Legenda

Śmierć człowieka gór, cz. 1

LEGENDA

4-letni Wojtek obudził się z krzykiem. Właśnie śniło mu się, że jest w windzie z ojcem i nagle zaczynają spadać. Ciocia powiedziała, żeby nie przejmował się i poszedł spać. Tak zrobił.
Dworzec kolejowy w Katowicach. 24-letni Wojtek Kukuczka idzie specyficznym, ale pewnym krokiem. Niezbyt wysoki, nie przywiązuje uwagi do ubrania, na głowie dredy. Matka mówi, że jest podobny do ojca. Ale tylko z charakteru. Cechy fizyczne, rysy, budowę odziedziczył starszy z braci, Maciek. Matka mówi, że jest jak ojciec tyle, że „w ciemnej oprawie”.
Wojtek na co dzień robi zdjęcia. Skończył Akademię Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Pracował przez chwilę w katowickim oddziale Faktu, można powiedzieć, że jest na etapie poszukiwania miejsca w życiu. Ostatnio zaczął zbierać materiały o ojcu. Zainteresował się wspinaczką. Na razie trenuje na skałkach ale ostatnio zapytał Ryszarda Pawłowskiego czy nie zabierze go na wyprawę w Himalaje.
– Jeszcze za wcześnie – odpowiedział Pawłowski.
Wojtek na razie pojechał tylko pod Lhotse, na grób ojca. Nie pamięta go. Ale nigdy nie miał do niego pretensji.
– Był niezależny, dokonał swojego wyboru, szanuję to – mówi.
20 lat temu Jerzy Kukuczka wyruszył na swoją ostatnią podróż. To miała być jego ostatnia tak ekstremalna wyprawa. Nigdy nie obiecał, że porzuci góry. Nie mógłby tego zrobić. Nawet gdy już zdobył Sziszepangmę, swój ostatni, czternasty ośmiotysięcznik. Wydawało się, że ma już wszystko.
Ale południowa ściana Lhotse nie dawała mu spokoju. To było największe wyzwanie himalaizmu końca lat 80-tych. A jak mówi Wojciech Kurtyka: „Gdy pojawiało się jakieś medialne wyzwanie, możliwość pokazania całemu światu kto jest najlepszy, wtedy Jurek po prostu ruszał do akcji”.
– Chciał udowodnić sobie, że może to zrobić. Innym nie musiał nic udowadniać, tylko sobie – uważa Cecylia Kukuczka.
W twarzy, oczach, w sposobie bycia pani Cecylii wyczuwa się pewną melancholię. Nawet gdy opowiada o swoim mężu, z pasją, z wielkim zaangażowaniem, gdy nagle się ożywia, z jej twarzy nie znika zaduma czy nawet smutek. Jesień to sezon dla dziennikarzy. Przyjeżdżają, pytają o męża. Tak jest rok w rok, teraz bardziej, bo to dwudziesta rocznica jego śmierci. Ale nawet po dwudziestu latach można odnieść wrażenie, że niektóre pytania sprawiają ból.

Wraca wspomnienie…
Ligota, dzielnica Katowic. IX piętro na wielkim blokowisku. Już ostatnie tygodnie tutaj, bo niedługo się wyprowadzą. Jerzy za osiągnięcia dostał przydział na bliźniaka. Cieszy się, że będzie miał swój własny pokój. Od kilku dni nie było od niego wiadomości. Choćby kilka słów w radiu czy telewizji. Pani Cecylia wieczory spędza przyklejona do radioodbiornika. W końcu coś powiedzą. Listy od Jerzego dochodzą czasem kilka dni po jego powrocie z wyprawy. Ale z odbiornika zawsze coś można usłyszeć.
– Nie czekasz na dobrą czy złą wiadomość. Po prostu na jakąkolwiek. Choćby jedno zdanie – mówi.
Wtorek to już najwyższy czas na jakiś meldunek. Dzwonek do drzwi, pani Cecylia wychodzi na klatkę. Janusz Majer, przyjaciel Jerzego, pojawia się z żoną za szklaną szybą. Patrzą na nią, spuszczają wzrok. Ona już wie. Jako pierwsza. To jest stalowa zasada, najpierw trzeba powiadomić rodzinę, za wszelką cenę zanim przedostanie się do mediów. Te w dalszej kolejności. Najgorsze co może być, to
dowiedzieć się z telewizji.
Kilka godzin później do agencji prasowych przedostaje się informacja: „Podczas wspinaczki na południowej ścianie Lhotse spadł i poniósł śmierć polski himalaista, Jerzy Kukuczka”.

Może się panie przysiądą?

Pani Cecylia kończy właśnie oprowadzać turystów, młode małżeństwo z dwójką dzieci. Opowiada z pasją. Dzieci chciałyby już iść ale rodzice słuchają z niezwykłym przejęciem, zadają pytania.
W Istebnej, w rodzinnym domu Kukuczków, wygospodarowała małą salkę i stworzyła izbę pamięci swojego męża. Tutaj znajdował czas na odpoczynek, zabawę z synami, Maćkiem i Wojtkiem, śpiewał przy ognisku piosenki „Starego Dobrego Małżeństwa”. I przyśpiewki góralskie. Po polsku i słowacku.
Kompletnie nie umiał tańczyć ale za to świetnie śpiewał. Uwielbiał to miejsce. Przyjeżdżał tu czasem, żeby choć na chwilę uciec od mediów. W domu czasem nie dało się już wytrzymać.
– Gdy Jurek zaczął zdobywać kolejne szczyty w domu cały czas ktoś był, cały czas dzwonił telefon. Wtedy wsiadaliśmy w samochód i jechaliśmy do Istebnej – mówi Cecylia Kukuczka.
Nie rozmawiali dużo o górach. Co tam czuł, jak niezwykłą walkę podejmował? Wszystkiego dowiedziała się już po jego śmierci, redagując  autobiografię męża.
– Naprawdę musieliśmy się natrudzić, żeby cokolwiek z niego wyciągnąć. Góry były tylko jego. W domu była rodzina – mówi pani Cecylia.
Opowiada zwiedzającym o sprzęcie, o wyprawach, o każdym szczycie. Ciężko uwierzyć, że gdy poznali się na początku lat 70-tych nie miała o tym pojęcia. Poszła z koleżanką na kawę do jednej z katowickich restauracji a Jerzy świętował swoje urodziny w towarzystwie kolegów z Głównego
Instytutu Górniczego. Panie nie miały gdzie usiąść, więc zaproponował jej miejsce obok.
– Skromny i jednocześnie bardzo przyjazny, bardzo mi się to spodobało – mówi Cecylia Kukuczka. – Widziałam w jego oczach że to bardzo dobry i uczciwy człowiek. Spodobaliśmy się sobie i tak od randki do randki…
Nazwisko Jerzego było wtedy już znane w środowisku polskich wspinaczy. Miał też bolesne doświadczenie ze śmiercią, która później będzie mu towarzyszyć, gdy w latach 80-tych po kolei ginąć będą jego partnerzy i przyjaciele.
W 1971 roku jednym z najważniejszych problemów polskich wspinaczy było zimowe przejście tzw. direttissimy Kazalnicy, czyli najprostszej drogi prowadzącej na szczyt. Ta sama ściana, która latem wydawała się dość prosta, zimą stanowiła niezwykłe wyzwanie. Wielką wyprawę szykowali
Krakowiacy pod wodzą młodego talentu, Wojciecha Kurtyki. Kukuczka próbował zmierzyć się ze wschodzącą gwiazdą taternictwa.
– Gdy przyjechaliśmy do schroniska nad Morskim Okiem zorientowaliśmy się, że Ślązacy z Harcerskiego Klubu Taternickiego są już w ścianie. Wiedzieli, że szykujemy swoją wyprawę i postanowili uprzedzić nas o jeden dzień – opowiada Kurtyka. Był Kukuczka, Zbigniew Jaworowski i
Piotr „Jim” Skorupa, przyjaciel Jerzego, być może najbliższy, z którym wspinał się od kilku lat.
Krakowiacy byli zirytowani, wręcz wściekli. Podjęli rękawicę. Wyprzedzili Ślązaków, bo ci postanowili przeczekać dwa dni z powodu załamania pogody. W końcu Kukuczka i koledzy zaczęli gonić. Pogoda
beznadziejna, teren ciężki, Kurtyka prze naprzód, metr po metrze, zostawia wszystkich w tyle, Kukuczka nie odpuszcza, narzuca ostre tempo.
Warunki są na tyle ciężkie, że jeden z „krakowiaków” pomaga ślązakom, użycza im liny.
Kukuczka wchodzi pierwszy na półkę skalną. Zaczyna grzać zupę dla kolegów. Skorupa jest tuż za nim. Kukuczka właściwie wyciąga do przyjaciela rękę… Mówi: „Chodź, dawaj”. Lina jest oblodzona. Jim łapie za tzw. węzeł Prusika. To niedopuszczalny błąd, wręcz śmiertelny… Węzeł zaczyna się zsuwać…
– Usłyszałem jakiś niewiarygodny krzyk, niemalże pisk, i za chwilę głośne rąbnięcie. Nie wiedziałem co się dzieje, mój partner Tadek Gibiński nie chciał nic powiedzieć. „Idź dalej, wszystko jest w
porządku, coś spadło” – rzucił. Dopiero nad ranem przyznał, że Skorupa zginął – opowiada Kurtyka. Ślązacy opuścili ścianę.
Kukuczka przyznał po latach, że przez kilka tygodni bił się z myślami, wrócić w góry czy nie.
Wrócił. Przechodził przez kolejne szczeble. W Dolomitach kamień oderwany od skały trafił go w głowę. Szedł dalej. W Alpach sam spadł z Marmolaty. Z ośmiu metrów. Podniósł się i osiągnął szczyt.
Dalej był McKinley na Alasce, gdzie ledwo przeżył i stracił kawałek palca, później Hindukusz. Zawsze w bardzo dobrym stylu. W końcu trafia w Himalaje. Cały czas wyżej, cały czas trudniej.
Pierwsze podejście na Nanga Parbat zakończyło się niepowodzeniem. Jednak Kukuczka odsuwa od siebie piętno tego, który źle znosi wysokość,  które przylgnęło do niego po McKinleyu.
– Wtedy, po Alasce, kilku ekspertów z klubu stwierdziło, że Jurek w wysokie góry się nie nadaje – przypomina Ryszard Warecki, przyjaciel Kukuczki.
Wyprawa w Himalaje to koszty. Milion złotych. Kukuczka i koledzy malują kominy. Są szybsi niż wszechpotężne Hutnicze Przedsiębiorstwo Remontowe. Znacznie szybsi. Podczas gdy „konkurent” potrzebuje na pomalowanie 80-metrowego komina kilka miesięcy, oni robią to… w tydzień.
„Bo my proszę pana, malujemy bez rusztowania. Na linach” – tłumaczy Kukuczka dyrektorowi jednej z wielkich kopalń. Dyrektor robi wielkie oczy, ale w końcu wykłada pieniądze. Jeszcze kilka kominów, kilka wizyt w gabinetach i można ruszać…
4 października 1979 roku wraz z Andrzejem Czokiem staje na szczycie Lhotse. Nie używają dodatkowego tlenu, co jest w tym czasie ogromnym osiągnięciem.
Kolejny sukces to Mount Everest. W maju 1980 roku, już nową trasą. Od tej pory Kukuczka będzie szukał nowych wyzwań, nie zadowoli się tym co banalne, osiągalne dla „zwykłych śmiertelników”.
W 1981 roku podejmuje próbę zdobycia Makalu. W stylu alpejskim z Wojciechem Kurtyką i Anglikiem Alexem McIntyre. Załamanie pogody powoduje, że muszą się wycofać. Nie kryją żalu. Kukuczka próbuje przekonać Kurtykę do powrotu ale ten postanowił, że to koniec.
– W takim razie pójdę sam – wypala Kukuczka. Koledzy są trochę zdezorientowani… Nie protestują. Kurtyka odpowiada: „Zatem idź, ale nie widzę szansy. Weź ode mnie wszystko czego potrzebujesz”.
Kilka dni później znowu są razem. Kukuczka ze swoim trzecim ośmiotysięcznikiem na koncie. Tyle nie osiągnął jeszcze żaden z polskich himalaistów. Znowu zwyciężył. Gdy dochodzi do siebie podczas kolacji, rzuca: „Dalibyście coś zapalić”.
Zdębieli.

Twardziel i geniusz

W pierwszej połowie lat 80-tych stworzył z Kurtyką duet marzeń. Himalajski dream team.
Bronowice, obrzeża Krakowa. Kurtyka otwiera drzwi, kończy załatwiać telefonicznie swoje interesy w Indonezji, uśmiechnięty od ucha do ucha. Mówi się o nim, jako o człowieku mocno ekscentrycznym, niechętnym mediom. Obraz ten okazuje się nieco zafałszowany. Pracuje właśnie nad opowiadaniem. Chce wykorzystać motywy autobiograficzne, chociaż przyznaje, że choć jest to już zaawansowane to nie wyklucza, że nigdy nie zostanie wydane…
Kurtyka, legenda świata alpinistycznego, w Polsce nieco w cieniu wielkich, medialnych nazwisk. Na zachodzie, wśród swoich, uznawany za mistrza. Jeden ze znanych wspinaczy mówi o nim tyle, że jeśli w alpinizmie można mówić o geniuszu czy jakimś nieprawdopodobnym talencie, to właśnie dotyczy to na pewno Kurtyki.
Reinhold Messner, czyli człowiek mający w tym świecie niemal patent na nieomylność, nazwał Kurtykę tym, który miał największy wpływ na europejskie wspinanie.
Kukuczka i Kurtyka, duet co najmniej dziwaczny. Nawet nie tyle niezwykły jest fakt, że się ze sobą wspinali, ile że po prostu w ogóle lubili spędzać ze sobą czas.
Kukuczka – typowy sportowiec. Czołg. Człowiek który zakłócił elitaryzm himalaizmu. Ślązak, elektryk. Kurtyka – człowiek o duszy artysty, syn Henryka Worcella, autora legendarnych „Zaklętych Rewirów”, niejako więc ucieleśnienie tego elitaryzmu.
Najtwardszy człowiek, jaki kiedykolwiek chodził po górach i geniusz wspinaczki.
Z jednej więc strony twardziel, Jurek, normalny i naturalny facet, któremu podobało się zainteresowanie mediów i popularność. Jego znajomi nie ukrywają, że o nią zabiegał, gdyż rozumiał, że wiąże się to z dofinansowaniem wypraw, ale też wynikało ze zwykłego ludzkiego cieszenia
się swoimi pięcioma minutami.
Z drugiej strony geniusz, Wojtek, wyjątkowo inteligentny facet ze skłonnościami do filozofowania, dbający niezwykle o formę wypowiedzi, w miarę możliwości stroniący od mediów, gdyż każdy udzielany wywiad jest jego zdaniem przyznaniem się do własnej słabości, którą jest próżność.
Jurek, tradycyjny katolik z krzyżykiem na szyi, w każdą niedzielę obowiązkowo meldujący się w kościele i Wojtek, wiecznie poszukujący prawdy o absolucie.
Jurek, prący na przekór wszystkiemu, przekonany o tym, że opatrzność chroni go przed śmiercią i Wojtek, którego wyobraźnia podsuwała najgorsze możliwe obrazy śmierci. Efektem tej jego przesadnej z pozoru ostrożności był fakt, że na wyprawach z jego udziałem doszło do zaledwie
jednego, niezbyt groźnego wypadku.
Ta oto „niezwykła dwójka” stanowiła, jak uważa Janusz Kurczab, prawdopodobnie najlepszy zespół w historii polskiego himalaizmu. Razem zdobyli 3 ośmiotysięczniki w zaledwie 2 lata. Wydawało się, że razem są w stanie zdystansować całą elitę światowego himalaizmu.
– Wbrew pozorom te wszystkie przeciwności doskonale się uzupełniały – uważa Kurtyka. – Jurek miał niezłomność i żelazną konsekwencję w dążeniu do celu, ja miałem spore możliwości techniczne. To było dobre połączenie.

Ich trawers Broad Peaków przeszedł do historii himalaizmu. Rozstali się wkrótce po tym, schodząc po udanej wyprawie.

– Jerzy w pewnym momencie chciał iść na Gaszerbrum IV, tak zwaną „Świetlistą Ścianę”. Ja powiedziałem, że nie, bo pogoda nie jest odpowiednia. Choć od lat było to przecież moje marzenie… – mówi Kurtyka. – Jurek w swojej książce wyrażał rozczarowanie, że ja nie chciałem wejść w ścianę. Ta próba to był błąd w sztuce, nie wchodzi się w takie monstrum, prawie 3 kilometry, kiedy pułap chmur sięga 6 tysięcy metrów, kiedy każdego dnia po południu prószy śnieg. Nie wchodzi się w
takich warunkach w stylu alpejskim gdy już nie ma odwrotu!
Czy więc Kukuczka był szaleńcem?
Kurtyka odpowiada: – Nie, Jurek wierzył, że człowiek potrafi wytrzymać o wiele więcej niż to się utarło, organizm ludzki według niego jest o wiele mocniejszy niż się mówi, zaś wypadki to są po prostu… wypadki. Jakby nie zdawał sobie sprawy że na przykład można umrzeć z wyczerpania. A
przecież siła ludzka w końcu się kończy. Jurek myślał, że zawsze można coś zrobić, zawsze można mieć wpływ na swój los.
Kiedyś Jerzy zwierzył się przyjacielowi, że gdy nie zdołał zdobyć góry, pytał w duchu najwyższego: „Boże mój, dlaczego nie pozwoliłeś mi wejść, przecież nic złego nie zrobiłem?”.
Janusz Majer, przyjaciel Kukuczki, dziś współwłaściciel firmy Hi-Mountain opowiada: – Siedzieliśmy z Jurkiem pod Świetlistą ścianą, patrzył na nią i opowiadał jak ją „ugryźć”, którędy pójść. Wróciliśmy do
bazy i wtedy pogoda się naprawdę zepsuła. Trzech z nas postanowiło, że schodzimy, wtedy Wojtek Kurtyka powiedział: „My z Jurkiem też schodzimy”. Jurek nie chciał. Miał takie podejście, że jeśli
zapłaciliśmy za zdobycie ściany, to musimy spróbować.

Ta sytuacja była katalizatorem. Kurtyka miał dość, załatwiał większość wyjazdów, pozwoleń, żywności. Chociaż Jerzy był mistrzem gdy przyszło do załatwiania golonki i szynki w puszkach. Nieoznakowanych. Tylko on wiedział, w której jest golonka, w której szynka. Wąchał puszkę i mówił.
Nigdy nie chybiał. Ale to wszystko było tłem. Jerzy miał inne cele. Chciał zdobyć wszystkie ośmiotysięczniki. Kurtyka żył swoimi marzeniami.
– Sporą rozbieżność między nami można było zauważyć przy wyborach celów. Ja wybierałem te, gdzie mogłem podziwiać naturę, cieszyć się wyzwaniami. Jurek był mentalnie w pełni ustawiony na największe wysokości. Gdy ja ujrzałem szczyt Trango Tower, spędziłem tam ranek i byłem tak roztrzęsiony, że ciężko mi było dojść do siebie, byłem jak po jakimś ciężkim kataklizmie wewnętrznym, tak to porażająco odebrałem. A on? Nie sądzę by w ogóle zrobiło to na nim jakieś wrażenie. Góra i tyle, nawet niezbyt wysoka… Jurek wybierał kolejne zdobycze z listy. Już
wiedział, że chce gonić Messnera – mówi Kurtyka.
Coraz częściej dochodziło do kłótni. Często z byle powodu. Ich rozejście było niezwykle symboliczne. Schodzili lodowcem Baltoro, w pewnym momencie jeden poszedł w prawo, drugi w lewo. Jurek skręcił na niespełna siedmiotysięczny Biarchedi i stamtąd na przełęcz Masherbrum La i do
doliny Hushe.
Gdy Kukuczkę zobaczył miejscowy nauczyciel stwierdził, iż wątpliwe aby stamtąd przyszedł samotnie. Do tej pory udało się to tylko sporej grupie amerykańskich przewodników. „To niemożliwe. Poza nimi nikt się tędy jeszcze nie przedostał” – stwierdził nauczyciel. Jerzy wzruszył ramionami. Nie starał się go przekonać. Próbował za to przekonać Kurtykę do dwóch wypraw zimowych i udziału w wyścigu po 14 ośmiotysięczników. Bezskutecznie. Kukuczka mówił, że zimą można zrobić dwa i zacząć gonić
Messnera.

– Dla Jurka to było zupełnie naturalne, gdyż on traktował wspinaczkę jako sport. Dla mnie było to wręcz niedopuszczalne – mówi Kurtyka.

Marsz

Kukuczka miał trochę racji. Kolejne ośmiotysięczniki padały, jeden po drugim.
Styczeń 1985, Dhaulagiri, razem z Andrzejem Czokiem.
Luty 1985, Cho Oyu razem z Andrzejem Heinrichem.
Lipiec 1985, Nanga Parbat razem z Heinrichem, Sławomirem Łobodzińskim i Carlosem Carsolio. Młodym Meksykanin, który później jako czwarty na świecie osiągnął wszystkie ośmiotysięczniki, tak napisał nam w mailu:
– Spotkałem go w bazie Rupal. Miałem pożyczony sprzęt albo taki domowej roboty a miałem spotkać legendarnego Kukuczkę, faceta który pewnie ma najlepszy sprzęt świata, najlepszego himalaistę świata… Co on pomyśli jak zobaczy ten mój sprzęt? Byłem bardzo zawstydzony. Gdy dotarłem do
bazy trochę byłem kompletnie zaskoczony. Zobaczyłem jak Kukuczka z Zygą Heinrichem szyją i cerują swoje ubrania. też mieli takie domowej roboty, z rosyjskich materiałów”.

Do końca roku miał już 9 szczytów. Kolejny rok i kolejne rekordy.
Styczeń 1986, Kanczendżonga, pierwsze zimowe wejście, z Krzysztofem Wielickim.
Lipiec 1986, K2, razem z Tadeuszem Piotrowskim. Międzynarodową wyprawę organizował słynny Karl Herrligkoffer. Wziął kilku Polaków i międzynarodowe towarzystwo, z Austrii, Szwajcarii, Niemiec.
Kukuczka wspomina w swojej autobiografii „Mój pionowy świat”: – To ty jesteś ten Kukuczka? Wcale nie wyglądasz na alpinistę… Markus, szwajcarski przewodnik, patrzy przy tym nie tyle na moje oczy, co znacznie niżej, tam, gdzie pod paskiem rysuje mi się niezbyt sportowy brzuch. (…) – Pogadamy na ośmiu tysiącach metrów – mruczę do siebie”. Markus ma jednak rację. Jerzy zdecydowanie nie przypomina herosa. Dopiero gdy zaczyna się wspinać zadziwia zachodnich mistrzów.
– Później spotykałem w swoim życiu wielu himalaistów z najlepszym sprzętem, wysokich, wysportowanych atletów, którzy psychicznie wysiadali w tych ciężkich warunkach na największych wysokościach. A niepozorny Kukuczka ze swoimi przerzedzonymi włosami, brakami w uzębieniu i
sporawym brzuchem, chyba od wódki, był tak niezwykle silny psychicznie i fizycznie. Nigdy nie słyszałem by się poddał. Był to na pewno najsilniejszy facet jakiego w życiu spotkałem. Jeśli coś mu nie szło po prostu rzucał co chwila to wasze charakterystyczne słowo na K, ale nigdy się przy tym nie skarżył i nie rezygnował – pisze Carsolio, uczeń Kukuczki.
Listopad 1986, Manaslu razem z Meksykaninem i Arturem Hajzerem.
Wszystkie te zdobycze w znakomitym stylu, wiele z nich okupionych śmiercią przyjaciół.
Na Nanga Parbat blok skalny, jakby specjalnie wyskoczył z lawiny i trafił Piotra Kalmusa, na Kanczenżondze z wycieńczenia zmarł przyjaciel Kukuczki, Andrzej Czok. Ta śmierć, jak opowiadała Cecylia Kukuczka, zabolała go najbardziej. Razem zdobywali swoje dwa pierwsze ośmiotysięczniki. Czok, wydawało się najtwardszy z ludzi, po prostu zaczął gasnąć. Gdyby Kukuczka zdał sobie sprawę z jego stanu i zamiast atakować szczyt sprowadził do na dół, mógłby przyjaciela uratować.
Na K2 zginął Tadeusz Piotrowski. Zgubił raki, spadając zsunął się po Kukuczce. Jerzy nic nie mógł zrobić. Wbił się ze wszystkich sił w ścianę i chciał tylko przeżyć.
W międzyczasie, podczas zakończonej niepowodzeniem wyprawie na Lhotse zginął Rafał Chołda. Kukuczka w pewnym momencie się odwrócił i zobaczył, że go nie ma…
Brnął dalej. Z Messnerem już przegrał. Włoch w 1986 roku wszedł na Lhotse. Miał komplet. Chociaż w pewnym momencie Kukuczka mógł liczyć na wygraną. Przecież gdyby Włoch musiał się wycofać, gdyby musiał odpuścić… Ale Messner, który przez lata dokonywał wyczynów nadludzkich i wyprzedzał swoją epokę, pod koniec wiedział, że nie tym razem nie może pozwolić sobie na czysto sportową rywalizację. Użył wszelkich środków i wygrał. Kukuczka musiał zadowolić się drugim miejscem.
Luty 1987, Annapurna z Arturem Hajzerem…
I w końcu, 18 września 1987 roku Sziszapangma z Arturem Hajzerem. Cel został osiągnięty.
„Stało się… Wszystko dociera do mnie powoli. Jak zawsze na tej wysokości, musi torować sobie drogę przez zmęczenie, łomot spracowanego serca, oddech szarpany głodem tlenu. I nie potrafię w sobie wyzwolić radości proporcjonalnej do przeżycia” – pisze Kukuczka w swojej autobiograficznej książce.
Gdy w pewnym momencie zbliżył się na odległość zaledwie dwóch szczytów do Messnera (10-12) szansa na wygranie tego pasjonującego śmiertelnie niebezpiecznego wyścigu stała się realna. Po latach zwolennicy zarówno jednego jak i drugiego przekonują, że to „żaden wyścig, bo Messner
pierwszy ośmiotysięcznik zdobył 9 lat wcześniej, więc Kukuczka nie miał szans”. Sam Kukuczka przyznał jednak, że zajął drugie miejsce w konkurencji 14 razy 8000. A więc wyścig był. Przecież gdyby Messner się zawahał, gdyby raz czy drugi przegrał z pogodą, wtedy sprawa byłaby otwarta…

Popiersie w honorowym miejscu

– Messner, słucham – głos w słuchawce jest mocny. Właściwie od razu słychać, że należy do człowieka zdecydowanego, niezwykle pewnego siebie. Znacznie zresztą łatwiej o takie wnioski, gdy wiadomo z kim mamy do czynienia. Reinhold Messner. Fenomen. Numer 1. Człowiek, który jako pierwszy zdobył czternaście ośmiotysięczników, jako pierwszy wszedł na Mt. Everest bez tlenu, człowiek, który zdobył Koronę Ziemi czyli najwyższe szczyty wszystkich kontynentów, który w końcu przejechał na
nartach Antarktydę. W końcu człowiek, którego sam Kukuczka uważał za swojego idola.

Czy choć przez chwilę myślał Pan, że Kukuczka może panu zagrozić w wyścigu 14 razy 8000?
– Nie. Ja nigdy nie traktowałem tego jako zawodów. Jerzy był cztery lata młodszy ode mnie i znacznie później wszedł w wysokie góry. Gdy on startował, byłem po środku mojej drogi. Zmagania to nie jest odpowiednie słowo. Wiem, że Jerzy, szczególnie pod koniec miał spore ciśnienie ze strony polskich mediów. Tyle tylko, ze ja zaczynałem na Nanga Parbat w 1970 roku a on, na tej samej górze 7 lat później. Nie ma natomiast wątpliwości, że on, między 1980 i 1986 rokiem był najsilniejszym wysokogórskim wspinaczem świata. Ja nie byłem już tak silny, choćby ze względu na wiek. Mój okres największej świetności przypadał na czas, gdy Jerzy jeszcze wspinał się w Alpach. Proszę też zauważyć, że Jerzy swoje szczyty zdobył podczas zaledwie 12 wypraw, ja miałem ich aż 18. Nie chcę powiedzieć, że on był słabszy, wręcz odwrotnie, był silniejszy. Ale miałem na starcie tak dużą przewagę, że nie było właściwie szansy by nawiązał rywalizację. Byłem w uprzywilejowanej sytuacji, mogłem sobie pozwolić na to by dokonywać innych rzeczy, nie ścigać się.

Czyli nie było więc nawet momentu gdy obawiał się pan o to, że Kukuczka może jednak wygrać?
– Nie, nigdy nawet o tym myślałem. Wiedziałem, że jeśli nie zginę na ośmiotysięczniku, zdobędę je wszystkie. W 1982 roku zdobyłem 3 ośmiotysięczniki w ciągu zaledwie 2 miesięcy, znałem więc swoje
możliwości i miałem sporą rezerwę. Proszę zresztą zwrócić uwagę, że w 1984 roku zamiast jechać po kolejne ośmiotysięczniki „do kolekcji” pojechałem zrobić dwa Gaszerbrumy, które już przecież zaliczyłem w poprzednich latach. To pokazuje, że nie spieszyłem ale po prostu realizowałem swoje kolejne założenia, swoje idee, które przychodziły mi do głowy . Ostatnią z takich idei było właśnie zrobienie samotnego trawersu dwóch ośmiotysięczników bez zejścia do bazy. Później mogłem
spokojnie zdobyć ostatnie szczyty.

Czy miał on coś, jakąś cechę, która była dla Pana szczególnie imponująca?
– Niezwykła była odporność i surowość z jaką traktował sam siebie. Potrafił marznąć, cierpieć, głodować i w końcu wchodził na szczyt. Dlatego właśnie był najlepszym wspinaczem lat osiemdziesiątych. W moim muzeum stoi jego popiersie z brązu, które dostałem od Polaków.
Postawiłem je wśród najwybitniejszych wspinaczy w historii, jak Andreas Heckmair czy Walter Bonatti. Jerzy zdecydowanie jest w jednej grupie z najlepszymi, jacy kiedykolwiek się wspinali. Niesamowicie silny i co ważne, wspinał się w znakomitym stylu. Jego wejście, razem z Tadeuszem
Piotrowskim na K2, w 1986 roku, było wręcz niezwykłe.
Wiele osób mówiło, że on nie wyglądał na alpinistę, mówiono nawet że był… po prostu gruby.
– Taki był, ale to nie był żaden mankament. Miał lekką nadwagę ale potrafił użyć tego w trudnych momentach, uczynił z tego swoją broń, był w tym niezwykle inteligentny. Na pewno nie będę krytykował Jurka za cokolwiek. Jest jedna rzecz, której żałuję… W 1982 roku jechałem na Czo Oju i zaprosiłem z Polski tylko Wojtka Kurtykę, jednego z największych alpinistów swojej epoki. To niezwykle inteligentny facet, którego filozofia, znajomość historii i praktyczne podejście bardzo mi
pasowało. Mieliśmy możliwość, żeby wziąć jednego alpinistę z Polski. Poza tym byli Włosi, Niemcy, Szwajcarzy. Powinienem zrobić wszystko, by zaprosić ich obu. Dziś z perspektywy czasu żałuję tego ale chciałbym podkreślić, że przyczyną śmierci Jerzego nie był wyścig ze mną.

Co więc było?
– Myślę, że presja polskich mediów. Po zdobyciu wszystkich ośmiotysięczników presja na niego była na tyle duża, że myślę iż nie do końca sam miał wpływ na to, co robić dalej, jaki cel sobie obrać.

Być może zginął, bo wiedział, że musi coś udowodnić, musi wejść na południową ścianę Lhotse, ścianę marzeń…
– Wie pan pewnie, że ja dwukrotnie poległem na tej ścianie. Raz w 1975 i później w 1989 roku. Wtedy powiedziałem moim przyjaciołom, że nie jestem wystarczająco silny by wejść na tę ścianę. To było wiosną. Jerzy przyjechał jesienią i chyba czuł zbyt duże ciśnienie, czuł że musi to zrobić. Na tej wysokości, w tych warunkach, ten wypadek zdarzyłby się każdemu…

Kiedy po raz pierwszy zdał pan sobie sprawę, że w ogóle jest ktoś taki jak Kukuczka?
– Pamiętam go z 1979, ale bardzo słabo. Spotkaliśmy się, gdy schodził z Lhotse, porozmawialiśmy trochę o wyprawach na Nanga Parbat. Wiedziałem kto to jest od kiedy wszedł na Mount Everest, a po tym jak z Kurtyką zrobili trawers Broad Peaków, dokładnie wiedziałem z kim rozmawiam, kojarzyłem go już bardzo dobrze. Zrobił też świetnie wejście na Gaszerbrum II, można powiedzieć, że robił te rzeczy, które i ja chciałem robić. I robił to w pięknym stylu. Zacząłem się wtedy interesować jego
osiągnięciami. Później jeszcze Erhard Loretan miał takie osiągnięcia w wyprawach na ośmiotysięczniki. Kukuczka wchodził nowymi drogami, wchodził zimą, samotnie na Makalu… Po nas trzech, większość himalaistów wchodziło na ośmiotysięczniki niemal na grzbietach jaków. To nie miało już nic wspólnego z naszą ideą alpinizmu. Kukuczka, Loretan i ja byliśmy tymi, którzy pokazali największą klasę. Później było niewielu takich wspinaczy.

Czyli mam rozumieć, że wyprzedzaliście swoją epokę o 10 czy 20 lat?
– Na pewno. Dzisiaj zresztą mało kto robi takie wejścia. Ludzie używają normalnych dróg. Dzisiaj mówi się, że wspinacze są szybsi niż ci w dawnych czasach jak my czy choćby Wanda Rutkiewicz. Wchodzi nawet sporo kobiet. Ktoś im przymocowuje liny i szybko wchodzą po tych linach… no to rzeczywiście jest szybciej. To nie to samo co robił Kukuczka, ja czy Loretan. My wyznaczaliśmy nowe, trudne trasy, zimowe wejścia. Ja dwukrotnie poległem w zimie, ale my próbowaliśmy, robiliśmy coś nowego.
Teraz zbyt dużo osób zalicza szczyty najłatwiejszymi drogami, najłatwiejszym stylem. Mówią: „Jesteśmy tam”.
Faktem było, że Kukuczka sporo ryzykował, wokół niego ginęło wiele osób, czy aby nie było tak, że jego śmierć była kwestią czasu? Czy jego styl nie był za bardzo ryzykowny?
– Wspinanie się w sposób w jaki to robiliśmy jest ryzykowne. On to wiedział, tak jak i ja czy Loretan. Generalnie Polacy w latach 80-tych bardzo ryzykowali. To nie jest niczyja wina. Po prostu Polacy tak się wspinali. Ryzykowali życiem. Dzisiaj wspinaczy ubezpiecza masa ludzi, helikoptery i tak dalej. My tego nie mieliśmy. W dzisiejszych czasach niewielu jest ludzi, którzy uprawiają alpinizm w takiej postaci. Polacy mieli niezwykle silną grupę wspinaczy, jeden pchał drugiego do przodu. Gdy kilku zginęło, miałem nadzieję, że Kukuczka zrezygnuje, zejdzie na niziny i zacznie szukać nowych wyzwań. Tak jak chociażby wyprawy na Antarktydę, pustynię… coś bezpieczniejszego. Ja tak zrobiłem i wciąż
żyję. Ale powiedzmy szczerze, żyję bo miałem też dużo szczęścia. Przecież na Nanga Parbat w 1970 roku byłem bliski śmierci.

Czy zdążyliście poznać się prywatnie?
– Nie, nigdy nie było takiej okazji, żebym poznał jego żonę czy dzieci. Ale oczywiście kilka razy pogadaliśmy w górach. Mogę powiedzieć tylko tyle, że w Katmandu czy w bazie zawsze było to bardzo miły facet, świetna osobowość. Był bardzo otwarty, lubił napić się wina z innymi
wspinaczami a następnego dnia, z samego rana startował na szczyt.

Gwiazda

Być może Messner miał rację. Jerzy mógł zejść na niziny, szukać nowych wyzwań. Miał od francuskich zdobywców (Jeana Louisa Etienne’a) ofertę przeprawy przez Antarktydę, którą jednak odrzucił. A przecież osiągnął swój najważniejszy cel w Himalajach. Musiał go osiągnąć. Kurtyka mówi o
„obsesyjnej wręcz żądzy pokonywania kolejnych szczebli”.
– Znany szwajcarski naukowiec, Dr. Oelz, który badał himalaistów, ustanowił jednostkę, którą nazywał imperatywem sukcesu. Jerzy miał tu niezwykle wysoki współczynnik – tłumaczy Tomasz Malanowski, współautor autobiograficznej książki Kukuczki „Na szczytach świata”.

Dr. Oelz potwierdził to w mailu. Napisał nam, że „Kukuczka miał wszystkie wskaźniki w normie, poza właśnie pragnieniem sukcesu, które było zupełnie niezwykłe”.

Malanowski pod koniec lat 80-tych, jeszcze za komuny, załatwił Kukuczce jedną z pierwszych komercyjnych reklam.
„Siła, sprawność, wytrzymałość” – brzmiał slogan reklamowy Biovitalu, którego butelkę trzymał w ręku Jerzy. Można ją było zobaczyć głównie na Śląsku, bo choć podziwiano go w całym kraju, to jednak tu był czczony niczym bóg. Cieszyło go, gdy ludzie proponowali by zrobił zakupy bez
kolejki, czy gdy dostawał kolejne ordery od lokalnych władz.
Rozpoznawano go z daleka, gdy podjeżdżał swym maluchem z charakterystyczną rejestracją KT 8000, którą załatwiła mu koleżanka z klasy pracująca w wydziale komunikacji. Bardzo lubił ten samochód,
kłócił się często ze swoim przyjacielem Ryszardem Wareckim, czyj maluch „ma więcej jadu”. Wkrótce zamienił go jednak na Poloneza, tego z kolei na Toyotę Corollę, jeden z niewielu tak klasowych samochodów na Śląsku i w końcu, niedługo przed wyprawą na Lhotse, sprowadził z Niemiec
Volkswagena Passata, jeden z pierwszych modeli o opływowych kształtach.
Wyróżniał się w Katowicach. Cieszyło go to, bo jak mówi Ryszard Warecki, „samochód to był jego drugi żywioł. Za kierownicą mógłby siedzieć godzinami”.
Był ulubieńcem mediów. Sam też powoli przekonał się do kamer i mikrofonów. Nigdy nie przepadał za dziennikarzami, ale zawsze starał się być miły. Malanowski wspomina, że „na początku kontakt był dosyć trudny. Jurek chciał pomóc ale miał jakąś blokadę. Dopiero po kilku spotkaniach rozluźnił się i
otworzył bardziej”.

Ściana

– Dopiero pod koniec jego życia czytałem wywiad z nim, gdy stwierdził: „Z upływem lat widzę, że alpinizm to jednak coś więcej niż sport”. Pomyślałem wtedy: „A tu cię mam” – śmieje się Kurtyka.
Może właśnie południowa ściana Lhotse była czymś więcej? A może jednak, jak twierdzi Ryszard Warecki, „było to czysto komercyjne wejście, które zapewniało zdobywcy miano najlepszego”.
Najbliżsi przyjaciele odradzali, dalsi znajomi podpuszczali.
– Pytali go: „Messner nie wszedł, ale ty Jurek chyba wejdziesz?” – mówi Ryszard Warecki. Uległ.
– Celina, żona Jurka oponowała. Bała się, z każdą wyprawą bardziej. Nie oszukujmy się, to jest prawo serii. Na każdej niemal wyprawie ktoś ginął. Ja też byłem przeciwko. Wszystko było „na nie”, poza finansami, bo akurat w sprawach finansowych wszystko ułożyło się idealnie – mówi Warecki.
Jerzy jako jeden z nielicznych nie miał wątpliwości. Na lotnisku w Warszawie na pytanie „Po co?” reportera TVP odpowiedział pytaniem: „A dlaczego rezygnować, skoro tak dobrze idzie?”.
Po opuszczeniu wioski Chuckung dochodzi się na Chuckung Ri, niewielki szczyt położony na wysokości 5,5 tysiąca metrów. Stamtąd widać całą ścianę. Jest potężna i robi piorunujące wrażenie. Nawet gdy idzie się pod Everest, właśnie południowa ściana Lhotse przytłacza już z daleka swoją potęgą najwyższy szczyt świata. Od podstawy kotła do szczytu jest prawie 4 kilometry niemal idealnej pionowej skały miejscami pokrytej śniegiem. Jej niezwykłość dostrzega się jednak dopiero podczas zachodu słońca, gdy pławi się w czerwono-złocistych barwach.
– To legenda. Ściana marzenie – mówi Ryszard Pawłowski. Kto ją zdobędzie, będzie nieśmiertelny.
Pogoda pod Lhotse nie dopisywała. Dyskusje trwały. Padła propozycja, żeby atakować z lewej strony. Zdecydowali się odrzucić tę wersje, wrócili do pierwotnego planu. Większość zeszła w stronę bazy. Kukuczka został z Pawłowskim. Chcieli spróbować.
– Wiedzieliśmy czym ryzykujemy. Byliśmy zmęczeni ale decyzja była świadoma – mówi Pawłowski. Po trzech dniach marszu byli już na wysokości ponad 8 tysięcy metrów. Szczyt był tuż, tuż. Szykowali decydujący atak.

Poszli spać wcześnie. Trochę rozmów o wszystkim i o niczym. Jak to zwykle w górach. Mało kto rozmawia tam o wzniosłych tematach. Dziewczyny, samochody, futbol. Kto co lubi. Wtedy oczywiście doszła polityka, bo Mazowiecki właśnie tworzył pierwszy rząd. Jerzy bardzo mu kibicował. Tak jak i całej „Solidarności”. Zazwyczaj czytał jeszcze trochę angielskiego, który przydawał mu się w wywiadach z zagraniczną prasą. Przy minus 30 stopniach nie rozmawia się za długo. Wstali chwilę
po 4. Pogoda akurat dopisała.
– Zjedliśmy jakieś słodycze, wypiliśmy coś ciepłego. Do szczytu brakowało nam niecałe 500 metrów. Nie wiedzieliśmy co nas czeka, byliśmy gotowi na to, że będziemy wracali po nocy.
Zostali we dwóch. Reszta czekała w bazie na morenie, na wysokości 5 tysięcy metrów.
Ruszyli o 8. Jerzy zaproponował, że poprowadzi pierwszy wyciąg.

– Ja asekurowałem. Wspinaliśmy się na cieńszej ale dłuższej, 80–metrowej linie – relacjonuje Pawłowski. Kukuczka założył dwa przeloty. Przeszedł już ponad 50 metrów i nagle zaczął się zsuwać.
– To jest normalne, takie rzeczy się zdarzają. Jakiś przelot zawsze zadziała – mówi.
Za chwilę wyrwał się pierwszy, musi zadziałać drugi. Nie zadziałał. Jerzy zsuwa się coraz szybciej, zaczyna obijać się o skały.
Pawłowski: – Wtedy było wiadomo, że całe uderzenie przejdzie na mnie… Jezus Maria, to koniec… skuliłem się zacisnąłem przyrząd do asekuracji… Nagle lina zahaczyła o jakiś występ skalny i przerwała
się. Podniosłem głowę, spojrzałem jeszcze na Jurka, spadał 3 kilometry w dół, do kotła. Zostałem sam z kawałkiem liny, chwila szoku, co teraz…
Ryszard Warecki wyszedł przed namiot, wyciągnął lornetkę. Od dwóch dni nie było żadnego kontaktu „z górą”. – Spojrzałem w górę i zobaczyłem, że schodzi jeden. Wtedy myślisz, który żyje? Odpędzasz od siebie te myśli, ale one wracają, nie masz na to wpływu. Patrzyłem i byłem przekonany, że
to Jurek zginął…

Winda

Skończył się weekend w Istebnej. Pani Cecylia pojechała z 9-letnim Maćkiem do Katowic. Musiał iść do szkoły. Wojtek został u cioci w górach. Szkoda było pięknej pogody. Wojtek przypomina sobie koszmar z windą: – Byliśmy z tatą w windzie. Nie chciała się zatrzymać. Tata naciskał „stop”, ale nie działało. Ktoś krzyknął „alarm” i zaczęliśmy spadać. Obudziłem się. To była czwarta rano. W Himalajach była 9. Rano przyszła wiadomość, że tato zginął. Nie wierzysz mi, co? Nieważne, tak
właśnie było.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: