Archive for Sierpień, 2009

Bardzo krótka notka o katolicyzmie

Ciężko mi się powstrzymać. Będzie konkretnie o katolicyzmie Małeckiego. 10. minuta meczu Wisły z Jagiellonią, Łobodziński zagrywa do Pawła Brożka, ten dośrodkowuje do Patryka Małeckiego a „Mały” jak mówią, chce strzelić głową, ale chyba minimalnie.

Potem robi znak krzyża, klepie się po herbie Wisły i mówi wyraźnie: Kurwa!

I tyle. Znak krzyża i kur… katolicyzm po polsku.

Comments (6)

Pogromcy gigantów

Na weekend ku pokrzepieniu serc druga część opowieści o wielkim Widzewie, który na początku lat 80-tych był jedną z najlepszych europejkich drużyn. Tekst robiliśmy z Romkiem Brzozowskim w serii „Top 10 najlepszych polskich występów w europejskich pucharach”

Pogromcy gigantów

Gdy schodziliśmy z boiska kibice na trybunie The Kop wstali i bili nam brawo. Przeszły mnie dreszcze, to było zupełnie niezwykłe uczucie – wspomina Włodzimierz Smolarek, napastnik Widzewa. Kilka chwil wcześniej sędzia odgwizdał koniec meczu. Liverpool wygrał u siebie z Widzewem 3:2, ale wcześniej w Łodzi poległ 0:2 i to mistrz Polski awansował do półfinału Pucharu Mistrzów.
Dzięki temu Widzew może rościć sobie prawo do tytułu największej klubowej drużyny w historii polskiej piłki. Dwa lata wcześniej pozostawił w pokonanym polu Manchester United i Juventus, teraz Liverpool, być może najlepszą ówcześnie drużynę świata.

Gruntowny remont
– Nie zapominajmy jednak, że te dwa zespoły Widzewa znacznie się różniły – mówi Władysław Żmuda, ówczesny szkoleniowiec łódzkiej jedenastki, który był zmuszony w ciągu dwóch lat znacznie przebudować drużynę. Przede wszystkim odszedł Zbigniew Boniek, najlepszy piłkarz, lider zespołu.
– Zbyszek był mózgiem, decydował niemal o wszystkim. Teraz nie było piłkarza, który mógłby mieć aż taki wpływ na zespół, dlatego zdecydowałem się rozłożyć odpowiedzialność na kilka osób. Część obowiązków miał przejąć Krzysiek Surlit, część Zdzisiek Rozborski, część Mirek Tłokiński, który przecież od dłuższego czasu domagał się wręcz, by uznano go za lidera – mówi Żmuda.
Poza Bońkiem odeszli też: środkowy obrońca Władysław Żmuda, lewy obrońca Andrzej Możejko, skrzydłowy Marek Pięta.
– Potrzebowałem wysokiego obrońcy w miejsce Żmudy. Idealnym kandydatem był Roman Wójcicki ze Śląska. Na lewą stronę poszedł Krzysiek Kamiński, którego przekwalifikowałem z pomocnika, do zespołu doszło też kilku młodych piłkarzy, których znalazłem w reprezentacji juniorów, między innymi Wiesiek Wraga i Mirek Myśliński. Do ataku doszedł Marek Filipczak. Kilku podstawowych zawodników zostało, ale była to jednak inna drużyna. Miała jednak ten sam charakter. Można powiedzieć, że zawodników dobierałem właśnie pod kątem owego słynnego widzewskiego charakteru. To musieli być ludzie, którzy nigdy się nie poddają – mówi Żmuda.
Nieco w cieniu zostawał Józef Młynarczyk. – Józio bardzo mało mówił, nie chciał rządzić, ale dla młodych chłopców był prawdziwym idolem, podziwiali go – opowiada trener. – Fajne było też to, że starsi gracze bardzo dobrze przyjmowali młodych.
Nie znaczy to jednak, że nie bali się o miejsca.

Nowy – stary Widzew
Krzysztof Surlit zostawał po godzinach by eliminować swoje słabości.
– To był chłopak z kompleksami, nie można było go za dużo krytykować, tylko delikatnie zwrócić uwagę. Czasem nawet gotów był trenować takie podstawowe techniczne sprawy. Miał jednak dość duży rozrzut. Czekał aż wszyscy wyjdą, bo nie chciał pytać przy innych zawodnikach i prosił mnie, żebym trochę z nim poćwiczył po zajęciach – mówi Żmuda.
Autorytetem był też Andrzej Grębosz. – Chłopcy bardzo go szanowali i bardzo lubili. Wiedzieli, że mogą sobie pożartować z nim. No i oczywiście z niego, bo „Adaś” nigdy się nie obrażał – mówi Żmuda.
Największe problemy Żmuda miał ze skompletowaniem ataku.
Dlatego w sezonie 1982/83 w ofensywie zagrał Tłokiński.
– Mirek był taki, że chciał wszystko robić. Kiedyś powiedziałem, że mamy problem z napastnikiem, to on od razu wypalił: – Ja mogę grać w ataku, dam sobie radę. Popatrzyłem niepewnie, ale odpowiedziałem: „Ok, spróbujesz”. Spróbował i był naprawdę dobry. Strzelil 15 bramek w sezonie, był naszym najlepszym strzelcem – mówi Żmuda. A Tłokiński swoją uniwersalność potwierdził właśnie w meczach z Liverpoolem. W pierwszym grał jako napastnik, w drugim zastąpił Andrzeja Grębosza na środku obrony. Chociaż w ataku zagrał zaledwie co trzeci mecz, zarówno w lidze polskiej jak i w Pucharze Mistrzów, to jednak i tu, i tu zajął pierwsze miejsce w klasyfikacji strzelców. W lidze polskiej wspólnie z Mirosławem Okońskim, w Pucharze Europy z Paolo Rossim… może robić wrażenie.
Żmuda utrzymał tradycyjne środowe gierki – legendarne treningi Widzewa, na których piłkarze wrzucali banknoty do kapelusza i walczyli o kasę.
Zlikwidował jednak palenie. Za czasów Jacka Machcińskiego kopcili wszyscy, czasem w kącie, czasem nawet w szatni czy w autobusie jadącym na mecz. Trener, asystent, zawodnicy…
– Jestem wielkim przeciwnikiem papierosów, dlatego wprowadziłem absolutny zakaz palenia. Zdarzało się, że jechaliśmy na mecz autokarem i nagle ludzie zaczęli odczuwać wielką potrzebę… zatrzymywaliśmy się, wyskakiwała grupa piłkarzy i kopcili – mówi Żmuda, który był zupełnie innym szkoleniowcem niż jego poprzednik Jacek Machciński, prawdziwy naturszczyk, zwolennik teorii, że zespół należy wybrać i tak nim kierować by zawodnicy mieli przekonanie o pełnej demokracji. Był jakby jednym z piłkarzy, zwracano się do niego „per pan” ale traktowano jak kolegę.
Żmuda to taktyk, psycholog. Mówiono, że jest za dobry dla piłkarzy, on sam się z tym nie zgadzał. – Po prostu uważam, że najważniejsza jest spokojna, rzeczowa rozmowa – mówi.
Można powiedzieć, że Widzew został szybko i sprawnie przebudowany.
Żmuda mówi tak: – Kiedyś, jeszcze za czasów Zbyszka Bońka graliśmy jakiś turniej a najważniejsi gracze wyjechali na kadrę. Boniek w autobusie powiedział: „Bez nas ten zespół przegra wszystkie mecze”. Młodsi zawodnicy to słyszeli, dlatego założyłem się o koniak, że wygramy przynajmniej dwa z czterech spotkań. Wygrałem. Widzew jednak mógł istnieć bez wielkich gwiazd.

Legenda Boba Paisleya
W pierwszej rundzie sezonu 1982/83 Widzew trafił na maltański Hibernians Paola. Kaszka z mleczkiem. W drugiej przeciwnik był już poważniejszy. W składzie Rapidu Wiedeń występowali przecież zawodnicy z najwyższej europejskiej półki, choćby Antonin Panenka, wielka gwiazda reprezentacji Czech i strzelec najsłynniejszego karnego w historii futbolu, czy Hans Krankl, genialny snajper, już wtedy mający na koncie tytuł króla strzelców Primera Division. Przegrana 1:2 w Wiedniu ale zwycięstwo 5:3 w Łodzi dały Widzewowi awans. Teraz miała nadejść najtrudniejsza przeszkoda – Liverpool legendarnego Boba Paisleya.
Już wtedy zespół z miasta Beatlesów miał na koncie trzy tytuły klubowego mistrza Europy. Paisley po sezonie miał odejść w glorii jednego z największych trenerów w historii. Jego nazwisko było potem wielokrotnie przywoływane, choćby w kontekście ostatniego finału Ligi Mistrzów. Gazety przypominały przecież, że Alex Ferguson miał szansę wyrównania rekordu Paisley’a, który jako jedyny menedżer sięgnął trzykrotnie po najważniejsze trofeum Starego Kontynentu. Po finale w Rzymie, gdy pokonał Borussię Moenchengladbach stwierdził: To nie pierwszy raz gdy pokonałem tu Niemców, poprzednio było to w 1944 roku, wjechałem w swoim czołgu i wyzwoliliśmy miasto”. Po debiucie Alana Kennedy’ego wyznał: „Zabili nie tego Kennedy’ego” lub… „Jeśli jesteś w polu karnym i nie wiesz co zrobić z piłką, po prostu strzel do bramki a pozostałe opcje przedyskutujemy później”.
Oto Bob Paisley, uznany niedawno przez gazetę „The Times” za szóstego najlepszego menedżera w historii futbolu. Jego wielkość złamał Widzew lub zbyt duża pewność siebie…
Żmuda opowiada: – Przed pierwszym meczem pojechałem do Manchesteru na mecz z Liverpoolem, nagrywaliśmy go. Później wracałem z Liverpoolem, siadłem koło Paisleya i o wszystko go pytałem, a on… po prostu odpowiadał. Opisywał swoich zawodników. Był po prostu niezwykle pewny siebie. Z kolei do Łodzi na obserwację przyjechał jego asystent. Przyszedł na trening popatrzył 10 minut, machnął ręką i poszedł się napić.
Żmuda wrócił do Łodzi z Liverpoolu w poniedziałek rano, dwa dni przed meczem. Zastał żałosny widok.
Krzysztof Kamiński: Wszyscy się pochorowaliśmy. Pojechaliśmy do Spały i zamiast trenować, leżeliśmy w łóżkach. Żmuda wziął zespół na spacer, we wtorek był lekki trening, w środę Widzewiacy nie mogli pozwolić sobie nawet na odrobinę wątpliwości. Na stadionie ŁKS przyszło 45 tysięcy kibiców…
Liverpool przyjeżdżał jako wielki faworyt.

Papież przewidział
Kamiński: – To była fantatsyczna drużyna. Znaliśmy ich nazwiska, cała Europa znała. Kenny Dalglish, Ian Rush… Wiedzieliśmy, że same umiejętności nie wystarczą, że są lepszymi piłkarzami.
Tłokiński: – Przed meczem po raz pierwszy w historii mojej gry w Widzewie baliśmy się, że rywal jest poza naszym zasięgiem. Liverpool był przecież obrońcą Pucharu Europy. Poszliśmy nawet do prezesa, aby zmienił system premiowania. Dotychczas Ludwik Sobolewski płacił za przejście kolejnej rundy. Tym razem chcieliśmy, aby zapłacił nam za punkty. Czyli jeśli np. wygramy w Łodzi, a odpadniemy po rewanżu, to coś byśmy i tak zarobili. Pan Sobolewski się nie zgodził. „Dam wam więcej, ale wyeliminujcie ich” – stwierdził. Miał większą wiarę w nasze możliwości niż my sami.
Żmuda: Przypomniałem chłopakom, że przecież papież powiedział nam, że tego meczu nie przegramy. No to chyba przegrać nie możemy…
Z Janem Pawłem II widzewiacy spotkali się na kilka tygodni przed meczem. Załatwił to przewodnik, niejaki Johny River, przyjaciel Zbigniewa Bońka. Ojciec Święty przyjął piłkarzy Widzewa o 6 rano w swojej osobistej kaplicy w Watykanie. – Zastanawialiśmy się, co na siebie założyć, w końcu wybraliśmy dresy, tak by wszyscy wyglądali jednakowo – mówi Żmuda. – Jan Paweł II był w znakomitej formie, sporo o nas wiedział, znał się na piłce. Z każdym starał się zamienić słowo.
Wizyty nie zapomni Wiesław Wraga, którego Ojciec Święty pogłaskał po głowie… ale o tym później.
Słowa Jana Pawła II okazały się prorocze.
– Clive mój kolega z Anglii powiedział, że Jan Paweł II nie da nam przewagi, bo przecież kilka tygodni wcześniej był też na mszy w katedrze w Liverpoolu. A jednak? – śmieje się Wojciech Filipiak, dziennikarz z Łodzi, naoczny świadek wydarzeń.

Trzęsienie ziemi w Łodzi
Na wszelki wypadek trener Widzewa przygotował plan taktyczny.
– Trener był w szatni bardzo spokojny, jeśli miał jakieś obawy przed Liverpoolem to nie dał tego odczuć. Był nawet pewny siebie, był pewien, że ma dobrą taktykę – mówi Roman Wójcicki.
Żmuda: – To było dość proste. Zaobserwowałem, że Liverpool gra dość prostym systemem w obronie. Przesuwali się całą linią do przodu i do tyłu. Mirek Tłokiński i Włodek Smolarek przesuwali się razem z nimi i w odpowiedniej chwili mieli dostawać z pomocy podania krzyżowe.
W pierwszej połowie naciskał Liverpool, a Widzew starał się wyprowadzać kontrataki. Młynarczyk i Grobbelaar zachowali czyste konta. – Wtedy już wiedzieliśmy, że nasze szanse są coraz większe. Nie byliśmy od nich gorsi – wspomina Żmuda.
Na boisku praktycznie nie istniał Kenny Dalglish, kreator gry Liverpoolu.
Tadeusz Świątek: Dostałem za zadanie indywidualne pilnowanie Kenny Dalglisha, ikony Liverpoolu a zarazem mojego idola, bo z zagranicznych klubów od zawsze uwielbiałem The Reds. No i w drugiej minucie meczu w Łodzi tenże Dalglish wszedł mi brutalnie w nogi. Wywołał we mnie sportową złość. Skończył się szacunek. Jak ocenił później trener Żmuda, on nawet dobrze piłki nie powąchał. Pamiętam, że po meczu szedłem przez halę ŁKS zatrzymał mnie Antoni Piechniczek, ówczesny selekcjoner reprezentacji i złożył szczere gratulacje.
Pierwszego gola zaraz po przerwie strzelił Tłokiński.
– Był to efekt przemyślanej taktyki. Trener Żmuda nakazał mi, abym przy każdym dośrodkowaniu, czy strzale był jak najbliżej Grobbelaara. Oczywiście mogło się zdarzyć, że przez 90 minut nic by to nie dało, ale od tego jest napastnik, by być cierpliwym i zdyscyplinowanym – mówi Tłokiński.
Druga bramka padła po kontrataku wyprowadzonym przez Andrzeja Grębosza. Obrońca Widzewa wymienił podania z Włodzimierzem Smolarkiem i dośrodkował przed pole karne. A tam był malutki Wiesław Wraga. Strzelił z 16 metrów głową… którą wcześniej pogłaskał Jan Paweł II. Grobbelaar nie miał szans.
– Może coś w tym było? – zastanawia się dzisiaj Wraga, który gola strzelił 10 minut po tym, jak wszedł na boisko w miejsce Filipczaka. Ta bramka został zapamiętana jako jedna z najważniejszych w historii Widzewa.
Tłokiński opowiada: – Nie jestem zazdrosny, że z tego meczu większość kibiców pamięta bramkę Wiesia. Moje trafienia nie były tak spektakularne. Gol Wragi zasługuje na to, by być tym niezapomnianym. Był wyjątkowy z wielu powodów. Strzelił go najmniejszy piłkarz na boisku, głową, z 16 metrów, w dolny róg bramki. To wszystko w meczu przeciwko najlepszej drużynie Europy. Takie gole zdarzają się raz na wiele, wiele lat.

Kto krył Rusha?
Anglikom spodobało się kilku piłkarzy. Głośno było m.in. o Włodzimierzu Smolarku i o Romanie Wójcickim, który doskonale stopował ich najlepszego napastnika Iana Rusha.
– Był wszędzie, szybko się przemieszczał, bardzo trudny rywal, zdecydowanie zalazł mi za skórę – mówi Wójcicki. Dziennikarze z Anglii sugerowali, że świetnie spisałby się w tamtejszej lidze, pasował idealnie. – Szkoda, że nigdy nie dostałem propozycji, marzyłem o tym – mówi Wójcicki. A Rush? Niewiele pograł, chociaż rzeczywiście był wszędzie, bo Krzysztof Kamiński z kolei uważa, że to on grał przeciw Walijczykowi.
– Było trudno, ale daliśmy radę. Nie był taki straszny – śmieje się Kamiński, który zresztą sam przyznaje że nigdy nie słynął ze skromności.
– Gdy jeszcze grałem w Żyrardowie, przyjechałem z kolegą na mecz Legii, popatrzyłem i powiedziałem do mojego kolegi: „Wiesz co, myślę że spokojnie dałbym sobie z nimi radę” – śmieje się piłkarz, który zaczynał karierę jako napastnik, skończył jako obrońca.
Skąd wrażenie, że obaj kryli Rusha?
Tłumaczy Żmuda: – On był bardzo niebezpieczny, ale tak naprawdę w obronie graliśmy strefą. Nie dawałem indywidualnego krycia, bo po prostu rywal miał zbyt wielu zawodników, których trzeba było indywidualnie pilnować. To nie miało sensu.
Tadeusz Świątek przyznaje, że odetchnął z ulgą: – Przed meczem w Łodzi udzieliłem wywiadu Tomkowi Zimochowi z Polskiego Radia. Powiedziałem, że oglądaliśmy mecze Liverpoolu na wideo i moim zdaniem Anglicy wcale nie są tacy silni, jak wskazywałyby ich wyniki w lidze. Później się zastanowiłem, co palnąłem. „Pojadą nas siódemką, i pięknie będę wyglądał z tym moim wywiadem” – martwiłem się. Na szczęście stanęło na moim – wspomina prawy obrońca Widzewa.
Na pomeczowej konferencji prasowej Żmuda starał się zachować dyplomację. Paisley sypał żartem, ale wciąż nie przyjmował do wiadomości, że jego zespół może odpaść.
– Dzisiaj Widzewowi pomógł Jan Paweł II, ale myślę, że przejdziemy do kolejnej rundy – stwierdził.
– Ależ on mnie wtedy zdenerwował, miałem takie poczucie że wciąż uważa nas za znacznie słabszych – mówi Żmuda.
Widzew był na ustach Europy. Mirosław Tłokiński uważa, że właśnie ten mecz był najważniejszym w historii Widzewa.
– Graliśmy z wielkimi klubami, ale ten mecz w Liverpoolu był tym najlepszym. Oczywiście nie graliśmy jak dzisiejsza Barcelona – finezyjnie, technicznie. Raczej jak Manchester United. Każdy atak był szybki, nie było zmiany tempa, wycofywania piłki, kalkulowania – mówi legenda Widzewa.
Anglicy zapamiętali Polskę jako kraj ubogi lecz gościnny.
Martin Tyler, komentator telewizyjny pisał: „Ubóstwo w Polsce było bardzo widoczne, mimo że przyjechaliśmy na tak krótko. Nigdy nie zapomnę uśmiechu i wdzięczności starszej pracownicy hotelu, gdy David Hodgson dał jej tabliczkę czekolady. Jest za to bogactwo ducha u tych ludzi o ciepłych sercach, a najlepiej świadczy o tym wielki banner, z którym kibice paradowali przed hotelem: „Zgadza się, nie mamy nic w naszych sklepach, ale i tak pokonamy Liverpool”.

Próba sił na stołówce
Do miasta Beatlesów Widzew nie jechał w roli faworyta. Liverpool mógł odrobić każdą stratę, łodzianie o tym wiedzieli. Tym bardziej, że byli poważnie osłabieni. W obronie za kartki nie mógł zagrać Grębosz.
Żmuda mówi: Cóż, mieliśmy przecież Mirka Tłokińskiego. Mógł grać wszędzie. Chciał wziąć odpowiedzialność, dlatego postawiłem go na obronie.
– Wciąż mieliśmy do nich ogromny szacunek, wiedzieliśmy że stać nas na awans ale wiedzieliśmy też, że to jedna z najlepszych drużyn w Europie – mówi Smolarek.
Paisley w przedmeczowym programie wydawanym przez klub pisał tak: „Tak, znamy wynik. Jestem przekonany, że będzie to wielki mecz i mamy szansę awansować do półfinału. I nie mówię tego dla samego gadania”. Paisley przypomniał mecze ze Śląskiem Wrocław w III rundzie Pucharu UEFA, wygrane w listopadzie i grudniu 1975 roku 2:1 i 3:0. Zaznaczył jednak, że Widzew jest drużyną lepszą od Śląska, przypomina raczej Dynamo Drezno (Liverpool wygrał z Niemcami po ciężkich bojach, 0:0 i 2:1, w ćwierćfinale Pucharu UEFA w sezonie 1975/76). Trener Liverpoolu dodawał: „Mówiąc krótko, Widzew jest dobrą drużyną i co najważniejsze, o dwa gole za dobrą”. Na wszelki wypadek przypomniał mecze, w których angielskie drużyny wracały z „dalekich podróży”.
Anglicy woleli się jednak asekurować. Dzień przed meczem piłkarze Widzewa nie mogli o czasie rozpocząć rozgrzewki. Anglicy tłumaczyli, że taki mają regulamin.
– To miały być takie małe gierki, który wytrąciłyby nas z równowagi. W dniu meczu, gdy jedliśmy śniadanie, cały zespół Liverpoolu przeszedł przez naszą stołówkę. Po prostu przeszli, groźnie patrzyli. To banalne zagrywki, chcieli pokazać nam, że mają przewagę psychologiczną. Skończyliśmy jeść i rzuciłem komendę: „Teraz my idziemy przez ich stołówkę”. Muszą wiedzieć, że się ich nie boimy” – opowiada Żmuda.

Zasłużyli na szacunek
Rewanż to nerwy. Co jeśli Liverpool strzeli pierwszy gola? Żmuda mówi: – Na pewno musieliśmy uważać na początek, gdyby strzelili pierwsi, mielibyśmy poważne problemy…
W 14. minucie strzelili. Konkretnie Phil Neal z karnego. Marek Filipczak niepotrzebnie wystawił ręce w polu karnym, jakby chciał złapać piłkę. Sędzia nie miał wątpliwości.
Ale Widzew nie poddał się. Widzew nigdy się nie poddawał.
Za chwilę na polu karnym Liverpoolu Włodzimierz Smolarek został sfaulowany przez Bruce’a Grobbelaara i do karnego podszedł Tłokiński.
– To był najważniejszy gol w moim życiu. Nie najtrudniejszy technicznie, ale bardzo obciążający psychicznie. Kiedy szedłem do wykonania karnego, miałem w głowie setki myśli. Co zrobię jak nie strzelę? Jak zareagują kibice? Jak działacze? Co powie rodzina? Czy zdołamy to odrobić? Wiedziałem, że muszę strzelić silnie po ziemi, bo murawa była bardzo śliska . Podczas wykonywania miałem uczucie całkowitej izolacji z otoczeniem, jak ktoś zamknięty w szklanej kuli. Pamiętam tylko wrzask kibiców Liverpoolu, po strzeleniu bramki. Grobbelaar rzucił się we właściwą stronę, ale nie miał szans na złapanie piłki – wspomina Tłokiński, uważany wówczas za lidera drużyny.
Po przerwie drugiego gola strzelił Włodzimierz Smolarek. Widzew wymienił kilka efektownych podań, piłka w końcu trafiła do Marka Filipczaka i ten mógł się w końcu zrehabilitować za głupiego karnego.
– Wtedy wiedzieliśmy już, że jesteśmy blisko celu, ale staraliśmy się nie tracić koncentracji – mówi Smolarek. – Niesamowite było to, że doping nie osłabł nawet na minutę, to co działo się na trybunach, było absolutnie fantastyczne.
Liverpool strzelił w końcówce dwa gole, ale było już za późno. Widzew awansował do półfinału!
– Gdy schodziliśmy kibice wstali i bili nam brawo. Standing Ovation na Anfield? Jedyne przeżycie w swoim rodzaju – mówi Smolarek, który, wraz z Tłokińskim opuszczał boisko w czapkach angielskich policjantów. To wyraz szacunku od funkcjonariuszy za znakomitą grę.
– Ten mecz był bardzo stresujący. Schudłem 4 kilogramy i nie był to tłuszcz. Raczej odwodnienie na skutek stresu – mówi Tłokiński.
Prasa napisała, że Anglików Polacy pokonali na dwóch frontach. Również w ćwierćfinale Aston Villa, obrońca tytułu, musiała uznać wyższość Juventusu Turyn, a fantastyczne mecze rozgrywał wtedy Zbigniew Boniek.
W półfinale z Juventusem Turyn nie poszło już tak dobrze. Widzew przegrał w Turynie 0:2, a u siebie zremisował 2:2.
Kamiński: – Myślę, że Zibi nas rozgryzł, cóż trudno mieć pretensje, teraz miał nowego pracodawcę.
Wójcicki: – To był zespół jednak lepszy niż Liverpool, bardziej dojrzały. Wystarczy spojrzeć na skład, kilku mistrzów świata, do tego Platini i Boniek.
Żmuda: – Juventus był jednak nie do przejścia.

Imperium przed upadkiem
Widzew choć nie awansował do półfinału, to przeszedł do historii polskiej piłki jako zespół, który w ciągu kilku sezonów pokonał najlepsze drużyny świata. Historia klubu z Łodzi w tym okresie dzieli się jednak na dwa etapy – z Bońkiem i bez.
– Ten pierwszy zespół był bardziej romantyczny. Piłkarze trzymali się razem przed meczami i po. Drugi Widzew był jednak bardziej profesjonalny, mniej rodzinny – ocenia Wojciech Filipiak.
Mirosław Tłokiński tak opisuje różnice: – W pierwszym Widzewie nikt nie potrzebował starszego brata. Wszyscy byliśmy równi, mocni, tak samo ważni. To była właściwa DRUŻYNA z CHARAKTEREM. Piłkarsko ten stary Widzew był dobry. Na papierze nawet lepszy, bo grali w nim piłkarze o wielkich nazwiskach. Gdy odchodzili Zbyszek Boniek i Władek Żmuda, wszyscy pisali , że bez nich Widzew spadnie do drugiej ligi. Nie spadł. Ba, awansował do czwórki najlepszych w Europie. To ten i tylko ten sezon i ci zawodnicy pozwolili na używanie nowej nazwy, formuły dotyczącej zespołu: WIELKI WIDZEW – mówi Tłokiński. Trudno mu się dziwić, w końcu w tej drugiej drużynie odgrywał znacznie ważniejszą rolę.
Szkoda tylko, że w ciągu zaledwie dwóch sezonów wszystko się popsuło. Szefowie klubu nie potrafili znaleźć następców tych, którzy wyjeżdżali za granicą. Hitem miał być Dariusz Dziekanowski, który przyszedł do klubu za 21 milionów złotych. Gigantyczna suma dla utalentowanego zawodnika, który jednak zniszczył atmosferę w zespole.
Ostateczne rozbicie zespołu część starszych piłkarzy zarzuca Orestowi Lenczykowi.
– Zabił widzewski charakter. Narzucał swoje idee, nie rozmawiał z zawodnikami, starał się zepchnąć najważniejszych piłkarzy do poziomu początkujących juniorów. To nie mogło się udać – mówi Krzysztof Kamiński.
Żadne imperium nie jest wieczne, szkoda jednak że to widzewskie było tak krótkotrwałe…

Comments (9)

Upadek

Polskiej piłki. Na szczęście nie jakiś tam bardzo bolesny bo z dywanu na podłogę, ale jednak szkoda. Lech grał sobie jakieś pitu pitu i chciał wyeliminować przeciętne Brugge. Nie atakując (poza kilkoma kontrami)

W tej chwili jesteśmy na poziomie San Marino, taka prawda. Ok, ekstremizuję, ale wymaga tego sytuacja. Niedługo zespół z Azerbejdżanu przegra z polską drużyną  i trener X-alijew będzie tłumaczył się, że w dzisiejszym futbolu nie ma słabeuszy. Ale to nie pomoże, zostanie zwolniony. Z drużynami z Polski, San Marino i Andory nie wypada przegrywać. Z drużynami z Liechtensteinu i Luksemburga można, po wyrównanym boju, ale raczej się nie powinno.

Ciekawe gdzie Grzegorz Lato będzie opłakiwał stan polskiej piłki, w Brunei, na Bahamach, na Bali czy w jakimś innym egzotycznym miejscu. Będzie płacz i wypicie za to by było lepiej.

A ja jak zwykle zaproponuję swoje rozwiązanie. Do wprowadzenia w ciągu trzech sezonów, maksimum.

Frekwencja minimum 10 tysięcy (w miastach takich jak Wodzisław niech zastąpi to odpowiedni procent mieszkańców) i budżet nie mniejszy niż 10 milionów euro. Na początek. I ostre wymagania dotyczące standardu stadionów. Oraz szkolenia młodzieży, to najważniejsze.

Wyeliminujmy w końcu dziadostwo z polskiej piłki, stwórzmy warunki do rywalizacji. Bez tego będzie to co jest. Czyli wielka coroczna żenada.

Comments (10)

Kamery…

O Lechu będzie trochę później. Teraz wrócę na chwilę do tematu Eduardo i wymuszonego karnego w meczu z Celticem. Pewnie nie pozbawił on Celticu szans na awans bo szans tych właściwie nie było. Ale mimo to Celtic ma prawo domagać się od piłkarza odszkodowania za stracone dochody z gry w Lidze Mistrzów. Nie będzie się domagał, bo z dziadkami nikt nie wygrał a ich zemsta bywa sroga. Ale to powinien być kolejny powód dla dziadków by wprowadzić kamery do gry. Na początek do gry na najwyższym poziomie.

Ilu już cierpiało przez błędy albo celowe „pomyłki?”. Dlaczego FIFA i UEFA bronią się przed powtórkami i naprawianiem błędów?

Pojawia się argument, że pomyłki sędziów to element gry tak jak pomyłki zawodników. Tyle że pomyłki zawodników to problem ich drużyny a sędzia musi być ekstremalnie uczciwy i obiektywny, bo nie gra w żadnej drużynie.

Myślę, że chodzi o to, iż wyeliminowanie pomyłek sędziów utrudni dziadkom wpływanie na wyniki meczów.

Do tej pory nie wierzę, że karny Howarda Webba to był zwykły przypadek, pomyłka itd. Po prostu Austriacy musieli zachować szanse tak jak zawsze zachowują je gospodarze. Kosztem Polski. Wcześniej była Korea kosztem Włochów i Hiszpanów.

Spiskowa teoria dziejów? Chyba nie, przecież wszyscy to wiedzą – biznes musi się kręcić. Nie zdziwię się, jeśli ktoś zarabia na tym ciężkie pieniądze u bukmacherów.

Kamery wyeliminują problem, przynajmniej w takim stopniu w jakim jest to możliwe.

Wyeliminują też oszustów. A dodatkowe surowe kary spowodują, że oszuści sami się wyeliminują.

Uczciwie – czy jest jakikolwiek powód ku temu by nie wprowadzić możliwości oglądania przez sędziów kontrowersyjnych sytuacji? Jakikolwiek racjonalny powód? Macie jakieś propozycje?

Comments (2)

O 11 takich, którzy zatrzymali Juventus

Patrzę na polskie drużyny w europejskich pucharach i załamuję ręce. I zastanawiam się o co chodzi, dlaczego nagle zapomnieliśmy jak się gra w piłkę. Dzisiaj trochę o Widzewie, możliwe, że najlepszej w historii naszej piłki drużynie klubowej. Pierwsza część będzie dotyczyła zespołu, który wyeliminował Juventus Turyn. Później wrzucę częśc drugą, o zmienionym Widzewie, który wyeliminował Liverpool. To były wtedy dwie najlepsze drużyny świata. I polski zespół mógł je wyeliminować. Absolutnie niezwykłe.

Oto tekst, który swego czasu napisaliśmy z Romkiem Brzozowskim do serii „Top 10 polskich zespołów w europejskich pucharach”

Fajki, imprezy i Juventus Turyn

Dzisiaj nie do pomyślenia jest, żeby polski zespół walczył jak równy z równym z Manchesterem United czy Juventusem Turyn, nie mówiąc już o tym, aby rywali tych był w stanie pokonać. Widzew z początku lat 80–tych dokonał tego, co wydaje się niemożliwe. Była jedyna drużyna w swoim rodzaju!
5 listopada 1980 roku. Stadio Communale w Turynie. Cisza. Do piłki podchodzi Zbigniew Boniek. Jeśli strzeli karnego, polski zespół awansuje do III rundy Pucharu UEFA. Kilku kolegów Zibiego klęknęło na środku murawy. Trener Jacek Machciński odwraca wzrok od boiska. – Nie mogłem na to patrzeć. Obserwowałem Trapattoniego, po jego reakcjach widziałem co się dzieje – wspomina Machciński. Za chwilę Trap opuszcza zrezygnowany głowę. Machciński triumfuje, Boniek skacze z radości, pozostali piłkarze też, tylko Józef Młynarczyk schodzi jakby w szoku. Jakby nie wierzył w to, co się stało. Kilka minut wcześniej obronił strzały z jedenastki Causio i Cabriniego. Widzew wyeliminował Juventus Turyn!
Dzisiaj można się spierać który z polskich zespołów był największym w historii. Ale pewne jest, ze tylko jeden potrafił wyeliminować tyle potęg europejskiej piłki.
– Pamiętam, jak Włosi przyjechali na pierwszy mecz do Łodzi. Wyszli na luzie, żartowali, chyba opowiadali sobie kawały. Pełen luz, ale zawodowcy – mówi Andrzej Grębosz, dziś nauczyciel wychowania fizycznego w szkole podstawowej w Konstantynowie Łódzkim.
Widzew był już w tym momencie na ustach kibiców z całej Europy, bo kilka tygodni wcześniej wyeliminował Manchester United.
– To była dla nas fantastyczna przygoda. Pamiętam, że modliliśmy się tylko, żeby nie wylosować zespołu ze wschodu. Jak spaść, to z wysokiego konia. Poza tym żony by nam tego nie wybaczyły – śmieje się Marek Pięta, lewoskrzydłowy, który w dwumeczu strzelił Juventusowi dwa gole. – Co można było wtedy kupić w takiej Bułgarii? A z Manchesteru czy z Turynu wracaliśmy obładowani zakupami dla dziewczyn – śmieje się.

Transfery Sobolewskiego
Taki zespół jak ten Widzewa trafia się tylko raz. Doskonale współgrające elementy, żadnego słabego ogniwa.
– Ci, którzy byli za słabi po prostu odpadali. Do tego zespołu każdy musiał po prostu pasować – mówi Machciński.
Drużyna Widzewa tworzyła się od kilka lat, zajmowała zawsze miejsca w czołówce, ale w sezonie poprzedzającym legendarny, chociaż zakończony już w III rundzie marsz w Pucharze UEFA, przeżywała poważny kryzys. Machciński zastąpił w połowie sezonu Stanisława Świerka, gdy zespół zajmował 10. miejsce w tabeli.
– Mam dzisiaj satysfakcję, bo gdy przychodziłem do Widzewa nie bał się go nikt. Gdy odchodziłem – bali się wszyscy – mówi Machciński.
To szkoleniowiec niedoceniany w Polsce. Pod koniec lat 80. zniknął właściwie ze świata piłki. Zaszył się gdzieś w Łodzi. Od kiedy ochroniarz nie wpuścił go na stadion Widzewa, nie chodzi na mecze. – Jeśli dzisiaj zapytacie, kto zdobył z Widzewem pierwszy tytuł mistrza Polski, może jeden na stu będzie wiedział – mówi.
Z piłki wycofał się po zawale serca w 1987 roku.
– Prowadziłem wtedy Ruch Chorzów. Graliśmy u siebie z Lechią Gdańsk baraż o utrzymanie w ekstraklasie. Dzień wcześniej miałem zawał, jakbym coś przeczuwał – opowiada Machciński. – W tamtym meczu Janusz Jojko strzelił najsłynniejszego samobója w historii polskiej piłki, Ruch spadł. Jak widzę Jojkę, odwracam się w drugą stronę. Ręce mi się trzęsły. Żona powiedziała, że woli mieć mnie w domu niż za oknem. A sąsiadujemy z cmentarzem – dodaje.
Ale wtedy, na przełomie lat 70. i 80. Machciński tworzył swoją legendę. W wieku zaledwie 31 lat został trenerem Widzewa. To było ryzykowne posunięcie Ludwika Sobolewskiego. Szkoleniowiec związany z Widzewem od lat. Był asystentem legendarnego Napoleona – Leszka Jezierskiego, trenera który stworzył potęgę łódzkiego klubu.
– Był fantastycznym nauczycielem, do tego czego nauczyłem się od niego, dodałem własną wiedzę z uniwersytetu – mówi Machciński. W historii Widzewa dopiero Franciszek Smuda w połowie lat 90. miał lepszą średnią zdobytych punktów od Machcińskiego.
Zespół był niemal kompletny. Nowy trener musiał uzupełnić kilka pozycji. Zaczęło się od bramkarza. Stanisław Burzyński pod wpływem alkoholu potrącił kościelnego z podłódzkiej parafii. 83-letni staruszek zginął na miejscu. Burzyński trafił do więzienia. Na jego miejsce przyszedł Józef Młynarczyk, już wtedy jeden z najlepszych bramkarzy w lidze. Ten transfer to był popis kunsztu Sobolewskiego.
Możejko: – To był właściwie duet: Ludwik Sobolewski – Stefan Wroński. Prezes działał w białych rękawiczkach, a kierownik w jego cieniu odwalał czarną robotę.
– Zadzwonił Sobolewski, spytał tylko, czy chcę grać w Widzewie. Powiedziałem, że jestem dogadany z Górnikiem, że tak nie wypada. Sobolewski pyta: Ale chcesz czy nie?. Ja na to: Pewnie że chcę. Bo kto by nie chciał? Gdy przyjechali do mnie działacze z Zabrza, powiedziałem żonie, żeby zasłoniła okna. Siedzieliśmy w domu z dziećmi, nie zdążyłem kupić nic do jedzenia. Tak kilka godzin. A oni stali pod drzwiami i dzwonili. Później na telefon. Nie odbieraliśmy. Jak czarne samochody odjechały, to jeszcze tak następne kilka godzin o ciastkach siedzieliśmy. Później ktoś zastukał w drzwi. Siedzieliśmy cicho. „To ja, Ludwik Sobolewski, otwieraj”. I tak trafiłem do Widzewa – opowiada Młynarczyk.
Do kompletu brakowało jeszcze środkowego obrońcy. Władysław Żmuda przyszedł na początku kolejnego sezonu już do zespołu, który wywalczył wicemistrzostwo. Ale transfer to nie była łatwa sprawa, szczególnie dla piłkarza klubu powiązanego z wojskiem – Śląska Wrocław.
– Tak się składało, że jak tylko chciałem odejść, to przychodziło wezwanie do wojska. Jak rezygnowałem, to wojsko rezygnowało ze mnie – śmieje się Żmuda. Ale Sobolewski miał swoje sposoby.
– Miałem przedłużyć kontrakt, Śląsk chciał mnie wziąć na trzy lata, ja powiedziałem, że podpiszę na rok. „Tak? To my cię teraz załatwimy” – usłyszałem. Ale Sobolewski załatwił tę sprawę po swojemu. Na wizytacji w zakładach włókienniczych prządka, która podeszła z kwiatami do generała Jaruzelskiego wręczyła mu też list, że piłkarz Władysław Żmuda bardzo chciałby grać w Widzewie a Widzew bardzo by chciał tego piłkarza. Następnego dnia sam Jaruzelski zadzwonił ponoć do Śląska i powiedział, że skoro wojsko nie potrafi zatrzymać piłkarza dobrowolnie, to niech idzie do robotniczego Widzewa – mówi Żmuda.
Tak dokonało się tworzenie drużyny wyjątkowej, drużyny która jesienią 1980 roku nie przegrała w lidze nawet meczu.

Czas na zabawę

Specyficzny klimat tworzył lokalik klubowy u pani Basi.
Tadeusz Gapiński: – Zwykłe pomieszczenie, boazeria, kuchenka na której pani Basia gotowała obiady. Dzisiaj piłkarz zajrzeć by tam nie chciał. Nie ten standard.
– Wszyscy spotykaliśmy się tam na godzinę przed treningiem, zostawaliśmy ponad godzinę po treningu, żeby posiedzieć, pogadać – mówi Pięta. – Może to właśnie była podstawa, że wszyscy się lubili. Nasze żony przychodziły na mecze, oglądały je razem, piły szampana. To był pokaz mody.
– Chłopaki byli solidarni, jeden był w stanie skoczyć za drugiego w ogień – zapewnia Machciński. – Brzmi banalnie? Może, ale po wypadku Stasia Burzyńskiego, jego żona przez rok dostawała od nas normalną pensję, tak jakby on grał w podstawowym składzie.
– Rodziny się znały. Jak drużyna jechała na mecz, to dziewczyny się spotykały u Piętowej, Młynarczykowej czy Bońkowej. Lubiły się spotykać, przebywać ze sobą – mówi Gapiński.
Piłkarze, jak to piłkarze, też nie wylewali za kołnierz.
Królem był Józef Młynarczyk. Bramkarze mieli zasadę, źe zawsze trzymają się razem.
– Józio trzymał z Jurkiem Klepczyńskim, swoim zmiennikiem. Byli rywalami i jednocześnie najlepszymi kolegami. Wyznawali prostą zasadę: „Dwóch bramkarzy na raz nie zawieszą” – śmieje się Machciński.
– Zasada była jedna: jeśli nie umiesz pić, nie pijesz z nami. Nie do pomyślenia było, żeby ktoś przyszedł na trening w stanie nietrzeźwym – mówi Marek Pięta.
Wspólne spotkania, również po meczach, często w klubowej siłowni, budowały atmosferę. Pięta: – W tamtych czasach piłkarz nie mógł pić alkoholu, to był temat zakazany. Jacek to zmienił.
– To było zaraz po tym, jak przyszedłem do zespołu. Wracaliśmy z meczu i zatrzymaliśmy się w jakimś hotelu. Schodzę na dół do kibla, a tam Stasiu Burzyński piwo popija. Popatrzył na mnie skruszony, ja na niego i mówię: idź na górę, jak człowiek wypij. Przecież to normalni ludzie byli. Po co mieli całą noc w autobusie, jak na szpilkach siedzieć, żeby tylko w Łodzi się piwa napić, skoro można było legalnie? – pyta retorycznie Machciński.
– Jeden z poprzednich trenerów, Bronisław Waligóra, zaprosił na spotkanie nasze żony, żeby wytłumaczyć, że przed meczem nie wolno pić piwa. Zaczął robić im też wychowanie seksualne, więc jedna z dziewczyn pyta: „Czy jeśli mąż zrezygnuje z piwa, to może być w ramach wymiany dwa razy seks?”. W sumie Waligóra miał z dziewczynami dwa spotkania: pierwsze i ostatnie – mówi Pięta.
Za Machcińskiego piwo było normą. Piłkarze Widzewa świetnie się bawili, ale za to jak grali!
– Obiecałem im, że za wygrany mecz stawiam po trzy piwa. I wygrywali, bo chcieli mnie z torbami puścić – śmieje się trener. Oczywiście były też premie. I to przyzwoite. Za zwycięstwo 12 tysięcy złotych, przy średniej pensji w Łodzi 2500.
– Byłem ulubieńcem dziewczyn. Katowałem chłopaków, ale one wiedziały, że dzięki temu mężowie przynoszą do domu kasę – mówi trener. A katować potrafił. – Treningi trwały czasem po trzy godziny. Nikt nie marudził – mówi Machciński.
Władysław Żmuda: – Jeśli ktoś zaczynał odpuszczać, pozostali go pilnowali. Nikt nie miał prawa odpuścić.
Do historii przeszły środowe treningi.
– To była masakra, wiadomo było, że w weekend zagra ten, kto pokaże się na środowym treningu. Walczyliśmy o kasę i o wygraną. Jak ktoś był za grzeczny, to nie miał szans się przebić – mówi Andrzej Możejko. „Johny” jak nazywali go koledzy, pochodzi z Bałut. Był „enfant terrible” tamtej drużyny. Do Widzewa trafił w latach 70., gdy zespół był jeszcze w III lidze. Trochę z przypadku.
– Rzuciłem już karierę, ale w wojsku ją wznowiłem. Można powiedzieć, że dzięki marynarce wojennej wyszedłem na prostą. Tydzień przed 17. urodzinami trafiłem do aresztu za pobicie. Jakiś chłopak, obcy na naszej ulicy, z dziewczyną się całował. Wielu z moich kolegów szybko trafiło do więzienia, ja do wojska. Graliśmy jakiś mecz, zobaczyli, że jestem szybki i wzięli mnie do reprezentacji marynarki. Później trafiłem do Widzewa. Na początku nie wiedziałem jak piłkę dobrze kopnąć, ale Jezierski zostawał ze mną po treningach i nauczył mnie gry w trzy miesiące – opowiada Możejko, najszybszy piłkarz naszej ligi na przełomie lat 70. i 80.
„Johny” był też ulubieńcem publiczności. – Stawał na piłce i rozweselał tłumy – mówi Machciński. – Wywracał też gałki oczne, pokazywał białka, a napastnicy skarżyli się sędziom, że jest pijany – śmieje się Pięta.
W przerwie biegł do ławki rezerwowych, żeby zapalić. – Musiałem złapać kilka machów, to było dla mnie zbawienie – mówi „Johny”. Zresztą, to był zespół palaczy – pod tym względem jedyny w swoim rodzaju. Machciński prowadził odprawę z papierosem w ustach, większość piłkarzy paliła po kątach. To pasowało do obdrapanych ścian klubowej szatni.
– O ile mój poprzedni klub, Śląsk, był klubem wojskowym, to Widzew zdecydowanie partyzanckim — żartuje Żmuda.
Obrońca Andrzej Grębosz zawsze zaliczał jakiegoś babola. – Dlatego kazaliśmy mu robić numer już na rozgrzewce, bo jeśli nie, to wiadomo było, że przynajmniej raz się obetnie – mówi Pięta.
Żmuda zostawiał fortunę w klubowej skarbonce. – Wiele tolerowałem, ale nigdy spóźniania się. Za to trzeba było zapłacić stówkę do wspólnej puli – mówi Machciński. – Władek Żmuda przychodził zawsze spóźniony ze stówką w ręce.
– Dopóki się spóźniałem, to wygrywaliśmy. Trzeba było zachować tradycję, za każdą cenę – śmieje się Żmuda.
Ze wspólnej kasy finansowano bal na koniec rundy i zabawy sylwestrowe.
– Po północy rozbieraliśmy się do samych majtek i graliśmy 5 na 5, a dziewczyny kibicowały – mówi Żmuda.
Uzupełnieniem zespołu był młody Bogdan Plich, który został przesunięty z prawej pomocy. – Boguś chciał grać bardziej ofensywnie, ale powiedziałem mu jasno: chcesz grać, to z tyłu. Zgodził się i nie żałował – mówi Machciński.
Generałem i mózgiem wesołej kompanii był Zbigniew Boniek.
– Tłoczek (Mirosław Tłokiński – red.) aspirował do tego tytułu, ale nie miał szans – mówi Machciński.
– Józek Młynarczyk też miał sporo do powiedzenia, ale Zibi był rzeczywiście wodzem – przyznaje Gapiński.
Bońka uzupełniał człowiek z cienia, Zdzisław „Zito” Rozborski, który znakomicie kreował akcje ofensywne. – Zito miał zeszyt. Wklejał do niego wszystkie relacje z gazet, w których był wymieniony. Kiedyś Andrzej Grębosz zauważył, że jeden z dziennikarzy trochę się po nim przejechał, a „Zito” wkleił relację i napisał pod spodem: „Nie zgadzam się z opinią redaktora. Grałem dobrze!” – opowiada Pięta.
Pomoc uzupełniali Tłokiński i Krzysztof Surlit.
„Tłoczek” dzisiaj jest biznesmenem, mieszka w Szwajcarii. – Niestety nie można się z nim już dogadać. Nie pije od 7 lat – żartuje Pięta. Tłokiński zawsze był na uboczu. – Piłkarsko pasował do tej ekipy, ale jako człowiek był zawsze inny. Miał inny styl, białe skarpetki na czerwone getry, czerwone na białe, złote łańcuszki. Taki był – mówi Gapiński.
Surlit słynął z najmocniejszego uderzenia w Polsce. Miał w nodze petardę, której bali się bramkarze. Legenda głosi, że po odejściu do fińskiego Oulu, już podczas pierwszego treningu strzelił tak mocno, że połamał bramkarzowi ręce.
– Mówiliśmy Krzyśkowi, żeby się rozluźnił. Jeśli się udało, to posyłał bombę. Jeśli nie, to taką kaczkę – mówi Pięta. – Myślę, że jego charakter był główną przyczyną jego śmierci. Kumulował w sobie negatywne emocje, później wybuchał. Razem z bratem rozwalili później ligę oldboyów, bo lali przeciwników. Surlit zmarł 23 września 2007 w Szczecinie, właśnie podczas meczu oldboyów.
Atak tworzyło dwóch lewoskrzydłowych – Włodzimierz Smolarek i Marek Pięta.
Tadeusz Gapiński: – W tym zespole panowała demokracja, to chyba też było jego siłą. Ludzie byli odpowiedzialni za siebie nawzajem. Chłopaki rozmawiali z trenerem i decydowali wspólnie o tym, co będą robić. Oczywiście Jacek wiedział, co robi. On był znacznie młodszy od innych trenerów, a piłkarze chcieli mieć coś do powiedzenia, a więc czasem tak naprowadzał zespół, żeby chłopaki myśleli, że to oni decydowali. Myślę, że to był taki zespół, że mogła go ciocia poprowadzić, ale Jacek pasował do tego zespołu mentalnie. Wszystko się uzupełniało.

Zabierajcie te szmaty!

Ten zespół, osławiony wyeliminowaniem „Czerwonych Diabłów” z Manchesteru, w listopadzie 1980 roku podejmował Juventus Turyn. – Czy ja wiem? Piłkarze jak piłkarze, zespół jak zespół – bagatelizuje Machciński. Ale w swoim osądzie jest odosobniony.
Nazwiska piłkarzy z Turynu robiły wrażenie na każdym, nawet na Żmudzie, który miał przecież na koncie trzecie i piąte miejsce na świecie. – Tam było kilku reprezentantów, wielkie nazwiska, gra z nimi to była dla nas nobilitacja – mówi.
– Znaliśmy ich z telewizji, to byli zawodnicy najwyższej klasy – mówi Młynarczyk.
A jednak, w Łodzi nie pograli.
Zbigniew Boniek w swojej autobiografii pisze: „Na kilka dni przed meczem Włosi zjeżdżają do Łodzi – krzykliwi, pewni siebie, ładnie ubrani, opaleni. Owszem, robią wrażenie, na dziewczynach, my mówimy sobie po widzewsku: zgoda, oni są faworytami, ale zanim zostaną mistrzem w tych rozgrywkach, wpierw muszą pokonać nas”.
Taktyka? Jaka taktyka!
Jacek Machciński: – Jaka taktyka? Nie będę starym chłopom opowiadał, jak mają grać. Dobrze wiedzieli. Ja nigdy nie byłem mistrzem taktyki. Grali swoje. Zajechaliśmy Juventus kondycyjnie, to było dla mnie najważniejsze – mówi Machciński.
– Jacek w środku tygodnia realizował swoje schematy taktyczne, na odprawie nie musiał mówić, kto i co ma grać. Wszyscy już wiedzieli – uważa Gapiński.
Widzew na obserwację wysłał swojego asystenta Wiesława Chodakowskiego, którzy przyjechał z nagranym na video meczem Juventus – Ascoli.
– Tak naprawdę nie interesowało mnie to, jak oni grają. Ważny był tylko Widzew – przyznaje Machciński.
Zbigniew Boniek opisuje: „Nasza taktyka jest niesłychanie prosta – przyjeżdżamy do Łodzi na chwilę przed meczem, jak na normalne ligowe spotkanie. Taktyka? Czasami jest to bzdurne słowo! Gramy z młodzieńczą werwą, bez respektu dla przeciwnika, z ogromną wiarą w to, co robimy. Bettega strzela jedną bramkę, ale my trzy! Czynią to Grębosz, Pięta i Smolarek. Potem dopiero, gdy czytamy sprawozdania z meczu, wynik 3:1 wydaje się nam trochę nierealny”.
Na konferencji po meczu Machiński zaskoczył wszystkich. – Jak mam być szczery, to byłem pewny, że wygramy wyżej i że nie stracimy gola.
Pytany, do którego ze swoich zawodników nie ma zastrzeżeń odpowiedział: Do tych co siedzieli na ławce rezerwowych.
Na rewanż łodzianie jechali z duszą na ramieniu.
Andrzej Grębosz: Oni się nie przejęli. Myśleli, że to wypadek przy pracy, że u siebie załatwią nas raz, dwa.
– A jednak, od początku robili problemy. Na trening dali nam jakieś kartoflisko – mówi Machciński. Na lotnisku w Mediolanie na autokar załatwiony przez Juventus trzeba było czekać półtorej godziny, bo kierowca ponoć pomylił lotniska. To rozjuszyło widzewiaków. Nastroje były bojowe. Przed meczem Machciński podgrzewał atmosferę.
– Jacek często wchodził do szatni z petem i mówił: „no to teraz pokażcie, czy jesteście takie same cwaniaczki jak na treningu”. Przed Juventusem, o ile pamiętam, też tak było – opowiada Możejko.
– Pierwszą połowę graliśmy spięci, kompletnie nam nie szło – mówi Możejko. Do przerwy 1:0 dla Juventusu, zaraz po przerwie 2:0 i „Stara Dama” była w następnej rundzie.
– Niewiele pamiętam, tylko wściekłość i żądzę zwycięstwa – wspomina obrońca Widzewa.
Piłkarze Juve podjudzali nieczystymi zagrywkami.
Marek Pięta nie zapomni gry przeciw Claudio Gentile. – Prowokował, pluł w twarz, gdy upadliśmy razem podawał mi rękę i stawał na stopie. Gdy sędzia nie patrzył, podbiegał i uderzał w plecy pięścią. Czułem się bezsilny, tak bardzo chciałem mu oddać – mówi Pięta.
– Od tego meczu znienawidziłem Włochów, ten ich futbol. Oni chyba od małego się tego uczą, tych wszystkich nieczystych zagrywek, symulowania, faulowania bez piłki, złośliwości. Jak to jest, że sędziowie do tej pory się na to nabierają? – zastanawia się Możejko.
– Z tyłu też próbowali, ale pokazaliśmy im, że to nie ma sensu – mówi Żmuda. – Niektórzy z nas mieli doświadczenie. Jeździliśmy czasem na obozy na wschód, do Rumunii, Bułgarii. Tam większość meczów kończyła się przed czasem. Było plucie, kopanie, ciągnięcie za włosy. Jatka. Ale można było się czegoś nauczyć – śmieje się.
Widzew wrócił do gry, gdy Pięta odegrał się na Gentile. Po rajdzie Bońka strzelił gola na 2:1, już drugiego w dwumeczu. – To lepsze niż oplucie przeciwnika – śmieje się.
Juventus podwyższył na 3:1, wtedy gola strzelił Boniek i wydawało się, że jest po meczu. Ale turecki sędzia Tokat nie uznał bramki.
Telewizja włoska co chwilę pokazywała Tadeusza Gapińskiego, asystenta trenera. – Zimno było więc pożyczyłem prochowiec od Zbyszka Bońka. Jak później to oglądałem, to co chwila byłem w telewizji. Jako Jacek Machciński oczywiście – mówi.
Może to i dobrze, że operator nie uwiecznił miotającego przekleństwa Machcińskiego. Zresztą, wtedy każdy z widzewiaków był gotów ukatrupić sędziego.
Grębosz: Od początku widzieliśmy, że jest przeciwko nam. Zależało mu, żeby Juventus przeszedł.
Machciński: – Widziałem go po meczu z wielkimi walizami. Nie wiem co tam miał, pewnie futra. Nie mam dowodów, ale facet robił wszystko, żeby nie wygrali.
Grębosz: Chciałem do niego podbiec i mu wpieprzyć. Powstrzymałem się.
Dogrywka. Juventus napiera, Widzewiacy stawiają zaporę.
Żmuda: Chcieliśmy dotrwać do karnych. Wiedziałem, że Józek je dla nas wygra.
Grębosz: – Może na przedpolu nie był najlepszy, ale na linii nie miał równych.
Żmuda: – Zoff nigdy nie był dobry na karne, a Józek znakomity. Sporo się na nich dorobił. Czasem robiliśmy konkursy karnych. Jeśli wyciągnął jednego albo dwa, wygrywał. Jak to co? Oczywiście kasę. Trochę hazardu dla rozrywki zawsze się przydało. Zazwyczaj wygrywał.
Nie pomylili się. Młynarczyk był bohaterem. Obronił dwa pierwsze strzały, Zoffo nie obronił żadnego. Decydującego trafił Zbigniew Boniek, który napisał później w swojej autobiografii w 1986 roku: „Triumf Widzewa nad Juventusem był zdarzeniem wręcz nieprawdopodobnym co wiernie podkreślała prasa w Europie. Kasetę video z owego meczu przechowuję do dnia dzisiejszego jak relikwię i gdy zdarza się, że zagram gorzej w klubie albo w drużynie narodowej , odtwarzam sobie tamte wspaniałe chwile, aby się podbudować psychicznie”. Plotka głosiła, że po wyeliminowaniu swojej firmowej drużyny FIAT wstrzymał rozmowy na temat sprzedaży Polsce licencji na fiata pandę.

Strzelały szampany

– Wiedzieliśmy, że dokonaliśmy czegoś nieprawdopodobnego, że właśnie przechodzimy do historii – mówi Marek Pięta.
Szefowie Juventusu dali Widzewiakom w prezencie cały karton swoich koszulek. Za chwilę otworzyły się drzwi do szatni „Starej Damy” i na środku z powrotem wylądowało wielkie pudło.
– Umawialiśmy się, że dadzą nam swoje koszulki na pamiątkę a dostaliśmy jakieś stare łachy po dwudziestu praniach. To Zbyszek Boniek wziął to pudło i wypieprzył im do szatni – śmieje się Grębosz.
Ostatni akt zemsty został dokonany. Widzew triumfował podwójnie – na boisku i w szatni.
Następnego dnia, jak gdyby nigdy nic, piłkarze przyszli na trening. Ale później zaczął się przyjemny czas. Za awans piłkarze dostali 80 tysięcy złotych na głowę.
– W sumie za mecze z Manchesterem i Juve zarobiliśmy po 140 tysięcy. Dołożyłem 80 i kupiłem sobie Ładę – mówi Machciński.
Pięta kupił tańszą, ale niezawodną Zastawę. Większość piłkarzy dostała asygnaty na samochody, nawet dla nich towar pożądany. Bo w Widzewie nigdy nie było problemów z mieszkaniami – w branży budowlanej i spółdzielczej Sobolewski miał chody. Z samochodami zawsze było trudniej.

A w mordę chcecie?
W kolejnej rundzie polegli 0:5 ze słynnym Ipswich Town Bobby’ego Robsona, z Arniem Muehrenem, Paulem Marinerem czy Terry Butcherem.
– Wzięli nas w obroty, byliśmy bez szans – przyznaje Żmuda.
W relacjach meczowych z tamtego okresu prasa podkreśla, że Widzew na wyjeździe miał nawet przewagę, ale Ipswich wyprowadzało co chwila szybkie kontry. A później była afera na Okęciu – najlepsi piłkarze Widzewa, Boniek, Żmuda i Młynarczyk, zostali zawieszeni, ale Widzew dowiózł do końca sezonu mistrzostwo Polski.
Wkrótce z zespołem pożegnał się Machciński.
– Gdy przychodziłem do Widzewa Tomasz Zimoch z Polskiego Radia zapytał mnie w wywiadzie: trenerze, na jak długo zostanie pan w klubie? Odpowiedziałem, że aż zdobędę mistrzostwo. Chciałem dotrzymać słowa – mówi. Tę opowieść należy traktować jednak z przymrużeniem oka.
Druga wersja przyczyn rozstania też jest również związana z mediami. – Po zdobyciu mistrzostwa Marek Madej z TVP chciał zrobić z Jackiem wywiad. A że panowie się nie lubili, to Jacek odmówił. Madej poskarżył się Sobolewskiemu, ten kazał Machcińskiemu dać wywiad, bo jeśli nie, to pożegna się z robotą. I tak było, Jacek odmówił a prezes go wywalił – mówi Tadeusz Gapiński.
Gdy nie wiadomo o co chodzi, to po części chodzi też o pieniądze. Machciński zarabiał wtedy 12 tysięcy złotych, jako mistrz Polski chciał zarabiać więcej. Tym bardziej, że po meczach w pucharze UEFA dostał ofertę z Legii Warszawa, a Ruch Chorzów oferował mu 25 tysięcy.
Panowie się nie dogadali i ktoś musiał zrezygnować z roszczeń. Zrezygnował Machciński, który wylądował w Chorzowie.
Z jego następcą, Władysławem Janem Żmudą, Widzew wygrał tytuł drugi raz z rzędu, a później rozpoczął się exodus najlepszych piłkarzy. Po latach piłkarze wrócili na stadion. Chociaż legenda o wielkim Widzewie żyje, to jednak jej bohaterowie są nieco zapomniani i nie kryją, że mają o to żal.
– Poszliśmy z Markiem na mecz, kibice krzyczeli „wszyscy wstają!”. My nie wstaliśmy, bo stare chłopy jesteśmy, nie bawimy się w takie rzeczy. Jakiś kibol do nas: „A w mordę chcecie?” – śmieje się Grębosz.
Możejki i Machcińskiego nie wpuszczono na stadion na mecz ligowy. Nie załatwili sobie biletów. Po cichu marzą o tym, żeby było tak jak w Anglii, gdzie klubowe legendy przychodzą do klubu, żeby podczas meczu poopowiadać swoje historie ciekawym sponsorom.
Marek Pięta: – Ale nie jest aż tak źle. Z twarzy ludzie mnie nie kojarzą, ale jak powiem nazwisko, to wszyscy wiedzą, że chodzi o Juventus. Powiem tak: od tego czasu minęło 29 lat, a ja do dzisiaj nie dostałem w Łodzi mandatu…

Dodaj komentarz

Odkrywca Łobodzińskiego

Leo Beenhakker wymyślił sobie Wojciecha Łobodzińskiego. Za nic nie chce z niego zrezygnować, prawdopodobnie w myśl starej zasady, którą wygłosił po pierwszym meczu kadry w Odense: „Reprezentacja to nie dyskoteka, do której się wchodzi i wychodzi”. Generalnie chodzi o to, że jeśli raz trafisz do kadry i się w niej utrzymasz, to selekcjoner nie wyrzuci cię z niej tylko dlatego, że akurat masz słabszą formę a ktoś lepszą. Dlatego powołuje Łobodzińskiego a nie Sławomira Peszkę czy Patryka Małeckiego.

I byłbym w stanie to wszystko zrozumieć, nie mieć pretensji o Peszkę czy Małeckiego, gdyby nie to, że chodzi właśnie o Łobodzińskiego. Mamy do czynienia z przeciętnym piłkarzem, który w żaden sposób nie wyróżnia się ponad przeciętność w lidze a już na pewno nie jest gwiazdą ligi. Jeśli ktoś nie wykorzystał swojej szansy w kadrze, to właśnie Łobo.

Pamiętacie słynny mecz z Belgią, który wygraliśmy 2:1? W pierwszej połowie Beenhakker wystawił właśnie Łobodzińskiego a na ławce posadził Kubę Błaszczykowskiego. Łobodziński nie poradził sobie z presją, a Błaszczykowski wszedł po przerwie i zrobił kilka akcji, które poruszyły stadion śląski. Pokazał w całej okazałości różnicę między… Łobodzińskim a resztą kadry.

Beenhakker stawiał na Łobodzińskiego nawet wtedy gdy Błaszczykowski nie mógł grać. Robił to konsekwentnie, mimo iż nieźle we Francji radził sobie Irek Jeleń. Dzisiaj mamy Peszkę i Małeckiego, a Beenhakker wciąż stawia na Łobodzińskiego.

Dzięki temu przeciętny piłkarz ma 22 występy w reprezentacji. Jeszcze kilka lat, kilka meczów z Arabią Saudyjską i kilka końcówek w poważnych spotkaniach i będziemy mieli wybitnego reprezentanta Łobodzińskiego. Wyobrażacie to sobie?

Kiedyś spytałem Beenhakkera: – O co chodzi z tym Łobodzińskim? Powołuję go pan mimo iż jest bez formy…

Odpowiedział: – Na zgrupowaniach kadry prezentuje się znakomicie, dużo lepiej niż w lidze.

To akurat żaden problem, bo w lidze prezentuje się przeciętnie (końcówkę sezonu miał przyzwoitą). Ale faktem jest, że na każdym zgrupowaniu Beenhakker krzyczy na Łobo: „Brawo, doskonale, wspaniale, o to chodzi Łobo”.

Cóż, każdy trener ma coś takiego, że lubi odkrywać i za kilka lat powiedzieć: – „To ja odkryłem tego Łobodzińskiego. Prasa ze mną jechała, ale wierzyłem w niego do końca. W końcu zaskoczył, zatrybił i gra tu gdzie gra (wstawcie sobie nazwę jakiegos zachodniego klubu)!”

Wciąż jest tu problem: Łobodziński ma 27 lat i nie zdradza żadnych oznak ukrytego fenomenu. Ani wielkiej szybkości, ani wspaniałego dryblingu. Czasem ledwo prześcignie ligowych obrońców i nieźle dośrodkuje, ale nie przypominam sobie takiego meczu Wisły, by raz po raz „kręcił” obrońcami. Po prostu to nie Łobo, to nie tenpiłkarz.

Nie wierzę w to, że Beenhakker chce „opędzlować” Łobodzińskiego, jak sugeruje pewnie wielu dziennikarzy „opędzlowujących” w przeszłości noty sędziowskiego za newsy i lodówki od Fryzjera.

Wszystkie oskarżenia wobec Beenhakkera na razie okazują się lipne. Zahorski nie poszedł do Feyenoordu a Pazdan do Groningen.

Ale o co chodzi z Łobodzińskim po prostu nie wiem.

A co jeśli strzeli bramkę Słoweńcom albo w ostatniej minucie zaliczy asystę? Albo zagra mecz życia?

Po pierwsze nie zagra, bo pewnie nie wyjdzie nawet na minutę, ani z Irlandią Pn. ani ze Słowenią. To zbyt poważne mecze, dlatego Kuba Błaszczykowski zagra 2 x 90 minut.

A po drugie nawet jeśli mu się uda, to umówmy się – jedna jaskółka wiosny nie czyni. Nie zmienię zdania.

Na dzień dzisiejszy „11” wygląda tak: Boruc – Wasilewski, Dudka, Żewłakow, Krzynówek – Błaszczykowski, Lewandowski, Murawski, Obraniak – Brożek, Lewandowski.

Optymalna, spośród tego co powołał Beenhakker. CNa zgrupowaniu zobaczymy co z Rogerem, czy zagra jednym czy dwoma napastnikami itd. W sumie jest prawie optymalna. Brakuje tylko Irka Jelenia. Jeśli w takim zestawieniu nie zdobędziemy 4 punktów (myślę o 6 ale się asekuruję) to znaczy, że po prostu nie zasłużyliśmy nawet na kopniaka w tyłek, nie mówiąc o mistrzostwach w RPA.

Comments (15)

Macie jakieś wątpliwości?

Gazeta Wyborcza pisze, że wszystkie 436 biletów, które PZPN dostał od Słowenii na mecz w Mariborze, zostaną podzielone między… oficjeli i sponsorów.

Jeszcze nigdy tak wielu nie zawdzięczało tak wiele tak nielicznym, a właściwie jednemu – Grzegorzowi Lacie. Żyjąc na przełomie XX i XXI wieku jesteśmy świadkami niezwykłych zdarzeń. Rozwoju technologii,rozwoju myśli politycznej i największej w nowoczesnej historii kiełbasy wyborczej. Czy można nazwać to jeszcze kiełbasą czy mowa już o kaszance czy nawet wytłuszczanym salcesonie wyborczym?

Dla mnie to koniec jakichkolwiek wątpliwości, że ideą Grzegorza Laty na najbliższą kadencję jest… zachowanie stanowiska na kolejną.

Władza jest po to, by realizować pewne cele (dla idealistów) lub żeby ją utrzymać i jak najwięcej się „nakorzystać” (wg. powiedzmy, definicji wschodnioeuropejskiej którą znamy w Polsce). Lato jest przedstawicielem tej właśnie opcji – władza jest po to by ją utrzymać.Tego nauczył się od postkomunistów, od Olka, Józka i Leszka.

Działacze jeździli z Grzesiem do Irlandii Pn., ci najważniejsi polecieli do RPA (ach, cóż to były za wakacje) a teraz polecą na wódeczkę do Mariboru. A kibice? Sorry, jest za mało biletów, nie ma sensu robić losowania. Tak mniej więcej w „GW” gada Krzysztof Rola Wawrzecki.

Wyobrażam sobie to w ten sposób:

Lato: – Panowie, jest źle, mamy tylko 436 biletów.

Kręcina: – My, sponsorzy… a kibice?

Rola-Wawrzecki: – Kibice będą w Chorzowie. Poza tym my to też kibice.

Lato: – A doping?

Kręcina: – Ja będę krzyczał głośno.

Rola-Wawrzecki: – Zawsze krzyczysz jak się napijesz.

Lato: – hehe

Kręcina: – Musimy to zrobić.

Rola-Wawrzecki: – Musimy, nie ma wyjścia.

Lato: – Musimy, ale robimy to z ciężkim sercem.

Kręcina: – Z bardzo ciężkim.

Lato: – hehe

telefon

Lato: – Tak, tak, tak, rozumiem.

cisza

Lato: – Dzwonili z Tyskiego, chcą 5 sztuk. Powiedzcie Stefanowi Antkowiakowi, że musi jechać sam, żona nie da rady. To samo z chłopakami, którzy z Warmi i Mazur i jeszcze Szczecin.

Kręcina: – A Śląsk?

Lato: – Dolny to samo, Górny jedzie cały, z żonami i dziećmi. Rudolf nie negocjuje w takich przypadkach.

Rola-Wawrzecki: – I z psami. Rudolf chyba ma psa

Lato: – hehe

Kręcina: – Ty Grzesiu to jesteś gość dla mnie, rozegrałeś to po mistrzowsku.

Rola-Wawrzecki: – A media?

Lato: – Jeden tekst, może dwa i rozejdzie się po kościach.

Kręcina: – Ach, Grzegorz, jesteś świetny.

Lato: Wiem, hehe

Rola-Wawrzecki: – cholera, dzwoni wyborcza.

Lato: – Odbierz, tylko pamiętaj, nie mieliśmy innego wyjścia.

Kręcina: – Grzegorz…

Rola-Wawrzecki: – Tak słucham? Tak, tak panie Szadkowski, proszę nas zrozumieć, nie mieliśmy innego wyjścia!

Lato: hehe

KONIEC

Nie będę pisał, że „szok, skandal, won z PZPN”, zostawiam to jednemu ze swoich byłych kierowników. Faktem jest jednak, że decyzja PZPN otwiera oczy jeszcze szerzej. Co to w ogóle za beznadziejni ludzie. Na najbliższym meczu przyłączam się do chóru kibiców, którzy zaśpiewają nieoficjalny hymn polskich fanów czyli „je… PZPN”. Bo co innego z nimi można zrobić?

Comments (5)

Older Posts »