Leo Beenhakker – historia, cz. 4

Oto część czwarta naszej „wielkiej sagi o Beenhakkerze, którą publikowaliśmy w „PS” przed EURO 2008. Jeszcze dzisiaj wrzucę kolejne, by uzupełnić archiwum.

PRAWDZIWA HISTORIA LEO BEENHAKKERA

Magiczny okres pracy Holendra z wielkim Realem, cz. 2

Czas spędzony w Madrycie Beenhakker wspominał jako wyjątkowy. Pozwolił mu przecież przejść do historii futbolu. I chociaż krytycy w Holandii zarzucali mu, ze każdy mógłby prowadzić taki zespół (Ante Bouma, były asystent: „Nie gorszy byłby w tej roli facet odpowiadający za cięcie trawy na Santiago Bernabeu”), to jednak Don Leo idealnie pasował do tej roboty. – Doskonale dogadywał sie z kluczowymi piłkarzami, to dawało mu posłuch całego zespołu – uważa Chris Tempelman z magazynu „Voetbal International”.

Sam Leo nie eksponuje swoich za sług, przypominając, że miał fantastyczną ekipę. Jak sam mówi, „wystarczyło im rzucić piłkę”. Jego zadaniem było stworzyć z gwiazd prawdziwy zespół.

Siła Camacho

– Bywało ciężko, ale wtedy wspaniałą rolę odgrywał kapitan Realu i reprezentacji Hiszpanii Jose Antonio Camacho, osobowość, jakiej nigdy potem już nie spotkałem. W szatni często mnie wyręczał i mobilizował kolegów. Pamiętam taką sytuację przed meczem z Celtą Vigo. Spotkanie zaplanowane było na niedzielne popołudnie, więc wylecieliśmy z Madrytu w sobotę. Niestety z powodu mgły z Vigo skierowano nas do San Sebastian, ale tam tez nie udało sie wylądować. Odesłali nas do Bilbao. I znowu nic z tego. W końcu wróciliśmy do Madrytu i wpakowaliśmy się do nocnego pociągu. Dziewięć godzin jazdy!

Żaden z piłkarzy nie mógł spać i kiedy dojechaliśmy koło południa do Vigo, wszyscy padali z nóg. Co ja im miałem powiedzieć w szatni? I wtedy Camacho wykrzyczał: „Panowie, ten weekend był beznadziejny. Ale nie straciliśmy go tylko po to, żeby teraz przegrać ten pieprzony mecz. Ma my go kurwa wygrać za wszelką cenę albo będziemy mieli cały weekend do dupy. Wiem, ze wyglądamy jak jedno wielkie gówno, ale nie przeszliśmy tyle, żeby teraz przegrać!”. Jasne, zagraliśmy beznadziejnie, ale wygraliśmy. Zrobiliśmy swoje i wróciliśmy

do domu – wspomina ze śmiechem Leo Beenhakker.

Magiczny van Breukelen

W pierwszym sezonie Beenhakkera w Madrycie Real zaledwie jednym punktem wyprzedził Barcelonę. W Pucharze Mistrzów doszedł do półfinału (przegrał z Bayernem), co zresztą później będzie jego przekleństwem. Okazało się to bolesne zwłaszcza w kolejnym sezonie, gdy wydawało się, że Real ma zespół doskonały. W lidze Królewscy nie mieli sobie równych, zakończyli sezon z 11-punktową przewagą. W Pucharze Mistrzów trafili na PSV Eindhoven. W pierwszym meczu na Santiago Bernabeu mimo ogromnej przewagi tylko zremisowali 1:1.

W rewanżu było 0:0 i to Holendrzy awansowali do finału.

Beenhakker wspomina: – Dysponowaliśmy ogromną siłą, myślę, ze graliśmy najpiękniejszą i najlepszą piłkę na świecie. Wszystko szło dobrze, aż do czasu półfinału z PSV. Zawaliliśmy pierwsze spotkanie w Madrycie. W rewanżu w Eindhoven nie schodziliśmy z połowy rywali. Butragueno obijał słupki i poprzeczki, a Hugo Sanchezowi nie wychodziło nawet to jego słynne uderzenie nożycami. Nie przegraliśmy z PSV, ale z ich bramkarzem. Van Brenkelen dokonywał cudów. Bronił w tak niewiarygodnych sytuacjach, że uwierzyłem, że na jego bramce siedzi anioł.

Dziś van Breukelen śmieje się z tego: – Za to lubiłem Leo, miał fantastyczne poczucie humoru. Ale zapewniam, że nie było anioła. Po prostu miałem swój dzień – tłumaczy „PS” holenderski golkiper.

Beenhakker mówi dziś, że to jego największa klęska w karierze. – W szatni nikt nic nie mówił. Dwa tygodnie później po meczu z Betisem obroniliśmy tytuł w lidze, ale nikt nie chciał swiętować. Po wręczeniu medali wszyscy bez uśmiechu zbiegli do szatni. To wciąż we mnie siedzi. Czasem piłka bywa nie sprawiedliwa – mówi Leo.

Do dzisiaj nikt nie wie, dla czego fantastyczny zespół nie sięgnął po najwyższe europejskie

trofeum klubowe. – W każdym meczu byliśmy znakomici. Ludzie mówią, że była to najlepsza drużyna świata. Może i tak, ale nie potwierdziliśmy tego w pucharach. W Eindhoven pokazaliśmy najlepszą piłkę, jaką można grać, a jednak tylko zremisowaliśmy. Nie mam pojęcia dlaczego – rozkłada ręce Emilio Butragueno.

Ławka Sępa

Rok później Real wziął rewanż na PSV w ćwierćfinale Pucharu UEFA. Doszło przy tym do

zaskakującej sytuacji. W meczu na Santiago Bernabeu Don Leo posadził na ławce samego Butragueno. Dla kibiców to był szok. Co gorsza, również dla prezesa Mendozy i samego

piłkarza, w Madrycie uznawanego za nietykalnego. – Trudno to zapomnieć. Na nic zdały się groźby prezesa, który w czasie meczu wezwał Leo i zażądał zmiany. Beenhakker postawił na swoim i Real wygrał – wspomina Carlos Gonzalez z „Marki”.

– Czasem trzeba pogodzić się z tym, ze dobro drużyny jest ważniejsze. Wtedy było to dziwne uczucie. Ale właściwie nigdy nie miałem pretensji do Beenhakkera – mówi w rozmowie z „PS” Butragueno.

– Moja kariera znowu zawisła na włosku. Byłem chyba pierwszym w historii trenerem, który odważył sie posadzić go na ławce. W Madrycie „El Buitre” był święty. Następnego dnia prezes Mendoza powiedział mi wprost: „Leo, gdybyś przegrał, pożegnał byś się z posadą” – wspomina Beenhakker.

Ta sielanka skończyła się w półfinale, gdy na drodze Don Leo stanął Milan z trójką jego

rodaków: Frankiem Rijkaardem, Ruudem Gullitem i Marco van Bastenem. W Madrycie padł remis 1:1, a w rewanżu na San Siro Milan zmasakrował Królewskich 5:0. Dla Leo oznaczało to koniec wielkiej przygody w Realu.

Dieta Buyo

Wielu piłkarzy Realu do dzisiaj uważa okres współpracy z Beenhakkerem za wyjątkowy. Legendarny bramkarz Realu Paco Buyo po latach zdradza nam tajemnice szatni Królewskich: – Jego odprawy, jak i co dzienne treningi to było coś wyjątkowego. Szatnia nie była wtedy królestwem Beenhakkera. Była kuchnia! Przychodziliśmy rano na trening i tak jak w domu, w kuchni z żoną i dziećmi, tak i tu z Leo rozmawialiśmy o poprzednim dniu. Często podchodził do każdego z osobna i pytał, co słychać, czy ma jakieś problemy. Pytania dotyczyły praktycznie wszystkiego. Od nastroju żony po nazwę restauracji, w której jedliśmy wczoraj kolacje – wspomina Buyo.

– Zresztą Leo przywiązywał ogromną wagę do jedzenia. Był pierwszym trenerem, który kontrolował jadłospis zawodników. Kilka razy w roku odwiedzał nas też wynajęty przez niego dietetyk. Tym, którzy w przerwie zimowej przybrali trochę na wadze, wręczał swego rodzaju regulamin dietetyczny. Mnie i Gordillo (lewo-skrzydłowy Realu – przyp. red.) zdarzyło sie przeglądać go kilka razy (smiech). Wtedy też media podchwyciły temat i na wzór Piątki Sępa wymyślono Piątkę Przystojniaków (z hiszp. Quinta de los Machos), w której znalazłem sie m.in. ja, Gordillo, Hugo Sanchez i jeszcze dwóch zawodników. Wyróżnialiśmy się nie tylko okrągłymi sylwetkami, ale przede wszystkim pięknymi, bujnymi fryzurami afro…

Lata spędzone w Madrycie Beenhakker uważa dzisiaj za najważniejsze w swoim życiu.

Można powiedzieć, że jego kariera dzieli się na trzy okresy: przed Realem, w Realu i pózniej… – Z czasów gdy prowadziłem Królewskich, pamiętam każdy dzień. Wszystko.

To był dla mnie magiczny czas – mówi Don Leo.

Z Realem zdobył 3 tytuły mistrza i Puchar Hiszpanii.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: