Marzenie

Śmierć człowieka gór cz. 3

MARZENIE

Pani Jadwiga wyciąga album z wycinkami z gazet. Zbiera wszystko od 24 lat. Właściwie nie jest tego dużo, bo przecież Piotrek nie zdążył zrobić wielkiej kariery. „Jest tutaj” – mówi w pewnym momencie i wyciąga nieco wyblakły papierek zapisany po angielsku. To telegram, który dostała pod
koniec lipca 1985 roku. Wtedy jeszcze nie znała angielskiego na tyle dobrze, żeby dokładnie przetłumaczyć.
– Czuliśmy z mężem, że coś jest nie tak, ale nie wiedzieliśmy co oznacza to słowo – mówi pani Jadwiga. Słowo to „Avalanche”.
– Ten listonosz… wręczył nam telegram, więc starym zwyczajem poszłam po jakieś drobne. Gdy wróciłam, już go nie było jakby uciekł. Człowiek się trzyma, że to jest nie to, że to może pomyłka. Dzwoniliśmy po znajomych, czy mają słownika, ale nikt nie miał. Szukaliśmy tak kilka godzin. W
końcu jeden nauczyciel od angielskiego przetłumaczył telegram.
Wtedy dowiedzieli się, że „Avalanche” to lawina.
Całość telegramu brzmiała: „Jadwiga i Aleksander Kalmus. Z wielkim smutkiem informujemy państwa, że Piotr Kalmus spadł z lawiną 10 lipca. Ciało zostało odnalezione i pochowane przez członków ekspedycji”.
Co by było gdyby… czy dalej byliby szczęśliwym małżeństwem z Basią? Czy zostałby znanym himalaistą? Czy zdobyłby wszystkie ośmiotysięczniki tak jak inny debiutant z tej wyprawy, słynny Carlos Carsolio? A może zostałby uznanym inżynierem? Czy losy jego najbliższych potoczyły by się inaczej? Pytania natrętnie się nasuwają…
Dla Piotra Kalmusa wyprawa na Nanga Parbat była pierwszą w najwyższe góry świata. Wcześniej był w Alpach, na Kaukazie. Ale Himalaje, to było marzenie. Jeszcze ta gigantyczna 4,5–kilometrowa ściana, która już tam na miejscu, na kilka minut zatrzymała go w bezruchu.
Na początku nawet nie mówił głośno o wejściu na szczyt, chciał tam po prostu być. Cieszył się, że będzie w gronie przyjaciół i znajomych, których przecież podziwiał, Heinricha, Piotrowskiego, Kukuczki.

Jako nowicjusz włożył, razem ze swoim najbliższym przyjacielem Pawłem Mularzem, najwięcej pracy w przygotowania. Kukuczka napisał w książce, że to właśnie oni byli duszą tej wyprawy. Piotrek jeździł do Warszawy załatwiać sprawy związane z wyprawą, jeśli trzeba było to i do Szwajcarii. Pracował po godzinach, żeby dorobić. Odłożył wszystko, nawet pracę dyplomową z mechaniki, którą już miał na wykończeniu.
„Wszystko idzie dobrze, skończę gdy wrócę” – powiedział matce.

W ślady brata
Początek czerwca: „Jesteśmy w Dehli, z drobnymi przygodami, bagażem który został w Moskwie i dopiero za trzy dni doleciał innym samolotem. Startujemy do Lahore i Islamabadu a na razie poznajemy Dehli. Obłędne upały, po 40 stopni, pijemy po kilka litrów napojów, jakoś da się
przeżyć, całuję wszystkich, Piotrek.”

Aleksander, mąż pani Jadwigi, pochodził ze Lwowa. Uwielbiał żeglować i chodzić po górach z żoną i dwoma synami, Markiem i 4 lata młodszym Piotrkiem. Gdy byli w Tatrach, w Dolinie Chochołowskiej, Marek mieszkał nieopodal w obozie akademickim, a Piotrek z rodzicami w leśniczówce.
Przy każdej okazji wymykał się do starszego brata i jego znajomych. Gdy miał 16 lat Marek regularnie zabierał go na wyprawy ze studentami.
Marek był dla Piotrka idolem. Piotrek z kolei był ulubieńcem znajomych Marka. Znakomicie grał na flecie, na gitarze i śpiewał piosenki studenckie, lubił polskiego rocka i Jacka Kaczmarskiego, znał się z
Wojciechem Bellonem z Wolnej Grupy Bukowina.
– Robił furorę, Był urodzonym kabareciarzem, cięty dowcip, czytał bajki dla dzieci tak, że ludzie płakali ze śmiechu – wspomina Marek Kalmus.
Piotr kochał muzykę. Tata zaraził go miłością do Bacha i Bethovena. Piotr grał nawet nieźle na skrzypcach, ale problemy zdrowotne nie pozwoliły mu iść w tym kierunku.
Wcześnie poznał Basię, swoją żonę, która była zakochana w górach. To pod jej wpływem został ratownikiem górskim. Szkolił młodych taterników w zakresie bezpieczeństwa. Pomagała mu w tym Tora, jego pies, który pomagał wydobywać spod śniegu ofiary lawin. Tora to była wielka miłość
Piotra. Wygrywała różne zawody. Piotrek lubił się nie chwalić. Najpierw gubił ślady, rzucał klucze w śnieg a Tora zawsze je odnajdywała. Dla zabawy wysyłał ją na spacer z psem rodziców albo po gazetę do kiosku. Nigdy nie zawodziła. Dopiero po jego śmierci zmarniała, stała się obojętna i szybko zdechła.
W nocy w namiocie, przed wyjściem w góry, rozmawiał z Pawłem Mularzem: „Gdyby coś mi się stało, obiecaj że zaopiekujesz się moimi dziewczynami” – poprosił.

Tata wpadł w dziurę!
„Baza 24 czerwca 85 roku. Kochani, jestem zdrów, cały i świetnie się czuję. Mamy założony trzeci obóz na wysokości 6120, od ponad tygodnia akcja górska jest zatrzymana przez fatalną pogodę i warunki w górach (bardzo duże opady śniegu). (…) Uważam na siebie i nie przeceniam swoich możliwości. Góra jest naprawdę piękna ale trzeba być rozsądnym. To wiem i stosuję. (…) Całuję mocno, Piotrek”.

– Piotrek włożył w tę wyprawę sporo pracy, był silny, dobrze zaaklimatyzowany, miał spore szanse na szczyt – mówi Paweł Mularz.

Piotrek szedł w drugiej grupie, z Mirosławem Gardzielewskim i Tadeuszem Piotrowskim. Przechodzili przez gigantyczny żleb, przez który co jakiś czas leciały lawiny seraków, wielkich lodowych brył. Lecą dość regularnie. Niemal jak w niemieckiej kolei. Sztuka polega na tym, żeby w odpowiednim momencie przejść przez kuluar. Piotrowskiemu i Gardzielwskiemu się udało. Przebiegli szybko bez zakładania raków. Piotrek postanowił „dopełnić formalności”.

– Zginął dlatego, że dopilnował wszystkich wymogów bezpieczeństwa. Gdyby postąpił tak jak koledzy i trochę te wszystkie reguły zlekceważył, to by przeżył… – mówi z żalem Marek Kalmus.
Piotr założył raki, przeszedł. Był już po drugiej stronie korytarza, na wypukłym polu śnieżnym. Wtedy góra wydała charakterystyczny dźwięk. „Uważaj, lawina!” – krzyknął Piotrowski. Teoretycznie był bezpieczny.
Nagle z lawiny wyskoczyła potężna lodowa bryła wielkości plecaka. Piotr wbił czekan w ścianę, mocno się zaparł, ale bryła była w niego jakby wycelowana.
Przyjaciele znaleźli go 900 metrów niżej. Przy skale przypominającej kształtem serce.
– Zobaczyłem w śniegu porozrzucane rzeczy i żółty pogruchotany kask. To był Piotrek. Sprawdziłem, już nie żył – mówi Mularz.
Jerzy Fridiger, lekarz wyprawy stwierdził, że zginął na miejscu od uderzenia. Diagnoza: „Złamanie podstawy czaszki”.
Pani Jadwiga: „Baśka była w górach a ja zostałam z dziewczynkami. Wieczorem powiedziałam, że najwyższy czas na paciorek. Kasia krzyknęła: „Nie!”. Mówię: „Ale Kasiu, za tatusia trzeba się pomodlić”. Ona krzyknęła: „Nie, tata wpadł w dziurę!”.
Następnego dnia przyszedł telegram.
Pani Jadwiga: – Basia przed wyprawą pojechała do Warszawy z dziewczynkami, żeby pożegnać Piotra. Mówiłam jej, że nie ma sensu, że droga jest długa i dzieci będą zmęczone. Nic nie powiedziała. Piotrek zadzwonił z Warszawy, że jest wzruszony, że Basia przyjechała z dziećmi. Pomyślałam: „Jaka ona uparta”. Ale po tym wszystkim co się stało, pomyślałam sobie, że dobrze że pojechała, że postawiła na swoim.
Pokazuje nam zdjęcia Piotra. „O proszę, a tutaj gra na gitarze w kabarecie Pod Budą na konkursie studenckim”. Ciemna karnacja, zawadiacki wąs, cygańska uroda.
Po chwili namysłu dodaje: – Później słuchałam wiadomości i co jakiś czas mówili kolejne nazwisko. Ci wszyscy chłopcy, których tu gościliśmy w domu, ginęli jeden po drugim…

Post Scriptum
28 lipca. Dzwonię do Gdańska, do firmy budowlanej BIS: – Dzień dobry, rozmawiam z panem Andrzejem? Świetnie. Chciałbym przyjechać do pana, porozmawiać o waszej tragicznej wyprawie na Mt. Everest sprzed 20 lat.
– Tak, oczywiście, zapraszam. Proszę zadzwonić do mnie w poniedziałek. Nie ten najbliższy, ale ten następny. Po 9 sierpnia. Umówimy się.
Rozmawiałem z Andrzejem Marciniakiem. W piątek, 7 sierpnia w słowackich Tatrach, oderwał się razem z potężnym blokiem skalnym i spadł na ziemię. Zginął na miejscu.

Advertisements

5 komentarzy »

  1. Barbara Sienicka - Kalmus said

    miałam 31 lat gdy zostałam wdową.
    Jak pan nie ma pomysłu jak zarobic troche kasy, niech pan napisze jakiś wzruszajacy tekścik dla kibiców piłki nożnej, a nie wypisuje bzdur o cudzym życiu.
    Barbara Sienicka – Kalmus

    • vegetable78 said

      tekst czytali członkowie rodziny Piotra, między innymi jego mama. Byli zadowoleni. Również jego najlepszy przyjaciel, a Pani drugi mąż, potwierdził zgodność wszystkich podstawowych faktów.

    • dymarska said

      Witaj Barbaro, jak sie potoczyło dalej twoje życie, wiem. To niestety była cena za wysoka. Nigdy nie rozumiałam tego,że jesteście w stanie poswięcić wszystko dla tego wyczynu.
      Pozdrowienia
      Małgosia Kopciewicz Dymarska

  2. mar4363 said

    swietny artykul. dzieki!

  3. Francis said

    Thank you for the good writeup. It in fact was a amusement
    account it. Look advanced to more added agreeable from you!

    By the way, how can we communicate?

RSS feed for comments on this post · TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: