O 11 takich, którzy zatrzymali Juventus

Patrzę na polskie drużyny w europejskich pucharach i załamuję ręce. I zastanawiam się o co chodzi, dlaczego nagle zapomnieliśmy jak się gra w piłkę. Dzisiaj trochę o Widzewie, możliwe, że najlepszej w historii naszej piłki drużynie klubowej. Pierwsza część będzie dotyczyła zespołu, który wyeliminował Juventus Turyn. Później wrzucę częśc drugą, o zmienionym Widzewie, który wyeliminował Liverpool. To były wtedy dwie najlepsze drużyny świata. I polski zespół mógł je wyeliminować. Absolutnie niezwykłe.

Oto tekst, który swego czasu napisaliśmy z Romkiem Brzozowskim do serii „Top 10 polskich zespołów w europejskich pucharach”

Fajki, imprezy i Juventus Turyn

Dzisiaj nie do pomyślenia jest, żeby polski zespół walczył jak równy z równym z Manchesterem United czy Juventusem Turyn, nie mówiąc już o tym, aby rywali tych był w stanie pokonać. Widzew z początku lat 80–tych dokonał tego, co wydaje się niemożliwe. Była jedyna drużyna w swoim rodzaju!
5 listopada 1980 roku. Stadio Communale w Turynie. Cisza. Do piłki podchodzi Zbigniew Boniek. Jeśli strzeli karnego, polski zespół awansuje do III rundy Pucharu UEFA. Kilku kolegów Zibiego klęknęło na środku murawy. Trener Jacek Machciński odwraca wzrok od boiska. – Nie mogłem na to patrzeć. Obserwowałem Trapattoniego, po jego reakcjach widziałem co się dzieje – wspomina Machciński. Za chwilę Trap opuszcza zrezygnowany głowę. Machciński triumfuje, Boniek skacze z radości, pozostali piłkarze też, tylko Józef Młynarczyk schodzi jakby w szoku. Jakby nie wierzył w to, co się stało. Kilka minut wcześniej obronił strzały z jedenastki Causio i Cabriniego. Widzew wyeliminował Juventus Turyn!
Dzisiaj można się spierać który z polskich zespołów był największym w historii. Ale pewne jest, ze tylko jeden potrafił wyeliminować tyle potęg europejskiej piłki.
– Pamiętam, jak Włosi przyjechali na pierwszy mecz do Łodzi. Wyszli na luzie, żartowali, chyba opowiadali sobie kawały. Pełen luz, ale zawodowcy – mówi Andrzej Grębosz, dziś nauczyciel wychowania fizycznego w szkole podstawowej w Konstantynowie Łódzkim.
Widzew był już w tym momencie na ustach kibiców z całej Europy, bo kilka tygodni wcześniej wyeliminował Manchester United.
– To była dla nas fantastyczna przygoda. Pamiętam, że modliliśmy się tylko, żeby nie wylosować zespołu ze wschodu. Jak spaść, to z wysokiego konia. Poza tym żony by nam tego nie wybaczyły – śmieje się Marek Pięta, lewoskrzydłowy, który w dwumeczu strzelił Juventusowi dwa gole. – Co można było wtedy kupić w takiej Bułgarii? A z Manchesteru czy z Turynu wracaliśmy obładowani zakupami dla dziewczyn – śmieje się.

Transfery Sobolewskiego
Taki zespół jak ten Widzewa trafia się tylko raz. Doskonale współgrające elementy, żadnego słabego ogniwa.
– Ci, którzy byli za słabi po prostu odpadali. Do tego zespołu każdy musiał po prostu pasować – mówi Machciński.
Drużyna Widzewa tworzyła się od kilka lat, zajmowała zawsze miejsca w czołówce, ale w sezonie poprzedzającym legendarny, chociaż zakończony już w III rundzie marsz w Pucharze UEFA, przeżywała poważny kryzys. Machciński zastąpił w połowie sezonu Stanisława Świerka, gdy zespół zajmował 10. miejsce w tabeli.
– Mam dzisiaj satysfakcję, bo gdy przychodziłem do Widzewa nie bał się go nikt. Gdy odchodziłem – bali się wszyscy – mówi Machciński.
To szkoleniowiec niedoceniany w Polsce. Pod koniec lat 80. zniknął właściwie ze świata piłki. Zaszył się gdzieś w Łodzi. Od kiedy ochroniarz nie wpuścił go na stadion Widzewa, nie chodzi na mecze. – Jeśli dzisiaj zapytacie, kto zdobył z Widzewem pierwszy tytuł mistrza Polski, może jeden na stu będzie wiedział – mówi.
Z piłki wycofał się po zawale serca w 1987 roku.
– Prowadziłem wtedy Ruch Chorzów. Graliśmy u siebie z Lechią Gdańsk baraż o utrzymanie w ekstraklasie. Dzień wcześniej miałem zawał, jakbym coś przeczuwał – opowiada Machciński. – W tamtym meczu Janusz Jojko strzelił najsłynniejszego samobója w historii polskiej piłki, Ruch spadł. Jak widzę Jojkę, odwracam się w drugą stronę. Ręce mi się trzęsły. Żona powiedziała, że woli mieć mnie w domu niż za oknem. A sąsiadujemy z cmentarzem – dodaje.
Ale wtedy, na przełomie lat 70. i 80. Machciński tworzył swoją legendę. W wieku zaledwie 31 lat został trenerem Widzewa. To było ryzykowne posunięcie Ludwika Sobolewskiego. Szkoleniowiec związany z Widzewem od lat. Był asystentem legendarnego Napoleona – Leszka Jezierskiego, trenera który stworzył potęgę łódzkiego klubu.
– Był fantastycznym nauczycielem, do tego czego nauczyłem się od niego, dodałem własną wiedzę z uniwersytetu – mówi Machciński. W historii Widzewa dopiero Franciszek Smuda w połowie lat 90. miał lepszą średnią zdobytych punktów od Machcińskiego.
Zespół był niemal kompletny. Nowy trener musiał uzupełnić kilka pozycji. Zaczęło się od bramkarza. Stanisław Burzyński pod wpływem alkoholu potrącił kościelnego z podłódzkiej parafii. 83-letni staruszek zginął na miejscu. Burzyński trafił do więzienia. Na jego miejsce przyszedł Józef Młynarczyk, już wtedy jeden z najlepszych bramkarzy w lidze. Ten transfer to był popis kunsztu Sobolewskiego.
Możejko: – To był właściwie duet: Ludwik Sobolewski – Stefan Wroński. Prezes działał w białych rękawiczkach, a kierownik w jego cieniu odwalał czarną robotę.
– Zadzwonił Sobolewski, spytał tylko, czy chcę grać w Widzewie. Powiedziałem, że jestem dogadany z Górnikiem, że tak nie wypada. Sobolewski pyta: Ale chcesz czy nie?. Ja na to: Pewnie że chcę. Bo kto by nie chciał? Gdy przyjechali do mnie działacze z Zabrza, powiedziałem żonie, żeby zasłoniła okna. Siedzieliśmy w domu z dziećmi, nie zdążyłem kupić nic do jedzenia. Tak kilka godzin. A oni stali pod drzwiami i dzwonili. Później na telefon. Nie odbieraliśmy. Jak czarne samochody odjechały, to jeszcze tak następne kilka godzin o ciastkach siedzieliśmy. Później ktoś zastukał w drzwi. Siedzieliśmy cicho. „To ja, Ludwik Sobolewski, otwieraj”. I tak trafiłem do Widzewa – opowiada Młynarczyk.
Do kompletu brakowało jeszcze środkowego obrońcy. Władysław Żmuda przyszedł na początku kolejnego sezonu już do zespołu, który wywalczył wicemistrzostwo. Ale transfer to nie była łatwa sprawa, szczególnie dla piłkarza klubu powiązanego z wojskiem – Śląska Wrocław.
– Tak się składało, że jak tylko chciałem odejść, to przychodziło wezwanie do wojska. Jak rezygnowałem, to wojsko rezygnowało ze mnie – śmieje się Żmuda. Ale Sobolewski miał swoje sposoby.
– Miałem przedłużyć kontrakt, Śląsk chciał mnie wziąć na trzy lata, ja powiedziałem, że podpiszę na rok. „Tak? To my cię teraz załatwimy” – usłyszałem. Ale Sobolewski załatwił tę sprawę po swojemu. Na wizytacji w zakładach włókienniczych prządka, która podeszła z kwiatami do generała Jaruzelskiego wręczyła mu też list, że piłkarz Władysław Żmuda bardzo chciałby grać w Widzewie a Widzew bardzo by chciał tego piłkarza. Następnego dnia sam Jaruzelski zadzwonił ponoć do Śląska i powiedział, że skoro wojsko nie potrafi zatrzymać piłkarza dobrowolnie, to niech idzie do robotniczego Widzewa – mówi Żmuda.
Tak dokonało się tworzenie drużyny wyjątkowej, drużyny która jesienią 1980 roku nie przegrała w lidze nawet meczu.

Czas na zabawę

Specyficzny klimat tworzył lokalik klubowy u pani Basi.
Tadeusz Gapiński: – Zwykłe pomieszczenie, boazeria, kuchenka na której pani Basia gotowała obiady. Dzisiaj piłkarz zajrzeć by tam nie chciał. Nie ten standard.
– Wszyscy spotykaliśmy się tam na godzinę przed treningiem, zostawaliśmy ponad godzinę po treningu, żeby posiedzieć, pogadać – mówi Pięta. – Może to właśnie była podstawa, że wszyscy się lubili. Nasze żony przychodziły na mecze, oglądały je razem, piły szampana. To był pokaz mody.
– Chłopaki byli solidarni, jeden był w stanie skoczyć za drugiego w ogień – zapewnia Machciński. – Brzmi banalnie? Może, ale po wypadku Stasia Burzyńskiego, jego żona przez rok dostawała od nas normalną pensję, tak jakby on grał w podstawowym składzie.
– Rodziny się znały. Jak drużyna jechała na mecz, to dziewczyny się spotykały u Piętowej, Młynarczykowej czy Bońkowej. Lubiły się spotykać, przebywać ze sobą – mówi Gapiński.
Piłkarze, jak to piłkarze, też nie wylewali za kołnierz.
Królem był Józef Młynarczyk. Bramkarze mieli zasadę, źe zawsze trzymają się razem.
– Józio trzymał z Jurkiem Klepczyńskim, swoim zmiennikiem. Byli rywalami i jednocześnie najlepszymi kolegami. Wyznawali prostą zasadę: „Dwóch bramkarzy na raz nie zawieszą” – śmieje się Machciński.
– Zasada była jedna: jeśli nie umiesz pić, nie pijesz z nami. Nie do pomyślenia było, żeby ktoś przyszedł na trening w stanie nietrzeźwym – mówi Marek Pięta.
Wspólne spotkania, również po meczach, często w klubowej siłowni, budowały atmosferę. Pięta: – W tamtych czasach piłkarz nie mógł pić alkoholu, to był temat zakazany. Jacek to zmienił.
– To było zaraz po tym, jak przyszedłem do zespołu. Wracaliśmy z meczu i zatrzymaliśmy się w jakimś hotelu. Schodzę na dół do kibla, a tam Stasiu Burzyński piwo popija. Popatrzył na mnie skruszony, ja na niego i mówię: idź na górę, jak człowiek wypij. Przecież to normalni ludzie byli. Po co mieli całą noc w autobusie, jak na szpilkach siedzieć, żeby tylko w Łodzi się piwa napić, skoro można było legalnie? – pyta retorycznie Machciński.
– Jeden z poprzednich trenerów, Bronisław Waligóra, zaprosił na spotkanie nasze żony, żeby wytłumaczyć, że przed meczem nie wolno pić piwa. Zaczął robić im też wychowanie seksualne, więc jedna z dziewczyn pyta: „Czy jeśli mąż zrezygnuje z piwa, to może być w ramach wymiany dwa razy seks?”. W sumie Waligóra miał z dziewczynami dwa spotkania: pierwsze i ostatnie – mówi Pięta.
Za Machcińskiego piwo było normą. Piłkarze Widzewa świetnie się bawili, ale za to jak grali!
– Obiecałem im, że za wygrany mecz stawiam po trzy piwa. I wygrywali, bo chcieli mnie z torbami puścić – śmieje się trener. Oczywiście były też premie. I to przyzwoite. Za zwycięstwo 12 tysięcy złotych, przy średniej pensji w Łodzi 2500.
– Byłem ulubieńcem dziewczyn. Katowałem chłopaków, ale one wiedziały, że dzięki temu mężowie przynoszą do domu kasę – mówi trener. A katować potrafił. – Treningi trwały czasem po trzy godziny. Nikt nie marudził – mówi Machciński.
Władysław Żmuda: – Jeśli ktoś zaczynał odpuszczać, pozostali go pilnowali. Nikt nie miał prawa odpuścić.
Do historii przeszły środowe treningi.
– To była masakra, wiadomo było, że w weekend zagra ten, kto pokaże się na środowym treningu. Walczyliśmy o kasę i o wygraną. Jak ktoś był za grzeczny, to nie miał szans się przebić – mówi Andrzej Możejko. „Johny” jak nazywali go koledzy, pochodzi z Bałut. Był „enfant terrible” tamtej drużyny. Do Widzewa trafił w latach 70., gdy zespół był jeszcze w III lidze. Trochę z przypadku.
– Rzuciłem już karierę, ale w wojsku ją wznowiłem. Można powiedzieć, że dzięki marynarce wojennej wyszedłem na prostą. Tydzień przed 17. urodzinami trafiłem do aresztu za pobicie. Jakiś chłopak, obcy na naszej ulicy, z dziewczyną się całował. Wielu z moich kolegów szybko trafiło do więzienia, ja do wojska. Graliśmy jakiś mecz, zobaczyli, że jestem szybki i wzięli mnie do reprezentacji marynarki. Później trafiłem do Widzewa. Na początku nie wiedziałem jak piłkę dobrze kopnąć, ale Jezierski zostawał ze mną po treningach i nauczył mnie gry w trzy miesiące – opowiada Możejko, najszybszy piłkarz naszej ligi na przełomie lat 70. i 80.
„Johny” był też ulubieńcem publiczności. – Stawał na piłce i rozweselał tłumy – mówi Machciński. – Wywracał też gałki oczne, pokazywał białka, a napastnicy skarżyli się sędziom, że jest pijany – śmieje się Pięta.
W przerwie biegł do ławki rezerwowych, żeby zapalić. – Musiałem złapać kilka machów, to było dla mnie zbawienie – mówi „Johny”. Zresztą, to był zespół palaczy – pod tym względem jedyny w swoim rodzaju. Machciński prowadził odprawę z papierosem w ustach, większość piłkarzy paliła po kątach. To pasowało do obdrapanych ścian klubowej szatni.
– O ile mój poprzedni klub, Śląsk, był klubem wojskowym, to Widzew zdecydowanie partyzanckim — żartuje Żmuda.
Obrońca Andrzej Grębosz zawsze zaliczał jakiegoś babola. – Dlatego kazaliśmy mu robić numer już na rozgrzewce, bo jeśli nie, to wiadomo było, że przynajmniej raz się obetnie – mówi Pięta.
Żmuda zostawiał fortunę w klubowej skarbonce. – Wiele tolerowałem, ale nigdy spóźniania się. Za to trzeba było zapłacić stówkę do wspólnej puli – mówi Machciński. – Władek Żmuda przychodził zawsze spóźniony ze stówką w ręce.
– Dopóki się spóźniałem, to wygrywaliśmy. Trzeba było zachować tradycję, za każdą cenę – śmieje się Żmuda.
Ze wspólnej kasy finansowano bal na koniec rundy i zabawy sylwestrowe.
– Po północy rozbieraliśmy się do samych majtek i graliśmy 5 na 5, a dziewczyny kibicowały – mówi Żmuda.
Uzupełnieniem zespołu był młody Bogdan Plich, który został przesunięty z prawej pomocy. – Boguś chciał grać bardziej ofensywnie, ale powiedziałem mu jasno: chcesz grać, to z tyłu. Zgodził się i nie żałował – mówi Machciński.
Generałem i mózgiem wesołej kompanii był Zbigniew Boniek.
– Tłoczek (Mirosław Tłokiński – red.) aspirował do tego tytułu, ale nie miał szans – mówi Machciński.
– Józek Młynarczyk też miał sporo do powiedzenia, ale Zibi był rzeczywiście wodzem – przyznaje Gapiński.
Bońka uzupełniał człowiek z cienia, Zdzisław „Zito” Rozborski, który znakomicie kreował akcje ofensywne. – Zito miał zeszyt. Wklejał do niego wszystkie relacje z gazet, w których był wymieniony. Kiedyś Andrzej Grębosz zauważył, że jeden z dziennikarzy trochę się po nim przejechał, a „Zito” wkleił relację i napisał pod spodem: „Nie zgadzam się z opinią redaktora. Grałem dobrze!” – opowiada Pięta.
Pomoc uzupełniali Tłokiński i Krzysztof Surlit.
„Tłoczek” dzisiaj jest biznesmenem, mieszka w Szwajcarii. – Niestety nie można się z nim już dogadać. Nie pije od 7 lat – żartuje Pięta. Tłokiński zawsze był na uboczu. – Piłkarsko pasował do tej ekipy, ale jako człowiek był zawsze inny. Miał inny styl, białe skarpetki na czerwone getry, czerwone na białe, złote łańcuszki. Taki był – mówi Gapiński.
Surlit słynął z najmocniejszego uderzenia w Polsce. Miał w nodze petardę, której bali się bramkarze. Legenda głosi, że po odejściu do fińskiego Oulu, już podczas pierwszego treningu strzelił tak mocno, że połamał bramkarzowi ręce.
– Mówiliśmy Krzyśkowi, żeby się rozluźnił. Jeśli się udało, to posyłał bombę. Jeśli nie, to taką kaczkę – mówi Pięta. – Myślę, że jego charakter był główną przyczyną jego śmierci. Kumulował w sobie negatywne emocje, później wybuchał. Razem z bratem rozwalili później ligę oldboyów, bo lali przeciwników. Surlit zmarł 23 września 2007 w Szczecinie, właśnie podczas meczu oldboyów.
Atak tworzyło dwóch lewoskrzydłowych – Włodzimierz Smolarek i Marek Pięta.
Tadeusz Gapiński: – W tym zespole panowała demokracja, to chyba też było jego siłą. Ludzie byli odpowiedzialni za siebie nawzajem. Chłopaki rozmawiali z trenerem i decydowali wspólnie o tym, co będą robić. Oczywiście Jacek wiedział, co robi. On był znacznie młodszy od innych trenerów, a piłkarze chcieli mieć coś do powiedzenia, a więc czasem tak naprowadzał zespół, żeby chłopaki myśleli, że to oni decydowali. Myślę, że to był taki zespół, że mogła go ciocia poprowadzić, ale Jacek pasował do tego zespołu mentalnie. Wszystko się uzupełniało.

Zabierajcie te szmaty!

Ten zespół, osławiony wyeliminowaniem „Czerwonych Diabłów” z Manchesteru, w listopadzie 1980 roku podejmował Juventus Turyn. – Czy ja wiem? Piłkarze jak piłkarze, zespół jak zespół – bagatelizuje Machciński. Ale w swoim osądzie jest odosobniony.
Nazwiska piłkarzy z Turynu robiły wrażenie na każdym, nawet na Żmudzie, który miał przecież na koncie trzecie i piąte miejsce na świecie. – Tam było kilku reprezentantów, wielkie nazwiska, gra z nimi to była dla nas nobilitacja – mówi.
– Znaliśmy ich z telewizji, to byli zawodnicy najwyższej klasy – mówi Młynarczyk.
A jednak, w Łodzi nie pograli.
Zbigniew Boniek w swojej autobiografii pisze: „Na kilka dni przed meczem Włosi zjeżdżają do Łodzi – krzykliwi, pewni siebie, ładnie ubrani, opaleni. Owszem, robią wrażenie, na dziewczynach, my mówimy sobie po widzewsku: zgoda, oni są faworytami, ale zanim zostaną mistrzem w tych rozgrywkach, wpierw muszą pokonać nas”.
Taktyka? Jaka taktyka!
Jacek Machciński: – Jaka taktyka? Nie będę starym chłopom opowiadał, jak mają grać. Dobrze wiedzieli. Ja nigdy nie byłem mistrzem taktyki. Grali swoje. Zajechaliśmy Juventus kondycyjnie, to było dla mnie najważniejsze – mówi Machciński.
– Jacek w środku tygodnia realizował swoje schematy taktyczne, na odprawie nie musiał mówić, kto i co ma grać. Wszyscy już wiedzieli – uważa Gapiński.
Widzew na obserwację wysłał swojego asystenta Wiesława Chodakowskiego, którzy przyjechał z nagranym na video meczem Juventus – Ascoli.
– Tak naprawdę nie interesowało mnie to, jak oni grają. Ważny był tylko Widzew – przyznaje Machciński.
Zbigniew Boniek opisuje: „Nasza taktyka jest niesłychanie prosta – przyjeżdżamy do Łodzi na chwilę przed meczem, jak na normalne ligowe spotkanie. Taktyka? Czasami jest to bzdurne słowo! Gramy z młodzieńczą werwą, bez respektu dla przeciwnika, z ogromną wiarą w to, co robimy. Bettega strzela jedną bramkę, ale my trzy! Czynią to Grębosz, Pięta i Smolarek. Potem dopiero, gdy czytamy sprawozdania z meczu, wynik 3:1 wydaje się nam trochę nierealny”.
Na konferencji po meczu Machiński zaskoczył wszystkich. – Jak mam być szczery, to byłem pewny, że wygramy wyżej i że nie stracimy gola.
Pytany, do którego ze swoich zawodników nie ma zastrzeżeń odpowiedział: Do tych co siedzieli na ławce rezerwowych.
Na rewanż łodzianie jechali z duszą na ramieniu.
Andrzej Grębosz: Oni się nie przejęli. Myśleli, że to wypadek przy pracy, że u siebie załatwią nas raz, dwa.
– A jednak, od początku robili problemy. Na trening dali nam jakieś kartoflisko – mówi Machciński. Na lotnisku w Mediolanie na autokar załatwiony przez Juventus trzeba było czekać półtorej godziny, bo kierowca ponoć pomylił lotniska. To rozjuszyło widzewiaków. Nastroje były bojowe. Przed meczem Machciński podgrzewał atmosferę.
– Jacek często wchodził do szatni z petem i mówił: „no to teraz pokażcie, czy jesteście takie same cwaniaczki jak na treningu”. Przed Juventusem, o ile pamiętam, też tak było – opowiada Możejko.
– Pierwszą połowę graliśmy spięci, kompletnie nam nie szło – mówi Możejko. Do przerwy 1:0 dla Juventusu, zaraz po przerwie 2:0 i „Stara Dama” była w następnej rundzie.
– Niewiele pamiętam, tylko wściekłość i żądzę zwycięstwa – wspomina obrońca Widzewa.
Piłkarze Juve podjudzali nieczystymi zagrywkami.
Marek Pięta nie zapomni gry przeciw Claudio Gentile. – Prowokował, pluł w twarz, gdy upadliśmy razem podawał mi rękę i stawał na stopie. Gdy sędzia nie patrzył, podbiegał i uderzał w plecy pięścią. Czułem się bezsilny, tak bardzo chciałem mu oddać – mówi Pięta.
– Od tego meczu znienawidziłem Włochów, ten ich futbol. Oni chyba od małego się tego uczą, tych wszystkich nieczystych zagrywek, symulowania, faulowania bez piłki, złośliwości. Jak to jest, że sędziowie do tej pory się na to nabierają? – zastanawia się Możejko.
– Z tyłu też próbowali, ale pokazaliśmy im, że to nie ma sensu – mówi Żmuda. – Niektórzy z nas mieli doświadczenie. Jeździliśmy czasem na obozy na wschód, do Rumunii, Bułgarii. Tam większość meczów kończyła się przed czasem. Było plucie, kopanie, ciągnięcie za włosy. Jatka. Ale można było się czegoś nauczyć – śmieje się.
Widzew wrócił do gry, gdy Pięta odegrał się na Gentile. Po rajdzie Bońka strzelił gola na 2:1, już drugiego w dwumeczu. – To lepsze niż oplucie przeciwnika – śmieje się.
Juventus podwyższył na 3:1, wtedy gola strzelił Boniek i wydawało się, że jest po meczu. Ale turecki sędzia Tokat nie uznał bramki.
Telewizja włoska co chwilę pokazywała Tadeusza Gapińskiego, asystenta trenera. – Zimno było więc pożyczyłem prochowiec od Zbyszka Bońka. Jak później to oglądałem, to co chwila byłem w telewizji. Jako Jacek Machciński oczywiście – mówi.
Może to i dobrze, że operator nie uwiecznił miotającego przekleństwa Machcińskiego. Zresztą, wtedy każdy z widzewiaków był gotów ukatrupić sędziego.
Grębosz: Od początku widzieliśmy, że jest przeciwko nam. Zależało mu, żeby Juventus przeszedł.
Machciński: – Widziałem go po meczu z wielkimi walizami. Nie wiem co tam miał, pewnie futra. Nie mam dowodów, ale facet robił wszystko, żeby nie wygrali.
Grębosz: Chciałem do niego podbiec i mu wpieprzyć. Powstrzymałem się.
Dogrywka. Juventus napiera, Widzewiacy stawiają zaporę.
Żmuda: Chcieliśmy dotrwać do karnych. Wiedziałem, że Józek je dla nas wygra.
Grębosz: – Może na przedpolu nie był najlepszy, ale na linii nie miał równych.
Żmuda: – Zoff nigdy nie był dobry na karne, a Józek znakomity. Sporo się na nich dorobił. Czasem robiliśmy konkursy karnych. Jeśli wyciągnął jednego albo dwa, wygrywał. Jak to co? Oczywiście kasę. Trochę hazardu dla rozrywki zawsze się przydało. Zazwyczaj wygrywał.
Nie pomylili się. Młynarczyk był bohaterem. Obronił dwa pierwsze strzały, Zoffo nie obronił żadnego. Decydującego trafił Zbigniew Boniek, który napisał później w swojej autobiografii w 1986 roku: „Triumf Widzewa nad Juventusem był zdarzeniem wręcz nieprawdopodobnym co wiernie podkreślała prasa w Europie. Kasetę video z owego meczu przechowuję do dnia dzisiejszego jak relikwię i gdy zdarza się, że zagram gorzej w klubie albo w drużynie narodowej , odtwarzam sobie tamte wspaniałe chwile, aby się podbudować psychicznie”. Plotka głosiła, że po wyeliminowaniu swojej firmowej drużyny FIAT wstrzymał rozmowy na temat sprzedaży Polsce licencji na fiata pandę.

Strzelały szampany

– Wiedzieliśmy, że dokonaliśmy czegoś nieprawdopodobnego, że właśnie przechodzimy do historii – mówi Marek Pięta.
Szefowie Juventusu dali Widzewiakom w prezencie cały karton swoich koszulek. Za chwilę otworzyły się drzwi do szatni „Starej Damy” i na środku z powrotem wylądowało wielkie pudło.
– Umawialiśmy się, że dadzą nam swoje koszulki na pamiątkę a dostaliśmy jakieś stare łachy po dwudziestu praniach. To Zbyszek Boniek wziął to pudło i wypieprzył im do szatni – śmieje się Grębosz.
Ostatni akt zemsty został dokonany. Widzew triumfował podwójnie – na boisku i w szatni.
Następnego dnia, jak gdyby nigdy nic, piłkarze przyszli na trening. Ale później zaczął się przyjemny czas. Za awans piłkarze dostali 80 tysięcy złotych na głowę.
– W sumie za mecze z Manchesterem i Juve zarobiliśmy po 140 tysięcy. Dołożyłem 80 i kupiłem sobie Ładę – mówi Machciński.
Pięta kupił tańszą, ale niezawodną Zastawę. Większość piłkarzy dostała asygnaty na samochody, nawet dla nich towar pożądany. Bo w Widzewie nigdy nie było problemów z mieszkaniami – w branży budowlanej i spółdzielczej Sobolewski miał chody. Z samochodami zawsze było trudniej.

A w mordę chcecie?
W kolejnej rundzie polegli 0:5 ze słynnym Ipswich Town Bobby’ego Robsona, z Arniem Muehrenem, Paulem Marinerem czy Terry Butcherem.
– Wzięli nas w obroty, byliśmy bez szans – przyznaje Żmuda.
W relacjach meczowych z tamtego okresu prasa podkreśla, że Widzew na wyjeździe miał nawet przewagę, ale Ipswich wyprowadzało co chwila szybkie kontry. A później była afera na Okęciu – najlepsi piłkarze Widzewa, Boniek, Żmuda i Młynarczyk, zostali zawieszeni, ale Widzew dowiózł do końca sezonu mistrzostwo Polski.
Wkrótce z zespołem pożegnał się Machciński.
– Gdy przychodziłem do Widzewa Tomasz Zimoch z Polskiego Radia zapytał mnie w wywiadzie: trenerze, na jak długo zostanie pan w klubie? Odpowiedziałem, że aż zdobędę mistrzostwo. Chciałem dotrzymać słowa – mówi. Tę opowieść należy traktować jednak z przymrużeniem oka.
Druga wersja przyczyn rozstania też jest również związana z mediami. – Po zdobyciu mistrzostwa Marek Madej z TVP chciał zrobić z Jackiem wywiad. A że panowie się nie lubili, to Jacek odmówił. Madej poskarżył się Sobolewskiemu, ten kazał Machcińskiemu dać wywiad, bo jeśli nie, to pożegna się z robotą. I tak było, Jacek odmówił a prezes go wywalił – mówi Tadeusz Gapiński.
Gdy nie wiadomo o co chodzi, to po części chodzi też o pieniądze. Machciński zarabiał wtedy 12 tysięcy złotych, jako mistrz Polski chciał zarabiać więcej. Tym bardziej, że po meczach w pucharze UEFA dostał ofertę z Legii Warszawa, a Ruch Chorzów oferował mu 25 tysięcy.
Panowie się nie dogadali i ktoś musiał zrezygnować z roszczeń. Zrezygnował Machciński, który wylądował w Chorzowie.
Z jego następcą, Władysławem Janem Żmudą, Widzew wygrał tytuł drugi raz z rzędu, a później rozpoczął się exodus najlepszych piłkarzy. Po latach piłkarze wrócili na stadion. Chociaż legenda o wielkim Widzewie żyje, to jednak jej bohaterowie są nieco zapomniani i nie kryją, że mają o to żal.
– Poszliśmy z Markiem na mecz, kibice krzyczeli „wszyscy wstają!”. My nie wstaliśmy, bo stare chłopy jesteśmy, nie bawimy się w takie rzeczy. Jakiś kibol do nas: „A w mordę chcecie?” – śmieje się Grębosz.
Możejki i Machcińskiego nie wpuszczono na stadion na mecz ligowy. Nie załatwili sobie biletów. Po cichu marzą o tym, żeby było tak jak w Anglii, gdzie klubowe legendy przychodzą do klubu, żeby podczas meczu poopowiadać swoje historie ciekawym sponsorom.
Marek Pięta: – Ale nie jest aż tak źle. Z twarzy ludzie mnie nie kojarzą, ale jak powiem nazwisko, to wszyscy wiedzą, że chodzi o Juventus. Powiem tak: od tego czasu minęło 29 lat, a ja do dzisiaj nie dostałem w Łodzi mandatu…

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: