Prawdziwa historia Leo Beenhakkera – cz. 6

To była ostatnia część. Zakończyliśmy ją na Trynidadzie i Tobago i wyraziliśmy nadzieję, że dalszy rozdział będziemy mogli napisać o Polsce. Na pewno byłaby to ciekawa lektura…

Droga ku chwale


Każdy ma swoje miejsce, do którego chciałby wrócić. Dla Leo Beenhakkera taką spokojną przystanią, prawdziwym domem jest Rotterdam. Tu się wychował. Szczególne miejsce w jego życiu zajmuje Feyenoord. – Zawsze, gdziekolwiek bym nie był, wierzyłem, że kiedyś wrócę tutaj, by poprowadzić Feyenoord – przyznał Beenhakker.

Po raz pierwszy Leo pracował na de Kuip w drugiej połowie lat 70-tych. Był trenerem drużyny juniorów i kandydatem na asystenta Vaclava Jezka. Odszedł, gdy w klubie zatrudniono niechętnego mu menedżera Petera Stephana. Na pożegnanie rzucił do dziennikarzy: -Kiedyś wrócę na de Kuip.

Wielki powrót
– 25 kwietnia 1999? Nie byłem wtedy na meczu. Ale ten dzień pamiętam, jak każdy kto pochodzi z Rotterdamu – mówi Chris Tempelman, dziennikarz „Voetbal International”. Zespół prowadzony przez Leo Beenhakkera tylko zremisował z NAC Breda 2:2. Wynik nie miał jednak żadnego znaczenia. W całym sezonie zdeklasował rywali. Pod koniec rozgrywek przewaga nad drugim w tabeli Willem II Tillburg wyniosła aż 15 punktów. Odwieczni rywale Feyenoordu, PSV Eindhoven i Ajax Amsterdam, nie mieli nawet szansy nawiązać z nim rywalizacji.

Pod koniec kwietnia Holandia każdego roku świętuje tzw. „Queens Day”, czyli urodziny Królowej. Kraj jest wówczas pomarańczowy. W 1999 roku uroczystości w Rotterdamie zaczęły się kilka dni wcześniej. Ponad 250 tysięcy kibiców wyszło na Coolsingel, główną ulicę Rotterdamu. Gdy Jean-Paul Van Gastel uniósł mistrzowską tarczę, miasto oszalało. Wśród zawodników, którzy fetowali wówczas z kibicami mistrzostwo był Jerzy Dudek, uznany zresztą w tym sezonie najlepszym bramkarzem ligi holenderskiej. Beenhakker z balkonu ratusza nawoływał mieszkańców Rotterdamu, by nocą świętowali sukces piłkarzy. Niektórzy opacznie zrozumieli jego słowa… „Wielkie święto zamieniło się w orgię i awanturę” – pisał wtedy „De Telegraf”, największy holenderski dziennik. Aresztowano 90 osób.
Cztery miesiące później, w sierpniu Feyenoord sięgnął na dokładkę po Johan Cruyff-Schaal, czyli superpuchar Holandii. W finale pokonał po dramatycznym boju Ajax 3:2. Więcej szczęścia kibice Rotterdamu nie potrzebowali. Don Leo znowu był wielki.

Odkrywca gwiazd
Pracę w Feyenoordzie Beenhakker rozpoczął, kiedy klub przeżywał trudne chwile.
-Pamiętam, że nie szło nam wtedy. W klubie była zła atmosfera. Piłkarze byli stłamszeni. Leo pojawił się w szatni i powiedział: „Panowie, tak nie wygląda piłkarz Feyenoordu. Głowa do góry, pierś w przód. Tak właśnie zawodnik Feyenoordu powinien wychodzić na mecz”. Nasza gra poprawiła się jak za dotknięciem magicznej różdżki – opowiada „PS” John Metgod, wieloletni asystent Beenhakkera, były zawodnik m.in. Realu Madryt. Dla niego czas spędzony z Beenhakkerem to coś wyjątkowego. – Ten człowiek rozładowuje atmosferę dobrym humorem. Jest zawsze uśmiechnięty, potrafi na poczekaniu wymyślić dowcip. Wie jak zintegrować zespół. Kiedyś pozwolił chłopakom pojechać na zgrupowanie z żonami. Swoją narzeczoną poprosił, żeby organizowała dziewczynom czas w trakcie treningów. Wychodziło to bardzo dobrze. My szliśmy na boisko, dziewczyny na zakupy lub basen. Wieczorem się
spotykaliśmy i wspólnie jedliśmy kolację. To było najlepsze zgrupowanie jakie pamiętam – opowiada Metgod.
Właśnie w Feyenoordzie, kiedy trenerem był Beenhakker rozbłysła gwiazda Julio Ricardo Cruza, dzisiaj supersnajpera Interu Mediolan. Holenderscy dziennikarzy wspominają, że był okres, gdy piłkarzowi kompletnie nie szło. Zwyczajnie nie mógł trafić do bramki. Don Leo rzucił na niego swój czar i Cruz zaczął strzelać jak automat. O czym rozmawiali? W ogóle nie rozmawiali. Trener spotkał się z żoną Cruza. To wystarczyło.
Natomiast, kiedy od 2000 do 2003 roku pracował… w Ajaksie na stanowisku dyrektora technicznego odkrył jednego z najlepszych dziś piłkarzy świata, Zlatana Ibrahimovicia. – Oglądałem go tylko przez 45 minut na treningu i powiedziałem, że chcę mieć tego chłopaka. Kosztował 8 milionów euro. To był najwyższy transfer w historii Ajaxu. Przez kilka pierwszych tygodni Zlatan grał słabo. Prasa wieszała na nim i na mnie psy. Ale jak się rozkręcił… – wspomina Leo.
Szwed cały czas docenia co zrobił dla niego holenderski trener. Podczas ostatnich mistrzostw świata stacje telewizyjne pokazywały, jak Leo przed meczem Szwecji z Trynidadem i Tobago był wyściskiwany przez młodego gwiazdora.

Awantura w Enschede
Niewiele brakowało, a praca z Ajaxem zakończyłaby się dla Leo tragicznie. Po meczu z Twente Enschede zaatakowali go pijani chuligani. Beenhakker uciekł, ale przy samochodzie czekała na niego inni. Don Leo został dotkliwie pobity, konieczna była pomoc lekarza. Po tym zdarzeniu Beenhakker wyprowadził się z Holandii do Belgii, do leżącej pod Antwerpią willowej miejscowości Schilde.
Trzy lata spędzone w Ajaksie na stanowisku dyrektora technicznego to dla Leo o wiele za długi okres siedzenia za biurkiem. Gdy tylko nadarzyła się okazja, wrócił na boisko. Rozpoczął pracę w meksykańskim Club America, skąd kilka lat wcześniej został – według niego – niesłusznie zwolniony. Nie był to udany okres, podobnie jak sezon 2004/05, gdy „spuścił” z ligi De Graafschap Doetinchem.
Wtedy z Beenhakkerem skontaktował się Jack Warner, jeden z najważniejszych ludzi w światowym futbolu. Wiceprezydent FIFA i… szef federacji piłkarskiej Trynidadu i Tobago.
Cud na Karaibach
Przyjechał do Port of Spain na początku 2005 roku. Reprezentacja miała zaledwie 1 punkt zdobyty w trzech eliminacyjnych meczach i właściwie żadnych nadziei na awans do finałów mistrzostw świata. Nikt się tym przejmował. Drużyna narodowa kraju położonego na dwóch małych wysepkach nigdy wcześniej na mundialu nie zagrała. Od momentu, gdy Don Leo rozpoczął pracę wszystko się zmieniło. – Wziął zespół i nagle zaczęliśmy wygrywać. To było coś niesamowitego. Zaczęliśmy grać zupełnie nową piłkę, kontrolować grę, mieliśmy własny styl gry – opowiada Stefan Nicholas z dziennika „Newsday”.
Leo był jak misjonarz, który przyjechał nauczać futbolu. – Wielu z nas nauczył gry od nowa, pokazał rzeczy, których chłopcy wcześniej nie znali. Dzięki niemu uwierzyli, że mogą grać w piłkę na wysokim poziomie. Beenhakker sprawił też, że awansowalibyśmy do mundialu w 2006. Gdyby Leo został, bylibyśmy spokojni o awans do następnego finału. Teraz to już nie jest takie proste – mówi dziennikarzom „PS” Dwight Yorke, były napastnik Manchesteru United. – Wiele razy powtarzał nam: „Piłka nożna to radość, musicie umieć się bawić”. Jednocześnie wiedział, kiedy być poważnym i zawsze wymagał od zawodników pełnego zaangażowania.
Podczas mundialu w Niemczech nie było jednak zbyt różowo. Piłkarze Trynidadu i Tobago nie nawiązali równorzędnej walki z europejskimi zespołami. Nie stworzyli ani jednej dobrej okazji do strzelenia gola, potrafili się tylko bronić. – Już w trakcie turnieju pojawiły się pretensje do Beenhakkera. Nie mieliśmy pojęcia dlaczego pomija Russela Latapy’ego, naszego najlepszego po Yorke’u piłkarza – zastanawia się Stefan Nicholas z „Newsday”.
Yorke, który wraz z Andym Cole’m tworzył znakomity duet napastników Czerwonych Diabłów, uważa, że Beenhakker wytrzymuje porównanie z samym Alexem Fergusonem, czołowym szkoleniowcem świata.

– Leo to jeden z najlepszych trenerów, jakich miałem w karierze. Ma ogromne doświadczenie i niesamowitą wiedzę o piłce. Polska dokonała doskonałego wyboru – uważa Yorke. – Gdy dowiedziałem się, że po mundialu od nas odchodzi, byłem bardzo zawiedziony. Ten facet dał mieszkańcom naszego kraju wiele radości. Sprawił, że poczuliśmy się dowartościowani, bo usłyszał o nas cały świat – mówi najlepszy piłkarz w historii Trinidadu i Tobago. Podobnie myślał prezydent tego małego karaibskiego kraju George Maxwell Richards. Wręczając Holendrowi jedno z najwyższych odznaczeń narodowych powiedział: – Zrobił pan dla naszego kraju więcej niż politycy przez 70 lat.
Beenhakkerowi proponowano spore pieniądze za pozostanie w Trynidadzie i Tobago. Około miliona euro za sezon oferowała też Australia. Wybrał Polskę. Mówi, że to jego nowe wyzwanie. Chce zbudować w naszym kraju piłkarską potęgę. Awansując z biało-czerwonymi do finałów EURO napisał nowy rozdział w swojej biografii. W niedzielę w Klagenfurcie, w meczu z Niemcami, rozpocznie kolejny.

I tyle. To koniec naszej historii.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: