Archive for Grudzień, 2009

Panie, weź pan tę bieżnię

Wracamy do starej dyskusji. Na łamach Gazety Wyborczej lamentuje Jacek Wszoła. Najeżdża na piłkę nożną, że to zły sport jest i w ogóle (jest dzisiaj w „GW”, więc sobie kupcie jeśli chcecie znać całość) i żali się, że oto w Warszawie buduje się stadiony bez bieżni.
Pan Jacek mówi tak: „Ile stadionów do lekkoatletyki straciliśmy lub ilu nie stworzyliśmy? Warszawa będzie miała trzy stadiony, wszystkie bez bieżni. W Stuttgarcie też zlikwidowano bieżnię na stadionie, ale Niemcy mają trzy stadiony olimpijskie i na każdym można rozgrywać wielkie zawody lekkoatletyczne. Gdzie są sekcje sportowe? Gdzie są szanse moich wnuków, które – gdy się urodzą – musiałyby jeździć na drugi koniec dwumilionowego miasta, aby zacząć uprawiać lekkoatletykę”

więcej znajdziecie tutaj

Wyobrażacie sobie, że idziecie dzisiaj do kina obejrzeć film w komfortowych warunkach a tam artyści schodzą ze sceny, bo odegrali właśnie teatrzyk? To jest właśnie myślenie pana Jacka. Po co budować kino i teatr, zbudujmy jedna wielką salę, w której będzie i kino i teatr.
Moje myślenie jest takie, że kino zawsze się utrzyma a teatr można trochę dofinansować ze skarbu państwa czy odpowiedniej gminy, gdyż zapewnia prestiż. Kino nie może jednak tracić widzów dlatego, że przez teatr warunki w sali są mało komfortowe.
Tak samo jest w przypadku piłki nożnej i LA. Piłka jest sportem masowym, widzom należy zapewnić jak najlepsze warunki do oglądania meczu, a LA niech sobie będzie sportem ekskluzywnym dla wybrańców. Problem polega na tym, że takim nie jest. Niech oczywiście się stanie, niech panowie od LA zadbają o to, by tak LA była postrzegana. Ale niech nie psuje nam widowiska.

Pan Jacek pyta jeszcze retorycznie: „Czy starożytni Grecy grali w piłkę nożną?”
Pewnie, że nie. Nie grali też w football amerykański, baseball, koszykówkę, nie jeździli F1, nie ścigali się na rowerach. Uprawiali za to Pankration 🙂
Pewien Grek, znany specjalistom od starożytności, a więc i panu Jackowi, niejaki Perykles, w swojej słynnej pochwale demokracji, stwierdza (piszę w wielkim skrócie), że synowie zawsze są doskonalsi od swoich ojców.
Chodzi więc o to, że posiadają ich wiedzę i uczą się na ich błędach, stosują nowe rozwiązania co sprawia, że każde pokolenie jest następne niż poprzednie.
I to właśnie kolejne pokolenia wymyśliły piłkę nożną. Wymyśliły też skok wzwyż, który uprawiał pan Jacek. Pierwsze zawody, wg. wikipedii, rozegrano w Anglii w 1864 roku. Perykles więc nie miał możliwości obejrzeć ich na żywo.
Perykles nawołuje jednak do szacunku dla przeszłych pokoleń. Dofinansowanie LA byłoby dobrym okazaniem tego szacunku, budowanie bieżni wokół boiska absolutnie mija się z celem. Poważnym problemem jest też to, że gdyby jednak się uprzeć, zbudować bieżnię i zatruć życie fanom futbolu, to umówmy się, wyglądałoby to żałośnie, gdyby stadion na 50 tysięcy „zapełniło” 500 osób chcących oglądać skok w dal.

Na koniec krótki fragment ze starego wywiadu z najlepszym piłkarzem w historii futbolu, Johanem Cruyffem:
Dziennikarz: Czy to prawda, że jest pan kandydatem na stanowisko trenera Romy?
Cruyff: Proszę pana, to absurd.
Dziennikarz: Ale dlaczego?
Cruyff: Bo Roma gra na stadionie z bieżnią a to najgorsza rzecz na świecie. Nie mógłbym pracować w takich warunkach.

Comments (25)

Na pograniczu trenerki i dziennikarstwa

W związku z tym, że niewiele się dzieje, wrzucam kolejną pozycję do działu Recenzje. Tym razem tytuł książki jest tak długi, że nie zmieścił się w tytule notki…

Tytuł: The Coaching Philisophies of Louis van Gaal and the Ajax Coaches
Autorzy: Henny Kormelink, Tjeu Seeverns

Od razu zaznaczam, że to co teraz zrobię, będzie zupełnie niezgodne z kanonami obowiązującymi w dzisiejszym dziennikarstwie. A więc na początku zniechęcę was do czytania tej notki, a tym którzy przetrwają pierwsze uderzenie, postaram się dostarczyć krótką ale konkretną informację na temat książki.
Właściwie książeczki, bo dziełko dwóch holenderskich dziennikarzy liczy sobie około 100 stron.

Zacznę więc od tego, że sprowadziłem sobie tę książkę aż zza oceanu i czekałem na nią z niecierpliwością. Jestem więc podwójnie rozczarowany. Nie powtórzę za Johanem Cruyffem, że jest to stek bredni ale nie jest to książka, która spełnia moje oczekiwania.

Znajdziecie tu na pewno kilka ciekawych rzeczy na pograniczu fachowego opisu treningów prowadzonych przez Louisa van Gaala i jego ludzi, znajdziecie opis profesjonalnie zorganizowanego klubu jakim był w połowie lat 90-tych Ajax Amsterdam (książka została wydana właśnie wtedy, zaraz po tym jak Ajax przegrał w finale Ligi Mistrzów z Juventusem Turyn, dlatego punktem kulminacyjnym jest tu wygrana w finale z Milanem, co miało miejsce rok wcześniej). Na pewno jest to dokument cenny dla kogoś, kto chciałby poznać organizację van Gaala, wyrobić sobie o nim jakąś bardzo ogólną wiedzę, poszerzoną o kilka fachowych opisów ćwiczeń.
Dziennikarze spędzili kilka dni z Fransem Hoekiem, który pokazuje jak przygotowywał do finału z Juve Edwina van der Sara, Ton Pronk mówi jak należy organizować skauting, Gerard van der Lem i Co Adrianse opowiadają o tym, dlaczego praca trenera młodzieży, ewentualnie asystenta jest pasjonująca, o swoich doświadczeniach opowiada Bobby Harms, który był asystentem i Van Gaala, i Michelsa i Beenhakkera. Opowiada jednak, podobnie jak inni, w sposób mało pasjonujący. Mówi ogólnikami, podobnie jak reszta. To bardzo poważny problem.

Niestety mam wrażenie, że autorzy nie bardzo wiedzieli co chcą przekazać. Mamy więc dziełko, które jest za słabe by aspirować do dobrej książki dziennikarskiej i za mało fachowe aspirować do książki dla trenerów. Jest jednak wystarczająco dobra by wyrobić sobie jakiś tam bardzo ogólny pogląd i ewentualnie zabłysnąć w towarzystwie fachową wiedzą 🙂

Możecie trochę poczytać w googlach

Moja ocena: 3/5

I na koniec: mam też dobrą informację dla wszystkich kibiców

Comments (2)

Piłka sss… kopana

Autor: Rafał Stec
Rok wydania: 2007

Kolejna pozycja do działu Recenzje. Dzisiaj trochę dłużej, bo porobiłem notatki.
Gdyby „Piłka sss… kopana” była jednym wielkim felietonem, można jej wystawić wysoką ocenę. Była jednak reklamowana jako reportaż śledczy i na tym polu jest już znacznie gorzej. Ta książka to sinusoida, podróż od fragmentów celnych i wręcz bardzo dobrych do słabych i niemalże irytujących, o czym będzie wkrótce.
Nie jest to więc książka jednoznaczna, tak zresztą jak jej autor. Trudno w tym konkretnym przypadku książkę odseparować całkowicie od jej autora. Jakby nie patrzeć, Rafał Stec to jeden z dwóch, może trzech prasowych dziennikarzy sportowych, którzy budzą skrajne emocje. Od ślepego uwielbienia do, nazwijmy to, ekstremalnej niechęci.
Można wczytywać się w ciekawie poskładane sformułowania, świetnie napisane frazy, co jest ogromną siłą dziennikarza Gazety Wyborczej, ale niestety, nad reporterską warstwą tego dzieła, zachwycać się nie ma powodu.
Fragment z reklamy: „Zeznania, nazwiska, fakty! Stosując metody dziennikarzy śledczych, biały wywiad i korzystając z sieci informatorów, Rafał Stec stworzył sensacyjny dokument” – informuje nas reklama na okładce.
Abstrahuję od tego, że „biały wywiad” oznacza mniej więcej tyle co ubranie w odpowiednie słowa faktów odkrytych przez innych, przez prawdziwych dziennikarzy śledczych. Nie jest to aż istotne. Jeden się zakrada, drugi operuje słowem. Stec operuje słowem.
A więc nazwiska i fakty – oto czego potrzebuję ja i przeciętny kibic. Sięgnąłem więc do kieszeni po odpowiednią sumę…
W książce znalazłem matematyczny koszmar. X + Y = Z. Ile wynosi X? Niestety, nie możecie nigdy się tego dowiedzieć.
Klasyczny przykład sytuacji korupcyjnej w książce wygląda mniej więcej tak: „Opowiada nam pewien piłkarz: – Byłem wtedy piłkarzem pewnego klubu. Pewien trener wszedł do szatni i powiedział: „w pewnym meczu w tym sezonie podejdzie do was pewien starszy pan w płaszczu nieznanego koloru. Powiecie pewne hasło, a on odpowie pewien odzew… i to panie redaktorze stało się w takich właśnie okolicznościach. Musi mi pan uwierzyć”.
Oczywiście rozumiem, że dziennikarz chciał pokazać sam mechanizm ale powoływanie się na niemal wyłącznie anonimowe źródła jest nieporozumieniem. Przez to wszystko brzmi mało wiarygodnie. Gdyby nie fakt, że mamy do czynienia z autorem wiarygodnym, to można by było podejrzewać, że historie są mocno naciągnięte, o ile nie wymyślone. Ale tak jak pisałem – mamy do czynienia z autorem wiarygodnym, więc nie ma sensu wątpić w jego prawdomówność. Tu jednak musicie się zdać na słowo jego i moje.
Anonimowość i brak właśnie nazwisk, faktów, to zmora tej książki. Dowiadujemy się na przykład, że w Krakowie na rozmowach był trener mający wpisane w swoje CV pracę w Olympique Marsylia. Trener ten jednak ponoć złapał się za głowę widząc, jakie zaplecze ma Wisła… niestety nam nie będzie dane dowiedzieć się, jak nazywa się ten trener. Autor mógłby zadzwonić w dwa, trzy miejsca, choćby do samego trenera lub dziennikarza z Francji i po prostu to potwierdzić. Bardzo brakuje mi potwierdzania pewnych historii. Gdy na przykład czytałem dobrą biograficzną książkę o Alfie Ramsey’u czy też książkę o fenomenie holenderskiej piłki, dziennikarze zadali sobie trud by spotkać się osobiście z kilkunastoma czy wręcz kilkudziesięcioma osobami i postawić im istotne pytania. To sprawia, że książka jest nie tylko ciekawsza ale i znacznie bardziej wiarygodna. I przede wszystkim oryginalna. Przynajmniej ja tak sądzę. Tu niestety tego brakuje. Autor nie wysilił się, by wyjść na ulicę, spotkać z kimś, zweryfikować swoje informacje.
Oczywiście nie są to jakieś jednoznaczne wymagania, każdy pisze tak jak lubi. Czasem mam wrażenie, że autor panicznie boi się procesu sądowego. Pisze na przykład, że pewien selekcjoner wziął na mundial pewnego 31-letniego piłkarza, który wyróżniał się jedynie w lidze… a później sprzedał go do kraju, w którym wcześniej był trenerem. Oczywiste jest więc, że chodzi o Jerzego Engela i Pawła Sibika. Takie niedopowiedzenie wręcz denerwuje i jest kolejnym, które zaniża wartość książki. Nie widzę problemu w tym by napisać, że Jerzy Engel powołał piłkarza, który na to nie zasługiwał, a później sprzedał go na Cypr. Pozostanie dla mnie tajemnicą, dlaczego autor zdecydował się na ukrycie takich oczywistości.
Takich zakamuflowanych historii, znanych tylko „wtajemniczonym”, jest zdecydowanie za dużo.
Pozytywne w książce jest świetne postawienie diagnozy – na co cierpi polska piłka. W większości przypadków zdecydowanie zgadzam się z autorem, który zebrał znane powszechnie problemy w całość i stworzył formę dokumentu, która dziennikarzowi i obytemu kibicowi sportowemu będzie znana ale kogoś mniej zorientowanego może szokować. Może w ten sposób autor udowodnił zobojętnienie środowiska? Może.
Tak samo jak słuszną diagnozę, stawia też słuszne tezy, możliwości rozwiązań marazmu. Nawet jeśli są marzeniem ściętej głowy. Nie brakuje też propozycji co najmniej dziwacznych. Czytam na przykład, że „trybuny powinni zapełniać widzowie w białych kołnierzykach”. Oczywiście to moje subiektywne odczucie ale wydaje mi się, że potęga futbolu polega na tym, iż jest to sport ogólnodostępny a więc nie jest przeznaczony ani dla bandziorów z baseballami ani dla białych kołnierzyków. To sport masowy. Ciekaw jestem czy to samo zdanie autor powtórzyłby w Białymstoku, Rzeszowie, Lublinie czy nawet Kielcach albo Gdyni? Czy znajdzie 5 tysięcy „białych kołnierzyków” gotowych zapełnić trybuny? Oczywiście rozumiem intencję autora, przynajmniej takie mam wrażenie, ale właśnie w takim typie książki, która jest swego rodzaju manifestem dziennikarskim, powinno się bardziej zwracać uwagę na dobór zdań. Tak by unikać sytuacji, gdy czytelnik może zbyt szeroko interpretować „co autor miał na myśli”. Poza tym autor nie uniknął sformułowań infantylnych. Czytam na przykład, że dzisiejszy menedżer na zachodzie to facet z komputerem poruszający się w matriksie, który tworzą „gracze, podania, strzały i wślizgi”. A więc „trzeba wiedzieć więcej by ujrzeć poza ich chaosem jakikolwiek sens”.
Wiadomo – felietonista musi być indywidualny, felietonistę musi czasem ponosić.
Ponosi go tak, że na potwierdzenie swoich tez cytuje jako autorytet w sprawach piłki nożnej Jana Domarskiego, co oczywiście traktuje jako niedopatrzenie.
Ponosi go też, gdy stwierdza, iż polską piłką powinien dowodzić stachanowiec. Zawsze byłem przekonany, ze dużą firmą z dużymi, niewykorzystanymi możliwościami powinien dowodzić raczej wizjoner. Stachanowiec nadaje się do pracy fizycznej i, umówmy się, do niczego więcej. Dziwne więc, że pisze takie rzeczy dziennikarz, który w swoim fachu uważany jest raczej za artystę pióra niż wyrobnika produkującego dziesiątki materiałów, tabelek i skrótów na zlecenie szefa.
Jeśli chodzi o błędy merytoryczne, to przydarzyły się (choćby Zidane byłym piłkarzem Marsylii) ale nie mają one wpływu na ostateczną ocenę. Wiem, że takie szczegóły budują całość, jednak sam doskonale zdaję sobie sprawę, że błędy się zdarzają i są wynikiem pośpiechu czy jakiegoś niedopatrzenia. Jako że staram się mierzyć innych swoją miarą, to jako znany „niedopatrzeniowiec” nie winie autora za niedopatrzenia.
Tak więc, podsumuję: mamy do czynienia z dobrze napisaną książką, niezłym felietonem kolosalnych rozmiarów, w którym autor stawia bardzo trafną diagnozę i ciekawe sposoby na rozwiązanie kryzysu.
Książka ta przypomina pewne fakty i znacznie zwiększa wiedzę ogólną, ale nie daje niemal żadnej nowej wiedzy.
Pełna jest niedomówień i niesprawdzonych, nie potwierdzonych w niezależnych źródłach informacji, co jest jej ogromnym minusem.
Nie można jej zestawić z najlepszymi polskimi książkami piłkarskimi, jak choćby z autobiografią Wojciecha Kowalczyka, napisaną przez Krzyśka Stanowskiego czy z historią futbolu napisaną przez Stefana Szczepłka. To dlatego, że tamte książki, o czym jestem przekonany, obroniłyby się nawet na najbardziej wymagającym rynku brytyjskim. Książka Steca na polskim rynku jest na pewno pozycją ciekawą, do której czasem będę wracał.
Moja ocena: 3,5/5 (wahałem się czy to nie za wysoko, ale umówmy się – w naszym kraju nie ma tylu dobrych pozycji, by nie docenić wysiłku autora.

Dodaj komentarz

Portet prawdziwy

z serii historie niezwykłe, czyli co archiwalnego polecam do poczytania… dzisiaj będzie coś zza oceanu

– Hej, ty, wciąż pracujesz dla tej szmaty? – zapytał DiMaggio
– Mas na myśli Esquire? – odparł Gay Talese
– Dokładnie.
– Już nie, odszedłem.

To była historia, która wstrząsnęła ponoć dziennikarskim światem w Stanach Zjednoczonych. Pisałem o niej przy okazji recenzji książki „Best American Sports Writing of the century, której wydawcy uznali opisywany tekst za najlepszy w historii dziennikarstwa sportowego w USA. Bardzo kontrowersyjne.
Gay Talese, młody dziennikarz z Nowego Jorku, wtedy mający już opinię wschodzącej gwiazdy, poleciał na drugi koniec Stanów Zjednoczonych, by przedstawić czytelnikom Esquire (taki luźny magazyn luźnych opinii dla facetów, poważniejszy niż Playboy, mniej poważny niż Polityka) sylwetkę Joe DiMaggio, największego baseballisty jaki chodził po tej ziemi. Metoda Talese jest uważana w USA za rewolucyjną. a nim poszli kolejni amerykańscy dziennikarze (Wolfe, Breslin, Mailer i przede wszystkim Truman Capote, którego znają wszyscy nawet nie będący fanami sportu), którzy doszli do wniosku, że tekst w gazecie powinni raczej czytać się jak opowiadanie, nie jako dokument. Zresztą, poczytajcie polskich klasyków, choćby Tochmana.
Osobiście wyrażam pogląd, że między tymi dwoma formami można lawirować.
Jaki naprawdę był Joe di Maggio, jeden z tych największych? Możecie poobserwować go zza kulis. To jest właśnie niezwykłe (dlatego wrzucam to do historii niezwykłych), Talese pokazuje jak się ubiera, co je, jak żyje, o czym rozmawia, jak upływa jego zwykły dzień. Pokazuje człowieka. A człowiek nie jest pomnikiem, co jak się później okazało, lekko pana DiMaggio zirytowało. Stąd „TA SZMATA”.

Spokojny sezon bohatera

Dla tych, którzy chcieliby poczytać inne rewolucyjne artykuły z TEJ SZMATY

przy okazji zamieszczę w dziale recenzje większy kawałek pracy pana dziennikarza. W książce „Gay Talese Reader – portraits & encounters” jest kilka świetnych (podobno) sylwetek sportowców…

PS. Chciałbym wrzucić jakieś polskie teksty ale niestety zasoby są ograniczone. Mam taki pomysł, żeby zrobić skany starych tekstów Olszańskiego, Tomaszewskiego, Biegi i innych starych wyjadaczy i wrzucić do poczytania, chociaż będzie to wyglądało totalnie amatorsko. Niestety, nasze gazety nie dbają o archiwa…

Comments (5)

Światełko w tunelu

Jedna jaskółka wiosny nie czyni ale to już któraś tam zawitała do naszego pięknego kraju. Z zagranicznych piłkarzy klasy międzynarodowej, którzy powinni grać w Niemczech albo we Francji mamy obecnie Jana Muchę, Andraża Kirma, Semira Stilicia, Marcelo i być może Siergieja Kriwieca. 5 jaskółek!!!

Gazeta Wyborcza powołując się na prezesa Andrzeja Kadzińskiego pisze, że Siergiej Kriwiec z BATE Borysow, podpisze kontrakt Lechem już we wtorek. To oznacza, że Lech poważnie zbroi się do walki z Wisłą Kraków. Nawet jeśli w tym sezonie to mało realne, to warto zebrać i zgrać ekipę na kolejny. Idealna wiadomość dla ligi. Sam Kriwiec nie potwierdza jeszcze, że kontrakt podpisze, ale przyznaje, że jest blisko i przed nowym rokiem może być w Lechu. Pogadałem z nim chwilę wczoraj. Powiedział tak: – Mam też inne oferty, ale ta z Lecha jest najbardziej konkretna. Słyszałem, że w Poznaniu chcą budować zespół na Ligę Mistrzów. Jest stadion, są kibice. W ogóle Polska to dobry kierunek ze względu na EURO 2012.
Niestety do Lecha nie przyjdzie Witalij Rodionow, napastnik BATE. Woli grać w Niemczech. Więcej będzie w we wtorkowym „PS” na stronach poznańskich.
To wszystko pokazuje kierunek, w którym idzie Lech – mocna drużyna, która chce zaistnieć w pucharach.
Kriwiec to jest zawodnik, który ma szanse być numerem 1 w lidze. W BATE strzelił 14 bramek w sezonie, zaliczył 9 asyst. Przyzwoicie jak na pomocnika. Mówimy przecież o piłkarzu, który strzelił gola Juventusowi, który jakoś w tej Lidze Mistrzów zaistniał. W rankingu Lig Europejskich, który ok – nie jest najważniejszym wyznacznikiem, ale jakimś jest, liga białoruska jest sklasyfikowana nieco niżej od polskiej. Czy mamy w Polsce zawodnika z takimi statystykami? Pomocnika?
Chciałbym myśleć, że za Lechem pójdą inni, że zaczniemy filtrować inteligentnie rynki wschodnie i przede wszystkim swój własny, że dobry piłkarz będzie dobrym piłkarzem a nie na pewno dobrym piłkarzem poleconym przez pana Kołakowskiego albo innego handlarza złomem.
Wcześniej kluby nie szły za Widzewem, Legią czy Wisłą. Ale teraz będzie już Wisła i Lech (jeśli zrealizuje wszystkie „groźby” o budowaniu potęgi). Może właśnie EURO 2012 to jest właśnie światełko w tunelu, może musimy być tylko i wyłącznie cierpliwi, może nadszedł odpowiedni czas…
Każdy z czołowych klubów będzie miał stadion na 30-45 tysięcy: Legia, Lech, Wisła i typowana przeze mnie na lokalną potęgę za 5 lat Lechia Gdańsk. Klub z Gdańska jest najrozsądniej zarządzany. Przede wszystkim systematycznie, bez nerwowych ruchów. Tak od VI ligi. W Gdańsku jest przy okazji najlepszy, obok Poznania, klimat do piłki. W Warszawie idąc na mecz nie czujesz święta, w Gdańsku je czujesz. Nie jestem w stanie podać tu konkretnych danych, polecam wyjazd na mecz do Gdańska, wizytę w sklepiku klubowym (lepszy ma chyba tylko Lech), teraz wiem, że w planach jest budowa muzeum historii Lechii.
Czekam jeszcze na ofensywę Widzewa i zespołów z Górnego Śląska, gdzie tradycja futbolowa jest największa, bo na razie zryw Ruchu traktuję na razie jako chwilowy, praca wykonywana tam nie jest porównywalna z „futbolową rewolucją kapitalistyczną” w Lechu czy Lechii, nie jest pracą u podstaw, co zgodnie z nazwą musi być podstawą.
Widzę jednak światełko w tunelu.
Proszę, ile optymizmu może przynieść jeden transfer, jakie daleko idące wnioski można wyciągać…

Comments (13)

Oliwa do tańca z Pudzianem

Wpis antypiłkarski. Antysportowy nawet. Będzie o parciu na szkło.

Kilka dni temu w redakcji kolega, dobry spec od sportów walki, rzucił: Teraz do MMA idealnie pasowałby Krzysiek Oliwa. Odpowiedziałem: „Pewnie to tylko kwestia czasu”. Czekałem więc na doniesienia. Nie sądziłem, że tak szybko się doczekam.
Właśnie czytam, że Oliwa rzucił wyzwanie Mariuszowi Pudzianowskiemu. Będzie więc kolejny pojedynek. Tym razem nie będzie taki dęty jak ostatnio, bo Ollie to nie Marcin Najman, najśmieszniejszy bokser świata.
W przeciwieństwie do tamtego żenującego „pojedynku” ten z przyjemnością bym obejrzał.
Krzysztof Oliwa to już nie ułomek.
Gdy robiłem z nim wywiad siedzieliśmy przy stole i ręka Olliego była większa niż cały ja. Gigant! Przy zadawaniu trudniejszych pytań cofałem się odruchowo o pół metra.

Ollie ma doświadczenie, umie się lać jak mało kto, ćwiczy sporty walki, trenował m.in. z trenerami Andrzeja Gołoty i ma gigantyczne parcie na sukces. Mam dziwne wrażenie, że może skończyć się kariera Pudzianowskiego.

Oto statystyki Olliego

a tu jego walki

Ok, ktoś może powiedzieć, że to żenada i nie ma nic wspólnego z boksem czy uczciwą walką. Ale nie zapominajmy, że Oliwa nie był zabijaką, który lał niewinnych, tylko narzędziem promocyjnym w rękach ligi NHL.

Takich jak on było więcej. Ollie nawet nie jest w czołówce „Killerów”, którą znajdziecie TU. Niektórzy z nich cieszą się wielką renomą za oceanem.
Praktyk uwielbiania killerów zaprzestano po tym incydencie:

Steve Moore, który jest tu ofiarą zakończył karierę.

Ale Oliwa to nie Bertuzzi, chociaż jak sam przyznaje, „ma totalnie zerwany dach”.
Myślę, że facet, który wygra walkę Pudzian – Ollie, ma szansę zastąpić Agnieszkę Chylińską w jednym z ważnych programów w telewizji. A może obaj. Pudzian wyściska wygranych a Ollie znokautuje przegranych.

Comments (4)

Arrivederci

Żegnajcie Włosi! Cieszę się jak nigdy z tego losowania. Włosi, królowie oszustwa, symulanci, którzy zbudowali swoją potęgę na kłamstwie, grający obrzydliwy antyfutbol, nie mają żadnych szans na awans. Włosi, czyli ci, którzy wynaleźli czołg z biegiem wstecznym. Tak właśnie!
Jeśli do ćwierćfinału awansuje choć jeden włoski zespół, uroczyście przysięgam, że przez tydzień nie wypije piwa ani herbaty. Będę żył o wodzie, chlebie i rybie.

Moje typy:

Stuttgart – Barcelona oczywiście BARCA
Olympiakos – Bordeaux oczywiście BORDEAUX
Inter Milan – Chelsea oczywiście CHELSEA
Bayern – Fiorentina oczywiście BAYERN
CSKA – Sevilla raczej SEVILLA
Lyon – Real bardziej niż raczej REAL
Porto – Arsenal oczywiście ARSENAL
AC Milan – Man Utd oczywiście MANCHESTER UTD

tak więc nie spodziewam się żadnego wielkiego pojedynku włosko-angielskiego. Sądzę iż będzie to raczej brytyjska masakra piłką futbolową. Brytyjska, gdyż jej ostatni epizod dokona się na Wyspach.
Na dzień dzisiejszy ani Inter nie ma narzędzi do walki z Chelsea ani Milan do walki z Manchesterem.
Nie jest to kwestia tylko i wyłącznie notowań bukmacherskich: Inter – Chelsea to 14/1 – 9/2 wg. Williama Hilla a Milan – Man Utd to 25/1 – 8/1 wg. tej samej firmy.
Jest to kwestia postępującego upadku włoskiej piłki, która nie wytrzymuje konkurencji z zachodem.
Zobaczcie jak spadała włoska piłka w ciągu ostatnich 5 lat w rankingu UEFA:
2010 – 61,1 (3. msc) – 3 pkt. przewagi nad Niemcami, 13. pkt straty do Hiszpanii, sezon niedokończony
2009 – 62,9 (3. msc) 6 pkt. przewagi nad Niemcami, 12. pkt straty do Hiszpanii
2008 – 60,4 (3. msc) 8 pkt. przewagi nad Francją, 14 pkt. straty do Hiszpanii
2007 – 66,1 (3. msc) 2 pkt. straty do Anglii, 9 pkt. przewagi nad Francją
2006 – 66,7 (2. msc) 3 pkt przewagi nad Anglią, 6 punkty straty do Hiszpanii

wcześniej bywało lepiej, bywało gorzej. Włosi jednak mogli podjąć walkę z Anglikami i Hiszpanami nie dlatego, że byli tak silni (choć na pewno byli bardzo silni), ale dlatego że Anglicy i Hiszpanie nie byli tak silni jak obecnie (mam na myśli przeszłość nie tak zamierzchłą czyli tę zaczynającą się w okolicach wieku XXI). Zachowując odpowiednie proporcje mamy sytuację taką samą jak w przypadku klubów pokroju Benfiki, Ajaksu czy Celticu. Liczący się piłkarze nie przyjdą do tych klubów, bo kluby grają w słabych ligach a w słabych ligach pojedynczy klub nie jest w stanie wydać na zawodnika pieniędzy „angielskiego rzędu”, gdyż jest to sprzeczne z zasadami biznesu.
Włoska liga jest w tej chwili znacznie słabsza, nie ma tu właściwie zawodnika nie na sprzedaż, takiego, który nie marzyłby o ofercie z Chelsea, Man Utd, Realu czy Barcelony.
Włochów być może stać na chwilowe zrywy, ale nie stać na nawiązanie trwałej rywalizacji. Mam wrażenie, że ten proces będzie się pogłębiał, a może to jedynie takie antywłoskie „wishful thinking”.

Zobaczcie jak zmieniała się klasyfikacja najwięcej wartych drużyn poczynając od 2004 roku, linki do Forbesa

2004
2005
2006
2007
2008
2009

Spójrzcie na włoskie kluby:
AC Milan 3, 3, 3, 5, 6, 6
Inter Mediolan 6, 7, 8, 7, 14, 14
Juventus Turyn 2, 4, 6, 6, 9, 9

Nie wygląda mi to na sinusoidę.
Oczywiście nie jest to jedyny wyznacznik, bo przecież Barcelona jest w tym rankingu za 2009 rok na miejscu zaledwie 7 a w miarę wysoko jest Borussia Dortmund,która choć ma kibiców to nie ma wyników. A jednak, jest to w większej skali jakiś wyznacznik. Pokazuje jasną tendencję – włoskie kluby tracą pozycję na rynku.

Tu, na wikipedii, możecie prześledzić ostatnie trzy lata

Jedyny ratunkiem dla najlepszych klubów włoskich tak jak i w jeszcze większym stopniu holenderskich, szkockich czy portugalskich, są rozgrywki Ligi Mistrzów toczone systemem każdy z każdym.
Liga taka sprawi, że opłacalnym będzie dla Celticu zapłacić za piłkarza 25 milionów euro, ponieważ jego podstawowe rozgrywki to będzie Liga Mistrzów zaś szkocka Premier League będzie rozgrywkami numer 2 w kolejności. Piłkarz przychodzący do Ajaksu miałby pewność, że przez 30 śród w roku będzie rywalizował na najwyższym światowym poziomie a tylko czasem zajrzy na prowincję do Heerenveen, gdyż tu będą męczyć się nie wystarczająco zmęczeni rezerwowi.
To zepchnie nas w czeluść jeszcze większą niż ta w której się znajdujemy, skaże nasze „potęgi” na lawirowanie pomiędzy 5 a 6 ligą europejską (niedawno mówiłem o 4, ale w polskim przypadku jestem coraz większym pesymistą).
Przepraszam, czy moje myślenie jest jeszcze realistyczne? Sądzę, że to kwestia czasu.

A to mój wcześniejszy tekst o europejskiej ekstraklasie

wrzucam go po to, by uniknąć oskarżeń o autoplagiat (jeśli dobrze zrozumiałem intencję Pawła 🙂 )

PS. Nawiązując do mojego tytułu chciałbym jeszcze dodać, że dwa dni temu dziennik sport dał tytuł, który był absolutnym hitem hitów w dziedzinie pożegnań.
KOKO pa, pa – znajdziecie to tu 🙂

Comments (72)

Older Posts »