Deyna w USA, cz. 2

Kazik w krainie soccera

Jego życie to nieustanne robienie żartów. Był królem boiska i zabójcą przy barze. Tak  zapamiętali go przyjaciele z drużyny San Diego Sockers. Mówią, jakby to górnolotnie nie zabrzmiało, że przyjazd Kazimierza Deyny do Stanów Zjednoczonych odmienił ich życie.

Geniusz, fenomen, magik. Zgadza się, brzmi to bardzo cukierkowo, ale tak właśnie wypowiadają się piłkarze z San Diego Sockers. Kazimierz Deyna, który przecież jeszcze kilka lat temu należał do absolutnej światowej czołówki, przyjechał do kraju, w którym piłka nożna była zjawiskiem nie mniej osobliwym niż domniemane lądowanie UFO w Roswell w Nowym Meksyku.
Brian Quinn, pomocnik: – Na pewno Kazi był najlepszym piłkarzem jaki grał w San Diego. To był zupełnie inny poziom. Był mózgiem drużyny, od niego głównie zależało jak gramy.
Erich Geyer, obrońca: – Patrzyło się na niego i myślało: co to za facet? On cię ogrywał nawet nie dotykając piłki, tylko ruchem ciała. Niesamowite. A jaką on miał wizję. Czasem jeżdżę do Europy, do Niemiec na Okroberfest. Powiem ci, ze temat Deyny zawsze się pojawia. Zawsze. I nie żebym tu cukrował. Tak po prostu jest.
Juli Veee, napastnik: – Absolutnie fenomenalny. Niech to wystarczy.
Volkmar Gross, bramkarz: – Jego strzały na treningach były niezwykłe. Precyzyjne, przemyślane. Tylko piłkarz na wysokim poziomie naprawdę potrafi docenić klasę Deyny. Sam trochę grałem, byłem nawet w kadrze Niemiec. Ale nigdy nie byłem Kazem Deyną. Kazi był wyjątkiem. Był na pewno w dziesiątce, może 15 zawodników najlepszych na świecie jacy kiedykolwiek grali. Mam zdjęcie Kaza w domu i gdy patrzę na nie, ciągle widzę ten niezwykły błysk w jego oku.
Jean Willrich, napastnik: – Gdy Kazi podawał, piłka miała oczy, leciała tam gdzie chciał.
Ron Newman, trener: – Gdy zaczął grać na hali, początkowo myślałem, że nie daje rady, coś było nie tak. I nagle włączyli wszystkie światła i zaczął grać i to było niezwykłe. Kazi był najlepszym piłkarzem halowym jakiego mieliśmy w San Diego, a byliśmy wtedy jednymi z najlepszych na świecie.

Wow!
To była druga połowa 1981 roku. Deyna po cichu ulotnił się z Manchesteru po tym jak spowodował groźny wypadek drogowy.
-Od początku byliśmy nim zainteresowani. Gdy okazało się, że chcą go zwolnić z Manchester City, przejęliśmy go od razu. Nie mieliśmy za dużo kasy, ale Kazi bardzo zapalił się do idei, chciał odkrywać Amerykę – mówi Newman.
Na pierwszym treningu piłkarze San Diego patrzyli na Polaka z niedowierzaniem.
– Było tylko słychać, wow, co za zawodnik… – wspomina Willrich.
Młodzi piłkarze z San Diego byli wpatrzeni w Deynę jak w obrazek. Newman opowiada, że patrzyli na sztuczki Deyny, a później starali się naśladować to, co on robił. Zwody, podania, żonglerka – każdy starał się coś skopiować, dorównać mistrzowi.
– Byłem wtedy kapitanem drużyny. Uznaliśmy wszyscy, że jednak musi nim zostać Kazi. Dla mnie to było naturalne, miał największy respekt. Z przyjemnością oddałem mu opaskę – mówi Juli Veee. Naprawdę nazywa się Gyula Visnyei, w 1974 roku pojechał do Niemiec na mistrzostwa świata. Jako kibic.
-Byłem we Frankfurcie i do dzisiaj wiem, że gdyby nie ten deszcz, Polacy graliby w finale mistrzostw świata. Lato i Tomaszewski byli fantastyczni, Gadocha chyba najlepszy. A Kazi dyrygował tą cudowną drużyną. Wtedy widziałem go po raz pierwszy na żywo. Sporo wiedziałem o Polakach, to mu się podobało, dlatego później w San Diego sporo czasu spędzaliśmy razem – mówi Węgier, który przez lata był najlepszym strzelcem zespołu i królem asyst. Deyna był mózgiem zespołu.
– Sporo strzelał, ale głównie rządził. Tak po prostu. Zmienił zespół, zaczęliśmy grać zupełnie inaczej, dużo lepiej. Wcześniej nie znaczyliśmy wiele, z nim trzy razy byliśmy blisko finału. Zaczęto się z nami liczyć – dodaje Veee.
– Dla młodych był niedoścignionym wzorem. I profesjonalistą pełną gębą. Nigdy nie spóźnił się na trening, zawsze był znakomicie przygotowany – mówi Brian Quinn, wtedy 21-latek.
Deyna nigdy nie został wybrany do najlepszej jedenastki sezonu ligi NASL, choć znaleźli się tam piłkarze, o których w Europie nikt nie słyszał. Polak był raz w drugiej drużynie.
Pozostawał w cieniu bardziej medialnych postaci. W latach 80. Ron Newman w jednym z wywiadów stwierdził, że wymieniając najlepszych piłkarzy ligi zbyt często pomija się Deynę, który był fenomenem.
Dziś Newman opowiada nam: – Graliśmy z Chicago, mieli tam wielu fajnych piłkarzy i jednego znakomitego w środku, niestety nie pamiętam jak się nazywał. Przepraszam, mam swoje lata, lecz przypominam sobie akcję, która trwała dosłownie sekundę, ale potrzebuję więcej czasu by ją opisać. Ten piłkarz i Kazi walczyli o piłkę. Właściwie stanęli naprzeciw siebie, nie dotykali piłki. Kazi udał, że chce ją kopnąć ale nie zrobił tego, tamten zrobił to samo. Kazi raz jeszcze zamarkował kontakt, tamten nie nabrał się i zrobił to samo. Stali tam, wciąż markowali kontakt i wtedy Deyna zrobił unik raz jeszcze, facet spróbował sięgnąć piłki i wywrócił się, a Kazi spokojnie zabrał piłkę i pobiegł dalej. Gdybym miał wtedy kamerę video, gdybym mógł to nagrać… Nie potrafię tego wystarczająco dobrze opowiedzieć ale była to jedna z najbardziej nieprawdopodobnych sytuacji jakie widziałem w swoim życiu, a trochę widziałem.
W lidze NASL w latach 70. i 80. grały największe gwiazdy światowego futbolu. W Cosmosie
Nowy Jork Pele czy Franz Beckenbauer, w Los Angeles Aztecs Johan Cruyff czy George Best. Byli też m.in. Gerd Müller, Bobby Moore, Gordon Banks, Carlos Alberto, Trevor Francis, Alan Ball, Johan Neeskens, Alan Ball, Ruud Krol, Wim Rijsbergen, Teofillo Cubillas.
Słowem ci, którzy na zakończenie kariery postanowili sobie dorobić. W San Diego taką kultową postacią był właśnie Deyna. Dzisiaj w archiwach lokalnych gazet można odnaleźć wiele relacji meczowych, w których Polak się wypowiada. Inni byli znacznie bardziej rozmowni, ale to właśnie od Deyny dziennikarze chcieli wydobyć choć słowo. Podobnie było na spotkaniach charytatywnych.
– Kazi oczywiście nie szedł nigdzie, gdzie trzeba było dużo mówić i wygłaszać przemówienia. Ale czasem musiał, bo każdy chciał, żeby z San Diego Sockers na jego
imprezie pojawił się właśnie Deyna ? wspomina Erich Geyer, były obrońca Sockers, dzisiaj pracujący jako szkoleniowiec w meksykańskiej Tijuanie.
– Kazi był człowiekiem nieśmiałym, cichym. Ale gdy tylko miał piłkę przy nodze, gdy tylko pojawiał się na boisku, zmieniał się nie do poznania. Widział najmniejszą lukę, przez którą można było posłać piłkę do napastnika. Stwarzał doskonałe okazje kolegom – mówi Geyer.
Willrich: – Był mózgiem tej drużyny. Nasi rozgrywający dostawali piłkę, zastanawiali się co z nią zrobić, gdzie zagrać i to chwilę trwało. Kazi dostawał piłkę i automatycznie odgrywał tam, gdzie potrzeba. Urodził się z umiejętnością podejmowania błyskawicznej decyzji. To był jego dar od tego Gościa, tam z góry. Lubiłem w nim to, że zawsze chciał wygrać, po wyjściu na boisko wszystko szło na bok, liczyło się tylko zwycięstwo. Zresztą, czy graliśmy mecz, czy tylko w siatkonogę, był cholernie zawzięty, oddałby wszystko za wygraną. Mógłby grać w piłkę 24 godziny, nie sposób było go ściągnąć z boiska.
Był gwiazdą na stadionie otwartym i wkrótce stał się królem gry w hali. W sumie zdobył z zespołem 5 tytułów mistrza USA w hali (indor soccer), pobił rekord punktów w jednym meczu: 4 gole i 5 asyst, czyli 13 punktów w spotkaniu z Tampa Bay Rowdies.
– Pamiętam taki mecz, gdy Kaza bardzo bolał brzuch, to było chyba przeciwko drużynie z Waszyngtonu. Proszę go, wręcz błagam: „Kazi spróbuj, proszę, może ci przejdzie, jeśli nie, to dam spokój”. Ulga, zgodził się. Wyszedł i był najlepszy – wspomina Newman.
– Ja pamiętam jak w pojedynkę zniszczył Fort Laudardale Strikers. Strzelił chyba gola i zaliczył pięć asyst. W jednym meczu zdobył siedem punktów. W hali, a tam było mało miejsca. I nawet się przy tym nie spocił – zadziwia się Geyer. – Patrzyłeś na niego jak wychodził na trening i myślałeś sobie, że to niemożliwe, żeby ten facet mógł mnie pokonać. Hej, on nawet wyglądał jakby nie umiał biegać. A później, jednym ruchem ciała cię gubił. Biegłeś w zupełnie inną stronę. Przy tym był taki elegancki jak grał. Biegł, a wyglądał jakby dostojnie szedł z piłką przy nodze. Głowa zawsze wysoko, zawsze patrzył, co robią inni. Mógłby grać w budce telefonicznej przeciwko dwóm rywalom i oni nie dotknęliby piłki.

Stawiam dolara!
– Kaz Deyna! He Scooooooooooooooores! (Strzela!) ? krzyczał Randy Hahn, magik mikrofonu, wtedy oficjalny głos San Diego Sockers, dzisiaj konferansjer drużyny hokejowej San Jose Sharks.
Tak było kilka razy w meczu, Hahn miał to doskonale przećwiczone i lubił to krzyczeć.
– Strzelał albo podawał. Te podania były niesamowite. Na 40 jardów (ok. 36 metrów) prosto na nos piłkarza, który wybiegał na pozycję. Kazi nawet nie musiał biec, by wykonać takie podanie. Robił to zupełnie z miejsca – mówi Hahn.
– W hali podania były krótsze, takie na 10?12 metrów. U nas w hali gra się inaczej niż w Europie, bo są bandy, więc to był takie bum, bum, bum od bandy. A Kazi zwolnił grę. Spokojnie, spokojnie, tam podać, tu przytrzymać. Innemu od razu by zabrali piłkę, ale on odpowiednio balansował ciałem, osłaniał się, zastawiał i nikt nie był w stanie mu jej odebrać. Deyna był tym, który uczynił indoor soccer wolniejszym. Razem z Juli Veee zrobili naszą grę magiczną – mówi podekscytowany Hahn.
A po pokazie futbolowej magii zawsze była wspólna impreza. Wódka i dowcipy.
Hahn opowiada: – Kiedyś byliśmy w Tampa Bay. Floryda latem to najgorętsze miejsce na świecie. Mieliśmy kilka dni przerwy między meczami. Hotel był tak skonstruowany, że gdyby ktoś się uparł, to mógłby po balkonach dostać się na dach. Wypiliśmy wtedy kilka piw, może trochę wódki. Był z nami jeden młody chłopak, który nie chciał przyjść na piwo. Traktował to wszystko bardzo poważnie, nie chciał się narazić trenerom, wolał się wyspać porządnie i takie tam wymówki. Kazi i reszta postanowili więc, że po balkonach dostaną się do jego pokoju i go nastraszą. Wtedy było tak gorąco w nocy, że każdy zostawiał drzwi
balkonowe otwarte. Kazi z jednym z kolegów obliczył, że trzeba przejść tyle a tyle balkonów. Ale popełnili w tych obliczeniach lekki błąd. Otworzyli drzwi i zaczęli
krzyczeć tyle tylko, że zamiast do tego chłopaka, wskoczyli do pokoju jakichś dwóch starszych pań, które były na Florydzie na wakacjach. Od razu się obudziły i zaczęły wrzeszczeć. Chłopaki też się przestraszyli i też zaczęli krzyczeć. Otworzyli drzwi od pokoju i natychmiast wybiegli na korytarz. Te panie wezwały ochronę i menedżera hotelu. Na szczęście nikt nie wykrył, albo nie chciał wykryć prawdziwych sprawców.
Deyna lubił robić kawały. Geyer wspomina, że często chował młodym piłkarzom sprzęt. – Młody szukał torby, a Kazi mówił: ciepło, zimno, cieplej, gorąco! Wszyscy szybko się w to wciągnęli – śmieje się Geyer. – Kazi zawsze wiedział jak rozśmieszyć towarzystwo. Albo słowem, albo miną. Stale się go trzymały dowcipy. Poza tym uwielbiał się zakładać. Na lotniskach zbierał od każdego dolara. Ten, którego torba pierwsza pojawiała się na taśmociągu, zgarniał pieniądze.
Geyer jest wyraźnie rozbawiony, za chwilę przypomina sobie kolejne historie o Deynie.

– W dziadka też zaczęliśmy grać na pieniądze. Podobnie zresztą jak w ping-ponga. Kazi był mistrzem tenisa stołowego. Grał z nami na pieniądze, nikt nie potrafił go pokonać. Więc dawał handicapy – przeciwnik zaczynał z dziesięcioma punktami na koncie. Ale i tak Deyna wszystkich ogrywał. Każdy z nas myślał ? to nie może być takie trudne go pokonać. W końcu muszę zdobyć tylko 11 punktów, a on 21. No ale Kazi był nie do pokonania – opowiada Niemiec.
Poza tym uwielbiał grać w karty. Koledzy z zespołu mówią, że mało się odzywał, ale wiedział zawsze kto oszukuje i jakie ma karty. Sam oczywiście też oszukiwał, dość profesjonalnie.
– Zawsze jak ktoś w końcu go pytał: „Kazi, oszukujesz?” mówił: „Ja? Nieeeeeee”, a potem przykładał palec do oka, pokazując: Czy jedzie mi tu tramwaj – opowiada Hahn.
Jean Willrich Niemiec z Koblencji jako jeden z pierwszych miał okazję lepiej poznać Deynę. Ron Newman na pierwszym zgrupowaniu zadecydował, że Willrich i Deyna śpią w jednym pokoju. Zaprzyjaźnili się.
– Przyjaźń, jakby to powiedzieć, od pierwszego wejrzenia. Niemcy i Polacy są podobni. Mamy podobną kuchnię: kapusta, kiełbasa, kotlet. Lubimy się zabawić i napić. I piwa, i wódki. Tak było ze mną i z Kazem – opowiada z uśmiechem Willrich.
– Kiedyś trochę popiliśmy i wróciliśmy do pokoju. Kazi poszedł pierwszy. Ja kilka minut po nim, walnąłem się na łóżko i od razu zasnąłem. Rano obudziłem się z cholernym bólem pleców. Myślę: Co jest? Patrzę, a mój materac przypomina wielką górę. Kazi wrzucił mi tam wszystko, popielniczkę, kilka książek. Taki był. Nie mógł wytrzymać, żeby nie zrobić jakiegoś dowcipu – śmieje się Willrich, dzisiaj szkoleniowiec młodzieżowego Poway Vaqueros. Gdy opowiada o Deynie, co chwilę trzeba mu przerywać, bo zapędza się w komplementach, opowiada z niezwykłym przejęciem o tym, co w Polsce jest powszechnie wiadome, o trzecim miejscu w rankingu „France Football”, o medalu Polski w mistrzostwach świata, o igrzyskach olimpijskich w Monachium. Dziękuje losowi za to, że zetknął go z Deyną.
– Nigdy nie przyszło mi do głowy, że będę mógł zagrać z takim piłkarzem, że będę mieszkał z nim w pokoju. To jakiś nieprawdopodobny splot zdarzeń dał mi to szczęście i zaszczyt – mówi. – Był jednym z najbardziej utalentowanych zawodników, jakich świat kiedykolwiek widział, urodził się z tym czymś. Ludzie z Polski, gdy wtedy z nimi rozmawiałem, mówili: „Wow, znasz Kaza! Jest tylko dwóch wielkich Polaków, Kaz i Papież”. Wiadomo, później doszedł jeszcze Wałęsa.
Deyna zaaklimatyzował się w Stanach znacznie szybciej niż w Manchesterze.

– Był wstydliwy, trochę z powodu języka, bo nie szło mu najlepiej, ale u nas było międzynarodowe towarzystwo, więc gadał na pewno dużo więcej niż w Anglii – tłumaczy Veee.
– On nigdy nie mówił specjalnie dobrze po angielsku. Język mu się rozluźniał po alkoholu. Po dwóch albo trzech wódkach nagle się okazywało, że mówi całkiem nieźle. Ale normalnie kaleczył angielski niemiłosiernie, chociaż oczywiście rozumiał wszystko – śmieje się Erich Geyer.
– Opowiadał trochę o Anglii. Mówił, że tam grali jak w tenisa: on był na miejscu siatki, a piłka latała nad nim – przypomina sobie Willrich.
– Sporo wspominał o tym meczu we Frankfurcie z Niemcami, że Polska wygrałaby, gdyby nie ulewa, bardzo tego żałował – dodaje Veee.

Pił i opowiadał
– Był absolutnym zabójcą przy barze. Nikt nie był w stanie dotrzymać mu kroku. Potrafił siedzieć w barze do nocy. Polacy umieją dobrze pić. Wieczorkowski? Po trzech piwach leżał jednak pod stołem. Jedyna osoba, która mogła próbować mierzyć się z Kazem był Volkmar Gross. On był wielkim facetem. Ja też piłem, uwierz mi. Ale Volkmar był jedynym, który mógł się utrzymać na nogach… – mówi z przejęciem Geyer.
Berlin, Charlottenburg, Nauman Strasse. Pub fanów Herthy Berlin. Dość skromny. Przy barze stoi kilku podpitych starszych panów. Na ścianach szaliki Herthy, na honorowym miejscu koszulka klubowa z nazwiskiem Gross. Człowiek, który ją nosił, jedyny trzeźwy w lokalu, uśmiecha się zza baru. Od lat nie miał w ustach alkoholu. To z powodu leków stosowanych w leczeniu nowotworu.
– Mogę żyć bez alkoholu, nie ma problemu – mówi. – Tak było, piliśmy sporo, ale inaczej. Ja byłem raczej facetem, który pił dla towarzystwa. Siedzieliśmy, gadaliśmy, piliśmy i nagle nie mogłeś już więcej się wysłowić. I łup na lub pod stół. Kazi niestety robił to inaczej. Czasami widziałem, że pije po to, żeby się upić. Uwierzcie mi, do mojego baru przychodzi wielu alkoholików, potrafię ich rozpoznać. Kazi był jednym z nich.
Zaczynało się niewinnie.
– Balowaliśmy dość mocno. Dziś już tak się nie bawią. Na każdym obozie wymykaliśmy się przed snem na piwo, czy dwa. No, sam rozumiesz. Wtedy lepiej się po prostu śpi. A po meczu? Zawsze była impreza. Szliśmy do barów, kupa ludzi. Dla nas Europejczyków to było, jakby to powiedzieć… alleluja! – mówi Geyer.
Juli Veee przypomina sobie wyloty do Chicago: – Tam sporo piło się z Polakami. Wychylaliśmy kilka flaszek, a później go zabierali i znikał na całą noc…
Willrich: – Kazi pił wódkę jak wodę z cukrem. Miał najmocniejszą głowę, więc pił z Polakami do dna. A gdy o 6 rano przyjeżdżaliśmy na lotnisku, Kazi już tam był i wsuwał jednego hot-doga za drugim.
Pił coraz więcej w miarę jak pogarszała się jego sytuacja rodzinna.
– Kochałem Kazia, byłem jego przyjacielem, ale muszę przyznać: miał problem z alkoholem – opowiada Veee.
– W Ameryce po meczu zawsze jest impreza. Prominentni ludzie przyciągają piękne kobiety, bardziej niż gdziekolwiek na świecie, to fenomen USA. Nieważne, co robisz, czy jesteś muzykiem, sportowcem, kobiety ciągną do ciebie jeśli jesteś znany. Kilka razy widziałem jak podchodził do dziewczyny i mówił: „Hej, jestem Kaz Deyna, idziesz ze mną?” – opowiada Volkmar Gross.
– Sporo problemów miał z powodów rodziny, z żoną. Norbert kochał swojego ojca, uwielbiał go, był w niego zapatrzony, był przy nim cały czas. Na treningach, przed meczami, po meczach. Ale widywał też ojca pijanego. Niestety – dodaje Gross.

Na luzie
W USA Deyna zupełnie się wyluzował. Nie był takiej dyscypliny jak w Manchesterze, gdzie musiał się jednak pilnować. Oczywiście stosował samodyscyplinę, nigdy nie spóźnił się na trening. Ale na pewno luźniej podchodził do obowiązków, gdy zorientował się, że trafił do kraju, gdzie piłka nożna jest tak istotna jak baseball w Polsce.
– Myślę, że jak się zorientował, że tu nie ma poważniej piłki, postanowił trochę odpuścić. Był w świetnej formie. Żadnych stresów. Koledzy w klubie go uwielbiali. Cieszył się słońcem, plażą – mówi Randy Hahn.
– Kazi czasem się wkurzał, bo nie miał ludzi, którzy mogliby z nim grać. Chłopcy nie nadążali za jego pomysłami, więc się denerwował, ale w końcu machał ręką. Miał to gdzieś. Po meczu było tylko: „Sorry Kazi, nie dałem rady”. A on: „Ok, nie ma sprawy, wszystko dobrze, napijmy się” – śmieje się Gross.
Przestał się przejmować nawet wtedy, gdy Ron Newman powoli odsuwał go od drużyny.
– Ron to był facet, który zrzucał winę na nas, gdy przegrywaliśmy i przypisywał sobie zasługi, gdy wygrywaliśmy. Raz miałem prawie walkę na pięści z nim. Zaczął wystawiać młodych graczy, w tym swojego syna. Byłem wtedy kapitanem, zapytałem: „Co robisz, co to ma znaczyć?”. Z Kazem wygrywaliśmy i tak powinno zostać, przecież zwycięskiego składu się nie zmienia. Ale co tam, George Best, który grał u Rona w Fort Lauderdale Strikers, napisał, że to najgorszy trener jakiego miał – mówi Willrich.
Z kolei Volkmar Gross uważa, że Newman nie szykanował Deyny.
– Ron bardzo lubił Kaza, jestem pewien. Deyna czasami wściekał się na niego, bo Ron jak to każdy Anglik, wierzył w angielską szkołę i stosował ją. Miał swoje własne pomysły, ale na pewno cenił Kaza, chociaż może nie tak, jak powinien. Poza tym kilku piłkarzy uważało, że taktyka Rona była po prostu beznadziejna. Ron mówił swoje, a my ustalaliśmy swoje w szatni i po prostu to graliśmy. A on nawet nie zauważał.
Newman tłumaczy: – Deyna zaczął być trochę wolniejszy, ale na treningach wciąż był idolem. Często stawialiśmy go za wzór, mówiliśmy chłopakom: „Patrzcie na Kaza, zobaczcie, co możecie zdziałać, jeśli będziecie ciężko pracować. Myślę, że grał tak długo, jak mógł. Przecież kończył w wieku 39 lat!
Wkrótce okazało się, że bez piłki Deyna nie potrafi żyć.
Brian Quinn: – Biedny Kazi! Wie pan, miesiąc temu pojechałem do Denver, gdzie Zinedine Zidane spotkał się z dzieciakami. Pogadali, a później on zaczął kopać piłkę. Zobaczyłem jak żongluje, jak przytrzymuje, jak podaje ? to były te same sztuczki, te same ruchy… od razu pomyślałem o Deynie.
Marek Wawrzynowski, Piotr Żelazny

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: