Walki psów, marycha i kosz

Dziś wywiad z Qyntelem Woodsem, koszykarzem Asseco Prokomu, najlepszym zawodnikiem naszej ligi, który na koncie ma trochę występów w NBA. Zanim trafił do największej ligi świata jest młodzieżowe wyczyny opisywały najtęższe umysły świata dziennikarskiego w USA, m.in. Ira Berkow, którego cytuję w tekście.

Qyntel jest małomówny, więc musiałem zrobić to „po amerykańsku”. Był bardzo miły, choć dość nieufny. Facet brał udział w organizowaniu walk psów więc spodziewałem się jakiejś agresywnej rozmowy, a okazało się że nie jest to jakiś Mr. Evil, który z premedytacją obmyślił plan zniszczenia świata. A więc co nim powodowało?”Błędy młodości, człowieku, błędy młodości”.

Walki psów, marycha i kosz

Yeah, yeah, yeah – odpowiada na trzy pierwsze pytania Qyntel Woods. To nie będzie łatwe spotkanie. Siedzi na krześle, wielki gość, wyluzowany, jakby nic dookoła go nie interesowało. Przypomina chłopaka z jednego z tysiąca teledysków rapowych. Zresztą sam słucha popularnego rapu. Gdybyśmy więc mieli wyobrazić sobie chłopaka z murzyńskiego getta w Stanach Zjednoczonych, to byłby dokładnie Woods, gwiazda Asseco Prokom Gdynia, najlepszy zawodnik Polskiej Ligi Koszykarskiej. 27 punktów, które rzucił w środę Realowi Madryt potwierdziły jego nieprzeciętną klasę.
Były zawodnik Portland Trail Blazers, kiedyś był uważany za jeden z największych talentów w Stanach Zjednoczonych. W naszej lidze gra z dziecinną łatwością, ma olbrzymią przewagę nad konkurentami, wszystko przychodzi mu z niebywałą lekkością, jakby od niechcenia… Mecz z Realem pokazał jednak mniej zorientowanym, że to nie jest jakiś król własnego podwórka. Legendy na temat talentu Woodsa nie były przesadzone. Gdzie byłby ten chłopak, gdyby miał silną wolę? Jakie pieniądze by zarabiał, gdyby nie zgubiła go „młodzieńcza fantazja”? Jego karierę w Stanach zniszczyła afera z walkami psów. Z Grecji został wyrzucony po tym jak przyłapano go na paleniu marihuany.
– Nie jestem złym człowiekiem, nie chcę żeby ludzie tak o mnie myśleli. Popełniłem błędy ale zmieniłem się – mówi.
Najważniejsze jednak, z tego co obiecywał sobie w młodości, osiągnął. Kupił dom dla Vensii Woods, swojej matki. W lepszej dzielnicy, na przedmieściach Memphis. Stary jednorodzinny dom zajęli inni lokatorzy.
– Cieszę się, że mama już nie mieszka w starej dzielnicy. To była niebezpieczna okolica, bardzo biedna. Dlatego nasze dzieciństwo było trudne, twarde. Co tu opisywać… getto po prostu. My nie byliśmy jednak biedakami, można powiedzieć, że jakoś dawaliśmy sobie radę – mówi.
Gdy miał 7 tygodni, jego ojciec, Freddie, pracownik miejscowej fabryki został zamordowany. Qyntel nie będzie o tym rozmawiał.
– Nie chcę, ale to i tak nie ma znaczenia. Nawet nie bardzo wiem co miałbym powiedzieć. Nie poruszaliśmy tego tematu w rozmowie z mamą. Nie znam szczegółów. Nie wiadomo nawet kto go zabił – mówi Qyntel. Gdy miał kilka lat jego matka straciła pracę. Do domu zajrzała bieda. Qyntel oprócz matki miał wtedy 12 lat starszą siostrę (dziś jest menedżerem w sklepie odzieżowym w Memphi, jego brat urodził się 10 lat po śmierci ojca. Młody Woods znalazł cel – zostać gwiazdą sportu.
– Moje życie to był sport, to była jedyna rzecz, którą robiłem w wolnym czasie. Nie robiłem właściwie nic innego. Na pewno wiedziałem, że chce być profesjonalnym sportowcem – mówi. – Nie miałem żadnych wzorców, byłem bardzo samodzielny. Nie oglądałem się na innych, zajmowałem się sobą, chciałem przetrwać, być w lepszej sytuacji.
Wtedy jednak nie było mowy o tym, że zostanie koszykarzem…
– Chciałem być quarterbackiem w drużynie futbolowej. W Memphis nie mamy drużyny ale jest niedaleko w Nashville (Tennesee Titans – red.). Myślę, że byłbym dobry. Gdy miałem 17 lat doznałem jednak kontuzji kolana (zerwał więzadło krzyżowe przednie – red.). To jest życie, jeden wypadek i po karierze. Mogłem próbować, można to wyleczyć. Ryzyko było jednak za duże – rozkłada ręce.
Spróbował sił w koszykówce – sporcie mniej wymagającym, mniej eksploatującym organizm.
– Nie było tak, że nagle przerzuciłem się z futbolu na koszykówkę. W kosza grałem zawsze, całe życie, gdy tylko miałem wolny czas, na ulicy, w szkole – mówi. Uczył się w Junior College School w małej miejscowości Booneville,w stanie Kentucky. 2 godziny drogi od domu.
– W mojej szkole (junior college school, dwuletnia szkoła, licencjat – red.) byłem najlepszy. Miałem 18 lat, wiedziałem, że mogę być koszykarzem. Zresztą wszyscy to widzieli, ludzie mnie chwalili. Grałem na pozycji rzucającego obrońcy, pobiłem wszystkie możliwe rekordy w szkole, co tylko się dało. Byłem od moich kolegów znacznie większy, znacznie silniejszy, znacznie szybszy. Byłem o kilka centymetrów wyższy niż przeciętny nastolatek moim wiek. Mój trener John Calipari, który kiedyś trenował w New Jersey Nets powiedział, że będzie ze mnie koszykarz wysokiej klasy – opowiada.
Lokalne gazety zaczęły o nim pisać. Wkrótce okazało się, że przyglądają mu się zespoły z NBA. Gdy miał 21 lat stało się jasne, że zostanie wybrany w pierwszej rundzie draftu. Porównywano go do Tracy’ego McGrady, który w sezonie 2001/02 zrobił największy postęp w lidze NBA.
Już wcześniej do Booneville zaczęli zjeżdżać dziennikarze z największych stacji telewizyjnych i gazet.
„Skauci zespołów NBA od wybrzeża do wybrzeża zaczęli krążyć z rozłożonymi mapami wokół Booneville. Byli tu generalni menedżerowie NBA, był nawet Howard Schulz, szef sieci Starbucks i Seattle Supersonics. Kandydaci na agentów pokazują się i przesiadują na starych ławkach w sali gimnastycznej a gdy Woods jedzie do nieznanych miasteczek takich jak Goodman czy Coahoma, oni jadą za nim.
Ludzie handlowali jego numerem telefonu, aż go w końcu odłączył. Jego matka musiała odłączyć też swój. – To było jakieś czyste szaleństwo – tłumaczy Vensia Woods”.

Szaleństwo było pełne, skoro tymi słowy opisywał je dla New York Timesa Ira Berkow, jeden z najsłynniejszych amerykańskich dziennikarzy sportowych, laureat nagrody Pullitzera.
W 2002 roku Woods został wybrany z numerem 21 w drafcie, chociaż mówiono nawet o pierwszej piątce. Marzeniem było miejsce w trzynastce. To dawało wtedy gwarancję wysokich zarobków – konkretnie trzyletni kontrakt na poziomie 12 milionów dolarów.
„Stałem się celem, jakbym miał wielkiego dolara na plecach. Każdy chciał coś ode mnie. Chłopaki chcieli, żeby kupował im samochody, biżuterię, stawiał obiady w restauracjach. To obrzydliwe” – mówił w wywiadzie z NY Times.
– Na pewno byłem rozczarowany tym, że wybrano mnie jako 21. Nie chodziło o pieniądze ale bardziej o ambicje. Byłem przekonany, że zasługuję na więcej. Chłopaki, którzy byli wybrani przede mną nie byli lepsi – opowiada nam Woods. Podpisał kontrakt na 2 miliony dolarów za dwa lata. Kupił nowy dom dla matki. W Trail Blazers spotkał wielkie gwiazdy. Grał tam Scottie Pippen, Rashid Wallace, Arvidas Sabonis czy rozpoczynający wielką karierę Zach Randolph. W pierwszym sezonie Woods nie grał zbyt wiele. Skończył ze średnią zaledwie 2,4 punktów na mecz.
– Przejście do Portland nie było dla mnie najlepszym rozwiązaniem. Było zbyt wielu dobrych gości na moją pozycję. Jak choćby Scottie Pippen, Bonzi Wills, Derek Anderson. Kilku zawodników z ustabilizowaną pozycją w drużynie – mówi. – Czy to był zły wybór? Może ale to nie ja wybierałem ich, tylko oni mnie. Prawda jest taka, że bez względu na to czego bym nie zrobił, nie miałem żadnej szansy wygrać rywalizacji z Pippenem. Zawsze to on musiał grać. To jest facet, który ma wiele tytułów, niezwykłe doświadczenie. Było oczywiste, że jeśli mają na kogoś postawić to na niego.
Wkrótce rozpoczęły się kłopoty z prawem. Kilku zawodników złapano na paleniu marihuany, wśród nich Damon Stoudamire, Rashed Wallace czy właśnie Qyntel Woods. W mniejsze wykroczenia, konkretnie bójki, byli zamieszani Zach Randolph i Patterson.
Zespół zaczęto nazywać Portland Jail Blazers (Jail to po angielsku więzienie – red.). Woods i koledzy zostali Złymi Chłopcami ligi NBA.
– Nie był to powód do dumy, na pewno nie dążyliśmy do tego. Ja sam nigdy nie chciałem mieć żadnych kłopotów z prawem. Tak wyszło – mówi Woods, który przebił wszystkich kolegów w drużynie. Został oskarżony o znęcanie się nad zwierzętami. Konkretnie, stwierdzono, że w jego domu urządzano walki psów. Sam Woods przetrzymywał dwa pit bulle o imionach Hollywood i Sugar.
– To były błędy młodości, myślę że spłaciłem swój dług – mówi. Dług to 80 godzin prac społecznych i 10 tysięcy dolarów na cele charytatywne.
– Zgodziłem się zapłacić ale nigdy nie zostałem oskarżony przez prokuraturę. Wiem, że ludzie kojarzą mnie z tą sprawą. Teraz już nic nie mogę zrobić. Żałuję tego ale nie mogę przejmować się tym co ludzie o mnie mówią, nie mogę myśleć o tym, że patrzą na mnie jak na kogoś złego. Nie znają mnie a ja nie jestem złym człowiekiem – mówi Woods.
W sezonie 2003/04 zrobił niewielki postęp, rzucał już 3,6 punków na mecz. Nie zadowalało to jednak szefów klubu. Poza tym ciągnęła się za nim sprawa o znęcanie się nad zwierzętami.
W styczniu 2005 roku przeszedł do Miami ale zabawił tam tylko trzy mecze. Zdążył jednak zapoznać się z Shaquillem O’Nealem. To już coś.
– Świetny gość, bardzo przyjazny i zdecydowanie najlepszy zawodnikiem z jakim grałem, potrafi zdominować mecz – opowiada. – Najlepszy zawodnik przeciw któremu grałem to Kobe (Bryant – red.), nie ma wątpliwości. Nie powiem na jego temat więcej niż ludzie, którzy oglądają go w telewizji. Mam takie same odczucia, po prostu nie możesz go zatrzymać. Nie potrafię tego wytłumaczyć.
Później został zawodnikiem New York Knicks. Tam zrobił największy postęp. Rzucał ponad 6 punktów na mecz, miał 3,9 zbiórek na mecz, grywał powyżej 20 minut. Ale to tylko pozory. Kiedy skończył się kontrakt z Knicks, nie znalazł się nikt kto chciałby podpisać z nim kontrakt.
– Larry Brown wierzył we mnie, dawał mi grać. Ale odszedł i jego następcy nie wierzyli we mnie – stwierdza.
– Byłem wkurzony ale nie było co z tym zrobić. Nie mogłem czekać, spakowałem się i przyjechałem do Europy. Mam rodzinę, mam córkę, nazywa się Queen, skończyła rok, muszę zarabiać, nie miałem czasu na siedzenie i czekanie na szansę – dodaje.
Po rocznej przygodzie z Olympiakosem Pireus pożegnał się z Grecją, mimo iż był tam gwiazdą. Powód? To co zawsze – palenie marihuany.
– Bardzo lubiłem Grecję, żałuję. Dlaczego to zrobiłem? Podjąłem złą decyzję to wszystko. Nie powiem, że nic się nie stało. Palenie marihuany to jednak co innego niż picie wódki. Po prostu stało się. Więcej tego nie robię – zapewnia. Dodaje, że nie jest człowiekiem, który ma do życia zbyt luźny stosunek.
– Życie traktuję bardzo poważnie ale nie możesz zapominać, że człowiek popełnia błędy. Po prostu – dodaje. – Wiem, że moja kariera mogła potoczyć się lepiej ale nie mam ze sobą problemu. Żyję dobrze że samym sobą z tym co mam, z tym kim jestem. Na pewno jestem facetem, który uczy się na błędach, na pewno.
W Polsce ma czas, żeby się uczyć. Szefowie Prokomu sporo ryzykowali ściągając go do Polski. Okazało się, że się opłacało. Woods pomógł drużynie wywalczyć tytuł mistrzowski a sam został wybrany najlepszym zawodnikiem Polskiej Ligi Koszykówki. W obecnym sezonie ma średnią ponad 17 punktów na mecz, jest poziom wyżej od reszty ligi. Prokom się cieszy, cieszy się sam Woods.
– Może bym został na jakiś czas, fajny trener, fajni koledzy. Na pewno nie myślę o powrocie do NBA, nie ma takiej szansy. Oczywiście nie powiem, że jeśli miałbym możliwość, to bym nie poszedł. Po prostu nie myślę o tym – zapewnia. – A tak w ogóle, to trochę tu zimno. Ale nie jest gorzej niż myślałem, jest ok. Na pewno nie jest to żadna wiocha, podoba mi się.
Kończymy rozmowę, Woods idzie się przebrać i odjeżdża do domu Vanem.
Może wykręci numer do Zacha Randolpha.
– Jest dla mnie jak brat – mówi Woods. A poza tym będzie oglądał filmy na dvd. – Treningi i dvd, to jest to co robię w życiu – śmieje się.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: