Radosław Matusiak

Ten tekst zrobiliśmy z Piotriem Żelaznym niedługo po tym, jak Matusiak ogłosił, że kończy karierę.

Szkoda mi Radka, myślę że odbiła mu totalna sodówa. Po mojej wizycie w Heerenveen napisałem, że facet jejst totalnie bez formy. Później, że chyba mu kompletnie odbiło, bo zamiast przyjąć ofertę z II ligi hiszpańskiej powiedział menedżerowi, że interesuje go tylko Primera Division. W piątek wieczorem zadzwonił telefon. Numer prywatny. Głos znajomy: – „Cześć Tu Radek.”. Odpowiadam: – „Cześć”. Radek: „Dlaczego napisałeś, że mi odbiło? Kto powiedział ci, że nie przyjąłem oferty z Segunda Division?”. Ja: „Sorry, Radek ale nie mogę ci tego powiedzieć, to są tajemnice warsztatu. Dostajesz informacje od kogoś i nazwisko zawsze trzeba trzymac w tajemnicy”. Rozmowa się rozkręcała. Radek zaczął się denerwować. Ostro naskakiwać. Jak się zakończyło? To już w tekście.

– Kim ty w ogóle jesteś, co? Ile ty masz na koncie? Jesteś zwykły golas. Jeszcze raz napiszesz o mnie nieprawdę, to zacznij się oglądać za siebie….

– A wie pan, że na Malediwach trochę zmienił mi się gust. Białe wino, dobrze schłodzone, w równikowym klimacie nie jest złe. Dotychczas piłem tylko czerwone.
– Teraz należy inwestować w akcje firm, które dopiero wchodzą na giełdę. Debiuty są naprawdę korzystne. Nie pamiętam, kiedy ostatnio na nich bym stracił.
Te złote myśli wbrew pozorom nie pochodzą od różnych osób, ale jednej. Wszystkie padły z ust Radosława Matusiaka. Piłkarza, który w wieku 24 lat nagle znalazł się na samym szczycie, by boleśnie z niego spaść. Kilka tygodni temu trochę bez echa przeszła po Polsce wiadomość o zakończeniu przez Matusiaka kariery. Skutecznie została zagłuszona przez lwowskie incydenty i atmosferę w kadrze. Tymczasem Matusiak jeszcze kilkanaście miesięcy temu był na ustach wszystkich.
Cytaty o winach i o giełdzie pochodzą z końca 2006 roku, gdy napastnik reprezentacji znajdował się na ustach wszystkich kibiców w Polsce, a jego twarz zdobiła okładki pism wcale nie tylko o tematyce sportowej. Pozostałe to czasy nieco nowsze. Pierwszy pochodzi sprzed kilkunastu tygodni, kiedy Matusiak sam zadzwonił do dziennikarza Przeglądu Sportowego (chodzi o mnie, w tekście tego nie napisaliśmy bo jest dwóch autorów), który po wizycie w Heerenveen śmiał napisać, że Polak wyraźnie odstaje od reszty zespołu, że brak mu dynamiki, a piłka mu tylko przeszkadza… Kilka dni po tym telefonie, nowy szkoleniowiec fryzyjskiego klubu, Trond Sollied zapowiedział, ze nie widzi Matusiaka w szerokiej kadrze. To właśnie po tej wiadomości niedawny idol wszystkich rzucił karty na stół i powiedział pas. Cytat o oczernianiu przed kolegami pochodzi z kolei z maja tego roku, kiedy dziennikarz Rzeczpospolitej napisał, że napastnikowi jako jedynemu z całej ekipy 26 piłkarzy przygotowujących się do Euro 2008 nie podobają się warunki na zgrupowaniu w Donaueschingen. Matusiak wygrażał dziennikarzowi swoją twarz trzymając niemal 5 centymetrów od twarzy żurnalisty i zaciskając pięści. Zachowanie raczej w stylu osobnika noszącego dres i pijącego piwo na osiedlowej ławce, a nie uchodzącego za jednego z najbardziej inteligentnych piłkarzy naszych czasów miłośnika win i papierów wartościowych. Kilka dni po tym incydencie Leo Beenhakker ogłosił 23-osobową kadrę na Euro. Jak wszyscy pamiętają Matusiak się w niej nie znalazł…

Kim jest Matusiak? Czy to faktycznie fatalnie zmarnowany wielki talent, a może po prostu ten człowiek miał swoje pięć minut i… nic ponad to? Pięć minut, które w dodatku fantastycznie wykorzystał?
Jego talent eksplodował w 2006 roku, gdy był zawodnikiem Bełchatowa. Nagle, wcześniej dość przeciętny i niespecjalnie wyróżniający się piłkarz, który zdążył zwiedzić już ŁKS, Szczakowiankę Jaworzno i Wisłę Płock, zaczął co i rusz strzelać bramki. I to naprawdę ładne, poprzedzone często indywidualnymi akcjami i efektownymi dryblingami. W rundzie rewanżowej sezonu 2005/06 z 9 trafieniami został najskuteczniejszym zawodnikiem wiosny. Co poniektórzy nawet próbowali domagać się włączenia Matusiaka do kadry na mistrzostwa świata w Niemczech, ale były to jednak próby dość nieśmiałe. Zaczął udzielać pierwszych wywiadów, i zaroiło się aż od spekulacji na temat możliwego transferu do Wisły, albo Legii. To jednak było tylko preludium do tego, co miało nastąpić za kilka miesięcy.
Jesienią Matusiak grał jeszcze lepiej. Został powołany do kadry Beenhakkera (swoją drogą niech sobie wszyscy przypomną te zachwyty nad Holendrem, że tak odważnie stawia na polskich ligowców). W pierwszym meczu – przeciwko Serbii – zdobył bramkę. Następnie w listopadzie zapewnił nam zwycięstwo 1:0 z Belgią na wyjeździe. Akcja, gdy przepchnął wartego 10 milionów euro obrońcę Bayernu Monachium, Daniela van Buytena, weszła na stałe do kanonu polskiej piłki.
Mniej więcej wtedy zaczął się szał. – To była naprawdę Matusiakomania. Radek przestał być Radkiem, a zaczął być RadoMatu, albo Matugolem. W szczerych wywiadach opowiedział o tym, jak wyrwał się z domu i balował w Krakowie podczas epizodu w Szczakowiance Jaworzono, czy w Płocku. Nie mam pojęcia po co to zrobił – zastanawia się przyjaciel rodziny Matusiaków i jeden z pierwszych trenerów Radka, jeszcze z czasów SMS Łódź, Mirosław Dawidowski. – Może chciał się pochwalić jaki z niego kozak, może doradził mu tak jakiś spec od wizerunku? Nie wiem. Mówiłem mu już wtedy, że przesadza z tym pokazywaniem się w mediach. Gotował w programach kulinarnych, pokazywał się z żoną w innych.
W miernej polskiej lidze brakowało prawdziwych idoli, a Matusiak idealnie nadawał się do
takiej roli. Inteligentny, elokwentny, mający ciekawe zainteresowania, do tego twarz modela. Media przesadziły, ale piłkarz na to pozwolił, a nawet temu podsycaniu zainteresowania własną osobą pomagał. Gdy zimą 2006 roku pojechał z rodziną na urlop na Malediwy sam przysyłał do kilku redakcji zdjęcia.
– Patrzyłem na te wszystkie wywiady i programy w kolejnych telewizjach i przede wszystkim mu jednak współczułem. Nigdy bym nie chciał aż tak odsłonić swojej prywatności – mówi dziś Vahan Gevorgyan, kolega Matusiaka z czasów gry w Wiśle Płock. – Chociaż widać było, że on to lubi. Dziś jednak płaci za to cenę. Wszyscy klepali go po ramieniu, gdy dobrze mu szło, teraz został sam.
Napastnik Bełchatowa szczególnie chętnie opowiadał o swoich hobby, czyli graniu na giełdzie i winie. Zaczął uchodzić za eksperta w kwestii tego trunku, a warszawskiej giełdzie dał nawet – oczywiście nie za darmo – twarz. Gram na boisku, inwestuje na giełdzie głosił slogan, a całostronicowa reklama pojawiała się w wielu pismach. Wszystkie rozmowy z Matusiakiem w pewnym momencie zaczęły przybierać nieco groteskowy charakter, podobnie jak zabawa tytułami. – Akcje nadal w górę, to z Przeglądu Sportowego z 17 listopada 2006. Wywiad ilustrują zdjęcia z kieliszkiem wina, a także jak fachowo ogląda butelkę. – Moje akcje stoją już wysoko, ale jeszcze wzrosną. Kiedy najlepiej je sprzedać? Proponowałbym przetrzymać jeszcze kilka lat – odpowiada Matusiak na pytanie o transfer.
W tej chwili przedsiębiorstwo Matusiak jest bliskie plajty, a chętnych na akcje trzeba by szukać ze świeczką
I dalej w tym samym stylu. Pytany o szanse na awans reprezentacji na Euro 2008 odpowiadał zachowując konwencję: – Umiarkowanie, ale z tendencją wzrostową.
Chętnie opowiadał o dwudniowych wypadach do Paryża, których zaniechał, gdy pogoda się popsuła, bo wówczas Paryż „stracił nieco na uroku”. Trzeba jednak wiedzieć, że Matusiak bardzo bogato się ożenił. Jego teść jest właścicielem prężnej firmy budowlanej.
– Umówmy się, że Radek nie był ekspertem giełdowym. Podobnie z tymi winami. Jego teść to prawdziwy pasjonat, a Radek owszem jakąś tam książkę przeczytał o tym, ale to wszystko – mówi Dawidowski.
Jego zainteresowanie giełdą pochodzi z czasów gry w Wiśle Płock, gdzie bakcylem zaraził się od Dariusza Gęsiora. – Radek dowiedział się, że gram na giełdzie i kilka razy wziąłem go do domu, gdzie przy kawie tłumaczyłem mu pewne zasady. Wtedy nie miałem jeszcze laptopa więc indeksy musiałem sprawdzać na komputerze stacjonarnym. To były dobre czasy, bo właśnie zaczynała się hossa i zarabiało się niemal na wszystkim. Z drugiej strony grania na giełdzie nie można się nauczyć jak nie ma spadków – wspomina Gęsior. – Pamiętam doskonale czasy Matusiakomanii, czytałem te jego wywiady o giełdzie. Prawda jest taka, że Radek chyba nie do końca chciał, aby tak go przedstawiano, ale machina ruszyła. Nie ma ekspertów od giełdy. Tamte wywiady były oczywiście głównie w pismach sportowych i ocierały się tylko o tematykę finansów. To normalne, że bierze się różne znane osobistości, by opowiadały o swoim hobby. A Radek był na fali, strzelił kilka bramek w reprezentacji, na pewno spopularyzował giełdę.
– Matusiak zrobił jedną niezwykle ważną rzecz – opowiada jego kolega z czasów gry w juniorskiej reprezentacji Polski, Sebastian Mila. – Udało mu się zmienić wizerunek piłkarza. Spójrzmy prawdzie w oczy, w Polsce wszyscy traktują ludzi zawodowo kopiących piłkę jako półgłówków. Tymczasem pojawił się Radek, który nie dość, że świetnie wyglądał, to umiał się jeszcze inteligentnie wypowiadać i ciekawie opowiadać o swoich pasjach. Mnie wcale nie dziwi, że media go pokochały, a on polubił być gwiazdą.
W pewnym momencie sytuacja zaczęła się chyba jednak wymykać spod kontroli. Zimą 2006 roku – w szczytowym momencie Matusiakomanii – W prasie pojawiały się absurdalne informacje, że Radek miałby zastąpić Arunę Dindane w Lens, Arunę Kone w PSV Eindhoven czy Milana Barosa w Aston Villi Birmingham – zawodników, do klasy których nigdy nawet się nie zbliżył. Polaka przymierzano do połowy europejskich klubów. Sam piłkarz też coraz rzadziej stąpał po ziemi. PS z 22 grudnia 2006 roku: Menedżerowie wyceniają pana najwyżej na 1,2 miliona euro. – To niech może zajmą się czymś innym, bo to kiepska wycena. Najwyższy czas, by polscy piłkarze zaczęli się cenić. Jeśli mój klub i ja nie  otrzymamy dobrej oferty, zostaję w Bełchatowie – oświadczył.
Jego wątpliwości były uzasadnione, bo walka menedżerów o Matusiaka była  naprawdę brudna. Jeden z nich wysłał do Bełchatowa faksem sfabrykowaną ofertę z Tottenhamu Hotspur Londyn. Tylko po to, by zademonstrować swoje nieograniczone możliwości. Ostatecznie Radek poszedł za 1,7 miliona euro do włoskiego Palermo, zespołu, który w momencie jego transferu zajmował czwarte miejsce w jednej z najsilniejszych lig świata – Serie A.

Od początku operacja była dość ryzykowna. Matusiak niemal prosto z wspomnianych Malediwów pojechał do będącej w pełni sezonu drużyny. Wielu było wątpiących, bo zimowe przeprowadzki rodzimych gwiazd niemal nigdy nie  kończyły się happy-endem. – Radek trafił przede wszystkim na zupełnie inny styl treningu – analizuje przyczyny niepowodzenia Matusiaka, jego kolega z płockiej Wisły, Maciej Terlecki. Dziś trener Milanu Milanówek i współpracownik Przeglądu Sportowego. – Szkoleniowiec Francesco Guidolin preferuje bardzo ciężkie, mocne, interwałowe treningi. U nas nikt tak nie prowadzi zajęć, a już Orest Lenczyk, z którym przed przeprowadzką do Włoch pracował, jest zupełnie innym trenerem. Prawda jest taka, że Matusiak został po prostu zajechany, jeszcze dwa miesiące po transferze miał zakwasy.
Nie wszyscy jednak kupują takie wytłumaczenie. – Radek nie powinien się tak tłumaczyć – mówi Gevorgyan. – W końcu jest profesjonalnym piłkarzem, czy tam był, już sam nie wiem jak mam go nazywać. Ja mam wrażenie, że Radek myślał, że przyjedzie do Palermo, a tam wszyscy będą czekać na niego z otwartymi ramionami. Zgubiła, go chyba nieco pewność siebie. Chciał być od razu na szczycie. Jest takie ormiańskie przysłowie: małymi łyżeczkami, ale często. On tak nie chciał.
Coś może być faktycznie na rzeczy. Bo Matusiak długo czekał na debiut. Oczywiście w towarzystwie dziennikarzy, którzy zjechali za nim na Sycylię. W prasie pojawiały się zdjęcia Radka i jego żony Joanny w nowym domu przy kominku, spacerujących po plaży, czy testujących nowy gatunek wina. Matusiak jednak nie grał. Na sugestię dziennikarza, że może jest po prostu za słaby odpowiedział jednak – Proszę mnie nie rozśmieszać. To byłoby chyba dziwne gdybym tak z miejsca dostał plac w takim klubie jak Palermo. Szefowie klubu wiedza, że potrzebuję trochę czasu i są wyrozumiali.
– Radek potrzebuje czuć wsparcie, bardziej niż trenera potrzebny jest mu ojciec, jak Orest Lenczyk, który postawił na niego odważnie i dawał mu to do zrozumienia. Dlatego Radek miał taki luz psychiczny – tłumaczy Marek Zub, dziś szkoleniowiec Widzewa Łódź, asystent Lenczyka z czasów Bełchatowa.
– Matusiak najlepiej prezentował się w Bełchatowie i w pewnym momencie w reprezentacji. Wtedy kiedy wszyscy wokół powtarzali mu jak jest dobry i zapewniali, że w niego wierzą – potwierdza słowa Zuba, Gevorgyan.
– Z perspektywy czasu widzę, że wyjechał po prostu za wcześnie. Nie był jeszcze na to gotowy – analizuje Michał Globisz, trener pod wodzą którego Matusiak sięgnął w 1999 roku po wicemistrzostwo Europy U-16. – Wtedy jednak wszyscy wokół niego powtarzali, by wyjeżdżał. Miał swoje pięć minut i musiał je wykorzystać.
Media jednak długo nie traciły w Matusiaka wiary. Gdy udało mu się wreszcie zadebiutować w Serie A, w meczu z Milanem pod koniec lutego 2007 roku, większość gazet zrobiła z tego wydarzenia okładki, albo przynajmniej czołówki. Okazało się jednak, że tych meczów Matusiak dużo we Włoszech nie uzbierał. W następnej kolejce zagrał z Messiną, a później dopiero w maju (kontuzja) z Ascoli. W tym drugim spotkaniu strzelił nawet gola, co dla większości gazet znowu stało się pretekstem do przypomnienia swojego – nieco w międzyczasie już zapomnianego – pupila.
Szefowie Palermo nie byli tak wyrozumiali jak zapewniali. Tym bardziej, że zwietrzyli znakomity interes. Holenderskie Heerenveen zdecydowało się wyłożyć za piłkarza 3 miliony euro. Spory udział w tym transferze miał podobno Leo Beenhakker. – Oczywiście, że konsultowaliśmy się z panem Beenhakkerem. W końcu zna on Radka doskonale – potwierdza dyrektor sportowy holenderskiego klubu, Yme Kupier.
Selekcjoner reprezentacji Polski dobrze zna byłego szefa klubu Riemera van der Velde, który wciąż ma sporo do powiedzenia w zespole z Fryzji. Beenhakker miał zawsze słabość do Matusiaka. Wiele razy odpowiadał o ich pierwszym spotkaniu. Matusiak ujął go doskonałą znajomością angielskiego i bezpośrednim zachowaniem. – Nie zapytał mnie tylko, jak się ma moja ciotka – żartował selekcjoner.
Ale i Holandii Polakowi nie szło. Miał zastąpić Afonso Alvesa, najlepszego piłkarza klubu. Transfer Brazylijczyka do Anglii lub Hiszpanii miał być kwestią czasu. A jednak odwlekał się, a Matusiak nie miał żadnej szansy nawiązać z nim rywalizacji. Gdy w końcu Alves odszedł do Middlesbrough wcale to jednak nie poprawiło sytuacji Radka, który w ostatniej chwili zdecydował się na powrót do Polski.
Na początku była mowa o Bełchatowie. Tam piłkarz miał trafić na Lenczyka i swego wielkiego przyjaciela Łukasza Gargułę, z którym rok wcześniej siał zamieszanie w lidze. – Nie znam szczegółów negocjacji – opowiada Dawidowski. – Coś jednak poszło nie tak. Działacze Bełchatowa co chwila obniżali jego zarobki. W końcu Radek nie wytrzymał i powiedział, że będzie grał za darmo. Na to jednak nie przystali. Może obniżyłoby to ich prestiż, nie wiem.
Ostatecznie Matusiak wylądował na zasadzie wypożyczenia w pędzącej po mistrzostwo Polski Wiśle Kraków. – Maciek Skorża go zapewniał, że Wisła będzie grała dwoma napastnikami – mówi Dawidowski. – Tak się jednak nie stało. Radek zapewniał mnie, że gdyby nie ta rozmowa nie zdecydowałby się na Kraków. W takiej dyspozycji nie miał szans nawiązać rywalizacji z Pawłem Brożkiem.
– Radek…. – Skorża zawiesza głos – To chyba moja największa porażka w trenerskiej karierze. Nie potrafiliśmy do niego dotrzeć, nie potrafiliśmy obudzić tego Matusiaka, którego wszyscy wciąż pamiętali z Bełchatowa.
Matusiak w Wiśle zagrał w ośmiu meczach, głównie w końcówkach, strzelił jednego gola. Po sezonie nie było tematu zatrzymania go w Krakowie. Musiał wracać do Holandii.

I tu pojawia się pytanie. Który Matusiak jest prawdziwy? Ten z Bełchatowa i reprezentacji, kiedy zachwycał całą Polskę, czy ten wcześniejszy i późniejszy? Czyli nie mogący się przebić do pierwszego składu, bez determinacji i parcia na sukces. Łatwo się poddający i nieodporny psychicznie?
Matusiak zaistniał po raz pierwszy w futbolu, gdy w 1999 roku zdobył wicemistrzostwo Europy pod wodzą Globisza. – Zawsze był piłkarzem dobrym technicznie, ale nie wyróżniał się na tle kolegów, takich jak chociażby Rafał Grzelak, który przewyższał wszystkich – mówi Globisz.
W tamtej drużynie Matusiak rozegrał 41 spotkań, głównie końcówek, i strzelił zaledwie 3 bramki. Nie zapowiadał się na gwiazdę. – Dał się lubić, bo to był bardzo fajny, inteligentny chłopak. Miał zadatki na piłkarza, był dobrze ułożony, silny, ambitny. Nie sprawiał żadnych problemów – zapewnia Globisz. Podkreśla, że Matusiak, choć był tylko rezerwowym, był ważną częścią drużyny, która sięgnęła po wicemistrzostwo Europy. Grał też kilka miesięcy później na  młodzieżowych mistrzostwach świata w Nowej Zelandii. Dwa lata później, mimo że kierownikiem zespołu Globisza był Matusiak senior, syn nie znalazł się w kadrze na mistrzostwa Europy w Finlandii. – Postanowiliśmy postawić na Pawła Brożka, był lepszy. Ojciec nic nie powiedział. Wiedziałem, że jest mu przykro, ale musiałem stawiać na najlepszych – tłumaczy Globisz.
Matusiak pochodzi z dobrej, dość zamożnej, rodziny. Jego ojciec jest prawnikiem, matka zawsze chciała żeby syn został lekarzem. To jednak ojciec robił z niego piłkarza, sam też wchodząc w świat futbolu. – To ja Janusza wylansowałem – mówi Dawidowski, który był wtedy asystentem Globisza. – Potrzebowaliśmy kierownika, ale to musiał być człowiek niezależny finansowo. Czasem trzeba zapłacić z własnej kieszeni za transport, czy za posiłek. Dopiero później to rozliczyć w PZPN. Nikt nie chciał się zgodzić, a z Matusiakiem seniorem współpracowałem już w łódzkiej SMS, więc go zaprosiłem. I tak wsiąknął. Był działaczem w ŁKS, później w Bełchatowie, po tym jak menedżerowie chcieli przekręcić Radka postanowił sam poprowadzić jego interesy.
– Nigdy nie dawał nam do zrozumienia, że pochodzi z lepszej rodziny, nigdy też nie wykorzystywał tego, że jego ojciec był kierownikiem drużyny. Wręcz przeciwnie. Pamiętam, że za młodu wszyscy byliśmy strasznie przesądni. Gdy przyszło do wybierania numerów nikt nie chciał grać z 13. Każdy z nas uważał, że jak dostanie trzynastkę, to może kończyć karierę – śmieje się Mila. – Wtedy jego ojciec kazał Radkowi grać z felernym numerem. Powiedział, że nikomu innemu nie mógłby tego zrobić.
– Radek był zawsze trochę na uboczu. W szatni też nie był specjalnie głośny. Inni rządzili – mówi kolega z reprezentacji Globisza, a później też ŁKS i Wisły Kraków, Piotr Brożek. – Zawsze był jedna uśmiechnięty i otwarty. Także później w Wiśle, chociaż przechodził przez trudny okres.
– Pamiętam jak pojechaliśmy na mistrzostwa świata do Nowej Zelandii. Każdy z nas umiał powiedzieć yes, albo no, i na tym się kończyło. A Radek elegancko się z każdym dogadywał. Angielskiego uczył się od przedszkola – wspomina Mila.

Pytanie, czy Matusiak nie był trochę produktem. W szkole, której dyrektorem był ojciec, wyróżniał się dobrymi ocenami, przynosił świadectwa z czerwonym paskiem. W swoich najlepszych czasach, czyli okresie gry w Bełchatowie, pracował z zatrudnionym w SMS Łódź trenerem lekkiej atletyki, Kazimierzem Maranda, oraz współpracującym ze szkołą psychologiem – Dariuszem Lenartowiczem. – Nie wiem czy Orest o tym wiedział – mówi Dawidowski. – Myślę, że by się nieźle zdenerwował. Ale przynosiło to efekty. Te dodatkowe zajęcia to były pomysły ojca i syna. Wiedzieli, że trzeba kilka rzeczy poprawić.
Ojciec cały czas sprawował nad nim pieczę i zawsze był bardzo blisko syna. Gdy w końcu Matusiak wyrwał się spod (nad?)opiekuńczych skrzydeł zaczął używać życia – Przeniosłem się do pierwszoligowej wówczas Szczakowianki Jaworzno i przyznaję, że straciłem tam trochę czasu. Z własnej winy. Po raz pierwszy wtedy wyrwałem się z domu. Zamieszkałem w Krakowie i ważny był dla mnie nie tylko futbol. Wie pan, imprezy, balangi. Na szczęście potem zmądrzałem. Gdy przeniosłem się do Wisły Płock, poznałem moją przyszłą żonę. Zaczął się dobry okres w moim życiu, który trwa do dziś – mówił Matusiak w jednym z wywiadów, po zdobyciu bramki w reprezentacyjnym debiucie przeciwko Serbii.
Czy jednak aby na pewno? – Nie ma co ukrywać zdarzyło nam się pójść do kasyna – mówi cichym tonem Gevorgyan. Piłkarz, który jest przykładem zmarnowanego przez hazard talentu. – W Płocku kasyna nie ma. Do Łodzi nie chciał jeździć, bo nie chciał grać na terenie ojca. Jeździliśmy więc do Warszawy, bo tam najbliżej. To nie był jednak nałóg.
– Za czasów juniorskich nikt nas by do kasyna nie wpuścił – mówi inny piłkarz otwarcie przyznający się do zamiłowania ruletką, Mila. – Później w młodzieżówce kilka razy nam się zdarzyło pójść i zakręcić kulą. To była jednak tylko niewinna zabawa. Stawki nie były duże, po kilkaset złotych. Bardziej chodziło o spędzenie razem czasu i rozrywkę. Nie każdy musi się uzależnić, nie każdemu kasyno musi przeszkadzać w dobrej grze i osiągnięciu wysokiej formy.
Problem w tym, że wiele wskazuje na to, że Matusiakowi jednak kasyno przeszkadzało i było czymś więcej niż tylko kolejnym – obok wina i giełdy – hobby, którym jednak nie chciał się dzielić z opinią publiczną. Jak mówią dobrze poinformowani Polak potrafił nawet mając jeden wolny dzień wsiąść w samolot z Sycylii do Krakowa i przyjechać pograć. Osoba blisko związana z Wisłą Kraków opowiada, jak jednego wieczora Matusiak przegrał 400 tysięcy złotych, a takie sumy muszą robić wrażenie, nawet na takich starych wygach jak Gevorgyan, czy Mila.
– Ile? – dopytuje się pomocnik Śląska Wrocław. – To są naprawdę wielkie pieniądze. W życiu takiej sumy nie przegrałem.
Ciosy na Matusiaka spadały jeden po drugim. Zupełny brak formy sportowej i półtora sezonu siedzenia na ławkach w trzech klubach nie wpływały dobrze na jego psychikę. Beenhakker nie wziął, go na Euro, co było dla niego ponoć strasznym ciosem. Do tego doszły wspomniane kasyna. Pojawiły się też problemy w życiu prywatnym. Bulwarowy Super Express opublikował zdjęcia Matusiaka w jednym z warszawskich hoteli w towarzystwie nieznanej blondynki. Po kryzysie piłkarskim przyszedł czas na małżeński. Joanna, żona
Matusiaka, spodziewała się dziecka, pojawiły się jednak plotki o rozwodzie, który ostatecznie nie doszedł do skutku. Ogłoszony przez Matusiaka koniec kariery wydaje się jednak krokiem dość histerycznym…
– Radek nigdy nie należał do twardzieli psychicznych – przyznaje Dawidowski. – Dlatego też sesje z psychologiem tak mu pomagały. Nie posuwałbym się jednak tak daleko i mówił, że Matusiak wpadł w depresję.
– Nie jest słaby psychicznie, przecież zanim zaistniał miał trudne chwile, chociażby w Płocku. Inna sprawa, że nie ma skorupy. Na pewno jest bardzo wrażliwy – mówi Zub. – Zawsze potrzebował akceptacji, kolejnego dobrego meczu, bramki. To pomagało mu utrzymać odpowiedni poziom. Na pewno musiał czuć, że jest potrzebny. A tego wszystkiego ostatnio mu zabrakło.
Matusiak miał już takie chwile zniechęcenia wcześniej. – Radek pochodzi z bogatej rodziny, dlatego nigdy nie był tak zdeterminowany jak inny. Jego koledzy wiedzieli, że muszą wydrapać oczy, żeby coś osiągnąć w życiu i wyrwać się z biedy. Radek nie musiał, bo wiedział, że w każdej chwili może zacząć robić coś innego – wspomina czasy w Płocku Terlecki. – Gdy nie łapał się do pierwszego składu, dawał wszystkim do zrozumienia, że tak naprawdę, to mu wcale nie zależy.
Słowa Terleckiego potwierdza Skorża, który w Wiśle Płock był asystentem Mirosława Jabłońskiego w tym czasie, kiedy był tam Matusiak. – Radek z Płocka to zupełnie inny facet, niż ten, którego spotkałem później w Krakowie. Ten pierwszy nie wiedział tak naprawdę co on chce w życiu robić.
Także w Heernveen widzieli, że coś nie tak jest z podejściem Matusiaka do wykonywanej i solidnie opłacanej pracy: – W pewnym momencie dało się zauważyć, że jego motywacja gdzieś znikła – mówi Kupier. – Poza umiejętnościami, to właśnie motywacja jest najważniejsza w osiągnięciu sukcesu w futbolu. Matusiakowi tego zabrakło i być może dlatego zdecydował się zakończyć karierę.

Najnowsza informacja jest taka, że były reprezentant zajmie się biznesem. Ma podobno zamiar otworzyć na warszawskim Placu Teatralnym knajpę. Nikt jednak nie bierze do końca na poważnie jego deklaracji o końcu kariery piłkarskiej.
– Jestem przekonany, że Radek wróci do piłki. Jeszcze zimą, wspomnicie moje słowa – zarzeka się Dawidowski. – Teraz musi odpocząć, Joasia zaraz będzie rodzić, postanowił, że zoperuje sobie pachwinę, która przeszkadza mu już od jakiegoś czasu. Co więcej jestem przekonany nawet, że wróci do reprezentacji. Zresztą nikt tego od niego nie słyszał. To jego ojciec Janusz podał taką informację do prasy.
Trudno usłyszeć to od samego Radka, ten bowiem nie rozmawia z prasą i jest w tym postanowieniu jak na razie bardzo wytrwały.
– Radek wróci. Za bardzo bawiła go gra w piłkę, to było zawsze jego pasja – mówi Mila z przekonaniem. – Jak byliśmy młodzi każdy z nas marzył o karierze, a on chyba najbardziej. Miały być Milany. Barcelony, Manchestery. Nie wierzę, że teraz się podda i wszystko zostawi.
Pytanie tylko jaki Matusiak wróci? Ten ze swoich pięciu minut sławy – czasów Bełchatowa – czyli równie efektowny na boisku, jak i poza nim. Ten z czasów późniejszych, czyli sfrystrowany, nie przyjmujący krytyki, zastraszający dziennikarzy, nie mogący ustabilizować formy? A może ten najwcześniejszy? Niczym nie wyróżniający się ligowiec? Jedno jest pewne – już dawno tyle szumu i zamieszania nie było wokół piłkarza, któremu wyszły…dwie rundy.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: