Archive for Styczeń, 2010

Wkraczamy w nową erę?

Tworzę ten wpis powodowany dobrym humorem z rana. Skąd taki humor niespotykany o tej porze dnia? Przejrzałem poranną prasę i bardzo jestem zadowolony.

Oto szykuje się kolejny hitowy transfer. Tym razem Lech Poznań chce ściągnąć Jana Novaka, napastnika Koszyc, który w tym sezonie strzelił 8 bramek w lidze słowackiej i trafił na testy do Birmingham City. W grudniu Alex McLeish, menedżer Birmingham wypowiadał się o nim dość pozytywnie.
Generalnie poza tym, że umie strzelać, dobrze współpracuje z pomocnikami, przechodzi z pomocy do ataku i tak dalej. Jego atutem jest cena, „Zaledwie 3 miliony euro, to nie jest aż tak dużo za zawodnika Premier League. Można o nim myśleć w kategorii inwestycji” – stwierdził McLeish (tak ja to przetłumaczyłem, w „GW” jest – czy warto za niego płacić 3 mln euro?). W końcu z transferu wyszły nici.
Ale nici w Anglii nie muszą oznaczać nici w Polsce.
Wszystko dobrze, ale czy Lecha stać na piłkarza za 3 miliony euro? Załóżmy, że polski klub wynegocjuje wielką zniżkę i zapłaci 1,5 (mój „PS” pisze o 1 mln euro, ale nawet teraz, gdy w sklepach wszystko jest przecenione, taka zniżka wydaje się nieracjonalna). Skąd ta forsa? Pewnie z domniemanej sprzedaży Roberta Lewandowskiego. Widać, szefowie Lecha uznali że warto. Trzeba będzie jakoś ten nowy stadion zapełnić a zajmując wiecznie 3. miejsce można co najwyżej ludzi zirytować.
Mówi się co prawda o wypożyczeniu, ale zdziwiłbym się, gdyby szefowie Koszyc zechcieli wypożyczyć piłkarza, chyba że za naprawdę konkretną kwotę rzędu 0,5 miliona euro za 3 miesiące, które pozostały do końca sezonu (Lech chce zapłacić 200 tysięcy za ten okres, powodzenia!)
Czyżbyśmy wkraczali w nową erę wielkich transferów powyżej miliona euro? Najwyższą sumą jaką nasze kluby zapłaciły za piłkarza było 4 mln złotych (Wisła Lechowi za Żurawskiego) a więc ok. 1 miliona euro.
Kto będzie następny?
Tymczasem Polonia Warszawa nie rezygnuje z Witalija Rodionowa, napastnika BATE Borysów, 17-krotnego reprezentanta Białorusi. Cena to 450 tysięcy euro. W sumie nie tak dużo. Jagiellonia ściąga króla strzelców ligi białoruskiej, Legia testuje byłego piłkarza Manchesteru United. Już drugi raz. Kiedyś testowała Phila Mulryne’a, ale nie wzięła go mimo że dobrze grał (Dariusz Wdowczyk wolał wydać 600 tysięcy euro za Juniora, którego widział tylko na video. Idiota albo mega cwaniak)
Czy polska ekstraklasa ma szansę stać się atrakcyjnym rynkiem dla zawodników chcących się przebić na zachód?
Czy mamy do czynienia z nowym Roswell?

14 komentarzy

Po co komu powtórki

Sędzia Jerome Damon z Republiki Południowej Afryki poprowadzi mecze podczas najbliższego mundialu w swojej ojczyźnie. Jest on, można by rzec, eksportowym towarem swojej federacji piłkarskiej.
Sędzia Jerome Damon z Republiki Południowej Afryki uznał dla Egiptu bramkę, która nie padła. Bramkę, która wyeliminowała Kamerun (przy 1:2 mieli jeszcze nadzieję, prawda?) i dała Egiptowi awans do półfinału PNA.
W półfinale Egipt zagra więc z Algierią w Wielkich Derby Północnej Afryki.
Sędzia ten meczu nie poprowadzi chociaż doskonale zna ich smak.
Oto sędzia Jerome Damon 14. listopada 2009 roku poprowadził ostatni mecz grupowy, decydujący o awansie do mistrzostw świata. Wiadomo było, że wygrana Egiptu wyżej niż dwa bramkami da „Faraonom” awans do mundialu. Wygrana maksymalnie jedną bramką dawała awans Algierii. Histeria wokół tego meczu była olbrzymia. 6 kibiców z Algierii zapłaciło życiem za dopingowanie swojej drużynie.
Do 90. minuty Algierczycy byli jednak na mundialu (przegrywali 0:1), ale wtedy eksportowy towar RPA przeciągnął mecz o 5 minut. W ostatniej uznał dla Egiptu bramkę ze spalonego. Dość wyraźnego co możecie zobaczyć poniżej, proponuję używać pauzy w decydującym momencie, dokładnie na 2:30…

W barażu rozegranym na neutralnym terenie Egipt nie miał już swojego sprzymierzeńca i w mundialu nie zagra.
Bardzo dobrze.

Wraca temat powtórek. Tym bardziej, że dzień wcześniej błąd arbitra wyeliminował Wybrzeże Kości Słoniowej. W tym przypadku mamy do czynienia ze zwykłą nieudolnością, bo przecież ten sam sędzia pomógł WKS wyjść na prowadzenie w 89. minucie. Niejaki Eddy Maillet z Seszele, również wyznaczony do sędziowania podczas mundialu 🙂

Zastanawialiście się kiedyś dlaczego Sepp Blatter i Michael Platini tak bardzo bronią niezależności arbitrów? I to niezależności pozorowanej, bo tylko od powtórek telewizyjnych…
Pewnie różne pomysły chodzą po głowie, prawda? W tym ten najbardziej oczywisty. Dopóki nie będzie powtórek, dopóty można sterować wynikami spotkań, holować gospodarzy, w końcu zarabiać na rozwijających się rynkach.
Dopóki nie będzie powtórek można ewentualne wpadki zrzucając na nieudolność czyli tak zwany czynnik ludzki a jak wiadomo każdy zasługuje na drugą szansę.
Pomyłki zdarzają się zawsze i wszędzie. Howard Webb na przykład myli się nie tylko na korzyść gospodarzy EURO 2008, o ile ktoś na świecie wierzy jeszcze w pomyłki na korzyść gospodarzy wielkich turniejów. Myli się też w Premier League.
Ale czy mówimy o przypadku gdy ten sam facet myli się ewidentnie dwukrotnie na korzyść tej samej drużyny? I zawsze w kluczowych momentach?
Powtórka sytuacji to maksymalnie 30 sekund. Przepychanki trwają czasem po 2-3 minuty.
Oczywiście „dobry” oszust potrafi sterować meczem inaczej. Dawać dużo wolnych w niegroźnych sytuacjach, gwizdać w jedną stronę, w bardziej zakamuflowany sposób pomagać którejś z drużyn. Ale wprowadzenie powtórek zdecydowanie utrudnia sprawę, zmusza go do robienia częstych nadużyć, co spowoduje podejrzliwość widza.
Wprowadzenie powtórek to na dzień dzisiejszy podstawowa zmiana wymagana w futbolu.
Upór szefów FIFA i UEFA jest tym bardziej zadziwiający, że oczywistym jest iż zostaną one wprowadzone. Zbyt wiele forsy tracą poszczególne drużyny na tych „pomyłkach”. Drużyny, których właściciele łożą na grę gigantyczne pieniądze. Zmiana jest więc tylko kwestią czasu. Po co czekać 10 czy 20 lat?

20 komentarzy

Bytom dołącza do Ciemnogrodu

Polonia Bytom wyrzuciła dwóch wartościowych piłkarzy do Młodej Ekstraklasy. Rafała Grzyba, którego Damian Bartyla określił niedawno mianem gwiazdy zespołu i Michała Zielińskiego, który zdaniem Jurija Szatałowa był wystarczająco dobry, by wygrać ewentualną rywalizację z Ebim Smolarkiem.
Dziś jeden przestał być gwiazdą a drugi ne jest już aż tak dobry…
Powód ten sam co w przypadku Śląska Wrocław i Janusza Gancarczyka – zawodnicy podpisali (lub w przypadku Zielińskiego mają zamiar podpisać) kontrakt z konkurencją.
Za zawodnikami stoją przepisy FIFA. Mają prawo z półrocznym wyprzedzeniem podpisać umowy. Grzyb z Jagiellonią a Zieliński zdaje się z Polonią Warszawa.
To prawo obowiązuje na całym świecie i nikomu nie przyszłoby do głowy by go nie respektować, gdyż pozbywanie się filarów zespołu jest ewidentnym działaniem na szkodę klubu. Orest Lenczyk w przypadku Ryszarda Tarsiewicza pytał retorycznie: „A co było, gdyby 5 zawodników podpisało kontrakty z wyprzedzeniem? Też by ich zawesił?”. Bartyla dał częsciowo odpowiedź na to pytanie. To znaczy 5 jeszcze nie ale już dwóch na pewno.
Ma taki sam komfort jak tarasiewicz – zespołu jednego i drugiego nie muszą martwić się o spadek a puchary im nie grożą.

To wynika z tabeli

Damian Bartyla, prezes Bytomia mówi w „GW”, że zawodnicy nie mogą blokować miejsca więc grać nie będą, chociaż zapewnia jednocześnie, że nie chce nikogo zniszczyć. No i że to była trudna decyzja.
Zniszczyć nie chce, oczywiście, chce raczej uzyskać za piłkarzy forsę, która mu się nie należy.
Kolejny po Wrocławiu przykład miasta, gdzie wrony zawracają a psy szczekają wiadomo którą częścią ciała. Pewnie nikt nie ukarze Polonii Bytom, ze względu na układy tutejszych działaczy z PZPN. Przecież klub ten nie powinien w ogóle grać w ekstraklasie, bo nie spełniał wymogów licencyjnych, a takie prawo uzyskał dopiero po interwencji śląskich działaczy. Mam nadzieję, że nadzejdzie czas gdy wszyscy za to odpowiedzą.
Nieprawdopodobne jest to, że PZPN zezwala na takie traktowanie zawodników, ale zmian się nie spodziewam.
Niedawno dzwoniłem do faceta z komisji etyki przy PZPN, który stwierdził, że sprawa jest trudna i on nie podejmuje się jej rozwiązać. Niejaki Czesław Biskup z Bielska Białej, a więc teoretycznie ze Śląska a na pewno ze Śląskiego ZPN.
Ten sam facet stwierdził, że nie widzi nic złego w tym, że Wit Żelazko był obserwatorem i sprzedawał do klubów akcesoria piłkarskie. Skoro ktoś taki jest szefem komisji etyki, to o jakiej etyce mówimy?

Cała sprawa pokazuje jak daleko nam do cywilizacji. Rządzą lokalni baronowie o mentalności bazarowej. Zniszczyć człowieka, zmieszać z błotem – pstryk i gotowe. Głęboka komuna.

Niestety upośledzona cywilizacja ma to do siebie, że zawodnik nie złoży pozwu do sądu, gdyż najzwyczajniej w świecie zostanie zniszczony.

Jeśli więc chcemy mówić o próbie dogonienia Europy trzeba pozbyć się z piłki ludzi takich jak Bartyla.

4 komentarze

Afryka nie jest gotowa, bo myśli po polsku

Rzecz jasna nie na to, by zorganizować mistrzostwa świata, bo skoro my możemy z Ukrainą organizować EURO 2012, to zapewniam was (wiem z doświadczenia) że RPA jest zdecydowanie gotowe na mistrzostwa świata.
Afryka nie jest jednak gotowa na tytuł mistrza świata, ani śmiem twierdzić, na medal mundialu.
Przekonali mnie o tym wczoraj piłkarze Wybrzeża Kości Słoniowej.
Nie obejrzałem całego meczu bo próbowałem przez jakiś czas wczuć się w derby Mediolanu ale nie było to najwyższej klasy widowisko, więc „poleciałem” do Angoli.
Sądząc po klubach, w których grają piłkarze WKS, jest to jedyny na dzień dzisiejszy afrykański kandydat do medalu. Umówmy się, FIFA będzie holować afrykańską drużynę, bo tego wymaga interes. W imię tego interesu raz na cztery lata poświęca się małych albo i wielkich, którzy stają na drodze racji stanu. Korea Południowa Guusa Hiddinka była tego najjaskrawszym przykładem, ale całą historia mundiali obfituje w tego typu przypadki jak Argentyna 78, Włochy 34, a może Anglia 66 (Eusebio po latach mówi, że Portugalia byłaby w finale, gdyby gospodarzem nie byli Anglicy) albo Niemcy 74 (w tym przypadku o spisku mówi Joao Havelange, facet chyba wie co mówi, był w tym okresie szefem FIFA). Poza przykładami gdy gospodarze wygrywali były przypadki jak najdalszego holowania ich czego apogeum zobaczyliśmy właśnie w Azji. Posłużono się słabymi sędziami, Ghandourem i Moreno.
Tak więc i teraz będziemy mieli holowanie, jestem przekonany. Nie jest to moja autorska teoria spisku, broń panie Światowidze, nie śmiałbym jej sobie przypisywać.
Wczoraj jednak zobaczyliśmy WKS nieprzygotowany do poważnych rozgrywek, WKS który przegrywa z Algierią. Piłkarzy Barcelony, Chelsea, Man City, którzy nie mają sił na 90 minut. A skoro nie Drogba, Kolo Toure, Yaya Toure, Didier Zokora to kto?
W świecie ewolucji i rewolucji, zawsze bardziej oczekiwana jest ta druga, zawsze bardziej efektywna jest ta pierwsza.
Ewolucja trwa w europejskiej piłce od dziesiątek lat, rewolucja w afrykańskiej od 20. Rewolucja ma to do siebie, że realizuje krótkoterminowe cele. Obalić, obciąć głowę, podzielić się łupem.
Cel nie został zrealizowany i na razie nie zostanie. Możni tego świata trzymają się dobrze, ich bal nie został w żaden sposób naruszony.
Niemiecki hrabia podał herbatę angielskiemu lordowi, czemu przygląda się bogaty holenderski kupiec, książę de Braganza tańczy z córką potomków Generała San Martina.
Przemknął tu i ówdzie wódz plemienny, goście popatrzyli na niego z zaciekawieniem, ale generalnie nie zrobił furory. Znacznie ciekawszy wydaje się ten elegancik z Ameryki, sypie forsą na lewo i prawo.

Przypuszczam, że na początku lat 90-tych, gdy świat cieszył się wynikami Kamerunu czy Nigerii, kibice na całym świecie zacierali ręce i wyczekiwali na wielkie lśnienie. A tu nic. Był nawet złoty medal Igrzysk Olimpijskich ale przecież my też mieliśmy srebro olimpijskie w 92 a później nie pomogły nawet kiełbasy w górze. Nic po prostu. Teraz mówi się o złotym medalu dla młodzieżówki Ghany a przecież i nasz rocznik 82 miał medale mistrzostw Europy. I nic…
Porównuje te oba przypadki, bo z Afryką mamy sporo wspólnego. Jesteśmy w końcu 100 lat za murzynami.
To żałosne, ale pewnie prawdą jest to co mówi Henryk Kasperczak: Piłkarze zostają spuszczeni ze smyczy i rozpoczyna się wielka balanga.
Czy więc jest to „polski syndrom”? Przecież do dziś zadajemy sobie pytanie „dlaczego?” wobec zmarnowanego pokolenia polskich piłkarzy z pierwszego dziesięciolecia po upadku komuny. Oczywiście podstawowa odpowiedź to losowania, niekorzystne jak cholera. Zawsze mieliśmy pod górkę.
Druga odpowiedź to słabi trenerzy bez autorytetu. Kto słyszał Władysława Stachurskiego ten wie do czego zmierzam. Czy ten facet mógł natchnąć kogoś do zwycięstw? A może Andrzej Strejlau (lubię go, ale to nie ma nic do rzeczy), Apostel, Piechniczek, który był pośmiewiskiem piłkarzy, może w końcu Wójcik, który na arenie międzynarodowej skazany był na czynienie cudów bez pomocy z zewnątrz?
Trzecia odpowiedź to chlanie.
Piłkarze zwolnieni z zawodowych klubów, gdzie o grze decydowała forma – nie grasz, nie masz premii, w konsekwencji spadaj na drzewo.
Gdy przyjeżdżali na kadrę, Kowalczyk i spółka, nie było takiego problemu. Było więc wielkie chlanie.
Kowalczyk w swojej książce opisuje nawet jak to wszystko zlewało się do jednego wiadra i chlało.
Czy mamy do czynienia z klasycznym przykładem bezmógowca pospolitego?
Zaprzepaścił taką szansę i mówi o tym z wielkim zadowoleniem.
Bezmózgowiec to w sumie dobre określenie, nie obraża bardziej niż powinno. Nie pasuje do Kowalczyka, bo nie jest to aż taki głupek (nawet dość inteligentny) ale chwalenie się tym, jak to oszukiwałeś wszystkich kibiców w Polsce jest przejawem braku mózgu.
No cóż, świetny kandydat na eksperta telewizyjnego do Cafe Futbol (Swoją drogą wczoraj oglądałem program z Tarasiewiczem i założę się, że Roman Kołtoń czegoś od Tarasiewicza chce, poza tym że mają tego samego pracodawcę czyli Polsat. Od lat nie widziałem w telewizji takiego lizania po tyłku, po 38 minutach wyłączyłem, ciekawe czy później coś się zmieniło).
To samo mamy pewnie w Afryce, jeśli wierzyć Kasperczakowi.
Różnica była jedynie taka, że Polska była wtedy na fali opadającej a Afryka wciąż jest świeżo po zderzeniu płyt tektonicznych a więc jeśli na opadającej, to jednak wciąż wysokiej. Chociaż jak to w przypadku Tsunami, woda po gwałtownym wzroście powoli zaczyna płynąć wolniej, stabilizować się, wchodzić w ocean. Ale my się tym nie przejmujmy. Zobaczymy to w TV, na discovery. A na wakacje pojedziemy nad Bałtyk, ale będzie fajnie! Polska myśl wakacyjna będzie! Wioskowe stragany w Międzyzdrojach!
A więc wracam do złotej holenderskiej myśli: „Step by step” „Krok po kroku”. Tylko trzeba najpierw dobrze zastanowić się, w którym kierunku idziemy.

2 komentarze

Widzewski charakter

Widzew Łódź organizuje imprezę na 100-lecie klubu. Zaprosił wielu wspaniałych piłkarzy. Brawo! Jakby powiedział jeden z nich, ten najbardziej znany.
Weteranom spoza miasta zaproponowano przyjazd ale odmówiono opłacenia noclegu i transportu. – Niech każdy martwi się sam, ważne, żeby przypozował pan do zdjęcia – usłyszeli ludzie, którzy ogrywali Juventus i Manchester United.
Koszt tego „przedsięwzięcia” to 10 tysięcy złotych, jak mnie poinformowano. Piłkarzom powiedziano, że to przerasta możliwości Widzewa.

Widzewski charakter, było coś takiego kiedyś, pamiętacie? Gdy dziś Sylwester Cacek mówi o próbie przywrócenia Wielkiego Widzewa śmieję się, chociaż chciałbym to zobaczyć. Czy ma zamiar ogrywać Man City, Man United Liverpool i Juve? Powodzenia. Bo to był Wielki Widzew, na który przychodziło i po 20 tysięcy kibiców, a w europejskich pucharach i po 40. Tak było!

Niestety nie wszyscy, którzy budowali potęgę Widzewa przyjadą. Okazuje się, że te 10 tysięcy przerasta możliwości klubu. Piłkarze zostali już o tym powiadomieni. A przecież 10 tysięcy to wynagrodzenie dla jednego kopacza. I-ligowego kopacza, a mówimy o zaproszeniu prawdziwych piłkarzy.
Tych, którzy budowali potęgę Widzewa, zanim został ona roztrwoniona i zniszczona przez niekompetentnych nieudaczników.
Szefowie klubu, chcą pochwalić się (ale nie za wszelką cenę), że pamiętają, chociaż na co dzień nie pamiętają. Nikt nie zaprasza Johny’ego Możejko na stadion na mecze, nie mówiąc o Jacku Machcińskim, trenerze, który zdobył pierwsze mistrzostwo dla klubu.
Gdy byliśmy z chłopakami (Żelaznym i Śmiarowskim) na meczu w Leeds przyjechał Allan Clarke. Pogadaliśmy trochę do materiału o naszym wielkim meczu na Wembley z 73 roku, a później Clarke poszedł zabawiać lokalnych biznesmenów w loży honorowej, opowiadać o wielkich czasach gdy Leeds był wielkim klubem, najlepszym w Anglii. Słuchają jak zaklęci, po raz setny tej samej historii.
Klub mu zaproponował, bo facet sobie nie radził najlepiej. Jak wielu wspaniałych piłkarzy.
U nas nikt nie zaproponuje, bo liczy się to co tu i teraz. Błąd.
Pan Cacek powiesi sobie na ścianie pamiątkowe zdjęcia. Z tymi którzy byli na zjeździe. Braku pozostałych może nikt nie zauważy, jak dobrze pójdzie…
Szefowie Widzewa wymyślili sobie, że pojawienie się na imprezce jest zaszczytem dla piłkarza, nie dla klubu. To wieś.
Bez poszanowania tradycji nie będzie wielkiej przyszłości. Cacka nie stać na to, by kupić piłkarzy za kilkadziesiąt milionów euro. Dlatego powinien stworzyć solidne podstawy. Historia i tradycja tworzą podstawy.
Tak budowane jest to na zachodzie, w Anglii choćby, która przecież jest przykładem najlepszym z możliwych. Ojciec opowiada synowi o wspaniałych piłkarzach, legendach, o magikach futbolu. Zaraża go miłością do tego futbolu. Syn poznaje swoje legendy, które przekaże kolejnym pokoleniom. Tradycja to przywiązanie do barw klubowych na dobre i złe. To życie futbolem. To w końcu kupowanie pamiątek, szalików, koszulek, rozmowy z pubie, w tramwaju, oglądanie starych meczów, życiem życiem klubu. Gdy klub ma kryzys odchodzą przygodni kibice, zostają ci, którzy kochają klub bo są wychowani na historii i tradycji.
Tego się nie buduje w 5 minut, na pewno nie tanim kosztem.
Na początek wystarczy cholerne 10 tysięcy złotych.
Sylwester Cacek wyrzuca dziś historię na śmietnik przy pomocy swoich pracowników. Dlatego nie wierzę w odrestaurowanie Wielkiego Widzewa. Na zawsze pozostanie wspomnieniem.

3 komentarze

Osobista Historia Olimpiad

Autor: Tadeusz Olszański

Jeśli jesteś fanem sportu i umiesz czytać, oczywistym jest, że prędzej czy później po tę książkę sięgniesz.
Dziś w dziale recenzje ostatnie dzieło w dorobku Olszańskiego, jednego z ostatnich wielkich polskich dziennikarzy sportowych, znowu zostało wystawione na półki empików, dlatego zdecydowanie polecam by wybrać się do najbliższego i sprawdzić.
Ta nachalna reklama spowodowana jest niczym więcej jak moim stosunkiem do tej książki i twórczości autora w ogóle.
Niewielu było bowiem dziennikarzy, których możemy określić mianem wybitnych. Na pewno jest nim Olszański, będę się upierał. I tenże Olszański napisał książkę podsumowującą w pewnym sensie swoje dziennikarskie życie. Oczywiście książka nie traktuje o dziennikarstwie ale o Igrzyskach.
Zygmunt Broniarek recenzując ją zwrócił uwagę na znakomitą historię radzieckich oszczepników, Dainisa Kulę oraz Aleksandra Makarowa, którzy wygrali Igrzyska w Moskwie, chociaż znacznie lepsi byli Węgrzy, Istvan Paraga i Miklos Nemeth oraz Fin Hannu Sitonen. Trenerzy węgierscy przez dwa dni oglądali taśmy a na nich jak wół: Węgrzy i Fin rzucali dobrze a Ruscy topornie.
Trzeciego dnia wałkowania taśm zauważono, że a każdym razem gdy rzuca reprezentant Kraju Rad, z tyłu wjeżdża melex, albo wchodzi sprzątaczka z kubłem albo wykonywana jest jakakolwiek inna czynność, która wymaga otwarcia przejścia do tunelu na tyłach stadionu, pod trybunami. Przejście to usytuowane było dokładnie na przeciw głównego tunelu. To powodowało ciąg powietrza, który niósł radzieckie oszczepy.

Ja z poruszeniem przeczytałem wspaniałe historie Jima Thorpe’a, Ray Ewry czy Janusza Kusocińskiego. Między innymi. I koniecznie Felippe Munoza, który zapowiedział, że popełni samobójstwo jeśli nie zdobędzie złotego medalu. Niestety nie powiem czy zdobył, abyście kupili książkę. W erze googla możecie oczywiście podstępnie obejść ten mój wybieg.
warto więc odświeżyć sobie te stare historie.
Przyznaję, że zmienił nieco mój pogląd Olszański na sprawę TTommiego Smitha i Johna Carlosa, dwóch czarnoskórych biegaczy, którzy po wygranym sprincie na 200 metrów w Meksyku w 1968
unieśli do góry dłonie ubrane w czarną rękawiczkę, zaciśnięte w pięść. Smith miał prawą, Carlos lewą. Obaj nie mieli butów, byli w czarnych skarpetach.
Zaprotestowali więc przeciw dyskryminacji rasowej, za co zostali wyrzuceni z wioski olimpijskiej.
Popierałem ten wspaniały gest wtedy i popieram go teraz. Uważam, że to jedna z najpiękniejszych olimpijskich historii.
Dziś jednak, czytając książkę Tadeusza Olszańskiego, nie jestem już tak jak dawniej oburzony na wyrzucenie zawodników z Igrzysk.
Może było to zasadne.
Pewnie i oni się z tym liczyli.
Pewnie wiedzieli czym ryzykują, gdy wtrącają politykę w Igrzyska. Mają być one bowiem wolne od polityki, od zamachów terrorystycznych w Monachium, od wycofywania się reprezentacji zachodu z Moskwy czy wschodu z Los Angeles.
Polityka w sporcie zniszczy go, dlatego należy za wszelką cenę (co właściwie jest nierealne) powstrzymać ingerencję polityków.
Z takiego założenia wychodzili szefowie MKOl.
Dlatego nieco ich rozumiem.
Uważam jednak, że czasem polityka musi mieszać się ze sportem.
W tym przypadku tak było. Sport zwrócił uwagę na niesprawiedliwość.
W polskim przypadku też byłoby to zasadne, gdyby nie fakt, że politycy na ministrów sportu wybierali gorszych przekręciarzy niż ci, którzy mieli zostać usunięci ze stanowisk.
W tym momencie odszedłem zbyt daleko od samej książki, w której znajdziecie sporo takich „politycznych” historii. Głównie jednak historii dramatycznych, pięknych i jak mówi tytuł książki, osobistych. No i oczywiście jak to w przypadku tego autora: „Samo się czyta”.

Moja ocena: 5/5

Dodaj komentarz

Sentyment Niedzielana

Andrezj Niedzielan, przyznaję, zachwycił mnie w rundzie jesiennej. Zdecydowana czołówka ligowa. Nie tylko mnie. Zachwycił też Polonię Warszawa, która zaoferowała mu świetny kontrakt (wg. weszlo.pl 200 tysięcy euro rocznie, w przypadku Niedzielana jest to zdecydowanie wiarygodne źródło)
Niedzielan tłumaczy na swoim BLOGU INTERNETOWYM powody tej decyzji. Wg. Niedzielana, to sentyment zadecydował o tym, że pozostanie na Cichej.

Tu fragment, przy którym prawie się rozpłakałem. A i wy możecie się rozpłakać, więc jeśli jesteście wrażliwi, nie czytajcie go!
„Będę szczery – nawet teraz, gdy to piszę, są chwile, kiedy sam się sobie dziwię. Rzadko mi się zdarza nie myśleć biznesowo. Gra w piłkę to jednak w dużej części biznes, zawód. Celem każdego zawodnika są pieniądze. A tu górę wzięło serce. W Ruchu odbudowałem się, jest tu wspaniały trener Waldemar Fornalik, jest świetna atmosfera. I kibice, dla których zacząłem coś znaczyć. Dzięki temu wszystkiemu na Cichej przypomniałem sobie, czym jest prawdziwa satysfakcja z gry. No i przypomniałem sobie, co pisałem na blogu kilka miesięcy temu: „Głodem nie przymieram, a… życie jest jedno. I jak teraz nie nastrzelam goli, to przecież na starość tego nie zrobię. Natomiast zarobić jeszcze zawsze zdążę”. Oczywiście w Polonii też bym te gole strzelał, ale gdzieś tam w głowie miałbym wyrzuty sumienia, że odszedłem z Ruchu po ledwie jednej rundzie.”

No i pomysłowy Andrzej zostanie idolem kibiców z Ruchu. Gratuluję kreatywności. Ale Niedzielan zapomniał o jednym – jest jeszcze druga strona. Druga strona, która w tym przypadku nie ma powodu, mówić nieprawdę.
A więc druga strona mówi: „Byliśmy dogadani, papiery gotowe do podpisu. Niedzielan wysłał wszystko podpisane, jednak do kontraktu dopisał klauzulę, że nie może być pod żadnym pozorem zesłany do rezerw. Nie zgodziliśmy się na to”.
Popieram ruch Polonii. Wyobrażacie sobie pracownika w banku, który zarabia 15 tysięcy i nic nie robi? W rządzie RP może i tak, ale w banku już nie. Wiadomo, że raczej by robił i to sporo, ale skoro zastrzega sobie taką ewentualność, to brzmi to dość niejednoznacznie. Czy są jakieś tajemnice, o których nie wiemy?

A więc wychodzi na to, że to nie Niedzielan zadecydował o tym, że pozostanie w Ruchu. Zadecydował Józef Wójciechowski. Niedzielanowi „Przegląd Sportowy” piórem znanego młodego dziennikarza nadał kiedyś pseudonim „Pinokio”. Starych nawyków się nie zapomina.
Niedzielanowi życzę powodzenia, bo naprawdę jestem pod wrażeniem jego świetnej gry i wpływu na zespół. Skoda, że nie przejdzie do Polonii, bo wygląda na to, że w ciągu dwóch lat może tu powstać bardzo ciekawy zespół. Z możliwościami gry w pucharach. Niedzielan mógłby być jednym z fundamentów.
A z Ruchu, znając życie, powoli uciekną dobrzy piłkarze. Odszedł Brzyski, odejdzie Sadlok, później pewnie Sobiech. Niektórzy zostaną ale czy są w stanie grać dwa, trzy sezony z rzędu dobrą piłkę? Wątpię.

5 komentarzy

Older Posts »