Prawdziwa historia Leo Beenhakkera cz. 5

Chude lata Beenhakkera

Powiedzenie Heraklita z Efezu mówi, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Leo Beenhakker najwidoczniej go nie znał. Wody w rzekach nie były te same, Beenhakker też. Być może dlatego początek lat dziewięćdziesiątych to dla niego pasmo klęsk. Rozpoczynając od mundialu we Włoszech w 1990 roku.
Tamte mistrzostwa były wielką szansą Beenhakkera. Kadrę narodową obejmował po Rinusie Michelsie, który dwa lata wcześniej zdobył mistrzostwo Europy. W składzie Oranje znajdowali się najlepsi w tym czasie piłkarze świata: Marco van Basten, Ruud Gullit, Frank Rijkaard, Ronald Koeman, Hans van Breukelen. Oranje grali porywający, fantastyczny
futbol. Aż do czasu, gdy objął ich Leo…

Latająca popielniczka
Holenderska prasa z tego okresu pisze o nieustannych konfliktach w reprezentacji. Doskonale pamięta je Van Breukelen, wówczas jeden z najlepszych bramkarzy Europy, którego spotkaliśmy w hotelu pod Amsterdamem.
– Większość piłkarzy chciała, by trenerem był Johan Cruyff. A powinniście wiedzieć, że Holandia to bardzo specyficzny kraj. Gdzie indziej trener mówi: „robimy tak i tak” i wszyscy to robią. W Holandii piłkarze zaczynają pytać: „a dlaczego właśnie to, a może lepiej co innego?”. Tacy już jesteśmy. Rinus Michels, będący wówczas prezesem federacji, miał swoich kandydatów, Aada de Mosa i właśnie Leo. Dlatego zła atmosfera panująca w drużynie nie była winą Leo, tylko naszą. Po prostu powinniśmy zareagować od razu albo w ogóle. Myślę, że to my, a nie Beenhakker, zawaliliśmy ten turniej – opowiada „PS” szalony bramkarz PSV Eindhoven.
Wydawało się, że Don Leo, który niedawno pracował w Realu, powinien wiedzieć, jak porozumieć się z gwiazdami. Jednak wszystko poszło w złym kierunku.

– Beenhakkera pogrążył obóz przygotowawczy. Piłkarze nie tworzyli drużyny, każdy robił co chciał. To były wakacje. Jeden szedł na golfa, drugi na ryby, trzeci pojeździć na koniu. To wszystko za gigantyczne pieniądze – opowiada Chris Tempelman z Voetbal International.

Ciągle pojawiały się informacje o kolejnych awanturach. Już podczas mundialu, na jeden z treningów Beenhakker przyszedł w ciemnych okularach, których wcześniej nie nosił. Gdy dziennikarz telewizji poprosił go o ich zdjęcie, okazało się, że Leo ma podbite oko. Bulwarówki pisały o dzikiej awanturze i bójce z Ruudem Gullitem.

– Wielokrotnie pytałem o to Leo, ale on nigdy nie chce się przyznać – mówi Hans Venneker, przyjaciel Beenhakkera. – Zapewnia nas zawsze, że po meczu siedział w szatni, ktoś (jego asystent – red.) nagle otworzył drzwi i rzucił popielniczką. Leo odwrócił się i dostał prosto w oko.
– Beenhakker nie chciał nigdy o tym mówić. Wielokrotnie pytaliśmy go o tę sytuację. Zawsze mówił, że następnym razem wszystko opowie. I tak już od lat – śmieje się Tempelman.
Beenhakker za wszelką cenę próbował ratować sytuację i uratować skłócony zespół.
– Zaprosił nasze żony i znanego komika Freeka de Jonge. Była fantastyczna zabawa – wspomina w rozmowie z nami John van Loen, ówczesny kadrowicz.

– Z Niemcami w 1/8 finału zagraliśmy nasz najlepszy mecz. Ale przegraliśmy – rozkłada ręce Van Breukelen. Niestety,
tylko na tyle starczyło Beenhakkerowi magii. Do dzisiaj ma jednak świetny kontakt z tamtymi piłkarzami. Gdy później holenderska prasa miażdżyła Leo, oni go bronili.
-Miał niesamowitą umiejętność wpływania na zawodników. Musiał wybrać między mną a Ronaldem Koemanem. Wybrał Koemana, ale nigdy nie miałem o to pretensji. Sprawiał, że wszyscy czuli się ważni. Zawodnik numer dwadzieścia trzy miał świadomość, że jest częścią zespołu – zapewnia „PS” Danny Blind, słynny obrońca Ajaksu.
– Będę bronił Leo. Myślę, że znalazł się w złym miejscu i w złym czasie – uważa przyjaciel Beenhakkera, Hans Venneker. Ale nie zmienia to faktu, że dla Don Leo był to początek kłopotów. Po pożegnaniu się z reprezentacją został kilka miesięcy dyrektorem sportowym Ajaksu, by wkrótce wrócić do Realu. Jego drugie podejście do Królewskich
zakończyło się jednak totalną klęską.

Dramat na Teneryfie
Beenhakker zastąpił na stanowisku Radomira Anticia. Już wtedy tę zmianę określano jako co najmniej dziwną. Real miał na półmetku rozgrywek 7 punktów przewagi nad Barceloną. Mendoza jednak zarzucał Anticiowi, że zespół gra mało widowiskowo. Beenhakker spełnił żądania prezesa. Królewscy grali wprawdzie widowiskowo, ale przewagę roztrwonili…
– Wiem, że wielu ludzi dzisiaj pamięta mnie przede wszystkim w związku z tą porażką na Tenerifie, a dopiero później wspomina trzy mistrzostwa, które wcześniej wywalczyłem z zespołem – rozkłada ręce nasz selekcjoner.
Przypomnijmy, że Real, by zdobyć mistrzostwo Hiszpanii, musiał wygrać w ostatniej kolejce na wyjeździe z Tenerifą. Wszystko szło doskonale, bo Królewscy prowadzili 2:0 i…

– Nagle przestaliśmy grać. Świetnie broniący do tej pory Buyo miał słabszy dzień. Hagi nie trafiał w bramkę z rzutów wolnych, a Butragueno przy wyniku 2:2 spudłował z 3 metrów. Rywale nas dobili. Wiedziałem, że zawaliłem sprawę. Wziąłem więc na siebie konsekwencje tej porażki. Pamiętajcie jednak, że w Realu presja jest zawsze bardzo duża. Osiemdziesiąt tysięcy kibiców co mecz wymaga od ciebie wyłącznie zwycięstwa. Czasami piłkarze i trener tego nie wytrzymują i zawodzą w najważniejszym momencie – wspomina w rozmowie z nami Don Leo.
Ciśnienie okazało się na tyle duże, że Real przegrał także finał Pucharu Hiszpanii z Atletico (0:2) i odpadł w półfinale Pucharu UEFA z Torino.

Każdy grał dla siebie
Następne lata to spadek po równi pochyłej. Beenhakker po odejściu z Madrytu przyjął ofertę Grasshoppers Zurych, w którym występowali Pascal Zuberbuehler, Ciriaco Sforza, Thomas Bickel, Alain Sutter czy Giovane Elber.
– To był „zespół gwiazd”, ale brakowało w nim piłkarzy do biegania. Sforza opowiadał mi później, że wszyscy chcieli strzelać gole, dlatego on z konieczności musiał grać jako ostatni obrońca – wspomina Ryszard Komornicki, wówczas piłkarz FC Aarau, dzisiaj trener tego zespołu.
W efekcie tytuł mistrzowski trafił do drużyny Polaka, a Beenhakker musiał ze swoim zespołem walczyć o utrzymanie. Mógł zdobyć mistrzostwo, gdyby w ostatniej kolejce wygrał z Young Boys Berno. Przegrał, a decydującego o porażce gola zdobył Piotr Nowak.
– Beenhakker był dobrym trenerem, ale my nawaliliśmy – broni Holendra jeden z największych gwiazdorów tamtej drużyny, Alain Sutter. – Graliśmy każdy dla siebie. Nikt nie myślał o interesie zespołu, chodziło o to, żeby się pokiwać i wypromować. Byliśmy więc z góry skazani na grę o utrzymanie. Beenhakker nie miał szansy nas przed tym
uchronić. Ale później sprawił, że wzięliśmy się do roboty i bez problemu obroniliśmy się przed degradacją – mówi w rozmowie z „PS” 68-krotny reprezentant Szwajcarii.

Szpieg z Holandii
Zniechęcony niepowodzeniami w Europie Leo pojechał budować piłkarski nowy świat… w Arabii Saudyjskiej. Jego pierwsza praca w charakterze misjonarza futbolu zakończyła się, a jakże, katastrofą. Beenhakker postanowił bowiem wprowadzić do arabskiego kraju swoje zasady.
Został zatrudniony pod koniec listopada 1993 roku, ale szybko doszło do konfliktu z piłkarzami. Ci skarżyli się, że Holender zmienił im reżim treningowy. Do tej pory ćwiczyli 3 razy w tygodniu, a tu nagle przychodzi człowiek z zewnątrz i robi im dwa treningi dziennie. Beenhakker rozegrał 4 oficjalne mecze (2 remisy i 2 porażki) oraz 2
nieoficjalne. 26 lutego 1994 roku Piłkarska Federacja Arabii Saudyjskiej wydała lakoniczne oświadczenie: „Dziękujemy trenerowi Leo Beenhakkerowi, że chciał zmienić zwyczaje panujące w naszej drużynie oraz styl gry. Niestety, zbyt krótki okres pracy nie pozwolił mu na to. Poza tym doszliśmy do wniosku, że jego styl nie pasuje do naszej drużyny”.
Niedługo po odejściu Beenhakkera, do Rijadu przyjechał z wizytą prezydent Argentyny Carlos Menem i trenerem reprezentacji został jego rodak Jorge Solari. Arabowie wrócili do swojego systemu i podczas mundialu w Stanach Zjednoczonych awansowali nawet do II rundy.
Jednak w pierwszym grupowym meczu przegrali 1:2 z Holandią. I w saudyjskiej prasie pojawiły się oskarżenia, że tak naprawdę Beenhakkera przysłała w roli szpiega holenderska federacja piłkarska.

Kamienna twarz
Bezrobotnemu Beenhakkerowi, po odejściu z Arabii Saudyjskiej, z pomocą przyszedł dawny podopieczny, Hugo Sanchez. – Ściągnął Leo do Meksyku, wprowadził w tamtejsze życie – opowiada Chris Tempelman, dziennikarz „Voetbal International”.
Holender został szkoleniowcem stołecznego Club America. Miał za zadanie odbudowę jego potęgi i zdobycie mistrzostwa. Chociaż mu się to nie udało, w Meksyku wciąż ma wielu zwolenników.
– Wspominam Don Leo z nostalgią. Uwielbiałem go. Teraz w Meksyku brakuje takiej osobowości. To był wielki trener. Perfekcjonista. Doskonale przekazywał drużynie ofensywny styl gry. Potrafił żartować z kamienną twarzą – opowiada Manuel Gomez ze sportowego dziennika ESTO. – Pamiętam gdy spotkałem go na lotnisku. Przywitał się i zaprosił na filiżankę kawy. Gadaliśmy chyba z godzinę, o piłce, o Holandii, o życiu. W rozmowie gdzieś ulatniał się ten jego wizerunek niedostępnego, poważnego, wielkiego trenera. Był otwarty, wygadany, taki dobry kumpel od tequili.
W styczniu 1995 r. Leo przedłużył kontrakt z Ameriką na następne dwa lata (miał się zająć dodatkowo szkoleniem drużyn młodzieżowych). Zarząd klubu był zadowolony z wyników. W 21 meczach zespół poniósł tylko dwie porażki, strzelił rekordową ilość 61 goli. Piłkarze prezentowali ofensywny futbol dzięki dwójce afrykańskich napastników, ulubieńców Holendra – Zambijczyka Kalushy Bwalyi i Kameruńczyka Francoisa Omam Biyika.
Leo wybrał Meksyk nie tylko z powodów zawodowych. Prezes Ameriki, Emilio Diez Barroso obiecał mu nową przygodę. Beenhakker zamieszkał w najekskluzywniejszej, snobistycznej dzielnicy La Cornacava pod Mexico City, gdzie mógł oddawać się swojej największej pasji, grze w golfa. W każdy weekend można było go zobaczyć na polu z kijem w ręku.

– Grał z miejscowymi bogaczami – wspomina Carlos Hernandez z dziennika „La Jornada”.

Konflikt z prezesem

– Było miło, fajnie i przyjemnie aż do czasu, kiedy prezes zakazał Beenhakkerowi wystawiania do gry Joaquína del Olmo. Podobno Diez Barroso dowiedział się, że Leo daje pograć piłkarzowi, bo chce go sprzedać gdzieś do Europy –  opowiada Hernandez. – Nie wiem czy było to prawdą, ale faktem jest, że Del Olmo niedługo potem przeniósł się do
holenderskiego Vitesse. Ostatecznie prezesa rozwścieczyła informacja, podana przez media, że Leo, zamiast skupić się na treningach w decydującej fazie sezonu, relaksował się latając helikopterem należącym do jakiegoś podejrzanego przedsiębiorcy… Latał na pewno, ale czy nie przykładał się do treningów? Tego bym nie powiedział – mówi meksykański dziennikarz.
Beenhakker nie krył oburzenia z powodu zwolnienia go z pracy.
-Nie zasłużyłem na takie traktowanie! Zaskakuje mnie to, że zostałem zwolniony po tym jak rozpoczęliśmy marsz po tytuł. Działania szefów klubu mogę określić jako „mało przejrzyste” i absurdalnie śmieszne. W komunikatach prasowych starali się przekonać opinię publiczną, że to ja chciałem odejść, bo stęskniłem się za Holandią. Bzdura, jak
mogłem coś takiego powiedzieć?! – irytował się w wywiadzie dla „Vl”.
Holender podkreślał, że zwolnienie nie miało związku ze sprawami piłkarskimi.
-Nigdy nie zaakceptuję sytuacji, w której prezes każe ci wystawiać jakiegoś zawodnika, albo nie wystawiać innego. Takie praktyki przypominają mi czasy totalitaryzmu! – złościł się Don Leo.
Francisco Reyes, rzecznik prasowy Club América wspomina: – Kiedy Beenhakker trafił do Ameriki, miał zakwalifikować się do strefy finałowej i zapełnić Estadio Azteca. Konflikt z Diez Barroso napęczniał do takiego stopnia, że piłkarze, solidaryzując się z Beenhakkerem, odmawiali przychodzenia na treningi. Decyzji prezesa nie udało się im
jednak zmienić.
Z Meksyku Beenhakker pojechał do Turcji. Ale jego pracę w tym kraju trzeba uznać za nieporozumienie. Dosłownie. Don Leo nie potrafił bowiem dogadać się z piłkarzami Istanbulsporu, bo żaden nie mówił po angielsku. Zespół skończył rozgrywki na 13. miejscu, a Holender bez żalu podziękował za współpracę. Wolał wrócić do Meksyku.
-Beenhakker zawsze był wielkim miłośnikiem whisky. Najbardziej lubił Chivas Regal. Kiedyś, jeszcze w latach 80-tych, powiedział mi, że bardzo chciałby pracować w Chivas Guadalajara. To były żarty – uśmiecha się Bert Nederlof, dziennikarz „Voetbal International”. Ale w 1996 roku, na krótko przed powrotem do Holandii, poprowadził
właśnie ten meksykański zespół. Zastąpił Alberto Guerrę, ale nie zdołał awansować do II rundy. I chociaż Leo jest zakochany w Meksyku, a Meksykanie w nim, ostatnich lat pracy w nim nie mógł dobrze wspominać. Postanowił wrócić do Holandii. Już niedługo miał poprowadzić do wielkich sukcesów Feyenoord Rotterdam, ukochany klub swojego ojca.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: