Archive for Październik, 2009

Śmierć człowieka gór

Nigdy nie zajmowałem się himalaizmem. Chciałem spróbować. Jeden z moich rozmówców, Paweł Mularz zapytał: „Skoro nie jest pan specjalista, to po co panu taki temat?”. Właściwie nie odpowiedziałem. Jakoś to dyskretnie przemilczałem.

Był to po prostu temat, z którym chciałem się zmierzyć. Jerzy Kukuczka, Piotr Morawski i Piotr Kalmus to ludzie, których chciałbym poznać lepiej. Właściwie wydaje mi się, że poznałem ich dość dobrze. Można powiedzieć, że z każdą rozmową lepiej… chociaż tak naprawdę nigdy w życiu z nimi nie rozmawiałem. Nie miałem takiej możliwości, dlatego chciałem o nich opowiedzieć.

Jerzy Kukuczka był w pewnym sensie bohaterem mojej młodości. Pod koniec 1986 roku dostałem w prezencie od rodziców książeczkę „Gwiazdy Sportu 86”. Było tam kilka opowieści, lepszych, gorszych. Opowieść Macieja Biegi o Kukuczce była absolutnie nadzwyczajna. Chociaż nie byłem pasjonatem himalajów, opowieść o Kukuczce istniała gdzieś w mojej świadomości. Przez ponad 23 lata od czasu do czasu wyciągałem książkę ze starego pudła i czytałem tę fascynującą opowieść.

Piotr Morawski, drugi z moich bohaterów, dzięki któremu świat alpinistyczny znowu usłyszał o Polsce. Młody, silny, niezniszczalny, nie bojący się żadnego wyzwania. Oglądając filmy o nim, czytając wywiady z nim, miałem wrażenie, że jest to człowiek z którym znalazłbym wspólny język. Myślę, że wielu z nas by znalazło. Miał tę niezwykłą cechę, że był człowiekiem uniwersalnym. To wyjątkowo rzadka cecha, jakże pożądana.

Podobnie jak w przypadku Kukuczki poruszyła mnie jego niezwykła siła woli, taka jaką mają tylko jednostki absolutnie wybitne.

Wreszcie Piotr Kalmus. Dlaczego napisałem o nim historię? Nie wiem, to by była najprostsza odpowiedź. We wspomnianej opowieści Macieja Biegi pojawia się informacja o tym, że Piotr Kalmus zginął podczas wstępnego oblegania góry. Zacząłem szukać informacji w internecie. Właściwie nic poza tym, że zdarzenia miało miejsce na Nanga Parbat. Piotr stał się dla mnie jakimś symbolem człowieka, który ginie realizując swoje wielkie marzenie. Dlatego choćby przedstawiłem go bardziej jako młodego wciąż chłopaka niż dorosłego już mężczyznę. Ginie jako postać na tyle anonimowa, że jego śmierć przeżywa najbliższa rodzina i kilku znajomych. W przeciwieństwie do Kukuczki czy Morawskiego nie jest jakimś nadczłowiekiem, ideałem, który porywa tłumy. Jest człowiekiem z krwi i kości, który poniósł śmierć jedną z wielu. Tak po prostu. Jest jednym z nas.

Teksty ukazały się w „Magazynie Sportowym”.

Znajdziecie je tutaj:
Jerzy Kukuczka
Piotr Morawski
Piotr Kalmus

2 komentarze

Legenda

Śmierć człowieka gór, cz. 1

LEGENDA

4-letni Wojtek obudził się z krzykiem. Właśnie śniło mu się, że jest w windzie z ojcem i nagle zaczynają spadać. Ciocia powiedziała, żeby nie przejmował się i poszedł spać. Tak zrobił.
Dworzec kolejowy w Katowicach. 24-letni Wojtek Kukuczka idzie specyficznym, ale pewnym krokiem. Niezbyt wysoki, nie przywiązuje uwagi do ubrania, na głowie dredy. Matka mówi, że jest podobny do ojca. Ale tylko z charakteru. Cechy fizyczne, rysy, budowę odziedziczył starszy z braci, Maciek. Matka mówi, że jest jak ojciec tyle, że „w ciemnej oprawie”.
Wojtek na co dzień robi zdjęcia. Skończył Akademię Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Pracował przez chwilę w katowickim oddziale Faktu, można powiedzieć, że jest na etapie poszukiwania miejsca w życiu. Ostatnio zaczął zbierać materiały o ojcu. Zainteresował się wspinaczką. Na razie trenuje na skałkach ale ostatnio zapytał Ryszarda Pawłowskiego czy nie zabierze go na wyprawę w Himalaje.
– Jeszcze za wcześnie – odpowiedział Pawłowski.
Wojtek na razie pojechał tylko pod Lhotse, na grób ojca. Nie pamięta go. Ale nigdy nie miał do niego pretensji.
– Był niezależny, dokonał swojego wyboru, szanuję to – mówi.
20 lat temu Jerzy Kukuczka wyruszył na swoją ostatnią podróż. To miała być jego ostatnia tak ekstremalna wyprawa. Nigdy nie obiecał, że porzuci góry. Nie mógłby tego zrobić. Nawet gdy już zdobył Sziszepangmę, swój ostatni, czternasty ośmiotysięcznik. Wydawało się, że ma już wszystko.
Ale południowa ściana Lhotse nie dawała mu spokoju. To było największe wyzwanie himalaizmu końca lat 80-tych. A jak mówi Wojciech Kurtyka: „Gdy pojawiało się jakieś medialne wyzwanie, możliwość pokazania całemu światu kto jest najlepszy, wtedy Jurek po prostu ruszał do akcji”.
– Chciał udowodnić sobie, że może to zrobić. Innym nie musiał nic udowadniać, tylko sobie – uważa Cecylia Kukuczka.
W twarzy, oczach, w sposobie bycia pani Cecylii wyczuwa się pewną melancholię. Nawet gdy opowiada o swoim mężu, z pasją, z wielkim zaangażowaniem, gdy nagle się ożywia, z jej twarzy nie znika zaduma czy nawet smutek. Jesień to sezon dla dziennikarzy. Przyjeżdżają, pytają o męża. Tak jest rok w rok, teraz bardziej, bo to dwudziesta rocznica jego śmierci. Ale nawet po dwudziestu latach można odnieść wrażenie, że niektóre pytania sprawiają ból.

Wraca wspomnienie…
Ligota, dzielnica Katowic. IX piętro na wielkim blokowisku. Już ostatnie tygodnie tutaj, bo niedługo się wyprowadzą. Jerzy za osiągnięcia dostał przydział na bliźniaka. Cieszy się, że będzie miał swój własny pokój. Od kilku dni nie było od niego wiadomości. Choćby kilka słów w radiu czy telewizji. Pani Cecylia wieczory spędza przyklejona do radioodbiornika. W końcu coś powiedzą. Listy od Jerzego dochodzą czasem kilka dni po jego powrocie z wyprawy. Ale z odbiornika zawsze coś można usłyszeć.
– Nie czekasz na dobrą czy złą wiadomość. Po prostu na jakąkolwiek. Choćby jedno zdanie – mówi.
Wtorek to już najwyższy czas na jakiś meldunek. Dzwonek do drzwi, pani Cecylia wychodzi na klatkę. Janusz Majer, przyjaciel Jerzego, pojawia się z żoną za szklaną szybą. Patrzą na nią, spuszczają wzrok. Ona już wie. Jako pierwsza. To jest stalowa zasada, najpierw trzeba powiadomić rodzinę, za wszelką cenę zanim przedostanie się do mediów. Te w dalszej kolejności. Najgorsze co może być, to
dowiedzieć się z telewizji.
Kilka godzin później do agencji prasowych przedostaje się informacja: „Podczas wspinaczki na południowej ścianie Lhotse spadł i poniósł śmierć polski himalaista, Jerzy Kukuczka”.

Może się panie przysiądą?

Pani Cecylia kończy właśnie oprowadzać turystów, młode małżeństwo z dwójką dzieci. Opowiada z pasją. Dzieci chciałyby już iść ale rodzice słuchają z niezwykłym przejęciem, zadają pytania.
W Istebnej, w rodzinnym domu Kukuczków, wygospodarowała małą salkę i stworzyła izbę pamięci swojego męża. Tutaj znajdował czas na odpoczynek, zabawę z synami, Maćkiem i Wojtkiem, śpiewał przy ognisku piosenki „Starego Dobrego Małżeństwa”. I przyśpiewki góralskie. Po polsku i słowacku.
Kompletnie nie umiał tańczyć ale za to świetnie śpiewał. Uwielbiał to miejsce. Przyjeżdżał tu czasem, żeby choć na chwilę uciec od mediów. W domu czasem nie dało się już wytrzymać.
– Gdy Jurek zaczął zdobywać kolejne szczyty w domu cały czas ktoś był, cały czas dzwonił telefon. Wtedy wsiadaliśmy w samochód i jechaliśmy do Istebnej – mówi Cecylia Kukuczka.
Nie rozmawiali dużo o górach. Co tam czuł, jak niezwykłą walkę podejmował? Wszystkiego dowiedziała się już po jego śmierci, redagując  autobiografię męża.
– Naprawdę musieliśmy się natrudzić, żeby cokolwiek z niego wyciągnąć. Góry były tylko jego. W domu była rodzina – mówi pani Cecylia.
Opowiada zwiedzającym o sprzęcie, o wyprawach, o każdym szczycie. Ciężko uwierzyć, że gdy poznali się na początku lat 70-tych nie miała o tym pojęcia. Poszła z koleżanką na kawę do jednej z katowickich restauracji a Jerzy świętował swoje urodziny w towarzystwie kolegów z Głównego
Instytutu Górniczego. Panie nie miały gdzie usiąść, więc zaproponował jej miejsce obok.
– Skromny i jednocześnie bardzo przyjazny, bardzo mi się to spodobało – mówi Cecylia Kukuczka. – Widziałam w jego oczach że to bardzo dobry i uczciwy człowiek. Spodobaliśmy się sobie i tak od randki do randki…
Nazwisko Jerzego było wtedy już znane w środowisku polskich wspinaczy. Miał też bolesne doświadczenie ze śmiercią, która później będzie mu towarzyszyć, gdy w latach 80-tych po kolei ginąć będą jego partnerzy i przyjaciele.
W 1971 roku jednym z najważniejszych problemów polskich wspinaczy było zimowe przejście tzw. direttissimy Kazalnicy, czyli najprostszej drogi prowadzącej na szczyt. Ta sama ściana, która latem wydawała się dość prosta, zimą stanowiła niezwykłe wyzwanie. Wielką wyprawę szykowali
Krakowiacy pod wodzą młodego talentu, Wojciecha Kurtyki. Kukuczka próbował zmierzyć się ze wschodzącą gwiazdą taternictwa.
– Gdy przyjechaliśmy do schroniska nad Morskim Okiem zorientowaliśmy się, że Ślązacy z Harcerskiego Klubu Taternickiego są już w ścianie. Wiedzieli, że szykujemy swoją wyprawę i postanowili uprzedzić nas o jeden dzień – opowiada Kurtyka. Był Kukuczka, Zbigniew Jaworowski i
Piotr „Jim” Skorupa, przyjaciel Jerzego, być może najbliższy, z którym wspinał się od kilku lat.
Krakowiacy byli zirytowani, wręcz wściekli. Podjęli rękawicę. Wyprzedzili Ślązaków, bo ci postanowili przeczekać dwa dni z powodu załamania pogody. W końcu Kukuczka i koledzy zaczęli gonić. Pogoda
beznadziejna, teren ciężki, Kurtyka prze naprzód, metr po metrze, zostawia wszystkich w tyle, Kukuczka nie odpuszcza, narzuca ostre tempo.
Warunki są na tyle ciężkie, że jeden z „krakowiaków” pomaga ślązakom, użycza im liny.
Kukuczka wchodzi pierwszy na półkę skalną. Zaczyna grzać zupę dla kolegów. Skorupa jest tuż za nim. Kukuczka właściwie wyciąga do przyjaciela rękę… Mówi: „Chodź, dawaj”. Lina jest oblodzona. Jim łapie za tzw. węzeł Prusika. To niedopuszczalny błąd, wręcz śmiertelny… Węzeł zaczyna się zsuwać…
– Usłyszałem jakiś niewiarygodny krzyk, niemalże pisk, i za chwilę głośne rąbnięcie. Nie wiedziałem co się dzieje, mój partner Tadek Gibiński nie chciał nic powiedzieć. „Idź dalej, wszystko jest w
porządku, coś spadło” – rzucił. Dopiero nad ranem przyznał, że Skorupa zginął – opowiada Kurtyka. Ślązacy opuścili ścianę.
Kukuczka przyznał po latach, że przez kilka tygodni bił się z myślami, wrócić w góry czy nie.
Wrócił. Przechodził przez kolejne szczeble. W Dolomitach kamień oderwany od skały trafił go w głowę. Szedł dalej. W Alpach sam spadł z Marmolaty. Z ośmiu metrów. Podniósł się i osiągnął szczyt.
Dalej był McKinley na Alasce, gdzie ledwo przeżył i stracił kawałek palca, później Hindukusz. Zawsze w bardzo dobrym stylu. W końcu trafia w Himalaje. Cały czas wyżej, cały czas trudniej.
Pierwsze podejście na Nanga Parbat zakończyło się niepowodzeniem. Jednak Kukuczka odsuwa od siebie piętno tego, który źle znosi wysokość,  które przylgnęło do niego po McKinleyu.
– Wtedy, po Alasce, kilku ekspertów z klubu stwierdziło, że Jurek w wysokie góry się nie nadaje – przypomina Ryszard Warecki, przyjaciel Kukuczki.
Wyprawa w Himalaje to koszty. Milion złotych. Kukuczka i koledzy malują kominy. Są szybsi niż wszechpotężne Hutnicze Przedsiębiorstwo Remontowe. Znacznie szybsi. Podczas gdy „konkurent” potrzebuje na pomalowanie 80-metrowego komina kilka miesięcy, oni robią to… w tydzień.
„Bo my proszę pana, malujemy bez rusztowania. Na linach” – tłumaczy Kukuczka dyrektorowi jednej z wielkich kopalń. Dyrektor robi wielkie oczy, ale w końcu wykłada pieniądze. Jeszcze kilka kominów, kilka wizyt w gabinetach i można ruszać…
4 października 1979 roku wraz z Andrzejem Czokiem staje na szczycie Lhotse. Nie używają dodatkowego tlenu, co jest w tym czasie ogromnym osiągnięciem.
Kolejny sukces to Mount Everest. W maju 1980 roku, już nową trasą. Od tej pory Kukuczka będzie szukał nowych wyzwań, nie zadowoli się tym co banalne, osiągalne dla „zwykłych śmiertelników”.
W 1981 roku podejmuje próbę zdobycia Makalu. W stylu alpejskim z Wojciechem Kurtyką i Anglikiem Alexem McIntyre. Załamanie pogody powoduje, że muszą się wycofać. Nie kryją żalu. Kukuczka próbuje przekonać Kurtykę do powrotu ale ten postanowił, że to koniec.
– W takim razie pójdę sam – wypala Kukuczka. Koledzy są trochę zdezorientowani… Nie protestują. Kurtyka odpowiada: „Zatem idź, ale nie widzę szansy. Weź ode mnie wszystko czego potrzebujesz”.
Kilka dni później znowu są razem. Kukuczka ze swoim trzecim ośmiotysięcznikiem na koncie. Tyle nie osiągnął jeszcze żaden z polskich himalaistów. Znowu zwyciężył. Gdy dochodzi do siebie podczas kolacji, rzuca: „Dalibyście coś zapalić”.
Zdębieli.

Twardziel i geniusz

W pierwszej połowie lat 80-tych stworzył z Kurtyką duet marzeń. Himalajski dream team.
Bronowice, obrzeża Krakowa. Kurtyka otwiera drzwi, kończy załatwiać telefonicznie swoje interesy w Indonezji, uśmiechnięty od ucha do ucha. Mówi się o nim, jako o człowieku mocno ekscentrycznym, niechętnym mediom. Obraz ten okazuje się nieco zafałszowany. Pracuje właśnie nad opowiadaniem. Chce wykorzystać motywy autobiograficzne, chociaż przyznaje, że choć jest to już zaawansowane to nie wyklucza, że nigdy nie zostanie wydane…
Kurtyka, legenda świata alpinistycznego, w Polsce nieco w cieniu wielkich, medialnych nazwisk. Na zachodzie, wśród swoich, uznawany za mistrza. Jeden ze znanych wspinaczy mówi o nim tyle, że jeśli w alpinizmie można mówić o geniuszu czy jakimś nieprawdopodobnym talencie, to właśnie dotyczy to na pewno Kurtyki.
Reinhold Messner, czyli człowiek mający w tym świecie niemal patent na nieomylność, nazwał Kurtykę tym, który miał największy wpływ na europejskie wspinanie.
Kukuczka i Kurtyka, duet co najmniej dziwaczny. Nawet nie tyle niezwykły jest fakt, że się ze sobą wspinali, ile że po prostu w ogóle lubili spędzać ze sobą czas.
Kukuczka – typowy sportowiec. Czołg. Człowiek który zakłócił elitaryzm himalaizmu. Ślązak, elektryk. Kurtyka – człowiek o duszy artysty, syn Henryka Worcella, autora legendarnych „Zaklętych Rewirów”, niejako więc ucieleśnienie tego elitaryzmu.
Najtwardszy człowiek, jaki kiedykolwiek chodził po górach i geniusz wspinaczki.
Z jednej więc strony twardziel, Jurek, normalny i naturalny facet, któremu podobało się zainteresowanie mediów i popularność. Jego znajomi nie ukrywają, że o nią zabiegał, gdyż rozumiał, że wiąże się to z dofinansowaniem wypraw, ale też wynikało ze zwykłego ludzkiego cieszenia
się swoimi pięcioma minutami.
Z drugiej strony geniusz, Wojtek, wyjątkowo inteligentny facet ze skłonnościami do filozofowania, dbający niezwykle o formę wypowiedzi, w miarę możliwości stroniący od mediów, gdyż każdy udzielany wywiad jest jego zdaniem przyznaniem się do własnej słabości, którą jest próżność.
Jurek, tradycyjny katolik z krzyżykiem na szyi, w każdą niedzielę obowiązkowo meldujący się w kościele i Wojtek, wiecznie poszukujący prawdy o absolucie.
Jurek, prący na przekór wszystkiemu, przekonany o tym, że opatrzność chroni go przed śmiercią i Wojtek, którego wyobraźnia podsuwała najgorsze możliwe obrazy śmierci. Efektem tej jego przesadnej z pozoru ostrożności był fakt, że na wyprawach z jego udziałem doszło do zaledwie
jednego, niezbyt groźnego wypadku.
Ta oto „niezwykła dwójka” stanowiła, jak uważa Janusz Kurczab, prawdopodobnie najlepszy zespół w historii polskiego himalaizmu. Razem zdobyli 3 ośmiotysięczniki w zaledwie 2 lata. Wydawało się, że razem są w stanie zdystansować całą elitę światowego himalaizmu.
– Wbrew pozorom te wszystkie przeciwności doskonale się uzupełniały – uważa Kurtyka. – Jurek miał niezłomność i żelazną konsekwencję w dążeniu do celu, ja miałem spore możliwości techniczne. To było dobre połączenie.

Ich trawers Broad Peaków przeszedł do historii himalaizmu. Rozstali się wkrótce po tym, schodząc po udanej wyprawie.

– Jerzy w pewnym momencie chciał iść na Gaszerbrum IV, tak zwaną „Świetlistą Ścianę”. Ja powiedziałem, że nie, bo pogoda nie jest odpowiednia. Choć od lat było to przecież moje marzenie… – mówi Kurtyka. – Jurek w swojej książce wyrażał rozczarowanie, że ja nie chciałem wejść w ścianę. Ta próba to był błąd w sztuce, nie wchodzi się w takie monstrum, prawie 3 kilometry, kiedy pułap chmur sięga 6 tysięcy metrów, kiedy każdego dnia po południu prószy śnieg. Nie wchodzi się w
takich warunkach w stylu alpejskim gdy już nie ma odwrotu!
Czy więc Kukuczka był szaleńcem?
Kurtyka odpowiada: – Nie, Jurek wierzył, że człowiek potrafi wytrzymać o wiele więcej niż to się utarło, organizm ludzki według niego jest o wiele mocniejszy niż się mówi, zaś wypadki to są po prostu… wypadki. Jakby nie zdawał sobie sprawy że na przykład można umrzeć z wyczerpania. A
przecież siła ludzka w końcu się kończy. Jurek myślał, że zawsze można coś zrobić, zawsze można mieć wpływ na swój los.
Kiedyś Jerzy zwierzył się przyjacielowi, że gdy nie zdołał zdobyć góry, pytał w duchu najwyższego: „Boże mój, dlaczego nie pozwoliłeś mi wejść, przecież nic złego nie zrobiłem?”.
Janusz Majer, przyjaciel Kukuczki, dziś współwłaściciel firmy Hi-Mountain opowiada: – Siedzieliśmy z Jurkiem pod Świetlistą ścianą, patrzył na nią i opowiadał jak ją „ugryźć”, którędy pójść. Wróciliśmy do
bazy i wtedy pogoda się naprawdę zepsuła. Trzech z nas postanowiło, że schodzimy, wtedy Wojtek Kurtyka powiedział: „My z Jurkiem też schodzimy”. Jurek nie chciał. Miał takie podejście, że jeśli
zapłaciliśmy za zdobycie ściany, to musimy spróbować.

Ta sytuacja była katalizatorem. Kurtyka miał dość, załatwiał większość wyjazdów, pozwoleń, żywności. Chociaż Jerzy był mistrzem gdy przyszło do załatwiania golonki i szynki w puszkach. Nieoznakowanych. Tylko on wiedział, w której jest golonka, w której szynka. Wąchał puszkę i mówił.
Nigdy nie chybiał. Ale to wszystko było tłem. Jerzy miał inne cele. Chciał zdobyć wszystkie ośmiotysięczniki. Kurtyka żył swoimi marzeniami.
– Sporą rozbieżność między nami można było zauważyć przy wyborach celów. Ja wybierałem te, gdzie mogłem podziwiać naturę, cieszyć się wyzwaniami. Jurek był mentalnie w pełni ustawiony na największe wysokości. Gdy ja ujrzałem szczyt Trango Tower, spędziłem tam ranek i byłem tak roztrzęsiony, że ciężko mi było dojść do siebie, byłem jak po jakimś ciężkim kataklizmie wewnętrznym, tak to porażająco odebrałem. A on? Nie sądzę by w ogóle zrobiło to na nim jakieś wrażenie. Góra i tyle, nawet niezbyt wysoka… Jurek wybierał kolejne zdobycze z listy. Już
wiedział, że chce gonić Messnera – mówi Kurtyka.
Coraz częściej dochodziło do kłótni. Często z byle powodu. Ich rozejście było niezwykle symboliczne. Schodzili lodowcem Baltoro, w pewnym momencie jeden poszedł w prawo, drugi w lewo. Jurek skręcił na niespełna siedmiotysięczny Biarchedi i stamtąd na przełęcz Masherbrum La i do
doliny Hushe.
Gdy Kukuczkę zobaczył miejscowy nauczyciel stwierdził, iż wątpliwe aby stamtąd przyszedł samotnie. Do tej pory udało się to tylko sporej grupie amerykańskich przewodników. „To niemożliwe. Poza nimi nikt się tędy jeszcze nie przedostał” – stwierdził nauczyciel. Jerzy wzruszył ramionami. Nie starał się go przekonać. Próbował za to przekonać Kurtykę do dwóch wypraw zimowych i udziału w wyścigu po 14 ośmiotysięczników. Bezskutecznie. Kukuczka mówił, że zimą można zrobić dwa i zacząć gonić
Messnera.

– Dla Jurka to było zupełnie naturalne, gdyż on traktował wspinaczkę jako sport. Dla mnie było to wręcz niedopuszczalne – mówi Kurtyka.

Marsz

Kukuczka miał trochę racji. Kolejne ośmiotysięczniki padały, jeden po drugim.
Styczeń 1985, Dhaulagiri, razem z Andrzejem Czokiem.
Luty 1985, Cho Oyu razem z Andrzejem Heinrichem.
Lipiec 1985, Nanga Parbat razem z Heinrichem, Sławomirem Łobodzińskim i Carlosem Carsolio. Młodym Meksykanin, który później jako czwarty na świecie osiągnął wszystkie ośmiotysięczniki, tak napisał nam w mailu:
– Spotkałem go w bazie Rupal. Miałem pożyczony sprzęt albo taki domowej roboty a miałem spotkać legendarnego Kukuczkę, faceta który pewnie ma najlepszy sprzęt świata, najlepszego himalaistę świata… Co on pomyśli jak zobaczy ten mój sprzęt? Byłem bardzo zawstydzony. Gdy dotarłem do
bazy trochę byłem kompletnie zaskoczony. Zobaczyłem jak Kukuczka z Zygą Heinrichem szyją i cerują swoje ubrania. też mieli takie domowej roboty, z rosyjskich materiałów”.

Do końca roku miał już 9 szczytów. Kolejny rok i kolejne rekordy.
Styczeń 1986, Kanczendżonga, pierwsze zimowe wejście, z Krzysztofem Wielickim.
Lipiec 1986, K2, razem z Tadeuszem Piotrowskim. Międzynarodową wyprawę organizował słynny Karl Herrligkoffer. Wziął kilku Polaków i międzynarodowe towarzystwo, z Austrii, Szwajcarii, Niemiec.
Kukuczka wspomina w swojej autobiografii „Mój pionowy świat”: – To ty jesteś ten Kukuczka? Wcale nie wyglądasz na alpinistę… Markus, szwajcarski przewodnik, patrzy przy tym nie tyle na moje oczy, co znacznie niżej, tam, gdzie pod paskiem rysuje mi się niezbyt sportowy brzuch. (…) – Pogadamy na ośmiu tysiącach metrów – mruczę do siebie”. Markus ma jednak rację. Jerzy zdecydowanie nie przypomina herosa. Dopiero gdy zaczyna się wspinać zadziwia zachodnich mistrzów.
– Później spotykałem w swoim życiu wielu himalaistów z najlepszym sprzętem, wysokich, wysportowanych atletów, którzy psychicznie wysiadali w tych ciężkich warunkach na największych wysokościach. A niepozorny Kukuczka ze swoimi przerzedzonymi włosami, brakami w uzębieniu i
sporawym brzuchem, chyba od wódki, był tak niezwykle silny psychicznie i fizycznie. Nigdy nie słyszałem by się poddał. Był to na pewno najsilniejszy facet jakiego w życiu spotkałem. Jeśli coś mu nie szło po prostu rzucał co chwila to wasze charakterystyczne słowo na K, ale nigdy się przy tym nie skarżył i nie rezygnował – pisze Carsolio, uczeń Kukuczki.
Listopad 1986, Manaslu razem z Meksykaninem i Arturem Hajzerem.
Wszystkie te zdobycze w znakomitym stylu, wiele z nich okupionych śmiercią przyjaciół.
Na Nanga Parbat blok skalny, jakby specjalnie wyskoczył z lawiny i trafił Piotra Kalmusa, na Kanczenżondze z wycieńczenia zmarł przyjaciel Kukuczki, Andrzej Czok. Ta śmierć, jak opowiadała Cecylia Kukuczka, zabolała go najbardziej. Razem zdobywali swoje dwa pierwsze ośmiotysięczniki. Czok, wydawało się najtwardszy z ludzi, po prostu zaczął gasnąć. Gdyby Kukuczka zdał sobie sprawę z jego stanu i zamiast atakować szczyt sprowadził do na dół, mógłby przyjaciela uratować.
Na K2 zginął Tadeusz Piotrowski. Zgubił raki, spadając zsunął się po Kukuczce. Jerzy nic nie mógł zrobić. Wbił się ze wszystkich sił w ścianę i chciał tylko przeżyć.
W międzyczasie, podczas zakończonej niepowodzeniem wyprawie na Lhotse zginął Rafał Chołda. Kukuczka w pewnym momencie się odwrócił i zobaczył, że go nie ma…
Brnął dalej. Z Messnerem już przegrał. Włoch w 1986 roku wszedł na Lhotse. Miał komplet. Chociaż w pewnym momencie Kukuczka mógł liczyć na wygraną. Przecież gdyby Włoch musiał się wycofać, gdyby musiał odpuścić… Ale Messner, który przez lata dokonywał wyczynów nadludzkich i wyprzedzał swoją epokę, pod koniec wiedział, że nie tym razem nie może pozwolić sobie na czysto sportową rywalizację. Użył wszelkich środków i wygrał. Kukuczka musiał zadowolić się drugim miejscem.
Luty 1987, Annapurna z Arturem Hajzerem…
I w końcu, 18 września 1987 roku Sziszapangma z Arturem Hajzerem. Cel został osiągnięty.
„Stało się… Wszystko dociera do mnie powoli. Jak zawsze na tej wysokości, musi torować sobie drogę przez zmęczenie, łomot spracowanego serca, oddech szarpany głodem tlenu. I nie potrafię w sobie wyzwolić radości proporcjonalnej do przeżycia” – pisze Kukuczka w swojej autobiograficznej książce.
Gdy w pewnym momencie zbliżył się na odległość zaledwie dwóch szczytów do Messnera (10-12) szansa na wygranie tego pasjonującego śmiertelnie niebezpiecznego wyścigu stała się realna. Po latach zwolennicy zarówno jednego jak i drugiego przekonują, że to „żaden wyścig, bo Messner
pierwszy ośmiotysięcznik zdobył 9 lat wcześniej, więc Kukuczka nie miał szans”. Sam Kukuczka przyznał jednak, że zajął drugie miejsce w konkurencji 14 razy 8000. A więc wyścig był. Przecież gdyby Messner się zawahał, gdyby raz czy drugi przegrał z pogodą, wtedy sprawa byłaby otwarta…

Popiersie w honorowym miejscu

– Messner, słucham – głos w słuchawce jest mocny. Właściwie od razu słychać, że należy do człowieka zdecydowanego, niezwykle pewnego siebie. Znacznie zresztą łatwiej o takie wnioski, gdy wiadomo z kim mamy do czynienia. Reinhold Messner. Fenomen. Numer 1. Człowiek, który jako pierwszy zdobył czternaście ośmiotysięczników, jako pierwszy wszedł na Mt. Everest bez tlenu, człowiek, który zdobył Koronę Ziemi czyli najwyższe szczyty wszystkich kontynentów, który w końcu przejechał na
nartach Antarktydę. W końcu człowiek, którego sam Kukuczka uważał za swojego idola.

Czy choć przez chwilę myślał Pan, że Kukuczka może panu zagrozić w wyścigu 14 razy 8000?
– Nie. Ja nigdy nie traktowałem tego jako zawodów. Jerzy był cztery lata młodszy ode mnie i znacznie później wszedł w wysokie góry. Gdy on startował, byłem po środku mojej drogi. Zmagania to nie jest odpowiednie słowo. Wiem, że Jerzy, szczególnie pod koniec miał spore ciśnienie ze strony polskich mediów. Tyle tylko, ze ja zaczynałem na Nanga Parbat w 1970 roku a on, na tej samej górze 7 lat później. Nie ma natomiast wątpliwości, że on, między 1980 i 1986 rokiem był najsilniejszym wysokogórskim wspinaczem świata. Ja nie byłem już tak silny, choćby ze względu na wiek. Mój okres największej świetności przypadał na czas, gdy Jerzy jeszcze wspinał się w Alpach. Proszę też zauważyć, że Jerzy swoje szczyty zdobył podczas zaledwie 12 wypraw, ja miałem ich aż 18. Nie chcę powiedzieć, że on był słabszy, wręcz odwrotnie, był silniejszy. Ale miałem na starcie tak dużą przewagę, że nie było właściwie szansy by nawiązał rywalizację. Byłem w uprzywilejowanej sytuacji, mogłem sobie pozwolić na to by dokonywać innych rzeczy, nie ścigać się.

Czyli nie było więc nawet momentu gdy obawiał się pan o to, że Kukuczka może jednak wygrać?
– Nie, nigdy nawet o tym myślałem. Wiedziałem, że jeśli nie zginę na ośmiotysięczniku, zdobędę je wszystkie. W 1982 roku zdobyłem 3 ośmiotysięczniki w ciągu zaledwie 2 miesięcy, znałem więc swoje
możliwości i miałem sporą rezerwę. Proszę zresztą zwrócić uwagę, że w 1984 roku zamiast jechać po kolejne ośmiotysięczniki „do kolekcji” pojechałem zrobić dwa Gaszerbrumy, które już przecież zaliczyłem w poprzednich latach. To pokazuje, że nie spieszyłem ale po prostu realizowałem swoje kolejne założenia, swoje idee, które przychodziły mi do głowy . Ostatnią z takich idei było właśnie zrobienie samotnego trawersu dwóch ośmiotysięczników bez zejścia do bazy. Później mogłem
spokojnie zdobyć ostatnie szczyty.

Czy miał on coś, jakąś cechę, która była dla Pana szczególnie imponująca?
– Niezwykła była odporność i surowość z jaką traktował sam siebie. Potrafił marznąć, cierpieć, głodować i w końcu wchodził na szczyt. Dlatego właśnie był najlepszym wspinaczem lat osiemdziesiątych. W moim muzeum stoi jego popiersie z brązu, które dostałem od Polaków.
Postawiłem je wśród najwybitniejszych wspinaczy w historii, jak Andreas Heckmair czy Walter Bonatti. Jerzy zdecydowanie jest w jednej grupie z najlepszymi, jacy kiedykolwiek się wspinali. Niesamowicie silny i co ważne, wspinał się w znakomitym stylu. Jego wejście, razem z Tadeuszem
Piotrowskim na K2, w 1986 roku, było wręcz niezwykłe.
Wiele osób mówiło, że on nie wyglądał na alpinistę, mówiono nawet że był… po prostu gruby.
– Taki był, ale to nie był żaden mankament. Miał lekką nadwagę ale potrafił użyć tego w trudnych momentach, uczynił z tego swoją broń, był w tym niezwykle inteligentny. Na pewno nie będę krytykował Jurka za cokolwiek. Jest jedna rzecz, której żałuję… W 1982 roku jechałem na Czo Oju i zaprosiłem z Polski tylko Wojtka Kurtykę, jednego z największych alpinistów swojej epoki. To niezwykle inteligentny facet, którego filozofia, znajomość historii i praktyczne podejście bardzo mi
pasowało. Mieliśmy możliwość, żeby wziąć jednego alpinistę z Polski. Poza tym byli Włosi, Niemcy, Szwajcarzy. Powinienem zrobić wszystko, by zaprosić ich obu. Dziś z perspektywy czasu żałuję tego ale chciałbym podkreślić, że przyczyną śmierci Jerzego nie był wyścig ze mną.

Co więc było?
– Myślę, że presja polskich mediów. Po zdobyciu wszystkich ośmiotysięczników presja na niego była na tyle duża, że myślę iż nie do końca sam miał wpływ na to, co robić dalej, jaki cel sobie obrać.

Być może zginął, bo wiedział, że musi coś udowodnić, musi wejść na południową ścianę Lhotse, ścianę marzeń…
– Wie pan pewnie, że ja dwukrotnie poległem na tej ścianie. Raz w 1975 i później w 1989 roku. Wtedy powiedziałem moim przyjaciołom, że nie jestem wystarczająco silny by wejść na tę ścianę. To było wiosną. Jerzy przyjechał jesienią i chyba czuł zbyt duże ciśnienie, czuł że musi to zrobić. Na tej wysokości, w tych warunkach, ten wypadek zdarzyłby się każdemu…

Kiedy po raz pierwszy zdał pan sobie sprawę, że w ogóle jest ktoś taki jak Kukuczka?
– Pamiętam go z 1979, ale bardzo słabo. Spotkaliśmy się, gdy schodził z Lhotse, porozmawialiśmy trochę o wyprawach na Nanga Parbat. Wiedziałem kto to jest od kiedy wszedł na Mount Everest, a po tym jak z Kurtyką zrobili trawers Broad Peaków, dokładnie wiedziałem z kim rozmawiam, kojarzyłem go już bardzo dobrze. Zrobił też świetnie wejście na Gaszerbrum II, można powiedzieć, że robił te rzeczy, które i ja chciałem robić. I robił to w pięknym stylu. Zacząłem się wtedy interesować jego
osiągnięciami. Później jeszcze Erhard Loretan miał takie osiągnięcia w wyprawach na ośmiotysięczniki. Kukuczka wchodził nowymi drogami, wchodził zimą, samotnie na Makalu… Po nas trzech, większość himalaistów wchodziło na ośmiotysięczniki niemal na grzbietach jaków. To nie miało już nic wspólnego z naszą ideą alpinizmu. Kukuczka, Loretan i ja byliśmy tymi, którzy pokazali największą klasę. Później było niewielu takich wspinaczy.

Czyli mam rozumieć, że wyprzedzaliście swoją epokę o 10 czy 20 lat?
– Na pewno. Dzisiaj zresztą mało kto robi takie wejścia. Ludzie używają normalnych dróg. Dzisiaj mówi się, że wspinacze są szybsi niż ci w dawnych czasach jak my czy choćby Wanda Rutkiewicz. Wchodzi nawet sporo kobiet. Ktoś im przymocowuje liny i szybko wchodzą po tych linach… no to rzeczywiście jest szybciej. To nie to samo co robił Kukuczka, ja czy Loretan. My wyznaczaliśmy nowe, trudne trasy, zimowe wejścia. Ja dwukrotnie poległem w zimie, ale my próbowaliśmy, robiliśmy coś nowego.
Teraz zbyt dużo osób zalicza szczyty najłatwiejszymi drogami, najłatwiejszym stylem. Mówią: „Jesteśmy tam”.
Faktem było, że Kukuczka sporo ryzykował, wokół niego ginęło wiele osób, czy aby nie było tak, że jego śmierć była kwestią czasu? Czy jego styl nie był za bardzo ryzykowny?
– Wspinanie się w sposób w jaki to robiliśmy jest ryzykowne. On to wiedział, tak jak i ja czy Loretan. Generalnie Polacy w latach 80-tych bardzo ryzykowali. To nie jest niczyja wina. Po prostu Polacy tak się wspinali. Ryzykowali życiem. Dzisiaj wspinaczy ubezpiecza masa ludzi, helikoptery i tak dalej. My tego nie mieliśmy. W dzisiejszych czasach niewielu jest ludzi, którzy uprawiają alpinizm w takiej postaci. Polacy mieli niezwykle silną grupę wspinaczy, jeden pchał drugiego do przodu. Gdy kilku zginęło, miałem nadzieję, że Kukuczka zrezygnuje, zejdzie na niziny i zacznie szukać nowych wyzwań. Tak jak chociażby wyprawy na Antarktydę, pustynię… coś bezpieczniejszego. Ja tak zrobiłem i wciąż
żyję. Ale powiedzmy szczerze, żyję bo miałem też dużo szczęścia. Przecież na Nanga Parbat w 1970 roku byłem bliski śmierci.

Czy zdążyliście poznać się prywatnie?
– Nie, nigdy nie było takiej okazji, żebym poznał jego żonę czy dzieci. Ale oczywiście kilka razy pogadaliśmy w górach. Mogę powiedzieć tylko tyle, że w Katmandu czy w bazie zawsze było to bardzo miły facet, świetna osobowość. Był bardzo otwarty, lubił napić się wina z innymi
wspinaczami a następnego dnia, z samego rana startował na szczyt.

Gwiazda

Być może Messner miał rację. Jerzy mógł zejść na niziny, szukać nowych wyzwań. Miał od francuskich zdobywców (Jeana Louisa Etienne’a) ofertę przeprawy przez Antarktydę, którą jednak odrzucił. A przecież osiągnął swój najważniejszy cel w Himalajach. Musiał go osiągnąć. Kurtyka mówi o
„obsesyjnej wręcz żądzy pokonywania kolejnych szczebli”.
– Znany szwajcarski naukowiec, Dr. Oelz, który badał himalaistów, ustanowił jednostkę, którą nazywał imperatywem sukcesu. Jerzy miał tu niezwykle wysoki współczynnik – tłumaczy Tomasz Malanowski, współautor autobiograficznej książki Kukuczki „Na szczytach świata”.

Dr. Oelz potwierdził to w mailu. Napisał nam, że „Kukuczka miał wszystkie wskaźniki w normie, poza właśnie pragnieniem sukcesu, które było zupełnie niezwykłe”.

Malanowski pod koniec lat 80-tych, jeszcze za komuny, załatwił Kukuczce jedną z pierwszych komercyjnych reklam.
„Siła, sprawność, wytrzymałość” – brzmiał slogan reklamowy Biovitalu, którego butelkę trzymał w ręku Jerzy. Można ją było zobaczyć głównie na Śląsku, bo choć podziwiano go w całym kraju, to jednak tu był czczony niczym bóg. Cieszyło go, gdy ludzie proponowali by zrobił zakupy bez
kolejki, czy gdy dostawał kolejne ordery od lokalnych władz.
Rozpoznawano go z daleka, gdy podjeżdżał swym maluchem z charakterystyczną rejestracją KT 8000, którą załatwiła mu koleżanka z klasy pracująca w wydziale komunikacji. Bardzo lubił ten samochód,
kłócił się często ze swoim przyjacielem Ryszardem Wareckim, czyj maluch „ma więcej jadu”. Wkrótce zamienił go jednak na Poloneza, tego z kolei na Toyotę Corollę, jeden z niewielu tak klasowych samochodów na Śląsku i w końcu, niedługo przed wyprawą na Lhotse, sprowadził z Niemiec
Volkswagena Passata, jeden z pierwszych modeli o opływowych kształtach.
Wyróżniał się w Katowicach. Cieszyło go to, bo jak mówi Ryszard Warecki, „samochód to był jego drugi żywioł. Za kierownicą mógłby siedzieć godzinami”.
Był ulubieńcem mediów. Sam też powoli przekonał się do kamer i mikrofonów. Nigdy nie przepadał za dziennikarzami, ale zawsze starał się być miły. Malanowski wspomina, że „na początku kontakt był dosyć trudny. Jurek chciał pomóc ale miał jakąś blokadę. Dopiero po kilku spotkaniach rozluźnił się i
otworzył bardziej”.

Ściana

– Dopiero pod koniec jego życia czytałem wywiad z nim, gdy stwierdził: „Z upływem lat widzę, że alpinizm to jednak coś więcej niż sport”. Pomyślałem wtedy: „A tu cię mam” – śmieje się Kurtyka.
Może właśnie południowa ściana Lhotse była czymś więcej? A może jednak, jak twierdzi Ryszard Warecki, „było to czysto komercyjne wejście, które zapewniało zdobywcy miano najlepszego”.
Najbliżsi przyjaciele odradzali, dalsi znajomi podpuszczali.
– Pytali go: „Messner nie wszedł, ale ty Jurek chyba wejdziesz?” – mówi Ryszard Warecki. Uległ.
– Celina, żona Jurka oponowała. Bała się, z każdą wyprawą bardziej. Nie oszukujmy się, to jest prawo serii. Na każdej niemal wyprawie ktoś ginął. Ja też byłem przeciwko. Wszystko było „na nie”, poza finansami, bo akurat w sprawach finansowych wszystko ułożyło się idealnie – mówi Warecki.
Jerzy jako jeden z nielicznych nie miał wątpliwości. Na lotnisku w Warszawie na pytanie „Po co?” reportera TVP odpowiedział pytaniem: „A dlaczego rezygnować, skoro tak dobrze idzie?”.
Po opuszczeniu wioski Chuckung dochodzi się na Chuckung Ri, niewielki szczyt położony na wysokości 5,5 tysiąca metrów. Stamtąd widać całą ścianę. Jest potężna i robi piorunujące wrażenie. Nawet gdy idzie się pod Everest, właśnie południowa ściana Lhotse przytłacza już z daleka swoją potęgą najwyższy szczyt świata. Od podstawy kotła do szczytu jest prawie 4 kilometry niemal idealnej pionowej skały miejscami pokrytej śniegiem. Jej niezwykłość dostrzega się jednak dopiero podczas zachodu słońca, gdy pławi się w czerwono-złocistych barwach.
– To legenda. Ściana marzenie – mówi Ryszard Pawłowski. Kto ją zdobędzie, będzie nieśmiertelny.
Pogoda pod Lhotse nie dopisywała. Dyskusje trwały. Padła propozycja, żeby atakować z lewej strony. Zdecydowali się odrzucić tę wersje, wrócili do pierwotnego planu. Większość zeszła w stronę bazy. Kukuczka został z Pawłowskim. Chcieli spróbować.
– Wiedzieliśmy czym ryzykujemy. Byliśmy zmęczeni ale decyzja była świadoma – mówi Pawłowski. Po trzech dniach marszu byli już na wysokości ponad 8 tysięcy metrów. Szczyt był tuż, tuż. Szykowali decydujący atak.

Poszli spać wcześnie. Trochę rozmów o wszystkim i o niczym. Jak to zwykle w górach. Mało kto rozmawia tam o wzniosłych tematach. Dziewczyny, samochody, futbol. Kto co lubi. Wtedy oczywiście doszła polityka, bo Mazowiecki właśnie tworzył pierwszy rząd. Jerzy bardzo mu kibicował. Tak jak i całej „Solidarności”. Zazwyczaj czytał jeszcze trochę angielskiego, który przydawał mu się w wywiadach z zagraniczną prasą. Przy minus 30 stopniach nie rozmawia się za długo. Wstali chwilę
po 4. Pogoda akurat dopisała.
– Zjedliśmy jakieś słodycze, wypiliśmy coś ciepłego. Do szczytu brakowało nam niecałe 500 metrów. Nie wiedzieliśmy co nas czeka, byliśmy gotowi na to, że będziemy wracali po nocy.
Zostali we dwóch. Reszta czekała w bazie na morenie, na wysokości 5 tysięcy metrów.
Ruszyli o 8. Jerzy zaproponował, że poprowadzi pierwszy wyciąg.

– Ja asekurowałem. Wspinaliśmy się na cieńszej ale dłuższej, 80–metrowej linie – relacjonuje Pawłowski. Kukuczka założył dwa przeloty. Przeszedł już ponad 50 metrów i nagle zaczął się zsuwać.
– To jest normalne, takie rzeczy się zdarzają. Jakiś przelot zawsze zadziała – mówi.
Za chwilę wyrwał się pierwszy, musi zadziałać drugi. Nie zadziałał. Jerzy zsuwa się coraz szybciej, zaczyna obijać się o skały.
Pawłowski: – Wtedy było wiadomo, że całe uderzenie przejdzie na mnie… Jezus Maria, to koniec… skuliłem się zacisnąłem przyrząd do asekuracji… Nagle lina zahaczyła o jakiś występ skalny i przerwała
się. Podniosłem głowę, spojrzałem jeszcze na Jurka, spadał 3 kilometry w dół, do kotła. Zostałem sam z kawałkiem liny, chwila szoku, co teraz…
Ryszard Warecki wyszedł przed namiot, wyciągnął lornetkę. Od dwóch dni nie było żadnego kontaktu „z górą”. – Spojrzałem w górę i zobaczyłem, że schodzi jeden. Wtedy myślisz, który żyje? Odpędzasz od siebie te myśli, ale one wracają, nie masz na to wpływu. Patrzyłem i byłem przekonany, że
to Jurek zginął…

Winda

Skończył się weekend w Istebnej. Pani Cecylia pojechała z 9-letnim Maćkiem do Katowic. Musiał iść do szkoły. Wojtek został u cioci w górach. Szkoda było pięknej pogody. Wojtek przypomina sobie koszmar z windą: – Byliśmy z tatą w windzie. Nie chciała się zatrzymać. Tata naciskał „stop”, ale nie działało. Ktoś krzyknął „alarm” i zaczęliśmy spadać. Obudziłem się. To była czwarta rano. W Himalajach była 9. Rano przyszła wiadomość, że tato zginął. Nie wierzysz mi, co? Nieważne, tak
właśnie było.

Dodaj komentarz

Szczelina

Śmierć człowieka gór cz. 2

SZCZELINA

– Czy ja wyglądam jak wdowa? – pyta Olga Morawska. Na spotkanie przyszła z 2–letnim synem Gustawem. Starszy o 2 lata Ignacy pojechał gdzieś z wujkiem. Olga zapewnia, że tak jest lepiej, bo gdyby byli obaj, „roznieśliby knajpę na strzępy”. tym razem skończyło się na jednej zbitej solniczce i jednej zaginionej. Odnalazła się kilka dni później w domu.

Chłopcy powoli zaczynają rozumieć, co to znaczy że tata poszedł do nieba. Coraz częściej o nim rozmawiają. Gdy zapytali po raz pierwszy chciała płakać.

Zadzwonię do ciebie jutro…

– Gardło się ścisnęło. Łzy naszły do oczu… ale postanowiłam sobie, że jak ja zacznę płakać to oni przestaną pytać o Piotrka. A mi zależy żeby pamiętali, żebyśmy o tym mówili. Przecież mi nie jest przykro, że oni pytają, ale dlatego, że Piotrek nie żyje. Zacisnęłam zęby i odpowiedziałam – opowiada Olga. Chłopcy nabrali śmiałości. Ignacy zapytał ostatnio czy w niebie tata chodzi w czapce. Odpowiedziała, że oczywiście, przecież chłopaki zawsze chodzą w czapkach.

– Ignacy często opowiada jakieś historie, przypomina sobie co robił z tatą. Zawsze tą są prawdziwe historie, ma świetną pamięć. „A pamiętasz mamo jak wracaliśmy z tatą z przedszkola i cię spotkaliśmy?”, „A pamiętasz jak tata przywiózł naszego kota Marmurkę?” – mówi Olga.

piotr_morawski_szczyt

Jej samej wytłumaczenie śmierci Piotra nie przyszło łatwo. Przez kilka dni nie docierało do niej, że to prawda. Nawet gdy już wszystko było powiedziane. Nawet gdy było to wydarzenie dnia w telewizji… Właściwie do końca nie przekonał jej nawet telefon z kondolencjami z kancelarii prezydenta.

Gdy leciała do Nepalu, była przekonana, że zastanie go na lotnisku.

– Oglądałam film o Wandzie Rutkiewicz. Jej matka myśli, że córka jest gdzieś w klasztorze w Himalajach. Pomyślałam sobie: „No tak, stara kobieta”. I teraz to spotkało mnie… – mówi.

Gdy wylądowała na lotnisku w Katmandu, poszukiwała wzrokiem Piotra. Nie było go. Na przeciwko wyszedł tylko Peter Hamor… jego partner.
– Wtedy zrozumiałam, że Piotr naprawdę nie żyje, że to nie był żaden głupi kawał. Chciałam umrzeć na tym lotnisku – mówi.
„Kochanie, zadzwonię do ciebie jutro z bazy, może się uda pogadać dłużej” – to był ostatni sms, jakiego wysłał.

– Nie chodzi o to, że nie miał czasu. To ja go nie miałam. Nigdzie się nie spieszyłam. Wszystko przecież zdążymy zrobić – mówi.

Poznali się na imprezie w podwarszawskich Łomiankach. Przypadki sobie do gustu, być może dlatego, że mieli wspólną pasję. Uwielbiali podróże. Na pierwszą wspólną wyprawę pojechali do Karpacza. Autostopem. W Karkonoszach nie dopisywała pogoda, dlatego spakowali plecaki i ruszyli dalej, trochę na oślep. Wylądowali… w Barcelonie. Piotr jechał z uczelni na konferencje, później zostawał i zwiedzali. Grecja, Dania, wyprawa stopem z Pekinu do Szanghaju, na pół roku na
stypendium do Durbanu. Oświadczył się na Nord Capie.

Do gór wrócił dzięki żonie. W latach 90-tych chodził trochę po Tatrach ale kariera naukowa wzięła górę.
Olga Morawska: – Ja czytałam te wszystkie książki o Wandzie Rutkiewicz, o Zawadzie, chodziłam na spotkania z wielkimi alpinistami, Leszkiem Cichym czy Krzysztofem Wielickim… zaczęłam mu mówić: „Skoro tak ciągle myślisz o tych górach, to dlaczego do tego nie wrócisz?”.

100 dolarów piechotą nie chodzi

Dwa miesiące przed ślubem, z ciekawości, poszedł na spotkanie Klubu Wysokogórskiego Warszawa.

Planowano wyjazd na siedmiotysięczny Chan Tengri. Ustalano szczegóły transportu z bazy wojskowej Majda Adyr do bazy, z której zamierzano przypuścić atak. W dyskusję włączył się chłopak z drugiej strony sali.

Zapytał czy zamiast lecieć do bazy helikopterem nie lepiej przejść się na piechotę. Dla rozruszania kości. Różnica jest taka, że śmigłowcem leci się 20 minut a na piechotę idzie 4 dni. Ale idąc nie potrzebujesz aklimatyzacji… Wszyscy spojrzeli z politowaniem. Bez przesady, to żaden argument, warto jednak dopłacić te 100 dolarów za śmigłowiec.

– To co, nikt się nie pisze? – zapytał chłopak. Piotrek podniósł rękę.

100 dolarów jednak przemówiło mu do wyobraźni. Poszli we dwóch. Tak spotkał się z Marcinem Kaczkanem, z którym pracował na Politechnice Warszawskiej. Właściwie ich pokoje dzieli 100 metrów a jednak nigdy wcześniej o sobie nie słyszeli. Podczas wędrówki trochę się poznali.
Narzucili ostre tempo, zamiast czterech dni, szli trzy.

– Gdy wchodzisz coraz wyżej, wychodzą coraz to nowe choroby. A to brzuch boli a to głowa… a Piotrek miał taką postawę, że poboli i przestanie. Iść trzeba. To nas łączyło – opowiada Marcin. Na Chan Tengri weszli jako jedyni z całej wyprawy.

Rok później Piotr zderzył się z pierwszą przeszkodą nie do przejścia. Poległ na Piku Pabiedy.

– Myślałem, że się zniechęci. W pewnym momencie był zrezygnowany. Bardzo szybko przeszedł w góry wysokie, nie wiedział, że czasami tak jest, że łapiesz kryzysy. Wtedy trzeba je przeczekać – mówi Marcin, który na szczyt wszedł jednak samotnie.

Wakacje na K2
Piotr nie zrezygnował ze wspinania. Któregoś dnia dostali maila od Artura Paszczaka, szefa warszawskiego klubu: „Cześć chłopaki, czy nie mielibyście ochoty spędzić trzymiesięcznych wakacji w temperaturze minus 40?”. Wiadomość była zatytułowana K2. Wyprawę organizował sam Krzysztof Wielicki.

Piotrek bardzo chciał jechać, ale bał się powiedzieć żonie. Odpisał: „Sorry Paszczu, ale Olga i uczelnia”. Rzucił jej jakoś mimochodem, że była fajna oferta ale z niej zrezygnował. Nie mogła uwierzyć…

– Powiedziałam mu, że jeśli teraz tego nie wykorzysta, to nigdy już takiej szansy nie będzie. Mówiłam do kumpli: „Zobaczcie, miał taką propozycję i odmówił”. Zadzwonił do Krzyśka Wielickiego, zapytać czy to jeszcze aktualne. Pojechał – wspomina Olga.

Szli z Marcinem w karawanie jako nowicjusze. Myśleli, że będą czyścić buty i nosić plecaki. Właściwie dopiero przed wyjazdem zaczęli szukać zdjęć i opisów K2 w internecie.

– Po przylocie podczas karawany nie widzieliśmy góry ale powiedziano nam, że w pewnym momencie, gdy będziemy szli z chińskiej bazy do tzw. bazy pośredniej, KA 2 się odsłoni – opowiada Marcin.

Po wyjściu z bazy długo go wyglądali. Jak wygląda naprawdę? Czy jest dokładnie taki jak sobie go wyobrażali?
– Patrzyliśmy na kolejne góry i mówiliśmy zastanawialiśmy się: To ten!, Nie, jest tam, nie, tam, teraz to musi być to!” W końcu zobaczyliśmy… to musi być K2. Zaczęliśmy wynajdywać sobie różne formacje, tutaj żleb, tu coś tam, rozpracowywać górę… – opowiada Marcin. Gdy wyszli na
otwartą powierzchnię, ich oczom ukazał się niezwykły widok. Po prawej  stronie wyrosła monstrualna ściana, przy której ich dotychczasowa „K2” była jedynie małym pagórkiem.

– Staliśmy kilka minut, nie odzywaliśmy się. W momencie gdy zobaczysz prawdziwe K2 nie masz żadnych wątpliwości, że to jest to – mówi.

Podczas wyprawy okazało się, że są najmocniejsi. Piotrek, Marcin i Kazach Denis Urubko, jeden z najlepszych w swoim fachu. Doszli na wysokość 7630 metrów, wyżej niż ktokolwiek przed nimi. Piotrek przypłacił do utratą palca u nogi. Przez jakiś czas… nosił go w formie wisiorka.

W drodze powrotnej do bazy Marcin odwrócił się i zobaczył, że ktoś zbliża się do niego ze sporą prędkością. Sylwetka za chwile stała się wyraźniejsza, to nadbiegał Piotr. Człowiek biegnący na tej wysokości to dość niecodzienny widok…

Zapytał: „Czemu biegniesz?”
Piotr odparł: „Jeszcze przez godzinę będzie działał środek przeciwbólowy. Muszę w tym czasie zrobić jak największy dystans”.

Pobiegli razem.

Piotr zdobył uznanie. Zaczęto wymieniać go wśród obiecujących alpinistów. Drogę do wielkiej kariery utorowało pierwsze zimowe wejście na Sziszępangmę, z Włochem Simone Moro.

Pierwsza próba była nieudana. Podczas drugiej przyszła chwila zwątpienia. Kilka dni przed wylotem do Katmandu nadeszła wiadomość, że góra padła zimą. Uprzedził ich Francuz Jean Claude Lafaille. Za chwilę kolej na wiadomość. Zrobił to jednak poza sezonem i wejście nie zostało zaliczone jako zimowe. Jeśli wejdą, będą pierwsi, przejdą do historii himalaizmu.

Z Simone Moro, jednym z najlepszych obecnie himalaistów świata, porozumiewaliśmy się za pośrednictwem Internetu. Znak czasów.
– Podczas pierwszej, niedanej wyprawy byłem silniejszy od niego. Później sporo trenował i podczas udanego ataku był już bardzo silny. Nigdy nie było takiej sytuacji, żeby jeden musiał na drugiego czekać. Podczas ataku szczytowego byliśmy naprawdę szybcy. Wystartowaliśmy około 8 rano
i w około 4-5 godzin byliśmy na szczycie. Kilka godzin później byliśmy już na dole. Mimo przeraźliwego wiatru i zimna. Szybki w tych warunkach, to znaczy że możesz zrobić 30-40 kroków bez odpoczynku. To nie był facet, który marudził: „Jestem zmęczony, źle się czuję, jestem głodny,
chcę do domu” – pisze Simone.

Wejście na Sziszepangmę zimą zrobiło z niego gwiazdę świata himalaistycznego. Piotr Pustelnik, słynny zdobywca 13. ośmiotysięczników zaprosił go na wyprawę na Annapurnę w 2005 roku.

Pustelnik to w świecie himalaistów legenda. Na co dzień, normalny facet, pracownik BRE Banku. Spogląda ze swojego pokoju, z 13. piętra jednego z  łódzkich wieżowców. Ma widok na kominy. Kilka z nich malował, żeby zdobyć fundusze na wyprawy.

– Spotkaliśmy się w jednym z warszawskich lokali, w „Pędzącym Króliku”, przy Placu Teatralnym. Wyszliśmy z niego prawie w stanie mocno wskazującym, a Piotrek jeszcze musiał wrócić do domu na rowerze. „Pędzący Królik” stał się pewnym symbolem. Później spotykaliśmy się już w lokalu obok, gdzie nie mieli alkoholu – śmieje się Pustelnik.

Trafiony piorunem

To była wyprawa dla niego. Annapurna to jego przekleństwo, tylko jej brakuje mu do kompletu czternastu ośmiotysięczników. Pierwsza wspólna wyprawa, w 2005 roku, nie przyniosła powodzenia. Zaskoczyła ich pogoda. Podczas drugiej było bardzo blisko.

Byli blisko, od szczytu głównego dzieliło ich niecałe 100 metrów. Nie weszli. Po drodze natknęli się na chińskiego wspinacza, który doznał ślepoty śnieżnej. Na tej wysokości, bez pomocy, był już właściwie
martwy. Zrezygnowali z finiszu, by sprowadzić Chińczyka do bazy.

– Wtedy był w życiowej formie. Miałem świadomość, że jestem dla niego za słaby. Właściwie moja rola skończyła się, gdy skojarzyłem go z Hamorem. Idealnie do siebie pasowali – przyznaje Pustelnik.

Później wszystko przychodziło Piotrowi łatwo, jakby od niechcenia. Piotr Pustelnik mówi: „Jego kariera przypominała trochę moją, tyle że w pigułce. Wszystko było przyspieszone”.

W 2006 roklu z Peterem Hamorem zdobył Czo Oju, podczas tej samej wyprawy samotnie wszedł na Broad Peak. Później z Hamorem i jego rodakiem Dodo Kopoldem wspiął się na Nanga Parbat. I znowu z Hamorem, tym razem zrobił w fantastycznym stylu trawers Gaszerbrumów (I i II), co dało mu kolejne dwa ośmiotysięczniki do kolekcji i uznanie na całym świecie. Simone Moro uważa, że był coraz bliżej ścisłej światowej czołówki.
– Miał niezwykłą motywację by spełnić swoje marzenia, stać się sławnym, mieć lepsze życie – uważa Włoch. Ojciec Piotra, również naukowiec, nadużywał alkoholu, to nie była bogata rodzina. Piotr bał się o przyszłość swoją i dzieci, bał się że pójdzie w ślady ojca. To była właśnie jego dodatkowa motywacja.

Dlatego ta „łatwizna” to tylko pozory. Piotrek mocno się przygotowywał. Codzienne treningi na ściance wspinaczkowej, jazda na rowerze, w końcu bieganie… nie jakieś tam, ale bieganie maratonów. Poniżej trzech godzin. Był w życiowej formie. – Myślę, że mógł być nowym Kukuczką – uważa Simone.

Podczas kolejnej wyprawy na Annapurnę musieli zrezygnować z powodu załamania pogody. Piotrek napisał żonie sms-a. „Cześć, jesteśmy na 7 tysiącach metrów, właśnie dostałem piorunem”. Kilka godzin wcześniej nie było im do śmiechu. W pewnym momencie znaleźli się w samym środku burzy.
Wtedy trzeba zejść na dół, bo błyskawice uderzają zawsze w najwyższy punkt. Pioruny uderzając w powierzchnie rozpryskiwały się i trafiały „odłamkami” w Morawskiego, Hamora i Pustelnika.

Wydawało mu się, że jest nieśmiertelny

– Jest to cholernie bolesne. Nie zabija ale jeśli stracisz równowagę, to jest po tobie. Szczególnie na Annapurnie, gdzie po jednej stronie grani jest bardzo stromo – mówi Pustelnik. Bali się o życie. Odetchnęli dopiero po 6 godzinach marszu.

– Otarliśmy pot z czoła… – mówi Pustelnik.

To była wyprawa absolutnie niezwykła. Piotr zapamiętał z niej też najbardziej dziwaczne ze swoich spotkań w Himalajach. W swoich pamiętnikach pisał: „Siedzę na grani i patrzę na człowieka, który siedzi obok mnie. Idzie ze mną od samego wierzchołka. Wiem, że go nie powinno tutaj być. Nie powinno być nikogo oprócz mnie. Nie podejdę, bo jest zbyt daleko, a ja jestem zmęczony. Nie ma go tak naprawdę. Wstaję. On też. Schodzimy razem. Kiedy zmęczony wpełzam do namiotu on zostaje na
zewnątrz. Gotuję śnieg na wodę, chwilowo o nim zapominam. Kiedy się wychylam z namiotu, nikogo nie ma”. Później wyglądał czasem tej zjawy na ławce w warszawskim parku.

Na Annapurnie nie udało się. To już trzecie podejście. Trudno. Uda się następnym razem. Simone Moro uważa, że to była kwestia czasu.

– Miał wielkie plany. Chciał wejść na wszystkie ośmiotysięczniki, ale nie jakoś banalnie. Chciał to zrobić po swojemu, nowymi trasami, trawersami. Jedyne o co się martwił to o finanse – pisze Simone.

Żeby wyjechać na Dhaulagiri i Manaslu zapożyczył się u rodziny i znajomych. Będzie sukces, to pieniądze się zwrócą. Proste.
Urszula Domańska- żelazna, promotor Piotra, jak zwykle przyrządziła mały poczęstunek. Zawsze robiła to przed jego wyprawami w góry. Na Politechnice Warszawskiej wszyscy wiedzieli, który pokój należy do Piotra. Cały wyklejony plakatami i pamiątkami z wypraw, ozdobiony ramami od rowerów, starymi siodełkami.

– Gdyby ktoś zapytał, który należy do Piotra wystarczyło powiedzieć: „Zajrzyj do wszystkich to rozpoznasz” – mówi Aneta Pobudkowska, koleżanka Piotra z uczelni. Ze względu na rodzaj wykonywanej pracy na Politechnice nazywali go „wysokociśnieniowcem”. Jego praca miała
wykorzystanie przy kosmetykach. Na uczelni wspierali go i pasjonowali się jego wyprawami, chociaż czasem narzekali, że za bardzo zaniedbuje pracę naukową. Znajomi z uczelni namawiali go, by się zdecydował. Ale Piotr nie wiązał z karierą naukową przyszłości.

– Chciał żyć z robienia zdjęć i z prelekcji. Związać swoje życie z górami – mówi Pustelnik.

Zdjęcia to była jego pasja. Na każdą wyprawę zabierał obowiązkowo aparat, zeszyt i długopis. Wszystko notował. Prowadził dzienniki. Sam siebie nazywał grafomanem. Wchłaniał niezwykle szybko wiedzę. Na jednej z wypraw w dwa dni przeczytał „Wahadło Foucaulta” Umberto Eco. Tyle samo
zajęło mu przeczytanie „Historii Europy” Normana Daviesa. Wrzucał na uszy słuchawki, włączał „Pink Floyd”, „Led Zeppelin”, albo jakąś elektroniczną muzykę i czytał. Zaczytywał się zwłaszcza w historii. Był warszawiakiem i kochał stolicę, wręcz się nią pasjonował. Wolny czas spędzał odkrywając nowe miejsca w swoim mieście by później pokazać je znajomym. Na inną wyprawę wziął z kolei podręcznik do nauki Photoshopa. Pustelnik z niedowierzaniem pokręcił głową. Piotrek przeczytał „cegłę”
jak jakieś pasjonujące opowiadanie.

Dhaulagiri. Właściwie żadne wielkie wyzwanie dla kogoś takiego jak Morawski. Razem z Hamorem chcieli tę górę zdobyć niejako przy okazji. Może nawet ją zlekceważyli…

– Góra jak każda inna, nie chciałbym jej umniejszać ale mieliśmy tu się tylko przygotować na Manaslu – mówi Hamor. Spotykamy się w Popradzie, w hotelu o tej samej nazwie. Niedaleko dworca autobusowego. Przy dobrej pogodzie widać stąd Gerlach. Peter prowadzi coś w stylu agencji
turystycznej. Uczy wspinaczki. Pustelnik mówi, że Peter i Piotr byli od siebie niemal uzależnieni. Stworzyli jak twierdzi: „Doskonały duet, można nawet powiedzieć, że to był drugi najlepszy duet jaki chodził w tym czasie po Himalajach”.

Tego dnia schodzili z drugiego obozu do bazy. Właściwie biegli po płaskim odcinku, który przypomina gigantyczne boisko piłkarskie. Hamor na chwilę się pochylił. Gdy podniósł głowę, Piotra już nie było.

„No tak, szczelina” – pomyślał.

Każdy himalaista kilka razy w życiu wpada w szczelinę. Nic specjalnego. Piotr wpadł w taką z gatunku najgorszych. Zabójczy 25 metrowy lejek. Zakleszczył się. Znalazł się między dwiema bryłami lodu.

Hamor wezwał pomoc i zjechał do niego. Czas uciekał. W pewnym momencie doszło do niego, że wygląda to dramatycznie. W tych warunkach najlepsi himalaiści umierają po godzinie z wyziębienia organizmu. Piotr był uwięziony już trzecią… Wytrzymał kilkakrotnie więc niż w tych warunkach mógłby wytrzymać przeciętny człowiek.

– Nie mogłem nic zrobić tylko trzymać go w świadomości. Gadaliśmy. To była taka rwana rozmowa, „trzymaj się, dasz radę, musisz wytrzymać”. Nie pozwoliłem mu się żegnać. To by oznaczało, że się poddał – mówi. Po trzech godzinach z bazy dotarła ekipa TOPR-owców. Wyciągnęli Piotra.

Hamor wjechał po kilku minutach na górę i zobaczył, że lekarz płacze…

Zrozumiał, że to koniec.

– Piotr był jak tur, torował drogę, niezwykle silny – mówi Hamor. W starciu z górami nawet ten, wydawałoby się nadczłowiek, musiał polec. Okrutne jest to, że stało się to w tak banalnych okolicznościach. Na tym prostym ale jednak niezwykle podstępnym terenie zlekceważył zasady
bezpieczeństwa. Jakby zapomniał, że chodzenie po górach to coś zupełnie innego niż zwykłe przejście przez pasy. Olga mówi, że „Wydawało mu się, iż jest nieśmiertelny”. W końcu nigdy nic poważnego mu się nie stało. Jeśli nie liczyć odmrożonego palca, właściwie nigdy nie miał choćby najmniejszego wypadku.

Olga Morawska powoli dochodzi do siebie. Właśnie wróciła z Nepalu. Pod Dhaulagiri postawiła pamiątkowy czortem i wmurowała tablicę. Mówi, że jest znacznie lepiej, że bardzo jej ta podróż pomogła. Jest znowu pełna zapału. Przygotowuje się do napisania książki o Piotrku. Chce
wykorzystać jego zapiski. Rozmawia też w sprawie filmu dokumentalnego.

Zdjęcie przysłał mi do wykorzystania Simone Moro.

Comments (1)

Marzenie

Śmierć człowieka gór cz. 3

MARZENIE

Pani Jadwiga wyciąga album z wycinkami z gazet. Zbiera wszystko od 24 lat. Właściwie nie jest tego dużo, bo przecież Piotrek nie zdążył zrobić wielkiej kariery. „Jest tutaj” – mówi w pewnym momencie i wyciąga nieco wyblakły papierek zapisany po angielsku. To telegram, który dostała pod
koniec lipca 1985 roku. Wtedy jeszcze nie znała angielskiego na tyle dobrze, żeby dokładnie przetłumaczyć.
– Czuliśmy z mężem, że coś jest nie tak, ale nie wiedzieliśmy co oznacza to słowo – mówi pani Jadwiga. Słowo to „Avalanche”.
– Ten listonosz… wręczył nam telegram, więc starym zwyczajem poszłam po jakieś drobne. Gdy wróciłam, już go nie było jakby uciekł. Człowiek się trzyma, że to jest nie to, że to może pomyłka. Dzwoniliśmy po znajomych, czy mają słownika, ale nikt nie miał. Szukaliśmy tak kilka godzin. W
końcu jeden nauczyciel od angielskiego przetłumaczył telegram.
Wtedy dowiedzieli się, że „Avalanche” to lawina.
Całość telegramu brzmiała: „Jadwiga i Aleksander Kalmus. Z wielkim smutkiem informujemy państwa, że Piotr Kalmus spadł z lawiną 10 lipca. Ciało zostało odnalezione i pochowane przez członków ekspedycji”.
Co by było gdyby… czy dalej byliby szczęśliwym małżeństwem z Basią? Czy zostałby znanym himalaistą? Czy zdobyłby wszystkie ośmiotysięczniki tak jak inny debiutant z tej wyprawy, słynny Carlos Carsolio? A może zostałby uznanym inżynierem? Czy losy jego najbliższych potoczyły by się inaczej? Pytania natrętnie się nasuwają…
Dla Piotra Kalmusa wyprawa na Nanga Parbat była pierwszą w najwyższe góry świata. Wcześniej był w Alpach, na Kaukazie. Ale Himalaje, to było marzenie. Jeszcze ta gigantyczna 4,5–kilometrowa ściana, która już tam na miejscu, na kilka minut zatrzymała go w bezruchu.
Na początku nawet nie mówił głośno o wejściu na szczyt, chciał tam po prostu być. Cieszył się, że będzie w gronie przyjaciół i znajomych, których przecież podziwiał, Heinricha, Piotrowskiego, Kukuczki.

Jako nowicjusz włożył, razem ze swoim najbliższym przyjacielem Pawłem Mularzem, najwięcej pracy w przygotowania. Kukuczka napisał w książce, że to właśnie oni byli duszą tej wyprawy. Piotrek jeździł do Warszawy załatwiać sprawy związane z wyprawą, jeśli trzeba było to i do Szwajcarii. Pracował po godzinach, żeby dorobić. Odłożył wszystko, nawet pracę dyplomową z mechaniki, którą już miał na wykończeniu.
„Wszystko idzie dobrze, skończę gdy wrócę” – powiedział matce.

W ślady brata
Początek czerwca: „Jesteśmy w Dehli, z drobnymi przygodami, bagażem który został w Moskwie i dopiero za trzy dni doleciał innym samolotem. Startujemy do Lahore i Islamabadu a na razie poznajemy Dehli. Obłędne upały, po 40 stopni, pijemy po kilka litrów napojów, jakoś da się
przeżyć, całuję wszystkich, Piotrek.”

Aleksander, mąż pani Jadwigi, pochodził ze Lwowa. Uwielbiał żeglować i chodzić po górach z żoną i dwoma synami, Markiem i 4 lata młodszym Piotrkiem. Gdy byli w Tatrach, w Dolinie Chochołowskiej, Marek mieszkał nieopodal w obozie akademickim, a Piotrek z rodzicami w leśniczówce.
Przy każdej okazji wymykał się do starszego brata i jego znajomych. Gdy miał 16 lat Marek regularnie zabierał go na wyprawy ze studentami.
Marek był dla Piotrka idolem. Piotrek z kolei był ulubieńcem znajomych Marka. Znakomicie grał na flecie, na gitarze i śpiewał piosenki studenckie, lubił polskiego rocka i Jacka Kaczmarskiego, znał się z
Wojciechem Bellonem z Wolnej Grupy Bukowina.
– Robił furorę, Był urodzonym kabareciarzem, cięty dowcip, czytał bajki dla dzieci tak, że ludzie płakali ze śmiechu – wspomina Marek Kalmus.
Piotr kochał muzykę. Tata zaraził go miłością do Bacha i Bethovena. Piotr grał nawet nieźle na skrzypcach, ale problemy zdrowotne nie pozwoliły mu iść w tym kierunku.
Wcześnie poznał Basię, swoją żonę, która była zakochana w górach. To pod jej wpływem został ratownikiem górskim. Szkolił młodych taterników w zakresie bezpieczeństwa. Pomagała mu w tym Tora, jego pies, który pomagał wydobywać spod śniegu ofiary lawin. Tora to była wielka miłość
Piotra. Wygrywała różne zawody. Piotrek lubił się nie chwalić. Najpierw gubił ślady, rzucał klucze w śnieg a Tora zawsze je odnajdywała. Dla zabawy wysyłał ją na spacer z psem rodziców albo po gazetę do kiosku. Nigdy nie zawodziła. Dopiero po jego śmierci zmarniała, stała się obojętna i szybko zdechła.
W nocy w namiocie, przed wyjściem w góry, rozmawiał z Pawłem Mularzem: „Gdyby coś mi się stało, obiecaj że zaopiekujesz się moimi dziewczynami” – poprosił.

Tata wpadł w dziurę!
„Baza 24 czerwca 85 roku. Kochani, jestem zdrów, cały i świetnie się czuję. Mamy założony trzeci obóz na wysokości 6120, od ponad tygodnia akcja górska jest zatrzymana przez fatalną pogodę i warunki w górach (bardzo duże opady śniegu). (…) Uważam na siebie i nie przeceniam swoich możliwości. Góra jest naprawdę piękna ale trzeba być rozsądnym. To wiem i stosuję. (…) Całuję mocno, Piotrek”.

– Piotrek włożył w tę wyprawę sporo pracy, był silny, dobrze zaaklimatyzowany, miał spore szanse na szczyt – mówi Paweł Mularz.

Piotrek szedł w drugiej grupie, z Mirosławem Gardzielewskim i Tadeuszem Piotrowskim. Przechodzili przez gigantyczny żleb, przez który co jakiś czas leciały lawiny seraków, wielkich lodowych brył. Lecą dość regularnie. Niemal jak w niemieckiej kolei. Sztuka polega na tym, żeby w odpowiednim momencie przejść przez kuluar. Piotrowskiemu i Gardzielwskiemu się udało. Przebiegli szybko bez zakładania raków. Piotrek postanowił „dopełnić formalności”.

– Zginął dlatego, że dopilnował wszystkich wymogów bezpieczeństwa. Gdyby postąpił tak jak koledzy i trochę te wszystkie reguły zlekceważył, to by przeżył… – mówi z żalem Marek Kalmus.
Piotr założył raki, przeszedł. Był już po drugiej stronie korytarza, na wypukłym polu śnieżnym. Wtedy góra wydała charakterystyczny dźwięk. „Uważaj, lawina!” – krzyknął Piotrowski. Teoretycznie był bezpieczny.
Nagle z lawiny wyskoczyła potężna lodowa bryła wielkości plecaka. Piotr wbił czekan w ścianę, mocno się zaparł, ale bryła była w niego jakby wycelowana.
Przyjaciele znaleźli go 900 metrów niżej. Przy skale przypominającej kształtem serce.
– Zobaczyłem w śniegu porozrzucane rzeczy i żółty pogruchotany kask. To był Piotrek. Sprawdziłem, już nie żył – mówi Mularz.
Jerzy Fridiger, lekarz wyprawy stwierdził, że zginął na miejscu od uderzenia. Diagnoza: „Złamanie podstawy czaszki”.
Pani Jadwiga: „Baśka była w górach a ja zostałam z dziewczynkami. Wieczorem powiedziałam, że najwyższy czas na paciorek. Kasia krzyknęła: „Nie!”. Mówię: „Ale Kasiu, za tatusia trzeba się pomodlić”. Ona krzyknęła: „Nie, tata wpadł w dziurę!”.
Następnego dnia przyszedł telegram.
Pani Jadwiga: – Basia przed wyprawą pojechała do Warszawy z dziewczynkami, żeby pożegnać Piotra. Mówiłam jej, że nie ma sensu, że droga jest długa i dzieci będą zmęczone. Nic nie powiedziała. Piotrek zadzwonił z Warszawy, że jest wzruszony, że Basia przyjechała z dziećmi. Pomyślałam: „Jaka ona uparta”. Ale po tym wszystkim co się stało, pomyślałam sobie, że dobrze że pojechała, że postawiła na swoim.
Pokazuje nam zdjęcia Piotra. „O proszę, a tutaj gra na gitarze w kabarecie Pod Budą na konkursie studenckim”. Ciemna karnacja, zawadiacki wąs, cygańska uroda.
Po chwili namysłu dodaje: – Później słuchałam wiadomości i co jakiś czas mówili kolejne nazwisko. Ci wszyscy chłopcy, których tu gościliśmy w domu, ginęli jeden po drugim…

Post Scriptum
28 lipca. Dzwonię do Gdańska, do firmy budowlanej BIS: – Dzień dobry, rozmawiam z panem Andrzejem? Świetnie. Chciałbym przyjechać do pana, porozmawiać o waszej tragicznej wyprawie na Mt. Everest sprzed 20 lat.
– Tak, oczywiście, zapraszam. Proszę zadzwonić do mnie w poniedziałek. Nie ten najbliższy, ale ten następny. Po 9 sierpnia. Umówimy się.
Rozmawiałem z Andrzejem Marciniakiem. W piątek, 7 sierpnia w słowackich Tatrach, oderwał się razem z potężnym blokiem skalnym i spadł na ziemię. Zginął na miejscu.

5 komentarzy

Kibic utopiony

Grzegorz Lato i Antoni Piechniczek rzucili ludziom kawał mięcha. Franza Smudę. I co teraz? Wszystko jest ok? Zapominamy? O tym, że zawyżyli sobi pensje do jakiś absurdalnych rozmiarów, że Piechniczek wziął niemal 80 tysięcy złotych premii za nic, że pracował w PZPN i jednocześnie zasiadał w radzie nadzorczej Odry Wodzisław? Że rozliczał sobie (wg. prasy) nieistniejące delegacje za 43 tysiące złotych (w jakich hotelach musiał sypiać?), że swojego nieudolnego kolesia uczynili chwilowym selekcjonerem kadry?

Czy przymykamy oko na złodziejstwo? Na niekompetencje? Na nieudolność? Na prostactwo? Na chamstwo?

O jakimś braku pomysłów na rozwój piłki nie piszę, bo można by to ciągnąć w nieskończoność.

Widzę, że akcja koniecpzpn.pl powoli wygasa. Wygasa akcja fifauefa.pl. Trzeba przyznać, że pzpn szybko utopił wroga w łyżce wody, wykazując że jakiś typ (Gieleciński z akcji koniecpzpn.pl) był kiedyś w młodzieżówce SLD. Podchwyciła to Gazeta Polska, za nią kilku naiwniaków z serwisów, serwisików i portalików i rozpoczęła się jazda. Dokładne odwrócenie sytuacji. Teraz PZPN stał się wrogiem emisariusza komuny.

Swoją drogą ciekawe, nagle te propagandowe zakapiory z „GP” stają się wyrocznią dla polskich dziennikarzy. Hans Fritzsche mógłby być równie dobrze wyrocznią dla niemieckich. Bo przecież Gazeta Polska jest na antypodach „Nie” czy „Faktów i Mitów”. Kim byliby w innych czasach,w innym kraju, w innych realiach?

Świetne i wiarygodne źródło, gratuluję. To jest właśnie dramat internetu, rzucisz gówno, ktoś podchwyci. Skoro tak napisali w jakiejś gazecie, to znaczy, że PZPN jest uczciwy. Jakaś gazeta przecież musi mieć rację. I nie chodzi o to, że wypomnieli mu pochodzenie SLD, bo to oczywiście nie jest powód do chluby (osobiście nazwałbym to nawet wielkim obciachem), ale o to, że stało się to nagle tematem dnia, że przestał nas interesować PZPN a zaczął były członek jakiejś młodzieżówki SLD.

Trzeba oddać cesarzowi co cesarskie. W PZPN, ktoś wie „jak to się robi”. Domyślacie się kto? Ja tak.

Oszuści pozostają więc chwilowo bezpieczni. Ciekawe na jak długo… mam wrażenie, że na długo, że jednak polscy kibice okazali się zwykłymi internetowymi napinaczami. W sumie można było się tego spodziewać.

Do zobaczenia przy następnym chwilowym zrywie.

9 komentarzy

Magia sportu

Autor: Tadeusz Olszański

Rok wydania: 1972

Czym jest sport, jaki jest jego sens, w którą stronę zmierza? Próbowaliście odpowiedzieć sobie kiedyś na to pytanie? No pewnie, że nie!

Na szczęście w tę podróż do środka sportu udali się inni, byśmy my, nieświadomie nawet, mogli na ich doświadczeniach bazować.

Tadeusz Olszański jest właśnie takim niezrównanym podróżnikiem.

Jeden z najlepszych dziennikarzy sportowych jacy kiedykolwiek stąpali po polskiej ziemii tym razem postanowił zmierzyć się z problemami współczesnego mu sportu. Jego punktem odniesienia jest początek lat 70-tych.

Poznamy więc początki stosowania dopingu, katastrofalne efekty tego procederu i walkę z wszechobecną zarazą.

Poznamy pierwsze próby eksperymentów niemalże genetycznych, prób wychowania Johna Stuarta Milla boisk, kortów i basenów, czyli „gry i zabawy z dziećmi” doktorów Frankensteinów współczesnego sportu. Dzisiaj to zresztą standard w tenisie ziemnym na przykład. Przykładem jest tu Agnieszka Radwańska, którą ojciec zamienił w maszynę do uprawiania tenisa ziemnego. Wiwat szczęśliwe dzieciństwo. Oczywiście powiecie, że to jedyna metoda by dziecko osiągnęło sukces. I ja nie zaprzeczę, zgadzam się z tym. Powiecie, że ona chciała i była szczęśliwa. I ja również nie zaprzeczę, przytaknę. Mówi o tym Forbes Carlisle ale to za kilka linijek…

Ale Radwański senior nie był pierwszy, Olszański odwiedza węgierskiego trenera pływania Imre Sarossiego, który zaczyna już z kilkulatkami. Do czego to prowadzi?

„Po wizycie u taplających się w wodzie maluchów obserwowałem zawody szkółki pływackiej. Startowały dziewczynki i chłopcy z pierwszej klasy szkoły podstawowej. Dystans wynosił 1500 metrów! Większość młodziutkich pływaków pięknym stylem i bez zmęczenia wychodziła po ukończeniu konkurencji na brzeg basenu. Tylko jedna dziewczynka zamiast zakończyć wyścig jeszcze raz nawróciła i płynęła dalej, jeszcze jedną długość i jeszcze następną… Pływałaby tak chyba bardzo długo, bo nie była zmęczona, gdyby nie sędziowie, którzy w końcu wyciągnęli ją z wody.

– Dlaczego nie zatrzymałaś się? – spytał ją sędzia. – Przecież ten wujek, co siedzi na brzegu, pokazywał ci za każdym nawrotem na tabliczce, ile długości już przepłynęłaś. 45 długości naszego basenu to równo 1500 metrów, po co ci więc było dalej pływać?

– Widziałam tabliczkę – odpowiedziała dziewczynka – ale ja proszę pana chodzę do pierwszej klasy i potrafię liczyć tylko do trzydziestu!”

Olszański przytacza niezwykłą postać eksperymentującego z hipnozą fenomenalnego trenera z Australii Forbesa Carlisle, który roztacza swój demoniczny image podchwycony przez prasę, by w końcu w świetnej rozmowie z autorem stwierdzić, że hipnoza nie przynosi zamierzonych efektów a środkiem jest stworzenie zawodnikom takich warunków, by odczuwali wciąż oni przyjemność.

Dlatego Ria Van Velsen, jedna medalistka holenderskiej ekipy, którą prowadził przepływała dziennie 1500 metrów. Trenuje trzy razy w tygodniu. Jej koleżanka Murianna Hamsheerk trenuje dwa razy dziennie i przepływa 8000 metrów.

Według pana Carlisle kluczem do sukcesu jest odczuwanie przyjemności z wykonywanej pracy. Tak jak w każdej robocie, tak jak w dziennikarstwie choćby.

Siłą sugestii, wiara, wiara, trening,  trening, trening – to jest istota sportu. Nic się więc nie zmieniło oprócz metod i intensywności treningu. Olszański jak zawsze uniwersalny.

Moja ocena: 5/5

Dodaj komentarz

Rozmowa ze znanym piłkarzem

O wywiad z piłkarzem zabiegaliśmy przez ostatnie 3 miesiące. To wyjątkowy piłkarz, osiągnął sukces, strzelił w polskiej lidze sporo bramek, zaliczył kilka asyst, wyjechał za granicę. Do przyzwoitego klubu. W swoich pierwszych meczach prezentował się nieźle, później bywało różnie. Ale generalnie miał prawo być zadowolony ze swojej postawy. W ostatnich trzech meczach jednak wchodził z ławki albo nie grał w ogóle.

Umówiliśmy się nieopodal dużego centrum handlowego. Piłkarz lubi tu spędzać z żoną i dziećmi wolną niedzielę. W centrum handlowym można się dobrze ubrać i zjeść. Wszystko w jednym miejscu. Piłkarz przyznaje, że to niesamowite jak świat ewoluuje.

Czasem lubi pójść też do dobrej restauracji lub do dzielnicy handlowej, gdzie są lepsze sklepy. Piłkarz lubi dobrze się ubrać. Zarabia więc ma prawo. Jest w markowych ciuchach. Ma torebkę znanej firmy. W torebce trzyma dokumenty. Okulary Dolce and Gabbana, w najnowszej oprawce, lekko poszarpane jeansy od Versacego. Kosztowały 1200. Buty to klasyczne trampki. Za 1500. Znanej zachodniej firmy, w zeszłym roku chodził w takich znany piosenkarz z Ameryki. Na ramiona zarzucony przewiewny różowy sweterek. Znany z plakatów, reklamował go znany aktor. Elegancka fryzura, która była bardzo popularna na początku lat 90-tych. Kajagoogoo, w wersji soft. Teraz jest to na topie. Wielu piłkarzy nosi taką fryzurę. Różne wariacje.

Piłkarz podjeżdża sportowym samochodem. – No cześć, bez problemu trafiliście?

– Jasne.

To jedźcie za mną.

– Jedziemy.

Idziemy kawałem z parkingu.

Piłkarz jest miły.

Zamawiamy piwo. Piwo jest uniwersalne, przełamuje bariery. Wódka jest zbyt ordynarna a kawa stwarza atmosferę tymczasowości, jak się skończy to nie wiadomo czy można zamówić następną. Piwo to dobry wybór. Gdy się skończy automatycznie zamawiasz następne.

Pytamy: Jak tam idzie, ostatnio coś nie grasz?

Znany Piłkarz: – Tak, co ci powiem, ten trener ma swoich, miejscowych. Niby wszystko jest ok., grasz, chwali cię, klepie po plecach, a nagle bez słowa odstawia i przestajesz grać.

Może jesteś słabszy od rywali?

– Nie, akurat wiedziałbym gdybym był słabszy. Tu nie chodzi o to. Po prostu na zachodzie jest tak, że nie możesz być taki sam, jeśli jesteś taki sam albo nawet trochę lepszy, to wtedy trener zawsze stawia na swojego.

Tylko nie mów mi że trener nie lubi Polaków.

– Nie no wiadomo, że tego nie powiem, chociaż chyba w ogóle nie lubi obcokrajowców.

Ale pięciu innych gra.

– Bo tam jest mniejsza konkurencja na ich pozycjach. Wiesz, na zachodzie to nie jest takie oczywiste…

Rządzą układy?

– Nie o to chodzi…

Jak widzisz swoje szanse na grę?

– Teraz nie najlepiej, ale nie przejmuję się, na każdym treningu daję z siebie wszystko, naprawdę zasuwam i staram się pokazać trenerowi, że może na mnie liczyć.

Na początku jednak grałeś?

– Grałem i to bardzo dobrze, nawet przeczytałem w miejscowej gazecie, że jestem bardzo ceniony i że to był dobry transfer.

Czyli nauczyłeś się już języka?

– Nie, trochę nie mam czasu. Na zachodzie to nie jest tak jak myślisz, że masz pełno czasu i się tylko uczysz języka i nic innego nie robisz. Wiesz, rano trening, później siedzimy w klubie, a o 14 kolejny trening. A później myślisz tylko o tym, żeby odpocząć.

Ale język bardzo ułatwiłby ci pracę, komunikację.

– Wiem, myślę o tym, niedługo zacznę się uczyć.

A jak ci się tu podoba?

– Fajnie, naprawdę, ludzie są tacy fajni, tacy życzliwi, nie to co u nas. U nas to wszyscy źle ci życzą. A tu każdy podejdzie, powie ci, ze jest ok, poprosi o autograf. Inny świat.

Czyli szybko się zaadoptowałeś?

– Na początku było ciężko, wiesz jak jest, coś mówią a ty się zastanawiasz. Na szczęście jest ze mną rodzina. Chciałbym im bardzo podziękować, że są tu ze mną, naprawdę to dla mnie bardzo ważne.

Jesteś tu już dwa miesiące. Zobaczyłeś już coś co ci się specjalnie spodobało?

– Nie miałem na razie czasu. Wiesz, treningi, treningi. To nie jest tak jak myślisz, że zawodnik to ma tyle luzu.

Jaki cel ma twoja drużyna?

– Chcemy walczyć o jak najwyższe miejsce w tabeli.

Awans?

– Nie chcę zapeszać, o jak najwyższe.

Kibice zarzucają wam brak zaangażowania, ostatnio rzucali w was jajkami.

– Tu kibice nie są tacy jak w Polsce, oni bardzo żywiołowo reagują, naprawdę są naszym dwunastym zawodnikiem. Ale niech oni nie myślą, że my wychodzimy i nie chcemy wygrać. My zawsze chcemy wygrać i naprawdę dajemy z siebie wszystko.

Podobno ostatnio pokłóciłeś się z kolegą z drużyny?

– Nie tam, zwykła wymiana zdań, prasa wszystko wyolbrzymiła. Ja ci coś powiem, wy w gazetach czasami zamiast zadzwonić do nas i sprawdzić bezpośrednio, od razu przepisujecie.

Dzwonimy ale nie odbieracie.

– No tak, ale na pewno można jakoś sprawdzić.

Ostatnio nie zagrałeś w dwóch kolejnych meczach reprezentacji…

– Chciałbym wrócić, ale to trener wybiera, to wszystko zależy od koncepcji trenera. Ja nie uważam, żebym był słabszy od innych ale  zrobię wszystko co mogę, żeby przekonać trenera do swojej osoby.

Ale do tego trzeba grać a ty po dobrym początku siedzisz na ławce…

– Ale tu jest inaczej niż w Polsce, dużo ciężej. Mamy codziennie dwa treningi, jest tyle roboty, że się w głowie nie mieści. Zresztą, ja bardzo chcę grać. Poczekaj trochę, zobaczysz.

Ok, dzięki, do zobaczenia na kadrze.

– Do zobaczenia.

Następny odcinek „rozmów ze znanymi piłkarzami” za jakiś czas.

24 komentarze

Older Posts »