał „immigrants!”. Uciekaliśmy we wszystkich możliwych kierunkach. Zarabiałem tam chyba 30 funtów dziennie, ale 20 zabierali pośrednicy. Za wszystko co uzbierałem chodziłem na West End, do teatru albo na musicale. Zastanawiałem się czasem: co ja tam właściwie robię. Były różne motywacje. Jeden z kolegów stwierdził, że w Anglii uniknie wojska. Pomyślałem: „Hej, zaraz, przecież nie będę przez 12 lat unikał wojska. Wracam do Polski”.
Przynajmniej zarobiłeś?
– Tak. Po powrocie zrobiłem dwudniową imprezę i kasa się skończyła.
I zamiast Londynu postanowiłeś podbijać Warszawę?
– Moja mama bała się, że źle skończę, że nie poradzę sobie w życiu. Robię to też dla niej. Żałuje, ze nie może mnie teraz widzieć. Myślę, że byłaby dumna, gdyby wiedziała, że nie jest ze mną tak źle.
Jeszcze jedno: jakiś czas temu bezbłędnie rozpoznałeś dzwonek telefonu. To były „Dzieci Sancheza” Chucka Mangione. Mati Borek, żel we włosach i klasyka jazzowa? To żart?
– Żelu już nie używam. Zamieniłem na siwiznę. Profesjonalnie wygląda (śmiech). A muzykę kochałem od zawsze. Mój ojciec był dyrektorem teatru. Pamiętam jak wyjeżdżał na delegacje i za dietę kupował „Rydwany Ognia” Vangelisa. Przychodzili znajomi i słuchaliśmy tego całymi nocami. To były czasy. Rodzice chcieli, żebym związał się ze sztuką. Przez kilkanaście lat grałem na skrzypcach, później w kapeli ludowej w Dębicy. Miałem być aktorem. Ale nie byłem najlepszy. Ojciec powiedział, że tylko ścisła czołówka może wyżyć z aktorstwa. Dlatego odpuściłem. Lubię być w ścisłej czołówce. I co w tym złego? Ale ze sztuką cały czas jestem związany. Regularnie chodzę do teatru czy opery. Kiedyś przed jakimś ważnym meczem grali muzycy z mediolańskiej La Scali. Mogłem się popisać wiedzą. Jak widać, może przydać się nawet komentatorowi. Bo dziennikarz sportowy nie musi czytać jedynie biografii piłkarzy.
Przez wiele lat pracowałeś w prasie bulwarowej, opisywałeś życie prywatne piłkarzy. W końcu prasa bulwarowa opisała Twoje. Pamiętasz?
– Takie życie. Trudno, żebym nie pamiętał.
Gdyby ktoś nie pamiętał: Twoja była już dziewczyna, Katarzyna Kraszewska, całująca się nazdjęciach z Przemysławem Saletą.
– W Dębicy na podwórku mieliśmy taką zasadę, że jeśli ktoś poderwie Twoją dziewczynę, to zostaje wykluczony ze środowiska. Z Przemkiem Saletą znałem się od lat. Komentowaliśmy wspólnie od 1996 roku. Dzisiaj już mnie to nie boli.
Kilka dni później komentowałeś razem z Saletą jakąś galę bokserską. Uśmiechaliście się, ale pewnie kopałeś go pod stołem?
– Właśnie że nie. Chciałem udowodnić sobie, że jestem stuprocentowym zawodowcem. To było jedno z moich wielkich wyzwań w karierze. Chciałem pokazać, samemu sobie, że potrafię oddzielić sprawy prywatne od pracy. Udało mi się to.
Kto miał większy stres, on czy Ty?
– Saleta to facet, który nie ma stresu. Wszystko traktuje bardzo lekko. Z jego punktu widzenia, to nie było żadne wielkie przewinienie.
Czy to wydarzenie nauczyło Cię czegoś?
– Tak, że w trzeba znaleźć odpowiednią kobietę. Są złe kobiety i dobre.
Z tego co słyszałem, udało się i podobno niedługo będziesz ojcem?
– Zgadza się. Termin mam na 8 czerwca. Tego samego dnia ma urodzić się dziecko Artura Boruca. Niestety, żaden z nas nie będzie mógł przy tym być. Ale mam nadzieję, że tego dnia Borek będzie mógł skomentować wspaniałe parady Boruca, które dadzą nam wygraną w meczu z Niemcami.
Rozmawiał Marek Wawrzynowski

Advertisements

13 komentarzy »

  1. zelaznypunktwidzenia said

    ty no to cale szczescie, ze nie bedziesz zamieszczal tekstow o dziennikarzach. Naprawde zajebiscie. Szkoda tylko ze dwa ostatnie sa o… dziennikarzach. Ale to dobrze, ze nie bedziesz pisal o dziennikarzach.
    pzdr

  2. vegetable78 said

    tak właśnie napisałem. Nie będę pisał, jeszcze tylko ten jeden. Poza tym Mati to więcej niż dziennikarz. To już osobowość w świecie piłki 🙂

  3. Finkelbaum said

    Dodałem waszą stronę do ulubionych, kocham was! Jesteście w zakładkach, narzędziach, na pulpicie mojej niezniszczalnej visty. Nawet jak się loguję, to pod ikonką jest napis „test wawrzyna”. Go get them tiger!

  4. vegetable78 said

    Mam nadzieję! Prześlij też znajomym.
    PS. Jesteś czwartą osobą, która umieściła na moim blogu komentarz, wobec tego nigdy nie zostaniesz zbanowany! Zaglądaj częściej.

  5. misza said

    Jest i Żelazny:) Zrobisz kiedyś o nim notkę? Jak tak, to załaduje Twojego blogaska do zakładek na moim blogasku:)

  6. vegetable78 said

    nie chcę pisać o dziennikarzach. Możesz mnie włączyć mimo to. Ja też bym Ciebie włączył ale to nic nie da. Mam tu mało odwiedzin. Na tyle mało, że mogę na luzie odpowiedzieć na każdy komentarz. Jak kiedyś będę miał więcej i będę w stanie coś zaoferować, to włączę 🙂
    PS. Michał, jesteś piątą osobą, która umieściła komentarz na moim blogi, wobec tego nigdy nie zostaniesz zbanowany!

  7. Omar said

    ekhm… zarówno ja jak i Michał jesteśmy piątymi osobami. Czy obaj nie będziemy zbanowani?:)

    Generalnie podobają mi się te teksty o dziennikarzach. Teraz coś o miszy! Czytając komentarze na sport.pl i kick rush widać, że wzbudza spore emocje wśród czytelników. Liczba zamówień rośnie:)

    Jak założe kiedyś bloga, którego nikt nie będzie czytał, to włącze wszystkich!

    Poczytałem trochę tego bloga i widzę, że dość krytycznie podchodzisz do wielu tytułów prasowych. Ciekawi mnie jaką masz opinię na temat serwisów internetowych jak sport.pl, sports.pl, sportowefakty i na działy sportowe w serwisach wp, onet czy interia. To jest ogromny rynek i moim zdaniem w Polsce poważnie zaniedbany. Ilość absolutnie nie owocuje jakością. Wszędzie te same przeglądy prasy, za mało błyskotliwych tekstów autorskich, za duże oszukiwanie tytułami. Często wyłączam cały serwis kiedy jestem rozczarowny takim zagraniem. Przynajmniej niektóre blogi trzymają poziom.

  8. vegetable78 said

    jeden z was był szósty. Tak to jest, wczoraj miałem jedną osobę komentującą, dzisiaj jest was już siedmiu!!! Można się pogubić, zabrakło mi palców w jednej ręce. Jeśli chodzi o mój stosunek do mediów elektronicznych to jestem mocno rozczarowany ale ich jakość wynika z braku interwencji wydawców gazet. Wytłumaczę to w jednym z najbliższych postów. Zastanawiałem się czy o tym napisać czy nie, ale skoro uważasz, że to ciekawe to czemu nie… pzdr.

  9. Zuch said

    No to ja będę ósmym, a może już dziewiątym?

    Kilka wejść na pewno było już od nas. Bo cóż, mamy tu chłopaka, który dużo czasu spędza w googlach. Jakiś czas temu Cię już wyczaił. Będę próbować czytać, wchodzić i też Wawrzyna zaraz dorzucę. Blog to może i fajna sprawa, jesli ktoś wchodzi, jeśli się chce. Mój od początku spełnia funkcję zaledwie archiwum, choć i tak gnije w zapomnieniu. Poza dzisiejszym wieczorem! To aberracja. Pozdro PEZET

    Ano, i oczywiście polecam siebie, jak zawsze w takiej sytuacji, http://www.przemyslaw-zych.blogspot.com Dwa lub trzy wejścia więcej mogą odmienić jego smutny los;)

  10. vegetable78 said

    trzeba się wspomagać! pzdr, zapraszam ponownie.

  11. tmp_de said

    Cze,

    Tomek P. z Dębicy… Chce Jaena M.J zaprosic na akcję podziel się posiłkiem… jesteś w stanie mi pomoc?

  12. Duża część z tego co tu napisane jest dla mnie czymś nowym, ale staram się czytać takie artykuły jak ten, aby uzupełnić braki w wiedzy.

RSS feed for comments on this post · TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: