Triumf woli

Ten tekst wyjątkowo nie będzie o piłce nożnej. Będzie o hokeju. Właściwie o hokeiście. Jedynym w swoim rodzaju… Panowie pozwolą, że przedstawię… Krzysztof Oliwa.

Triumf woli

– Jeśli masz kurczaka i wierzysz, że możesz zrobić z niego rosół, to zrób to. Jeśli nie wierzysz, to gówno z tego będzie, choćbyś się starał – mówi filozoficznie Krzysztof Oliwa. Jego życie jest dowodem na to, że dzięki wierze można przenosić góry. Jedyny Polak, który zdobył Puchar Stanleya, komentował właśnie mistrzostwa świata grupy B w hokeju na lodzie. I załamywał ręce…

– Młodzi hokeiści nie znoszą krytyki. Za dużo gwiazdują. W życiu musisz być twardy. Gdyby w NHL ktoś się obraził za to, że jest skrytykowany, zaraz by wyleciał z zespołu. Sam nie raz dostałem w czajnik. To się nazywa wypadek przy pracy. Jeśli tak się stanie, to po prostu… trenujesz ciężej i szukasz szansy w następnym meczu – mówi. Na potwierdzenie tych słów na imprezie po zakończeniu mistrzostw świata w hokeju w grupie B dał w czajnik… kilku naszym reprezentantom.
– Najpierw chłopaki rozrabiali, nie mieli żadnego szacunku dla starszych zawodników i trenerów więc ich uspokoiłem. A później… Jeśli ktoś wchodzi do twojego pokoju o 6 nad ranem i pyta czy może się przespać z twoją narzeczoną, to reakcja może być tylko jedna – wyjaśnia incydent Oliwa.
– To jest hokej, jeśli chcesz osiągnąć sukces, musisz być twardy.
Żeby nie być gołosłownym, pokazuje rękę. – Mało mi jej nie urwało. Mam tu 6 śrub, każda 4 centymetry i platynową płytkę – zapewnia Krzysztof Oliwa, który przypomina raczej kulturystę niż hokeistę.
To było 28 października 2000 roku. – Pamiętam ten dzień. Graliśmy z Detroit na wyjeździe, Dominik Hasek wypuścił krążek, wpadłem, pod jego bramkę na pełnej szybkości, wystarczyło wbić krążek do pustej bramki. Matthew Dendenault podstawił mi kij, wylądowałem na bandzie. Zasłoniłem się ręką, gdyby nie to, skręciłbym kark. Ręką mi się rozsypała. Tak jakby jej nie było. Tam było 20 tysięcy ludzi, słyszałem tylko siebie – mówi. Lekarz powiedział: „Twoja kariera jest zakończona”.
W dwóch pierwszych meczach po zaleczenu kontuzji Oliwa zaliczył, oczywiście, dwie bójki. Dendenault nigdy już nie spał spokojnie, przynajmniej gdy zbliżała się godzina meczu z zespołem Polaka.
– Może ten gnojek nie zrobił tego specjalnie, ale obiecałem mu, że go załatwię. Jak ktoś wjeżdża na pełnej prędkości i kto inny mu podstawia kij, to wiadomo czym to grozi. Powiedziałem: „Zakończę karierę na twoim łbie!”. Później jak tylko wyjeżdżałem na lodowisko on zjeżdżał. Już nigdy nie przebywaliśmy w tym samym czasie na lodzie. Podjeżdżałem do niego i rzucałem mu stek bluzgów. Tylko tyle mogłem zrobić – dodaje.

Oliwa wśród gwiazd

Krzysztof Oliwa zakończył karierę trzy lata temu i od tego czasu coraz rzadziej zagląda w teleskop, żeby obejrzeć gwiazdy.
– Gdy grałem, to była moja ucieczka. Przed meczem wypijaliśmy po 5 czy nawet 8 kaw, żeby się naładować. Później nie byłem w stanie zasnąć. Siadałem gdzieś pod gołym niebem, obserwowałem gwiazdy. Miałem doskonały sprzęt, mogłem obejrzeć przez niego nawet 9 księżyców Jowisza. Byłem tym zafascynowany, kupowałem wszystkie książki dotyczące astronomii. Czasem myślę, że być może ci wszyscy ludzie, którzy mówią, że widzieli UFO mają rację? Dlaczego od razu zakładamy, że są wariatami? Jeśli spojrzysz na gwiazdy, zrozumiesz jak mali jesteśmy, sam dojdziesz do wniosku, że nie
jesteśmy sami we wszechświecie – mówi Oliwa. Polski „Enforcer” (z angielskiego „Goryl”, „Ochroniarz” – red.) wie wszystko o gwiazdach. Grywał w karty z Mario Lemieux, w szatni motywował do gry Jerome’a Iginlę, zdarzało mu się skoczyć na obiad z Patrickiem Eliasem czy Scottem Gomezem. To ludzie, którzy zarabiali po kilka milionów dolarów rocznie. Gdy któremuś z nich zagrażało niebezpieczeństwo, Oliwa ruszał do akcji.
– Zawsze chciałem być najlepszy w tym co robię. Ok., ktoś może mi zarzucić, że nie byłem techniczny i tak dalej. Ale ja mam to gdzieś, w swojej robocie byłem dobry. Najlepszy – mówi.

Odśnieżał podjazdy

Oliwa wyjechał do Stanów Zjednoczonych w 1992 roku. Postanowił szukać swojej szansy w NHL. W Polsce nie było przyszłości. Uczył się w zawodówce, trzy razy w tygodniu wstawał o 4, zjeżdżał na 6 rano do kopalni, wychodził na powierzchnię o 15.30.
– Później jechałem na trening, wracałem do domu i odrabiałem lekcje. To była moja młodość – mówi.
Jego koledze urwało palce, gdy naprawiał maszynę, inni doznawali poważnych obrażeń. Harówka za marne grosze… Dlatego myślał, że jedzie do raju.
– Początkowo w ogóle nie myślałem o Ameryce. Byłem w Swajcarii, grałem w hokeja, trener Zugu, Kanadyjczyk Mike McNamara powiedział: „Młody, będziesz grał w NHL”. Ja na to: „Jasne, ale najpierw chciałbym u ciebie w juniorach się załapać”. On na to: „Nie trać czasu, leż do Ameryki”. No to poleciałem.
Angielskiego uczył się z 10-latkami. – Pani od angielskiego wydawała polecenie: „Kris powiedz – to jest domek, to jest samolot”. Mówiłem. Młodzi nawet trochę mi pomagali. Obciach? Co z tego. Jak wylądowałem po raz pierwszy w Toronto, założyłem spodenki adidasy, zacząłem biegać po mieście. Jak tam było czysto, jak pięknie, boiska, trawa, wszystko jak w bajce. Od razu powiedziałem sobie: choćby nie wiem co, nie wracam! – wspomina.
Ale nie zawsze było do śmiechu. Pierwsze święta w Ameryce spędził na ulicy.
– Kanadyjczycy, u których mieszkałem zaprosili swoją rodzinę na święta. Powiedzieli mi, że muszę na ten czas zniknąć. Chcieli się mnie pozbyć. Włóczyłem się, chciałem dorobić, postanowiłem odśnieżać ulice. Widziałem ludzi przy świątecznych stołach, kiedy czyściłem im podjazdy. Chciałem wracać, zadzwoniłem do kolegi, bramkarza z Tych, Krzyśka Śliwińskiego. Zapytałem: „Hej, co tam w Polsce, jak święta, jakie masz plany?”. Odpowiedział, że o 4 rano wstaje do roboty w kopalni, poza tym wszystko dobrze. Pomyślałem, że w sumie to odśnieżanie nie jest takie złe. Lepsza kasa i trochę się wyśpię. A poza tym byłem wymieniany jako kandydat do gry w NHL. Nie jest tak źle. Zostałem. Nie mogłem sprawić zawodu. Mógł kolega Jasiu Gurazda pomógł mi wyjechać do USA. Sam nie miał możliwości, chociaż miał wystarczająco dużo talentu. Dlatego nie mogłem nawalić – mówi.
U jednej rodziny spał w piwnicy przy rurze z ciepłą wodą.
– Czasami się zastanawiam, jak to możliwe, że jeden człowiek może traktować drugiego w ten sposób – mówi. Oliwa w życiu doświadczył sporo złego. Jego ojciec, Tadeusz Grabowski pił i znęcał się nad synem.
– Wracał pijany i mnie lał. Gdy miałem 13 lat powiedział, że nie uważa mnie za swojego syna. Wyrzekł się mnie. Chciałem mu kiedyś odpłacić. Spotkałem go po latach i zobaczyłem, że to biedny człowiek. Płakał, przepraszał, podpisałem mu kartkę w moim stroju z Devils. Napisałem chyba coś w stylu „Dla taty Krzysiek Oliwa”. Pomyślałem: „Postaw sobie na stole i patrz co straciłeś’. Zawsze chciałem być inny niż on, chciałem mu udowodnić, że zrobił źle zrzekając się mnie, to też była dla mnie motywacja do pracy. Ja czasem przeginałem w życiu, ale nigdy nie chciałem nikogo skrzywdzić – zapewnia.

Załatwił wszystkich

Gdy wyjeżdżał, nie był królem bijatyk. Sam zapewnia, że był wręcz spokojny. Zmieniły go Stany Zjednoczone.
– Koszmar. Na początku siedzisz i słyszysz żarty o Polsce. Tego było za wiele, rzucałem się na nich, dostawałem łomot. Nie miałem pojęcia o biciu. Na lodzie wiele razy dostałem po ryju. Było kilku starszych kolesi, twardzieli. Zacząłem ćwiczyć. Bieganie, siłownia, boks, psycholog, trening, trening, trening. Później dopadłem ich wszystkich. Wpieprzyłem każdemu. Zaczęli się mnie bać. I dobrze, jeśli chcesz być mocny, musisz być świrnięty, wtedy będą się bali – opowiada Oliwa. Śmieje się. Później był wyjazd na Florydę z obozem młodych hokeistów walczących o miejsce w NHL. Tam wszystko się zmieniło.
– Na dworze 40 stopni, wychodziłeś na zewnątrz i wszystko się z ciebie lało. Myślałeś, że nie może być nic gorszego. A później był morderczy trening. Jak na filmach o marines. I wyścig szczurów. Wiedziałeś, że są trzy, może cztery miejsca i siedemdziesięciu chętnych. Kto jest lepszy ten zostaje. Jeśli jesteś lepszy, to zabierasz robotę starszemu. Oni tam walczą o przeżycie. Jednego dnia jesteś pupilem trenera, a drugiego dnia ciebie nie ma. Jesteś tylko numerem na tablicy, napisanym markerem. Rozpuszczalnym… Kto wymiękał, mógł się zapomnieć o wielkiej sławie, kasie, dobrym życiu. Ich gówno obchodzi, że masz rodzinę na utrzymaniu albo jakieś problemy osobiste. Pamiętam, że z tego obozu naprawdę spora grupa chłopaków dostała się do ligi, więcej niż zwykle – mówi.
Sam był bliski rezygnacji z powodu kontuzji, ale odwiodła go od tego żona.
– Ona wiedziała, że robi na mnie biznes – śmieje się Oliwa. – Ale faktem jest, że wtedy mnie powstrzymała. Myślałem o końcu kariery, byłem bliski poddania się. Miałem dośc poważne urazy, problemy z kręgosłupem, z nerwem, noga mi drętwiała, czasem wydawało mi się, że nie mam nogi, po prostu jej nie czułem. W Stanach uczyłem się wszystkiego na nowo, jeść, trenować.
Po kilku latach spędzonych na tzw. farmach (klubów młodzieżowych, amatorskich i półamatorskich współpracujących z klubem NHL – red.), trafił do New Jersey. W Devils uchodził za jednego z najlepszych zabijaków. Jedna z legend NHL mówi, że swoją pozycję w zespole osiągnął, gdy pokonał Sashę Lakovicia, miejscowego zabijakę.
– Facet wcześniej walczył w klatkach, to świr, miał centralnie zerwany dach, maniak siłowni. Któregoś dnia uznałem, ze przesadził. Są zasady, których się nie łamie. To był początek obozu, spokojnie, miło, przyjechaliśmy, żeby się zapoznać, pogadać, miało być miło. A ten wali z całej siły w bramkarza, katuje młodych chłopaków. To dostał parę razy po czajniku i się uspokoił. Kto wie, może to właśnie dało mi szacunek, może coś w tym jest – zastanawia się.
Wciąż ćwiczył boks, czas spędzał na siłowni, porad udzielał mu Andrzej Gołota. Czasem przy sporej ilości alkoholu.
– Do rozwodu w 2000 roku praktycznie nie imprezowałem. Moja żona, instruktor fitness, bardzo o mnie dbała. Byłem dla niej maszyną do robienia kasy. Później trochę wyluzowałem. Pamiętam jak przyjechał do mnie Andrzej, następnego dnia miałem mecz po 16, więc można było się wyspać. Zabalowaliśmy do 6 rano, zwiedziliśmy kupę lokali. Podczas meczu miałem świetną bójkę, dostałem w nos, poleciała krew. Podjechał sędzia i powiedział krótko, z uśmiechem: „Mocno przerzedzona” – śmieje się Oliwa.
W tym czasie Oliwa żegnał się już z klubem. W pamięci fanów i młodych hokeistów, którzy rozpoczynają karierę zostanie na zawsze. W szatni „Diabłów” na ścianie wiszą plakaty przedstawiające najlepszych z najlepszych. Są zdobywcy Pucharu Stanley’a z 1995 roku, z 2000 (wśród nich Oliwa) i z 2003 roku. Obok puste miejsce na zwycięzców z 2009.

Możesz to zrobić!

– To działanie na podświadomość. W Stanach to norma – mówi Oliwa.
– Moja żona, Dawn, kupiła mi kiedyś taśmę i książkę znanego amerykańskiego psychologa z Florydy. Na początku słuchałem tej taśmy w starym Volkswagenie Jetta. Słuchałem tej taśmy kółko, po trzech miesiącach człowiek zaczyna chodzić jak paw i mieć wszystkich w dupie. A ja jej słuchałem przez 7 lat. Wierzysz, że jesteś najlepszy, sodówa gwarantowana. Ale pomaga, czujesz że jesteś niezniszczalny. Pod koniec słuchałem jej w moim Cadillacu – śmieje się.
Oliwa uwierzył. Zostało coś z tego do dzisiaj. – Niektórzy mi wypominają, że miałem farta, że w ogóle dostałem się do NHL. Ale to jest jak z totolotkiem, żeby wygrać trzeba grać. Jeśli ktoś gada, że mi się poszczęściło, że nie zasłużyłem na Stanleya, to on ma problem, na pewno nie ja – mówi i przypomina: – Mam ponad 400 meczów na koncie w NHL. W Pittsburghu strzeliłem bramkę po akcji Jaromira Jagra, z podania Mario Lemieux. Masz jeszcze jakieś pytania?
Ze zdobyciem Pucharu Stanley’a wiąże się przykra dla Oliwy historia. Pod koniec sezonu zasadniczego doznał kontuzji kolana i udał się na operację. Menedżer Lou Lamoriello był temu przeciwny, uważał, że „Ollie” powinien grać.
Ale Polak się uparł.
– Są dwa rodzaje kontuzji. Jest uraz, gdy możesz grać i prawdziwa kontuzja, gdy naprawdę nie możesz. Ja grywałem z takim bólem, że sobie tego nie wyobrażasz. Ale wtedy wiedziałem, że operacja jest konieczna – mówi.
– Było nieprzyjemnie, po wygranym pucharze Stanleya chłopaki wzięli mnie na wspólne zdjęcie, niby wszystko ok, ale nie do końca. Za chwilę podszedł do mnie Lou, objął czule i powiedział: „Kris, zapomniałem ci powiedzieć, nie jesteś naszym zawodnikiem, sprzedałem cię”. To jeden z najlepszych trenerów w historii gry. Wie wszystko o NHL. Ten sam gość, który kilka lat wcześniej niemal płakał, żebym został w zespole, mówił że jestem dla niego jak syn, którego on nigdy nie miał! Ale teraz nie chowam urazy. Trzy lata później ściągnął mnie z powrotem do Devils. To jest biznes. Tak samo jest ze mną. Na lodowisku byłem mściwy, ale w życiu prywatnym nie.
W Columbus doznał kontuzji ręki, która mogła zniszczyć jego karierę. W Pittsburghu i na farmach odbudowywał wielką formę. W Rangersach i Boston Bruins zaliczył krótkotrwałe epizody. W Nowym Jorku sapotkał jednak swojego idola, Erica Lindrosa.
– W szatni powiedziałem mu, że jestem szczęśliwy, że go spotykam, bo jesteśmy w tym samym wieku, ale zawsze chciałem być taki jak on. A on na to: „No to dobrze się składa Ollie, bo ty jesteś bardziej poje… niż ja.”
Z kolei w Calgary został królem miasta.

Łzy twardziela

– Zadzwonił do mnie trener Flames, Darryl Sutter, to było w 2003 roku, zapytał: „Kris, co możesz dać naszej drużynie, jeśli cię wezmę?”. Odpowiedziałem, że mam doświadczenie, umiem motywować kolegów i zapewniłem, że będę miał najwięcej bójek w sezonie, że nikt nie będzie chciał do nas przyjeżdżać, że będą robić w gacie – mówi Oliwa.
– Siadałem na środku szatni, mówiłem chłopakom: „Co ty potrafisz, kogo dzisiaj załatwisz? Jerome Ignla, uważasz że jesteś najlepszy? Udowodnij to!”. Działało, byliśmy mocni – mówi.
Dziennikarze z Calgary opowiadali, ze kibice przychodzili na halę dla miejscowej legendy, Jerome’a Iginli, fantastycznego bramkarza Miki Kiprusoffa i właśnie „Olliego”.
Polski młot, jak nazywają go w USA, gwarantował bójkę.
– Czy miałem to w kontrakcie? W Polsce ludzie nie rozumieją NHL. Tu nie musisz mieć nic w kontrakcie. Myślisz, że GM (generalny menedżer – red.) podchodzi ci i mówi: „Lej tego, lej tamtego?” Bez jaj, człowieku. W NHL wszyscy wiedzą co mają mówić, bez gadania. Dlatego są w tej lidze – uważa Oliwa.
Obietnicy dotrzymał. Wygrał klasyfikację zadymiarzy, miał 31 bójek w sezonie, wyprzedził Joddy’ego Shelley’a z Columbus Blue Jackets. Na ławce kar przesiedział 247 minut w zaledwie 65 meczach. Prawie 4 minuty na mecz. Zdecydowanie najlepszy wynik w lidze.
Zespół Oliwy przegrał dopiero w siódmym meczu finału Pucharu Stanleya z Tampa Bay Lightning, chociaż był tak blisko zwycięstwa.
– To były kuriozalne mecze. Prowadziliśmy już 3:1 w Play–offach i powinniśmy wygrać decydujący mecz. Raz sędzia nie uznał nam gola, chociaż wszyscy widzieli, że krążek przeszedł linię, przegraliśmy puchar po jakiejś przypadkowej bramce. Pech po prostu… no i biznes. W Stanach Zjednoczonych jest wielka kasa, im nie opłaca się, żeby wygrał zespół z Kanady – rozkłada ręce.
Calgary Sun napisał, że „Po powrocie na lotnisku nawet słynnemu zabijace, Krzysztofowi Oliwie łzy ciekły ciurkiem po policzkach”. – To możliwe, to był fantastyczny widok. W środku nocy witali nas na lotnisku. To była fantastyczna drużyna. Nie taka jak w Devils, gdy mieliśmy same gwiazdy. To była drużyna wojowników. Może nie byliśmy najlepsi, ale nas najbardziej się bali – mówi Oliwa, który mógł mieć na koncie dwa Puchary Stalney’a.

Żegnaj wielka kaso

Karierę skończył w 2006 roku z powodów osobistych.
– Mogłem jeszcze grać. Miałem super kontrakt – 1,1 miliona dolarów rocznie. I 2 lata gry przed sobą. Ale wyobraź sobie taką sytuację, że dostajesz wypłatę: 8 tysięcy dla ciebie, 30 tysięcy dla żony i 20 tysięcy dla jej prawników. Sorry, to nie dla mnie. Poszedłem do sędziego i powiedziałem, że nie chcę płacić. Zrozumiał. Udowodniłem Dawn, że mnie nie załatwi. Wyrzuciłem 2 miliony dolarów, ogarniasz to? – śmieje się Oliwa. – Zresztą, gdy z Pittsburghiem lataliśmy na mecze siedziałem często obok Mario Lemieux. Graliśmy w karty na banknoty studolarowe. Z nudów mówiłem do niego: Pokaż jaką masz kartę, założę się, że króla i kładłem banknot. A jaka była szansa, ze ma króla? Ale kasa nie była dla nas ważna, mieliśmy jej jak lodu. Kasa? Jakiś czas temu policzyłem swoje wszystkie kary. W sumie zapłaciłem ponad 300 tysięcy za bójki. Ale kto wie, gdyby nie te kary to nie miałbym kontraktów?

Odnalazł miłość życia

Pewnie w historii polskiego hokeja znalazłoby się kilkunastu, a może kilkudziesięciu takich, którzy mieli większy talent niż Oliwa. Ale to on jako jeden z niewielu miał nadludzką siłę woli i wiarę, która przenosi góry.
– Kiedyś marzyłem o tym, żeby jechać do Niemiec. Uczyłem się niemieckiego, tam było lepsze życie. Zamiast tego wyjechałem do Szwajcarii, później do USA, zmieniłem marzenia. Chciałem zagrać jeden mecz. Tylko jeden, kilka minut. Żebym mógł sobie powiedzieć, że byłem cząstką tego świata, czegoś nieosiągalnego. Dzisiaj mogę powiedzieć, że swoje zrobiłem. I to dobrze – uśmiecha się triumfalnie.
Żeby nie płacić byłej żonie zlikwidował swoją firmę odzieżową KO Gear. To zresztą byłą prawdziwa wojna. Dawn nie chciała by widywał się z ich córką.
– To już przeszłość. Niedawno wróciłem z USA, spędziłem z moją córką Skylar wspaniałe chwile – cieszy się zawodnik.
Oliwa właśnie zamyka swój ostatni interes. Dolar skoczył i sprowadzanie samochodów z USA przestało być opłacalne. Teraz planuje otworzyć sieć kawiarni. – Nie wiem nic o prowadzeniu branży gastronomicznej, ale dam sobie radę. To będą „Oliwa Cafe” – mówi.
Ma nadzieję, że w końcu poukładał życie osobiste. Nie ma ochoty opowiadać o swoich romansach, w tym głośnym z Ewą Domżałą, znaną w świecie tabloidów prawniczką-modliszką, wcześniej związaną z Lechem Pisaeckim, Przemysławem Saletą i Dariuszem Dziekanowskim, która zresztą wyrzuciła go z domu po tym jak wrócił mocno wstawiony nad ranem.
– Bez komentarza. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło – ucina.
Chce się uspokoić, uważa że chwilowo wyczerpał limit balang.
– Gdybym miał kiedyś napisać biografię, przewodnik po warszawskich lokalach i opis wszystkich przygód musiałby zająć za 300 stron. A ile obciachu narobiłem, ile razu przegiąłem pałę? Ale to już nieistotne, teraz wszystko się zmieniło – mówi.
Związał się z Magdą z Łodzi, matką 7-letniego Leona. Niedawno wzięli ślub. Oliwa pokazuje obrączkę.
– Myślę, że znalazłem kobietę swojego życia, chyba nie znam wystarczająco dobrych komplementów, naprawdę się zakochałem. Wszystko co przeżyłem było warte dnia, w którym ją poznałem. Gdy ją poznałem, tak się zakręciłem I tak od ośmiu miesięcy jeżdżę prawie dzień w dzień do Łodzi i z powrotem. A mały, jeśli będzie chciał, może być najlepszy w swojej roli w NHL. Zna wszystkich zawodników, ma super sprzęt, cały czas chce grać w hokeja. Myślę o tym, żebyśmy przenieśli się na stałe do Warszawy, gdzie jest bliżej do lodowiska. A później może nawet do USA. Jeśli tylko będzie chciał – mówi hokeista.
Podczas naszego spotkania zamówił obiad. Jak podkreślił: „Ma być z dużą ilością warzyw”. To wbrew pozorom dość istotne. – Ważę teraz 120 kilo, gdy grałem ważyłem 108. Muszę dobrze wyglądać. Ostro ćwiczę. Chciałbym z Magdą zrobić ekstra sesję do CKM-u – zdradza swoje plany Oliwa.
Myśli też o książce… dla dzieci: – Chciałbym pokazać młodym, że można zdziałać cuda, ale trzeba chcieć.

Marek Wawrzynowski, tekst ukazał się w Magazynie Sportowym

Tu można znaleźć statystykę walk Oliwy ze szczegółowymi opisami

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: