Złoty chłopak z Łukowa

Wrzucam krótką historię o Marcinie Dołędze, polskim mistrzu świata w podnoszeniu ciężarów. W niedzielę rano zadzwonił zastępca naczelnego i powiedział: „Wstawaj człowieku, już 10. Dołęga mistrzem świata, chłopak od ciebie z miasta. Masz czas do 14”. Właściwie nie ode mnie z miasta. Pochodzi z Łukowa, mieszka w Siedlcach a reprezentuje barwy Eko Pak Jatne Otwock. A Otwock to moje miasto, więc ktoś pomyślał, że akurat ja powinienem zrobić tekst. Złapaliśmy z kolegą Szymonem Tomasikiem za słuchawki niczym Bob Woodward z Carlem Bernsteinem i w trzy i pół godziny powstał taki oto obrazek do poniedziałkowego dodatku „PS” dotyczący Marcina Dołęgi:

Złoty chłopak z Łukowa
– Zadzwonił rano i wykrzyczał do słuchawki: „Martuś, udało się!” Ja jeszcze półprzytomna. Zapytałam: „Ale o co chodzi?”. A on krzyczy: „Udało się, jest złoto. Zadzwonię później” – cieszy się Marta, żona Marcina Dołęgi, mistrza świata w Podnoszeniu Ciężarów. Nie mogła być z tym sama. Wykręciła numer do teściowej.
– To była siódma rano jak synowa zadzwoniła. Mówi: „Mama ty jeszcze śpisz? A Marcin tam złoty medal zdobył”. To się popłakałam – mówi pani Zofia, mama zawodnika.

Marcin Dołęga w koreańskim Goyang odczarował azjatyckie fatum. Dwa wcześniejsze starty na tym kontynencie miał nieudane. W MŚ 2007 w Chiang Mai w Tajlandii spalił trzy podejścia w rwaniu, a przed rokiem podczas igrzysk w Pekinie, walcząc z kontuzją kolana, zajął czwarte miejsce. Teraz udało się. Polak okazał się najlepszy w kategorii 105 kg. W Korei Południowej Dołęga uzyskał w dwuboju 421 kg (195+226). Drugi był Łapikow, z rezultatem gorszym o pięć kg. W podrzucie dwa razy podchodził do sztangi ważącej 227 kg. Gdyby dźwignął, wyprzedziłby Dołęgę… wagą ciała. Na szczęście taki ciężar był w niedzielę powyżej jego możliwości. W zawodach nie wystartował Białorusin Andriej Aramnau, najpoważniejszy rywal Marcina. – Przestraszył się go i w ostatniej chwili wycofał. Marcin to w tej chwili numer 1 na świecie – uważa Stefan Maciejewski, sponsor Dołęgi. To już drugi tytuł mistrzowski dla ciężarowca z Łukowa.

Siła po mamie
Pani Zofia Dołęga mieszka z najstarszą córką, Ewą, w bloku przy Nowopijarskiej w Łukowie, zaraz przy dworcu PKS. Pozostałe dzieci, Agnieszka, Robert, Marcin i Daniel, już się wyprowadziły. Jest więc trochę luźniej, bo na 45,5 metra bywało ciężko. Czasem jednak wpadają w odwiedziny. Chłopcy nigdy nie mówią „mama” czy „matka”.
– Zawsze mówią „mamuś”, z miłością, moje chłopaki kochane. Taka jestem z nich dumna – mówi wzruszona.
Mama zawsze byla głową rodziny. Świętej pamięci ojciec Stanisław pracował jako malarz w miejscowym zakładzie remontowym. Na początku lat 90–tych stracił pracę. Zmarł w 1992 roku. Chłopcy zawsze powtarzają, że siłę odziedziczyli po mamie.
– Bo ja pracowałam ciężko fizycznie. Nosiłam worki po 20 kilogramów. Dwa na raz mogłam unieść. A jak trzeba było to i trzy skrzynbki jabłek mogłam podnieść – mówi pani Zofia.
Do Orląt Łukow, swojego pierwszego klubu, Marcin poszedł za Robertem.
– Starszy zawsze był dla niego wzorem – mówi pani Zofia.
W Łukowie opiekował się Marcinem Janusz Kowalczyk, drugi trener Orląt. W najcięższych momentach pomagał finansowo rodzinie. Pani Zofia wspomina, że „jak nie było za co żyć, pożyczał pieniądze i mówił, że nie ma co się spieszyć ze zwrotem”.
– Był dla chłopaków jak drugi ojciec – wspomina Waldemar Bącik, dyrektor Orląt. – Pasjonat, całe swoje życie spędzał na siłowni. Organizował chłopakom czas.
Dzisiaj gdy Marcin przyjeżdża do domu na dzeń zmarłych odwiedza na tutejszym cmentarzu dwa groby.
Marcin przyszedł do klubu w wieku 11 lat. Gdy miał 14 wyjechał do WLKS Siedlce. Zabrał go Kazimierz Olszewski, który do Siedlec przeprowadził się z Łukowa kilka miesięcy wcześniej.
– Widać było, że Marcin ma talent. W ogóle chłopaków wyróżniała budowa ciała, która dawała pewną gwarancję, że mogą być zawodnikami wysokiej klasy – opowiada Olszewski.
Zaczął jeździć na zgrupowania kadry narodowej. Uchodził za jednego z dwóch najbardziej przyszłościowych zawodników, obok Szymona Kołeckiego.
– Mamy zupełnie różne charaktery ale i tak zostaliśmy dobrymi kumplami – mowi Kołecki, dzisiaj dwukrotny srebrny medalista olimpijski.
– Tyle tylko, że złotego medalu mistrzostw świata nie potrafiłem zdobyć. A Marcin zdobył już dwa, czego mu zazdroszczę – rozkłada ręce.
Kazimierz Olszewski: – Zanim jednak skończył 18 lat nie było jednak pewności czy Marcin będzie gwiazdą. Szło mu dobrze ale nie rewelacyjnie. Dopiero po osiągnięciu pełnoletności zrobił niesamowity postęp. Nagle, gdy miał 19 lat został mistrzem Europy i mistrzem świata do lat 20. Rok później to powtórzył. Wiadomo było, że zostanie zawodnikiem ze światowej czołówki. Charakteryzowała go niesamowita pracowitość, systematyczność i upartość. Marcin jest skromny ale jeśli się na coś uprze, to nie odpuści.

Brązowe ampułki
To wszystko dawało nadzieję, że może wrócić z medalem Igrzysk Olimpijskich z Aten. Miał 22 lata i powoli wbijał się do światowej czołówki. Na Igrzyska jednak nie pojechał. Pod koniec lipca, podczas zgrupowania kadry został przyłapany na stosowaniu dopingu razem z Mariuszem Rytkowskim. Obaj oskarżyli trenera kadry Ryszarda Szewczyka o to, że podał im tajemnicze brązowe ampułki.
Niewiele pomogło. Marcin został zawieszony na dwa lata. Karę później skrócono do półtora roku.
Marta, żona mistrza świata wspomina, kiedyś zawodniczka Górala Żywiec: – Dyskwalifikacja spadła na nas tak nagle, nie wiedzieliśmy co zrobić. Przecież utrzymujemy się głównie z tego, co mąż zarobi na pomoście. Było bardzo ciężko. Siadaliśmy w kuchni przy stole i całymi dniami potrafiliśmy rozmawiać o tym, co dalej. Zawiedliśmy się wtedy na wielu osobach.
Dołęga stracił wszystko – stypendia z Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów i z klubu. Stracił też trzech sponsorów. Został bez grosza, z żoną w ciąży. Wkrótce miała urodzić się ich córeczka Martyna.
– Niemal wszyscy się od nas odwrócili. Marcin był załamany podniósł się dzięki dwóm osobom: trenerowi Jackowi Chruściewiczowi i sponsorowi Stefanowi Maciejewskiemu. Chruściewicz był jedyną osobą, która zadzwoniła do męża w dniu, w którym dowiedział się o dyskwalifikacji, a później przekonywał Maciejewskiego, że warto wyciągnął rękę do męża – wspomina Marta Dołęga.
Stefan Maciejewski, sponsor klubu Eko Pak Jatne Otwock miał wtedy ambicje zbudowania w podwarszawskim mieście najlepszy klub świata. Miał już kilku uznanych zawodników. Zainwestował w Marcina. Płacił mu 5 tysięcy miesięcznie.

Wielki powrót
Marcin wrócił w wielkim stylu. W maju 2006 roku uzyskał w dwuboju 424 kilogramy. Ustalił też imponujący rekord świata w rwaniu (199 kg). Wiadomo było, że jest w formie na medal. W październiku tego roku, w Santo Domingo na Dominikanie podniósł 9 kilogramów mniej (415 w dwuboju), ale do złota wystarczyło.
W 2008 roku jechał na Igrzyska do Pekinu z nadziejami na złoty medal. Martwiła go tylko kontuzja. I pech…
Żona Marta: W ciągu dwóch tygodni przed igrzyskami w Pekinie odebrał 20 zastrzyków w kontuzjowane kolano. W dodatku na ślubowaniu w PKOl wychodząc z windy potknął się i stan kolana jeszcze się pogorszył. W ogóle przed wylotem do China wszystko zwiastowało nieszczęście. Przed wyjazdem na lotnisko Marcin chciał ogolić głowę – zepsuła się maszynka. Już w drodze do Warszawy w aucie przestały działać wycieraczki. Gdy już był na miejscu, zadzwoniłam do niego i spytałam, jak się czuję. Odpowiedział: „Lepiej nie pytaj”. Pocieszyłam go, że pewnie następnego dnia poczuje się lepiej. Gdy znów rozmawialiśmy, usłyszałam: „Nie dam rady chodzić. Jeszcze nigdy mnie tak nie bolało”.
W Pekinie uzyskał 420 kilogramów (195 w rwaniu oraz 225 w podrzucie). Przegrał masą ciała. Był o… 7 dekagramów cięższy od mającego takim sam wynik Dmitrija Łapikowa, tego samego którego pokonał w nocy z soboty na niedzielę.
– Po Pekinie chciałam, żeby skończył już uprawiać podnoszenie ciężarów – mówi Marta. – Mówiłam mu: „Dźwigasz już tyle lat, kolana masz w coraz gorszym stanie, córeczka ciągle za tobą tęskni”. Odpowiedział tylko: „Ja to wszystko robię dla was”. Więcej już nie wracałam do tej rozmowy. Mąż jest bardzo uparty, zawsze dąży do celu.
Opłacało się.
Kołecki: – Byłem na jego ostatnim treningu przed wyjazdem. Widziałem, że jest dobrze przygotowany. Srebra byłem pewien, nie wiedziałem tylko jak pójdzie mu z Łapikowem…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: