Archive for Luty, 2010

Znajomości Bakero

Nie będzie nic o Polonii, która doszczętnie skompromitowała się w meczu z Lechem. Pewnie jeszcze niejedna drużyna się skompromituje. Tylko troche o ostatnich zimowych tramnsferach. Jose Maria Bakero rzucił się w wir poszukiwań. Ciekaw jestem jego najnowszego nabytku. To Nigeryjczyk Dolato Omotayo Ayewoh. Nigeryjczyk o którym nic nie wiadomo. Ja znalazłem, że grał w jakimś futsalu w Azji. Poza tym cicho. Nic. A facet ma 22 lata. 22! I nic. Nie grał nawet w trzeciej lidze cypryjskiej.

Bakero bez żenady przyznaje, że od lat kolesiuje się z jego menedżerem.

Dokładny cytat:

„Znam tego piłkarza. Sześć lat temu miałem go na testach w Realu Sociedad, miał wtedy 16 lat. Od tego czasu obserwowałem jego ewolucję. Jest szybki, ma bardzo dobry drybling. To młody zawodnik, którego będziemy jeszcze kształtować. Od wielu lat znam również jego menedżera, to mój kolega”.

Nie podoba mi się to. Śmierdząca sprawa. Facet miał 16 lat i umówmy się, przez kolejne sześć nie ewouluował za bardzo. Przynajmniej jego biografia na to nie wskazuje.

Po to właśnie w klubach zatrudnia się dyrektora sportowego.

Reklamy

6 Komentarzy

Lenczyk broni i atakuje

Ufff, było ciężko, momentami zabawnie. Wrzucam wywiad z Orestem Lenczykiem. Miał być bardziej merytoryczny ale podryfował, bo pan Orest odpowiada na pytanie, których nie zadano.

Pan Orest cudotwórcą na pewno nie jest, chociaż i tak go nazwano.  Nie jest, bo w Polsce nie ma „cudotwórców”, takich jak Brian Clough, Helenio Herrera, Jock Stein czy Ernst Happel. Nazwałbym go raczej człowiekiem z pomysłem. Jednym z niewielu (uważam, że jednym z dwóch) trenerów w naszej ekstraklasie, którzy potrafią odcisnąć największe piętno na drużynie. To wyróżnia go spośród wielu dobrych czy niezłych polskich szkoleniowców.
Ma pomysł na zespół, wprowadza go w życie swoimi dość oryginalnymi metodami i efekty widać w miarę szybko. Dlatego zamysłem tego wywiadu było pokazanie filozofii Lenczyka. Chociaż on sam zwrot „filozofia futbolu” potraktował z uśmieszkiem politowania. Trudno powiedzieć, czy udało się oddać osobowość tego ekscentryka. Ze stuprocentową pewnością mogę powiedzieć jedynie, że podjąłem próbę.
Na pytanie czy Lenczyk jest trudnym czy łatwym rozmówcą odpowiedziałbym:  jest rozmówcą dziwnym. W jego gabinecie co chwila otwierają się drzwi. Ktoś pyta: „Czy mogę chwilę zająć?”. Kilku rozmówców zmierzył chłodnym
wzrokiem, ale byli i tacy którzy nawet tego „zaszczytu” nie dostąpili. Na jednego czy dwóch interesantów Lenczyk nie zwrócił wręcz uwagi, chociaż jego fotel znajduje się naprzeciwko drzwi wejściowych. Po prostu patrzył w bok i nie przerywał monologu. Wstał tylko do jednego, bo jak stwierdził, jest umówiony.
Ma swoje specyficzne metody rozmowy, tak jak ma specyficzne metody treningu. Piłkarze opowiadają, że zdarza mu się testować ich psychikę. Potrafi przez dwa miesiące bezlitośnie mieszać z błotem zawodnika, by
później traktować go jak własnego syna, który przetrwał próbę ognia. Jeśli chodzi o rozmowy z prasą, odniosłem wrażenie, że postępuje podobnie, próbuje zdominować rozmowę, wcisnąć go w siedzenie, wprowadzić dyskusję na swój tor. Podważanie kompetencji rozmówcy, próby wyprowadzenia z równowagi, litościwe spojrzenia. O ile
oczywiście patrzy. Bo Orest Lenczyk odpowiada powoli od czasu do czasu jedynie otwierając oczy. Momentami sprawia wrażenie, jakby zasypiał. Gdy jednak w tym czasie próbuję zadać następne pytanie, „budzi się” nagle,
nie daje go dokończyć i kontynuuje swoją wypowiedź. Jakby po prostu musiał wszystko przemyśleć…
Po to właśnie by pokazać jaki jest, wprowadzam zaledwie nieliczne poprawki, w większości przypadków staram się zachować trenera Cracovii w oryginalnym brzmieniu.

W 14 meczach na 15, które Cracovia rozegrała pod Pana wodzą, nie strzeliliście więcej niż jednej bramki. Czy to nie jest zabijanie piłki nożnej czy po prostu cel uświęca środki?
Orest Lenczyk: Zaczął pan z grubej rury. Mógłby pan poszukać drużyn, które mają lepszych zawodników niż Cracovia, nie z naszej ligi, i też nie strzelają bramek. Są dwa powody takiej sytuacji. Coraz trudniej zdobywa się bramki, brakuje też dobrych napastników.

Co ma pan na myśli mówiąc, że coraz trudniej zdobywa się bramki?
– Gra jest coraz bardziej agresywna, nie ma możliwości rozgrywania płynnych akcji. Przyzwyczailiśmy się do tego, że kiedyś były piękne akcje, piękne strzały, a jeżeli większość odbiorców, w tym dziennikarze, są zauroczeni najlepszymi ligami na świecie, angielską, włoską i hiszpańską, może też niemiecką trochę, to porównujecie do tamtych klubów.
Czyli nie jest tak, że my się cofnęliśmy tylko po prostu zostaliśmy w miejscu gdy świat piłkarski poszedł do przodu?
– Używanie sformułowania, że „świat poszedł do przodu” jest nieeleganckie wobec tych, którzy pracują w polskiej piłce. Powtarzam: Pracują, nie działają. Najlepsze kluby w Europie sprowadzają najlepszych piłkarzy na świecie za kwoty, które nawet nam się nie śnią. Cena za jednego zawodnika przekracza nawet kilkakrotnie roczny budżet polskiego klubu. Kiedyś byliśmy zachwyceni markami samochodów zachodnich a sami jeździliśmy tymi ze wschodniej Europy, na licencjach. I jakoś żeśmy tam jeździli. Ale czyśmy tęsknili do tych pojazdów, które jeździły na zachodzie? To można odnieść do futbolu. Gramy tymi zawodnikami, których mamy a robienie z tego okazji do sformułowania, którego pan użył, czyli „zabijanie piłki”, to odpowiem panu wprost: my robimy to co robimy. Ale też zdajemy sobie sprawę z tego, że musimy więcej, lepiej. Pytanie czy z tymi zawodnikami… aby zdobywanie bramek było może nie łatwiejsze ale częstsze.
Czyli to kwestia możliwości drużyny a nie przemyślanej włoskiej strategii, że „Kto nie traci bramek ten nie przegrywa”?
– Trzeba brać to pod uwagę, podobnie jak wstęp do tego, czyli jeśli my mamy piłkę to przeciwnik jej nie ma. Ale nie mogę powiedzieć, żeby Cracovia była drużyną, która nie dąży do tego by te bramki zdobywać. Proszę zwrócić uwagę, że Cracovia pół roku temu spadła z ekstraklasy. I to nie była wina kogoś z zewnątrz tylko wina klubu i piłkarzy. Konsekwencje były jakie były, również ta, że znalazłem się w klubie. To co teraz robimy jest szansą dla wielu zawodników. Szansą. Natomiast od początku mojej bytności w Cracovii ciągle rozmawiamy na temat zawodników, którzy daliby tej drużynie szansę grać na wyższym poziomie. Zaczął pan od strony tej najbardziej krytycznej, a nie zaczął pan od tego, że nie gramy na swoim stadionie. Odpadł kompletnie atut własnego boiska. Drużyna wszystkie mecze grała na obcych boiskach, bo nawet jak grała w roli gospodarza, to było albo zero kibiców albo pięćdziesięciu. Tego pan nie bierze pod uwagę. Tak jakby zobaczył pan dziewczynę i powiedział od razu, że jest bardzo brzydka, a później wyszukuje pan u niej jakiś plusów.

A więc teraz plusy, jesteście na bardzo dobrym dziewiątym miejscu…
– Absolutnie nie ma pan racji, bo ja biorę pod uwagę, że gramy dwa pierwsze mecze z drużynami, które mają grać w europejskich pucharach, czyli z Legią i Lechem i po tych dwóch meczach możemy być w takim miejscu, ze zapomnimy o tym, gdzie byliśmy po rundzie jesiennej.
Fakt, ale gdy przejmował pan tę drużynę, nie rokowała ona nadziei, dzisiaj jesteście w przyzwoitym miejscu, zespół się rozkręca, mogę więc pozwolić sobie na optymistyczne pytanie.
– Można powiedzieć, że drużyna rokuje nadzieje, ale nie będę hurra optymistą i powiem, że z przyjemnością przyjmę do kadry znaczącego zawodnika, przede wszystkim dlatego, aby tym zawodnikom, których mamy, pomóc jeszcze.
Skoro mówimy o pomocy, to zastanawiam się jak pomaga pan Radosławowi Matusiakowi? Raz umie grać, później nie umie, później znowu coś umie…
– Może pan się dalej zastanawiać i nie będzie pan wiedział o co chodzi. Natomiast tyle czasu ile spędza Radek Matusiak z doktorem Wilkoszyńskim, z Markiem Wleciałowskim czy ze mną to jest fundament, żeby sobie przynajmniej przypomniał o swojej grze sprzed trzech lat. Prawdopodobnie jest to w takim miejscu, że najbliższa wiosna zadecyduje co dalej. Jeśli zostanie tak jak jest, to zostanie… używa się metod, środków takich, które wydawały się, że pomogą.
Kwestia treningu czy głowy?
– A pan kiedyś z nim rozmawiał?
Tak, choć nie jest nam po drodze.
– Bo pewnie rozmawiał pan z nim jako z tym, który był kimś a teraz jest na rozdrożach.
W różnych okresach rozmawialiśmy, wtedy gdy był na górze i później gdy spadał na dno.
– Otóż uważam, że jest to inteligentny chłopak, to co przeszedł… tylko on zna konsekwencje, jakie poniósł. Każde zdanie wypowiedziane w jego kierunku, które go nawet uraża, to jest odbierane jako atak dający do zrozumienia: „Panie Matusiak, z pana nic nie będzie”. Ja uważam, że Radek Matusiak bardzo nam pomógł w rundzie jesiennej, absolutnie nie tak jakbym sobie wyobrażał, zresztą on też wyobrażał sobie więcej, ale chcę podkreślić, że ściągałem go w określonej sytuacji, mając tylko Ślusarskiego, i gdyby Bartek grał z nim w ataku (odniósł kontuzję – red.), mielibyśmy dwójkę naprawdę groźnych zawodników, na pewno skutecznych. Radek był osamotniony, był często faulowany. Kryło go dwóch, trzech zawodników i dzięki temu pozostali zawodnicy mieli więcej swobody.
Czy w przypadku pana drużyn mówimy bardziej o konkretnym stałym systemie, czy też bardziej o filozofii.
– Słyszałem o filozofii gry Beenhakkera, że jak my mamy piłkę to oni jej nie mają.
Zdaje się, że pan też dzisiaj to powiedział.
– Powtarzam po nim.
Kazimierz Górski też to mówił.
– Pan dąży do filozofii, a ja się tylko uczyłem propedeutyki filozofii (wprowadzenia – red.). Ciekaw jestem czy ci, którzy posługują się słowem filozofia wiedzą w ogóle o co chodzi. Piłka nożna to jest sztuka konfrontacji, to jest wojna. Można mówić absolutnie o taktyce, ale przede wszystkim umiejętnościach. Bo im lepsza technika, im wyższe umiejętności, tym można mówić o wyższej taktyce. A jeżeli z tym jest problem, szczególnie w naszej lidze, bo oto patrzymy na drużynę, i tu nie jest to, tu nie to, nie to, nie to…. A tu to i tu też to, czyli pozytywy i negatywy. A więc po 90 minutach wychodzi jak wychodzi. Czyli jak nie strzelili bramki, to pan to od razu określa negatywnie. A my patrzymy również czy stwarzamy sobie sytuacje, czyli idzie to w dobrym kierunku, ale jeszcze trzeba cierpliwości.
Pan mówi o cierpliwości, więc ja zapytam o wiarę. W pewnym momencie przegraliście trzy mecze z rzędu i spadliście na ostatnie miejsce. Czy nie stracił pan wiary w to, że pańskie metody szkoleniowe są słuszne?
– Problem polega na tym, że myśmy znaleźli się na ostatnim miejscu w tabeli po dwóch miesiącach, nawet troszkę więcej, gdy wykonaliśmy pewną robotę, która była absolutnie inna od tej poprzedniej.
Co pan ma na myśli?
– Ci, którzy czytają piłkę nożną, wiedzą o co chodzi. A pan nie wie.
Proszę więc mi wyjaśnić.
– Myśmy zabrali się za trening cech motorycznych, trening wspomagający, aby wydobyć od zawodników ich najlepszą szybkość i ich najlepszą wydolność. Krótko mówiąc, część zajęć była zajęciami niepopularnymi bo to nie byłą gra. Ale to było jak gdyby przygotowanie do przygotowania. Może to śmiesznie brzmi, ale mam na myśli to, że myśmy nie mogli od razu wziąć się do roboty i pokazywać jacy to my jesteśmy mądrzy, ale musieliśmy wziąć pod uwagę aktualny stan wytrenowania drużyny, ich możliwości tego treningu, który my im proponujemy. Ponieważ ogromna większość tych zawodników, ten trening który zaproponowałem, wykonywała po raz pierwszy, to nie mogliśmy od razu, mówiąc brzydko, dmuchać pełną parą, tylko dawkowaliśmy to, wykorzystując przerwy w rozgrywkach na kadrę, na kilkudniowych zgrupowaniach. Oczywiście to wywoływało pewne wahania formy u poszczególnych zawodników, ale wierzyliśmy w to, ze ponieważ trochę meczów jest do końca, a doszły jeszcze dwa dodatkowe z wiosny, że to musi eksplodować. Udało się, tym bardziej przyszła pewna satysfakcja, że pokonaliśmy drużyny o których się dobrze pisało, jak Śląsk Wrocław czy nawet Piast Gliwice. Jestem przekonany, że to pozwoliło do końca, do meczu z Lechią Gdańsk grać „na pełnych obrotach”. Zakończyła się pierwsza runda i stało się to jak gdyby przygotowaniem do tego, co próbujemy robić od stycznia na drugą rundę. W międzyczasie pożegnało klub kilku zawodników. Uznałem, że do sposobu, w jaki zamierzamy pracować w dalszym czasie, potrzebujemy innych zawodników. Takich, którzy będą odpowiadać swoimi możliwościami, również swoimi wrodzonymi, wytrzymałością, szybkością. Ale w związku z tym, że pojawiła się możliwość transferowania zawodników do Cracovii, to zaczęliśmy bardzo poważnie brać pod uwagę transfery i to znaczące. Oczywiście natychmiast pojawił się problem, który w Polsce jest znaczący, czyli kontakty z menedżerami zawodników, którymi jesteśmy zainteresowani.
Co to za problemy?
– Nie mam zamiaru odpowiadać panu teraz czemu jest to taki problem, bo to jest sprawa znana i to środowisko trzyma się mocno, tym bardziej, że są w tej sprawie również byli dziennikarze.
Konkrety?
– Nie wiem czy pan jest debiutantem i nie wie o czym mówię?
Wiem, że chodzi panu o Jarosława Kołakowskiego, ale czekam na jakieś konkretne informacje…
– Staram się współpracując w tym temacie z profesorem (Filipiakiem – red.), jak również wiceprezesem Tabiszem, zrobić wszystko aby klub nie został oszukany a zawodnicy, którzy mentalnie byliby do nas transferowani, aby nie był to przypadek czy kaprys, albo tym bardziej żeby ktoś nie wepchnął nam jakiegoś piłkarza, z którym przede wszystkim klub będzie miał kłopoty, bo będzie trzeba płacić kontrakt. Ja mogę bardzo łatwo wyrzucić z kadry do drugiej drużyny ale konsekwencje ponosi klub.
Czyli chodzi o kontakty pana Kołakowskiego z byłym trenerem…
– Koniec tematu.
Czy trener musi być dyktatorem czy nie?
– Jeśli pan pije w moim kierunku, że niby ja jestem dyktatorem…
Nie, to zwykłe pytanie, chcę poznać pana podejście do zawodników.
– Powiem panu wprost, że nie rozumiem pytania. Jeśli dyktatorem był Mussolini, jeśli dyktatorem był generalissimus Stalin, to jestem… jakimś tam, jakimś tam ogniwem w klubie, które z pewnością jeśli chodzi o trening, szkolenie, ma na to duży wpływ. Jeśli chodzi natomiast o to słowo, to znaczy, że co? Że przychodzi na siódmą godzinę, drużyna staje na baczność i kapitan zgłasza mi ilu żywych ilu nieżywych? Że o godzinie 8 jest trening, musztra, wszyscy wchodzą na stołówkę a ja patrzę czy mają menażki?
A przypadek Jakuba Tosika, który uważa, że niszczył go pan psychicznie?
– Wspaniały chłopak, którego trenerem byłem od początku do końca. Ściągnąłem go z juniorów, był ze mną do końca. Byli jednak lepsi i miał problem z wejściem do pierwszej jedenastki. Próbowałem go w jednym meczu, piątym i dziesiątym, również w kilku mistrzowskich. W moim odczuciu w tym okresie, w którym wydawało się, że on będzie szedł w górę jak burza, nie poszedł… a nie znam trenera który nie wstawiałby zawodnika lepszego, a na ławkę sadzał gorszego. A ja akurat czytałem wywiad w Kubą. To co powiedział, to uważam, że to jest normalne, a to że on się mnie bał…
Zawodnik powinien się bać trenera?
– Może nie pasowało to słowo, które powiedziałem. Ja traktowałem go niemal jak swojego syna, uważam, że mu dużo pomogłem. Największym jego problemem było to, że był wychowankiem klubu. Tacy mają zawsze gorzej. Mogę powiedzieć Kubie po dwóch latach, że w tym czasie jak ja byłem w Bełchatowie, to działacze chcieli go pięć razy wyrzucać do innych klubów, pozbyć się go, a ja do końca go trzymałem i nie pozwoliłem go sprzedać. I dzisiaj dzięki mnie mają solidnego zawodnika ligowego.
Wracając do rozmów z zawodnikami, zastanawia mnie jak rozmawiać z Marcinem Cabajem. Jest zewsząd ostro atakowany, wyciągane mu są wszystkie bramki, które go ośmieszają, któryś z komentatorów telewizyjnych powiedział, że „ktoś puścił Cabaja”. Jak pan rozmawia z tym człowiekiem, by odzyskał pewność siebie?
– Ja się czasem zastanawiam, kto to są ci dziennikarze, również w telewizji. Czy pan grał w piłkę?
Grałem trochę.
– Ale grał pan czy pan kopał?
W lidze okręgowej, czyli gdzieś na pograniczu gry i kopania.
– No widzi pan, dlaczego pan został dziennikarzem a nie zajmuje się polityką, gospodarką ale właśnie piłką nożną?
Bo nie interesuję się polityką ani gospodarką ale właśnie piłką nożną. A pan pewnie myśli, ze każdy dziennikarz zajmujący się piłką nożną to piłkarz, któremu się nie udało? Ciekawa teoria.
– Są ludzie, którzy pracują w mediach i już po kilku pytaniach widać, że są to ludzie zawiedzeni, którym nie wyszło i pierwsze co mają na uwadze to przypieprzyć temu, który na boisku coś tam źle zrobił, z trenerem włącznie. A chodzi o to, że piłkarze zarabiają 100 tysięcy. Dziennikarz też mógł grać w piłkę i zarabiać. Fakt ostatnio pozwolił sobie zrobić listę 100 zawodów, kto ile zarabia, to ja zastanawiam się czy w Stanach Zjednoczonych w ogóle jest to możliwe. A mieszkałem tam kilka lat w USA. I tam każdy starał się zarabiać jak najwięcej. A w Polsce, to może pokłosie wychowania komunistycznego, każdym zazdrości temu, który zarabia więcej. A jak ktoś jest nikim, mało zarabia i nie robi wszystkiego żeby być kimś i zarobić więcej, to jest jego problem. Ale nie, on zostawia swoją osobę, a bierze się za tą, która zarabia więcej. I podobnie jest co do krytyki na boisku. A jeśli dziennikarz pozwala sobie wyśmiewać nie tylko piłkarza ale i jego nazwisko, to jest po prostu chamstwo z jego strony.
Ja nie zgadzam się, że to jest sprawa zarabiania, ale…
– Cabaj jest bardzo dobrym bramkarzem!
Ale ja się pytam, jak pan z nim rozmawia.
– A niech pan się jego zapyta. Facet broni dalej, bo jest bardzo dobrym bramkarzem. A jak napastnik nie strzeli dwóch metrów to jest złym piłkarzem?
Czyli sytuacja Cabaja pana zdaniem nie wymaga indywidualnego podejścia?
– Ale niby jakiego podejścia, co pan chce zaproponować?
Trenerzy rozmawiają z zawodnikami.
– Ja też, ale jak by pan z nim rozmawiał?
Nie no, bez przesady, to pan tu jest trenerem, ja zadaje pytania.
– Ale proszę się nie migać, że pan nie jest trenerem, bo pewnie nie jednego trenera zmieszał pan już z błotem, co? Co pan będzie tłumaczył, że nie trzeba kopnąć tym, tylko tym, że trzeba się bardziej było pochylić? Pan pewnie wie jak, co?
Zmierzam do tego czy trener musi być dobrym psychologiem.
– Ja trzy lata studiowałem psychologię, więc pewnie jestem słabym. Znam prezesów, którzy bardzo chętnie zatrudniliby psychologów do klubu.
To dobry pomysł czy zły?
– Jak trener potrzebuje w klubie psychologa, to sam powinien pójść do psychiatry. Jeśli jakiś piłkarz ma swojego prywatnego psychologa, to jest jego problem.
Boruc miał i dobrze sobie radził, co w tym złego?
– Jego problem! Ja nie mam tutaj Boruca w klubie. Być może wymaga psychiatry. Może ma nie tego psychologa.
Pomógł mu w grze.
– Proszę pana, co pan mi tu gada? Jeśli ktoś zostawił babę, jeśli ktoś spieprzył rodzinę, to jemu potrzeba psychologa? Może piłką dostał nie w to miejsce gdzie trzeba.
Ponawiam pytanie.
– Trener musi być absolutnie przygotowanym. Musi być bardzo dobrym psychologiem, bo pracuje z ludźmi, którzy ciągle są pod presją wysiłku fizycznego, a pan pewnie wie, że jak zaczyna się drażnić zwierzę, które gdzieś tam ucieka, to ono się zatrzymuje i gryzie. To jest naturalne i trzeba być tym, który wymaga od zawodnika, tyle ile jest on stanie wykonać, ale również po to, żeby zawodnik wykonał to również na drugi dzień i jeszcze chciało mu się grać w piłkę.
Ważniejsza taktyka czy motywacja?
– Jedno i drugie, a stawianie sprawy czy coś jest ważniejsze…
Coś zawsze jest ważniejsze, ale zapytam czy pan jakoś na przykład specjalnie przygotowuje się do przemowy w szatni czy po tylu latach jest ona spontaniczna?
– O spontaniczności nie ma mowy, bo każdy mecz się gra z inną drużyną. Inaczej się rozmawia przed meczem z przeciętnym ligowcem a inaczej przed meczem z mistrzem.
Mówił pan na początku o wojnie, strategicznej potyczce. Ja sobie znowu pozwolę zacytować naszego wspomnianego polsko-holenderskiego klasyka czyli Leo Beenhakkera: „Wszystko zależy od tego jak gramy my, nie jak grają oni”. A pan mówi odwrotnie.
– Z pewnością ma wiele racji, bo jak moja drużyna jest ciągle w odwrocie to czeka tylko na kontrę. Ale robi się to i to. Bierze się pod uwagę swoje umiejętności, wszystko się robi, by drużyna miała styl gry, żeby było wiadomo kto za co odpowiada, w których formacjach jest lider, która strona jest mocniejsza w ofensywie, która w defensywie. Bierze się przeciwnika, kogo on ma na tych pozycjach, żeby już przed meczem nie miał on większej szansy. Generalnie trzeba wziąć pod uwagę, że to tylko 90 minut, w których może się wydarzyć absolutnie wszystko. Inaczej rozgrywanie meczu niemiałoby sensu, ale ponieważ wynik jest nieznany, pomijam te mecze w których brali udział ci panowie, którzy we Wrocławiu zostali nominowani. Na tym polega piękno, że tysiące ludzi przychodzi i nie wie co się wydarzy. Jeśli są walki bokserskie, gdzie jeden jest czempionem a drugi kandydatem na czempiona i jeden ma 38 zwycięstw w tym 35 nokautów, to wszyscy przychodzą i czekają, kiedy kolejny nokaut nastąpi. A w piłce nożnej wszyscy się zastanawiają, dlaczego ktoś ma 10 razy wyższy budżet i przegrywa puchar z czwartą ligą. Zmierzam do tego, ze jest to wojna, gdzie przez 90 minut trzeba wszystko zrobić, żeby nie stracić bramki, żeby nie było ofiar. Jeśli to się udaje, to się meczu nie przegrywa a to już jest coś. A co do motywacji, to przecież nie mogę powiedzieć w szatni, ze gramy z drużyną X i musimy wygrać. Wiadomo, człowiek się urodził to musi i umrzeć, a drużyna, można jej powiedzieć, że jak wygra to się uratuje i zostanie w ekstraklasie albo będzie mistrzem. Ale że coś musi? Najczęściej jak coś się musi, to się potem wszystko spieprzy.
Chciałem się cofnąć w czasie do pana największego sukcesu.
– Ja nigdy nie mierzę sukcesów tym, na którym miejscu drużyna była. Od dłuższego czasu zajmuję się treningiem, przygotowaniem drużyny, taktyką, grą tej drużyny, a tym bardziej przekonuje mnie sytuacja z ostatnich kilku lat, gdzie Wrocław decydował o tym, kto kim był. Absolutnie nie mam wyrzutów sumienia co do tego, że ktoś tam zdobywał więcej ode mnie tytułów. Trener jest zawsze w sytuacji, że albo jest baranem albo katem. Najczęściej jest się baranem, bo na 16 drużyn tylko jedna drużyna może być mistrzem.
Jednak sytuacja nie daje mi spokoju, pan powiedział o tym Wrocławiu, a po tym mistrzostwie dla Zagłębia pan mocno coś sugerował, ale wtedy wybuchła też ta sprawa z Pogonią Szczecin i chciałem spytać jak to z pana perspektywy wyglądało.
– Proszę mi przypomnieć.
Otóż prezes Pogoni zarzucił piłkarzom, że chcieli sprzedać mecz Bełchatowowi, natomiast piłkarze zarzucili to samo prezesowi, tak czy inaczej był zarzut sprzedaży meczu pana drużynie.
– Proszę pana, przecież Pogoń grała w tym samym składzie, do czego pan zmierza?
Chciałbym poznać pana punkt widzenia.
– Widzę że pan…
Zadaję konkretne pytania.
– Bardzo często się mówi, że pytania są mądre, tylko odpowiedź jest głupia. Ale bardzo często pytania są tak głupie, że wie pan, nie ma jak odpowiedzieć mądrze.
Widzę, że się nie dogadamy.
– Ja się nie chcę dogadywać. Ja po prostu nie wiem o co panu chodzi.
Była konkretna sytuacja, prezes Pogoni…
– A kto to był?
Jan Miedziak. I on zarzucił piłkarzom, że chcieli sprzedać mecz, z tego powodu wymienił m.in. bramkarza, dla którego był to jeden z pierwszych meczów w ekstraklasie.
– Pogoń nie przegrała wtedy dlatego, że bramkarz źle bronił. Ale chwileczkę. Ja jestem dzisiaj trenerem Cracovii, wtedy byłem trenerem Bełchatowa. A pan pyta mnie o Pogoń.
Bo graliście wtedy z Pogonią.
– I ja jako ówczesny trener Bełchatowa na co mam panu odpowiedzieć?
Myślałem, że ma pan jakieś swoje przemyślenia na ten temat, bo przecież pan zasugerował jednocześnie, ze Zagłębie Lubin…
– Ja proszę pana nic nie zasugerowałem, bo fakty jakie były… oglądałem mecz w Warszawie i wszyscy widzieli jak wyglądał. Pan ma inne zdanie?
Nie, bo miałem podobne odczucia, ale z drugiej strony pojawiły się fakty niekorzystne dla was.
– To prezes Pogoni ma problem nie ja.
A Pan nie ma na ten temat żadnych przemyśleń…
– Ja mam wiele przemyśleń a to mnie akurat nie zaprząta głowy, żebym brzydziej nie powiedział. Pan mnie chyba z kimś pomylił, że pan mi takie pytania zadaje.
Na koniec wracam do tej Wisły Kraków, pan był młodym trenerem, miał 37 lat. Czy myśli pan, że od tego czasu pana kariera poszła w tym kierunku, w którym pan sobie wyobrażał?
– Nie liczę swoich osiągnięć zdobytymi tytułami. Uważam, że w kilku klubach być może miałem większy sukces, ale on się nie przełożył na wynik. Proszę mi wierzyć, że są tacy trenerzy, którzy zdobyli nawet z jedną drużyną dwa mistrzostwa Polski, ale mogę dzisiaj zapytać – gdzie oni są. Nie chodzi mi o to, że mają 100 lat, ale może inaczej. Ja za dużo wiem, żeby mieć na ten temat zdanie takie, że ja byłem bałwanem, że tylko raz zdobywałem mistrzostwo Polski. Dwa lata później mogłem być mistrzem w Śląsku, nie dużo brakowało, za dwa kolejne lata niewiele brakowało a byłbym mistrzem w Ruchu Chorzów. Ale co z tego, ja dzisiaj jestem w innej sytuacji jak pan. Jeśli chodzi o to, że to było 25 lat temu, to nie chcę powiedzieć, że ja to olewam, ale ja mam problem tutaj, na miejscu, z Cracovią. Ona ma grać.

9 Komentarzy

Testy na miarę

Znowu krótko
Wisła Kraków testuje 19-letniego napastnika z II-ligowego zespołu ukraińskiego. Dorobek tego jakże utalentowanego młodzieńca to 1 bramka w 16 meczach (w tym 14 ligowych).
Skorża od dłuższego czasu próbuje przeforsować swoją wizję ataku – wieżowiec, który zgrywa piłki i mały szybki napastniczek.
A więc testuje kolejnych patałachów, którzy po prostu są wysocy. I są za darmo.
Dobrzy trenerzy mają to do siebie, że są elastyczni, że potrafią odnaleźć się w określonych sytuacjach. Tego też spodziewałem się po Macieju Skorży. Tracę wiarę.
Może i ten Ukrainiec ma wielki talent, ma coś co widzi Skorża a czego nie widzą inni. Może tu objawia się jego geniusz. Ja osobiście nie widziałem faceta, wiem tylko, że jest środkowym napastnikiem. I nie ma 5 bramek w 16 meczach. Ma 1. Słownie: JEDNĄ.
Powodzenia, w tym roku Liga Mistrzów na pewno będzie nasza…

Dodaj komentarz

Eksztajn syn

Jak wiadomo (komu wiadomo temu wiadomo) jestem przeciwnikiem rozpisywania się o sędziach, Wrocławiu i działaczach piłkarskich. Nie interesuje mnie jak dzieciństwo spędzali Animucki i Masiota ani z kim pije piwo prokurator Tomankiewicz, i czy Marian Rapa to albo tamto. Czasami trzeba, ale generalnie interesuje mnie jak jak gra piłkarz, skąd się wziął i co myśli trener oraz wszelkiego możliwego rodzaju ploty transferowe oraz opinie o futbolu. Nadmierne pisanie o działaczach, zachwianie proporcji, wpłynęło moim zdaniem negatywnie – drastycznie – na czytelnictwo naszej prasy sportowej. Dlatego będzie bardzo krótko, z zachowaniem odpowiednich proporcji o nowym szefie sędziów.

Eksztajn syn
A więc, rozmowa z byłym ligowcem.
– Słyszał Pan? Szefem sędziów został Janusz Eksztajn syn. Pamiętam jeden taki mecz. Biegam, biegam, a on do mnie: „Po co tak biegasz i tak nie wygracie”. No i nie wygraliśmy. I tak jeszcze w kilku meczach – mówi były ligowiec.

Tyle o szefie naszych sędziów. Jakby co, mam to nagrane 🙂

7 Komentarzy

Tak hartowała się stal

Drugi tekst w naszym cyklu „Oni wstrząsną ekstraklasą” był o Rafale Boguskim. Połaziłem tu i tam i okazało się, ze facet ma ciekawą historię. Oto efekty mojego jeżdżenia…

Tak hartowała się stal

Czasem, gdy mam na plecach obrońcę i dostaję mocne podanie, piłka mi odskakuje na kilka metrów. Wtedy widzę, że mam braki techniczne – zdradza Rafał Boguski. – Czasem zastanawiam się: co by było, gdybym wcześniej zaczął grać w piłkę?

Człowiek-tester
Do klubu zapisał się, gdy miał 15 lat! Jakieś 7 lat później niż jego koledzy w zachodnich krajach. Przyszedł na trening ŁKS Łomża i został poddany sprawdzianowi. – Trener dał mnie do pary z najsłabszym zawodnikiem, można powiedzieć, że to był taki człowiek-tester. Jeśli było się od niego chociaż odrobinę lepszym, to przyjmowali cię do zespołu – opowiada. Przetrwał test.
Rocznik 1984 zapowiadał się doskonale. O niektórych zawodnikach mówiono jako przyszłych pierwszoligowcach, kilku zostało wyłowionych przez Szkoły Mistrzostwa Sportowego, głównie tą z podwarszawskiego Piaseczna. Konkurencja wydawała się nie do przeskoczenia. – Gdy przychodziłem do juniorów, bardzo odstawałem, wcześniej nie miałem treningów technicznych. To było zresztą doskonale widać. Zagryzałem zęby i zasuwałem. Po półtora tygodnia trener wziął mnie na mecz i grałem w pierwszym składzie – opowiada zawodnik Wisły.
Szybko nadrabiał braki. – Ćwiczyłem na podwórku z kolegami, na każdy trening do klubu przychodziłem pierwszy. Nie irytowałem się, gdy widziałem, że ktoś robił coś, czego ja nie potrafiłem. Po prostu patrzyłem na lepszych kolegów i starałem się im dorównać. Sama świadomość tego, że nie umiem pewnych rzeczy, mobilizowała mnie do pracy – dodaje.
– Gdzieś po roku treningów w sparingu z drużyną seniorów strzeliłem gola i wypadłem naprawdę dobrze. Wtedy poczułem, że treningi przekładają się na umiejętności. Miał wtedy nieco ponad 16 lat i od roku uczył się w liceum ekonomicznym w Łomży. Wcześniej nie widział prawdziwego klubu piłkarskiego. Jego futbol to były mecze między wsiami, kopanie na skrzyżowaniu w Leopoldowie i treningi ze starszym o 15 lat wujkiem Jarkiem, napastnikiem okolicznych wiejskich klubów.

Mały był za ciężki

W Leopoldowie oficjalnie jest zameldowanych 120 osób. W rzeczywistości jest ich około 80, z czego większość stanowi bliższa lub dalsza rodzina Rafała. Właściwie zaledwie dwie, może trzy rodziny to obcy. Od kiedy Rafał jest w Wiśle Kraków, wszyscy tu zamontowali sobie „talerze” na dachach i oglądają mecze. Wolny czas dzieci spędzają tu na tzw. żwirowni, czyli żwirowych górkach za wsią. W zimie są idealne do zjeżdżania na sankach.
Jakieś 200 metrów za mostkiem, zaraz obok skrzyżowania, dziadek Boguski miał pokaźną posiadłość. Podzielił ją między swoje dzieci. Dzisiaj w tym miejscu mieszka wujek Jarek. Przez lata sąsiadowali z nim rodzice Rafała – Kazimierz i Hanna, oraz dwójka rodzeństwa: Karol i Emilia. Dziś dom zajmują babcia i wujek Tadeusz.
Wieś powoli się wyludnia. Ludzie wyjeżdżają do miast w poszukiwaniu przyszłości. Najbliższa szkoła, ta do której chodził Rafał, znajduje się w Chojnach Naruszczkach, kilometr na piechotę. Właściwie znajdowała się, bo kilka lat temu ją zamknięto.- Było coraz mniej dzieci, w końcu gdy któregoś roku zgłosiło się tylko pięcioro, władze gminy postanowiły przenieść szkołę do Miastkowa – opowiada Marcin Chojnowski, prezes, trener i zawodnik KS Miastkowo, radny gminy i kolega z ławki szkolnej Boguskiego.
Wujek Rafała, Jarosław Boguski również gra w klubie z Miastkowa. Sam po cichu marzył o karierze piłkarskiej, ale to były inne czasy. Na wsi są poważniejsze zmartwienia niż futbol. Gdyby rodzice Rafała nie przeprowadzili się do Łomży, pewnie też grywałby w klubie z Miastkowa i byłby lokalną gwiazdą, jak wielu jemu podobnych utalentowanych piłkarzy w całej Polsce.
A mogło się skończyć nawet gorzej. Swego czasu 13-letni kuzyn podniósł 3-letniego Rafała do góry. „Mały” okazał się za ciężki, spadł z wysokości metra na ziemię i pękła mu kość w nodze. Lekarze założyli gips. Przez jakiś czas Rafał nie mógł chodzić, więc biegał za piłką na czworaka.
To był pierwszy znak. – Rafała pamiętam jako ubłoconego chłopaka, który wraca z piłką pod pachą przez nasze podwórko – wspomina Ewa Boguska, żona wujka Jarka, pierwszego „trenera” Rafała. Rafał: – Trener to byłoby zbyt duże słowo. Nigdy nie mówił, jak się ustawiać, jak grać w piłkę, to było po prostu zwykłe kopanie. Dzieliliśmy podwórko na dwie połowy i strzelaliśmy na bramki.- Graliśmy na podwórku, głównie się kiwaliśmy – pokazuje Jarosław Boguski przez okno. Za jedną bramkę służyła brama wjazdowa, za drugą kamienie. Tak dzień w dzień, po dwie, trzy godziny. Z czasem zaczęli grać przez płot, w siatkonogę. Rafał poprawiał technikę. – Właściwie jak tylko zaczął chodzić, to zaczęliśmy kopać – opowiada Jarosław Boguski.
Gdy Rafał Boguski miał 14 lat, grywał w meczach „wieś na wieś” przeciwko dorosłym, nawet ponad 30-letnim mężczyznom. Grali z Łubami-Kiertanami, z Sułkami, Młynikiem, a czasem nawet z Tarnowem, który leży już 5 kilometrów dalej. Poważniejsze mecze rozgrywano w Szczepankowie, również 5 kilometrów od Leopoldowa, bo tam było pełnowymiarowe boisko i grał tu czołowy klub w rozgrywkach Ludowych Zespołów Sportowych a w nim wszyscy najlepsi lokalni piłkarze, między innymi wujek Jarek. Rafał był za młody na rozgrywki LZS-ów, ale w meczach między wsiami w pewnym momencie zaczął brylować.- Zdarzało się, że brał piłkę, mijał kilku rywali i strzelał bramkę – mówi Jarosław Boguski. – Trochę bał się starć z dorosłymi chłopami, dlatego nadrabiał szybkością, zwrotnością. W wieku 14 lat był już szybszy niż starsi faceci.
Zaczęły się szepty
Wujek Jarek: – Ludzie zaczęli pytać: „Co to za chłopak, skąd go wzięliście?”. Nie mieli pojęcia, że Rafał na co dzień gra tylko na podwórku i skrzyżowaniu przed domem. Z czasem Rafał z kolegami zorganizowali sobie boisko. Na łące należącej do gminy. Było trochę za małe, więc Waldek – jeden z rolników, który też lubił pobiegać za piłką, dorzucił kawałek swojego pola. Boisko nazwali „Państwowym” albo „Ogólnym”. Dzisiaj już nie istnieje, ale wtedy było jednym z ważniejszych miejsc wiejskiego życia. Bramki chłopcy zrobili z konarów, siatki ze sznurków rolniczych używanych do wiązania snopków. Boisko miało 40 metrów długości, 20 szerokości. Na codzienne kopanie wystarczyło. Ale to dopiero późnym popołudniem, po pracy na roli. – Lubiłem swoje dzieciństwo, sianokosy, czy nawet żniwa i wykopki, chociaż to była ciężka robota – mówi Rafał Boguski, jakby praca na roli była czymś zupełnie normalnym. Wujkowie wspominają, że gdy szedł z na pole z krowami, bez przerwy żonglował piłką.
Praca na roli dziś wydaje się prosta, Ewa Boguska śmieje się, że „tak się czasy zmieniły, że dzisiaj dzieci na wsi nie wiedzą nawet jak siano wygląda”. Jesienią ziemniaki wykopuje kombajn. Rafał jest jeszcze z pokolenia, które zbierało je kopaczką, traktorem jeździł brat Karol. Ich pole miało powierzchnię kilkunastu boisk piłkarskich. Hanna Boguska, mama piłkarza: – Dla dzieci na wsi to codzienność, ale na pewno nie jest to lekkie zajęcie. Mnie było moich dzieci szkoda, dla nich wyprowadziliśmy się do miasta, żeby miały lżej. Rafał Boguski: – Jestem przyzwyczajony do ciężkiej pracy i myślę, że zwłaszcza w okresie przygotowawczym daje mi to pewną przewagę.

Czyścił kontenery w USA

Rodzice zdecydowali w końcu, że pracą na wsi nie zapewnią przyszłości dzieciom. – Przeprowadziliśmy się do Łomży. Na roli trzeba się napracować, a efekt często nie jest taki, jakbyś się spodziewał. Tylko niektórzy rolnicy się wzbogacają. Jedzenia nam nie brakowało, sami wszystko produkowaliśmy, ale rodzice postanowili, że mieszkać będziemy w Łomży a zarabiać za granicą – opowiada Rafał.
Spora część rodziny Rafała już wcześniej wyemigrowała do USA, konkretnie do Lindenhurst na Long Island w stanie Nowy Jork. Rodzice zaczęli więc pracę w Stanach Zjednoczonych, a do domu wracali na święta i wakacje. Wkrótce także i dzieci państwa Boguskich zaczęły jeździć za ocean. Rafał był już wystarczająco duży, żeby pracować. – Tata zapytał swojego szefa czy ja i Karol możemy popracować na frezarkach i tokarkach – opowiada napastnik Wisły. Pierwszy raz na saksy wyjechał, gdy miał 17 lat. Później jeszcze dwukrotnie w czasie wakacji. – Raz miałem cięższą robotę: musiałem malować kontenery na śmieci i czyścić je z odprysków. Chemikalia to jedno, ale największym problemem było czyszczenie odprysków po spawaniu. Miałem taką elektryczną szczotkę, szlifierkę i wyrównywałem powierzchnie. To był ciężki sprzęt. Wracał do domu i padał wykończony. Czasem krzyczał przez sen po angielsku. Lżej było w pracy na farmach, bo do tego przyzwyczaił się w Leopoldowie.
Dwaj bracia cioteczni Rafała – Adam i Kamil Parzychowie z powodzeniem grają w miejscowych drużynach koszykarskich. Jeden w uniwersyteckiej, drugi szkolnej. Zresztą rodzina napastnika Wisły to niemal sami sportowcy. Siostra grała w tenisa stołowego, brat rzucał oszczepem, brat stryjeczny Adrian jest świetnie zapowiadającym się chodziarzem.
W USA Rafał od razu dostał oferty z lokalnych drużyn. Grał w polonijnym klubie ze Stanford, w turnieju z okazji rocznicy śmierci Kazimierza Deyny. Oczywiście został królem strzelców. Kariera w Stanach stanęła otworem. Lekka praca, szkoła za darmo. Działacze ze Stanford byli tak zdesperowani, że raz ściągnęli Rafała na tydzień z Łomży, specjalnie by tylko zagrał w kilku meczach. Poleciał. Gdyby zdecydował się zostać, mógł zarabiać nawet 50 tysięcy dolarów rocznie. Jak na amatorskie rozgrywki to ogromna kwota. Rodzice chcieli, żeby został w USA, cała rodzina namawiała, ale Rafał wraz z rodzeństwem wolał wrócić do Polski. Coraz lepiej szło mu w ŁKS Łomża.

Jagiellonia mówi „nie”

Koledzy zaczęli wołać na niego „Dziki”. – Graliśmy w juniorach gierkę treningową, przegrywaliśmy, więc robiłem, co się tylko dało, żeby odrobić straty. Biegałem we wszystkie strony, walczyłem, próbowałem strzelać. Po treningu jeden z kolegów powiedział: „Co ty taki dziki jesteś?”. I tak zostało – wspomina.
Boguski był maniakiem treningów. – Jeśli szkołę mieliśmy po południu, to trener urządzał dla nas treningi rano. Przychodziliśmy na 10, później do szkoły, ale zdarzało się, że Rafał zrywał się z lekcji, żeby przyjść jeszcze na popołudniowy trening i ćwiczyć z resztą chłopaków – opowiada kolega z ławki, Marcin Chojnowski.
Choć w podstawówce co roku otrzymywał świadectwo z czerwonym paskiem, w szkole średniej nie miał już wątpliwości, że to futbol będzie jego przyszłością. Na pierwszej godzinie wychowawczej nauczycielka kazała napisać „moje największe marzenie”. Każdy przygotował je w tajemnicy, złożył kartkę i schował. Rafał pisał: „grać w reprezentacji”. Mama: – Mówiłam mu: „Bierz się za naukę, z piłki nic nie będziesz miał, tylko brudne ubrania”. Mówił: „Mamo, spokojnie, jak będę zarabiał, to kupię ci pralkę”. W końcu pralkę kupiliśmy sami, Rafał kupił zmywarkę.
– Był coraz lepszy, w pewnym momencie strzelał dla nas po kilka goli w każdym meczu. Różnica między nim, a resztą była tak duża, że odszedł do seniorów – mówi Chojnowski, który przez jakiś czas grał z Rafałem w juniorach.
Zawodnikiem zainteresowała się Jagiellonia, która myślała o awansie do ekstraklasy. Pojechał, ale wrócił na tarczy. Uznano, że się nie nadaje. Wtedy w klubie postawiono na duet Dzidosław Żuberek – Wojciech Kobeszko. Z Łomży wyciągnął go do Wisły dopiero Jerzy Engel junior. Kibice skandowali „zostań z nami”, ale Wiśle odmówić nie mógł.
Gdyby prześledzić jego karierę, każdy sezon to spory postęp. Wciąż idzie do przodu, gra częściej, wyżej, strzela więcej goli. Dopiero w tej rundzie przystopował z powodu kontuzji. Obserwując jednak zimowe sparingi, widać, że wraca do wielkiej formy. Jeśli nie będą prześladowały go urazy, nie ma właściwie siły, która mogłaby go zatrzymać.
Historia Boguskiego to tak naprawdę kolejna z opowieści o triumfie woli, o tym, że jeśli chcesz czegoś naprawdę, możesz to osiągnąć. Jarosław Boguski: – Przez te sześć lat nie opuścił żadnego treningu w Łomży. Marcin Chojnowski: – Nie przyszedł nawet na półmetek klasowy. Któregoś dnia przejeżdżałem koło stadionu w Łomży, lał spory deszcz, wszyscy rozeszli się do domu. Zobaczyłem tylko zupełnie przemoczonego chłopaka, który wchodził na boisko z workiem piłek, nie zwracał uwagi na ulewę. To był Rafał.

2 Komentarze

Siergiej kolejarz

Strasznie miałem dużo roboty, dlatego przez jakiś czas mnie nie było. Dziś wrzucam większą sylwetkę Siergieja Kriwca, którą robiłem jakiś czas temu a która ukazała się wczoraj w „PS”. Zaczęliśmy taką serię przed ligą: „Oni wstrząsną ligą”. Miejmy nadzieję, że jeszcze tą ligą da się wstrząsnąć. Wierzę, że tak, że właśnie nadszedł nowy czas, będą super stadiony, będzie trzeba sprzedać bilety, będzie trzeba zatrudnić gwiazdy i tak dalej. Najpierw w tych największych klubach, później w mniejszych. Kriwiec, moim zdaniem, jest zwiastunem tej „nowej ligi”. Oby… Dzisiaj zapraszam też do historii Rafała Boguskiego, jest w „PS”.

Kolejarz z Grodna napędzi poznańską lokomotywę

W czerwcu 1986 roku Sława miał 23 lata, jego żona Nina 19. Dziecko miało się narodzić za kilka tygodni. Syn czy córka? Starsza kobieta w szpitalu podeszła do Niny, spojrzała na jej brzuch i stwierdziła z przekonaniem: – To będzie dziewczynka, ładna. Sława zaprotestował: – Nie zgadzam się. To będzie chłopiec i zostanie piłkarzem.

Tak też się stało.

Przejście Siergieja Kriwca do Lecha Poznań to na Białorusi wielka sensacja. W 2009 roku został on wybrany najlepszym piłkarzem tutejszej ligi, w 26 meczach strzelił 14 goli i dorzucił do tego 9 asyst. Wiktor Gonczarenko, trener BATE Borysów, w rozmowie z białoruskimi mediami powiedział wprost: – Przenosząc się do Polski Kriwiec popełnia błąd.

TIR-y w Białymstoku

O klasie Kriwca świadczy chociażby wypowiedź Roystona Drenthe, który po meczu Ligi Mistrzów między jego Realem Madryt a BATE przyznał, że „ten z dziesiątką grał znakomicie”.

O klasie Kriwca świadczy chociażby wypowiedź Roystona Drenthe, który po meczu Ligi Mistrzów między jego Realem Madryt a BATE przyznał, że „ten z dziesiątką grał znakomicie”.

Anatolij Kapski, prezydent BATE opowiada „PS”: – W poprzednim sezonie otrzymaliśmy kilka dobrych ofert, z Włoch, Hiszpanii, Ukrainy, Rosji. Dlaczego Siergiej wybrał Lecha? To pytanie do jego agentów, przyznaję że nie wiem. Myślę, że ludzie z Poznania zrobili po prostu świetny interes. A my nie chcieliśmy robić mu przeszkód, bo Siergiej zrobił dla tego klubu ogromną pracę, był prawdziwym liderem, przez kilka sezonów udowadniał, że dla niego BATE to coś więcej niż tylko nazwa.

Jak udało się nam ustalić, Siergiej wcześniej miał kilka ofert, ale też miał pecha. Najpierw dostał propozycję przejścia do Zenita St. Petersburg, ale dyrektor który chciał go kupić został zwolniony. Znalazł pracę w Chimki Moskwa, ale en klub nie interesował z kolei Kriwca. Zgłosiło się Dynamo Kijów, ale Siergiej marzył o najlepszych ligach Europy. Oferta włoskiej Regginy przepadła, bo zespół spadł do Serie B. Zimą jedyną ofertę złożył Lech. Pomocnik chciał odejść i chciał, żeby BATE zarobiło na nim jakieś pieniądze, dlatego przyjął ofertę Kolejorza. Białorusini opowiadają jeszcze o rzekomym zainteresowaniu Benfiki Lizbona. Portugalczycy nie przedstawili jednak konkretów. Z kolei jeden z niemieckich klubów był zainteresowany jedynie transfer em bezgotówkowym, co nie wchodziło w grę. Kolejorz zapłacił za zawodnika 430 tysięcy euro. I wygląda na to, że klub z Bułgarskiej zrobił złoty interes.

– Obserwowałem Siergieja od marca, mogę potwierdzić, że był zdecydowanie najlepszym zawodnikiem białoruskiej ekstraklasy – przyznaje Siergiej Hitrikov, skaut Lecha działający na Białorusi.
Po pierwszych sparingach wygląda na to, że jest to jeden z najlepszych transferów polskich klubów w ostatnich latach. Na Białorusi wszyscy spodziewali się, że Kriwiec zagra na zachodzie, ale dla niego Polska kojarzy się z zachodem.

Sława i Nina Kriwcowie wspominają pierwszy poważny turniej Sierioży. Miał wtedy 12 lat, pojechał do Białegostoku na obchody 50. rocznicy powstania Hetmana. W zespole małego Kriwca grali zawodnicy o rok młodsi, a zostawił w tyle ŁKS, Jagiellonię, Wisłę Kraków, Śląsk Wrocław i Polonię Warszawa. Dla Siergieja było to niezwykłe przeżycie, wszędzie prasa, telewizja, wspaniałe nagrody…

– Przywiózł pełno słodyczy, chipsów, plakatów, jakieś pamiątki, koszulki, to był jeden z najszczęśliwszych dni w jego życiu – opowiada Nina Kriwiec. Drużyna Siergieja zajęła drugie miejsce, za Hetmanem.
Do Polski jeździł jednak już wcześniej. Jego rodzice handlują bowiem perfumami w Grodnie, na lokalnym bazarze „Korona”. Na początku lat 90-tych zwozili z Polski co się dało. Mały Siergiej jeździł z nimi. Na przejściu granicznym obserwował wielkie ciężarówki i zapamiętywał napisy na plandekach. Mama piłkarza wyjmuje album. W środku kilka tysięcy wyciętych z papieru ciężarówek. Wszystkie według tego samego wzoru, z pomalowanymi plandekami. Niezliczona ilość różnych wzorów, z powypisywanymi nazwami firm spedycyjnych. – To właśnie dla tych ciężarówek uwielbiał jeździć do Polski – mówi mama piłkarza.

On był taki malutki

– Miał chłopak wyobraźnię, myślę że właśnie dzięki niej jest rozgrywającym – mówi Wiaczesław „Sława” Kriwiec. W innym wyciągniętym z szuflady albumie udokumentowana jest cała kariera syna państwa Kriwców. To „rodzinny biznes”. Siergiej gra i strzela bramki, ojciec zbiera wycinki prasowe a mama wkleja zdjęcia. Pokazują pierwsze zdjęcia z piłką.
– Pojechaliśmy na wakacje do Anapy nad Morze Czarne. To była wtedy chyba Wspólnota Niepodległych Państw. Mieli tam niezłe piłki, więc kupiliśmy trzysta sztuk. Dwie zostawiliśmy dla Sierioży a resztę sprzedaliśmy do klubu – opowiada Sława.

To były początki ich działalności w handlu. Kilka miesięcy wcześniej Sława pracował w „Chimwałakno” miejscowej fabryce produkującej części do samochodów. Od zakładu pracy dostali mieszkanie, które liczyło… 9 metrów kwadratowych! Później dostali większe, 17-metrowe. Dziś mieszkają w ładnym mieszkaniu w bloku niedaleko od centrum miasta.

W tamtych czasach Siergiej grywał w jakichkolwiek butach. Kiedy udało mu się dostać prawdziwe korkotrampki nosił je aż do zdarcia, a potem… zaszywał i znowu nosił. Dlatego już, gdy wylądował w BATE zbierał sprzęt od kolegów klubowych i przywoził dla dzieci ze szkółki piłkarskiej w Grodnie.
Ojciec jeszcze na początku lat 90-tych kibicował Niemanowi Grodno i już marzył o wielkiej karierze syna. Siergiej podzielał te pragnienia. W Grodnie są dwie szkółki piłkarskie. Rodzice zastanawiali się do którego zapisać 8-letniego Siergieja. Ułatwił im zadanie. Zapisał się sam do Biełkardu. Mama była przeciwna karierze piłkarskiej syna, wolała pewny zawód. – Widziałam, że bardzo się stara i tak bardzo mu zależy. Ale on był taki malutki, chudziutki, mniejszy od swoich rówieśników – opowiada. – Nie chciałam puszczać go na treningi. Kiedyś przyszedł do domu załamany. Pytam: „Co się stało?”. Okazało się, że nie dostał powołania do reprezentacji okręgu. Bardzo wtedy płakał. Nie wiedziałam jak go uspokoić. Zobaczyłam wtedy, jak ważna jest dla niego piłka nożna. W końcu zaczęliśmy z mężem i z Sieriożą biegać po lesie, poprawiać szybkość. Biegaliśmy z nim regularnie, był bardzo zawzięty, chciał trenować – opowiada mama piłkarza. Razem z Siergiejem biegał jego rotweiler Walter. Siergiej zawsze marzył o takim psie. Ojciec nie chciał się zgodzić. – Wiedziałem, że to na mnie spadną wieczorne spacery, więc mówiłem od początku że nie ma mowy. Ale Siergiej się uparł, więc któr egoś dnia przyszedłem do domu i pies już był – rozkłada ręce.

Ja i Zidane…

Nowy nabytek Lecha od początku dokładnie wiedział czego chce. Powoli realizował swoje założenia. Marzył o wielkim świecie. Rodzice zachowali jego zeszyty, w których rozpisywał sezony z zachodnich lig – angielskiej, niemieckiej, francuskiej, włoskiej, hiszpańskiej. Wszystkie wyniki, tabele, strzelcy bramek. Uwielbiał Ronaldo i Zinedine’a Zidane’a. – Jak był jeszcze taki malutki, zobaczył koszulkę Ronaldo. Prosił: „Mamo, muszę ją mieć, kup mi proszę”. Przyjechaliśmy do domu, położył ją przed sobą i wpatrywał się w nią. Mówił: „Mamusiu, teraz energia Ronaldo przechodzi na mnie” – opowiada Nina.

Sława: – Później Francja została mistrzem świata i przyszła fascynacja Zidanem. – Pytałam go: „Sierioża, dlaczego nie chcesz jeść owsianki? Przecież wszyscy jedzą owsiankę”. A on odpowiadał: „Mamo, ja i Zidane nie jemy owsianki”. Zawsze tak mówił: „Ja i Zidane to”, „Ja i Zidane tamto” – śmieje się mama.
– Siergiej miał jeszcze jeden zeszyt, w którym zapisywał swoje plany na przyszłość, a później je realizował. Jeśli coś sobie zapisał, to później dążył za wszelką cenę do tego, by się spełniło. Teraz zdaje się, że ma napisany jakiś plan związany z Lechem – mówi Sława.

– Nikt w niego na początku nie wierzył, chyba tylko jego trener Władimir Pawłowicz (Siemierekow – red.). Zresztą poczekaj chwilę… – mówi Sława. Wyciąga telefon, wybiera numer. „Pawłowicz, dawaj do nas”. 10 minut później przychodzi pierwszy trener Kriwca. Nina: – Opowiedz, jak rwał się do gry.
– Chciałem robić zmianę, zastanawiam się kto wejdzie. Wielki stadion Niemana Grodno, pełno ludzi, wszystkie dzieciaki nieśmiało patrzą, a Siergiej, który był z nami dopiero drugi dzień krzyczy: „Ja chcę, niech mnie pan wpuści, ja dobrze zagram” – śmieje się Siemierekow.

Mimo wrodzonej nieśmiałości zaczął dominować w drużynie.
– Siergiej po prostu niesamowicie przykładał się do treningu. Inni chłopcy byli zmęczeni a on pracował bez wytchnienia. Koledzy szli do domu, a Sierioża zostawał sam na boisku, biegał, strzelał, dryblował – opowiada z przejęciem jego trener. – Nie powiem, że był najlepszym zawodnikiem, ale wiedziałem od pierwszego treningu, że będzie kiedyś piłkarzem. Był u nas jeden chłopak, który strzelał po 4,5 bramek na mecz. Dzisiaj ma 25 lat i nie gra w piłkę. Siergiej poza talentem miał jeszcze tę niezwykłą zawziętość. Wkrótce zaczął trenować z chłopcami starszymi o dwa, trzy lata i ich też przeskoczył. Był mniejszy ale nadrabiał ambicją.

Wiadomo było, że długo w Grodnie go nie utrzymają. – Byliśmy na obozie i zobaczył go mój przyjaciel Oleg Kononow (były piłkarz Ruchu Chorzów – red.), wtedy asystent w Lokomotiwie. Powiedział: „Zabieram go”. Musi się rozwijać. I zabrał – rozkłada ręce Siemierekow, który jednak nie przestał kibicować Siergiejowi i gdy tylko ma możliwość wsiadał w samochód i razem z rodzicami piłkarza jechał do Borysowa i Mińska na mecze BATE.
Siergiej wyjechał z domu w wieku 15 lat. Pojechał grać w klubie Lokomotiw Mińsk, uczył się w liceum kolejowym, z wykształcenia jest kolejarzem. W broniącym się przed spadkiem Lokomotiwie był zdecydowanie zawodnikiem numer jeden! Jego transfer do większego klubu był kwestią czasu. Zadecydował mecz z BATE Borysów, w którym Lokomotiw przegrywał 0:3 do przerwy ale pod koniec trzy gole strzelił Kameruńczyk Simon-Pierre Atangana. Wszystkie po podaniach Kriwca. Strzelił też czwartą, również po podaniu młodego rozgrywającego, ale sędzia jej nie uznał. Anatolij Kapski, prezydent BATE i twórca jego potęgi już wiedział, że Kriwca musi mieć za wszelką cenę. Wyłożył na niego 800 tysięcy dolarów, co było rekordowym transferem na białoruskim rynku.

Białoruski Beckham
Miał rację. Z Siergiejem w składzie BATE odzyskało dominację w kraju. W ciągu czterech lat zespół z Borysowa czterokrotnie zdobywał mistrzostwo kraju, a Kriwiec był mózgiem drużyny. Stał się swego rodzaju „celebrity”. Romansuje nawet z Olgą Barabanszczikową, znaną białoruską tenisistką, która została gwiazdą TV, prowadziła programy sportowe, nagrywa płyty, a jej zdjęcia pojawiały się w magazynach dla panów. Białorusini tę parę nazywają nawet swoimi Beckhamami.

Apogeum popularności przyszło gdy Siergiej strzelił gola Juventusowi w Lidze Mistrzów. Piłkarze BATE zdobyli trzy punkty w „grupie śmierci” w Lidze Mistrzów w sezonie 2008/09. Dwukrotnie remisowali z Juventusem, raz z Zenitem. Z Realem Madryt nie udało się, chociaż na stadionie w Mińsku było blisko.
– Te mecze zmieniły mentalność piłkarzy, wszyscy zrozumieli, że można mieć znacznie mniejszy budżet niż konkurencja i coś znaczyć – mówi Kapski. Budżet BATE wynosił 5,5 miliona euro. – Piłkarze nauczyli się wygrywać. Taki właśnie jest Siergiej, kocha wygrywać, chce osiągać cały czas więcej, ma głód sukcesów. Dlatego zdecydował się pójść do Lecha, przekonali go swoją wizją jutra.

Wiktor Gonczarenko, trener BATE mówi w rozmowie z „PS”: – Był tu prawdziwym liderem, sporo od niego zależało. Doskonale rozprowadzał ataki. Bardzo dobrze czuje się z piłką, w pojedynkach z rywalami. Potrafi też posłać znakomitą długą piłkę, zagrać zupełnie nietypowo.

Ten sezon był dla niego przełomowy. Jego dorobek uczynił z niego gwiazdę pierwszej wielkości na Białorusi. – Z mojego punktu widzenia jego doskonała skuteczność nie była żadną sensacją czy nawet niespodzianką. Graliśmy takim systemem, który dawał Sergiejowi dużo swobody, mógł pozwolić sobie na sporo luzu, na realizowanie swoich pomysłów w grze. Jeśli chciał, grywał nawet w ataku, zresztą świetnie czuje się z przodu, dobrze wie kiedy strzelić i gdy ma okazje nie boi spróbować, wziąć odpowiedzialności – uważa Gonczarenko.

Niespełniony w kadrze

Wciąż problemem jest jego gra w reprezentacji Białorusi. Mimo, że Kriwiec został uznany najlepszym piłkarzem ligi we wszystkich możliwych głosowaniach: według dziennikarzy, zawodników a na jednym z portali internetowych również kibiców, wciąż nie może zdobyć uznania Niemca Bernda Stange. W meczu, z Chorwacją na wyjeździe, zagrał 26 minut, w pozostałych trzech wchodził na boisko na kilka minut. Problemem jest to, że gra na tej samej pozycji co Aleksander Hleb, najlepszy białoruski piłkarz, ewentualnie na pozycji Wiaczesława Hleba, piłkarza słabszego ale „brata swojego brata”.
Może gra w Lechu pomoże mu zdobyć miejsce w drużynie narodowej? Siergiej Hitrikov, skaut Lecha: – To może być najlepszych piłkarzy w waszej lidze. Wygląda na to, że zagra w pomocy razem z Semirem Stiliciem, albo jako klasyczny ofensywny pomocnik, albo jako wchodzący z lewej strony. Jego wadą jest to, że jest za wolny na skrzydłowego.

Po pierwszych sparingach wiadomo, że doskonale wkomponował się w zespół. Wokół niego Lech chce budować drużynę na Ligę Mistrzów. A Kriwiec ma ten rzadki dar, że jeśli coś sobie postanowi, to to osiąga. Nina Kriwiec opowiada nam, że gdy w 2008 roku został drugim po Rodionowie piłkarzem ligi białoruskiej powiedział: „Mamo, chcę wyjechać dopiero jak będę najlepszy”.
W gazecie Pressbol ogłosił: „To ja powinienem zostać piłkarzem roku”. Został rok później, wyprzedził Rodionowa.

5 Komentarzy

Dalian, mamy problem

Dong Fangzhuo leci po wizę. Legia go bierze. Rozumiem podniecenie dziennikarzy. W końcu facet grał w Manchesterze United.
Przeczytałem dwa teksty pełne ekscytacji, oba znanych i uznanych,a przecież jakże różnych dziennikarzy.
tu jeden
a tu drugi

zastanawia mnie jednak statystyka tego jakże szybkiego napastnika.
Zobaczmy tylko kluby pierwszoligowe:
Dalian Shide (2003) – 0 bramek w 8 meczach
Royal Antwerp (2003/04) – 1 bramka w 9 meczach
uwaga!
Manchester United (2006-08, a więc dwa sezony) – 0 bramek w 1 meczu!!!
I znowu Dalian Shide (od 2008) – 1 bramka w 15 meczach.

W drugich liga siekał za to aż miło (w Chinach 20 goli w 14 meczach, w Belgii 33 bramki w 61 meczach). Jedyna szansa w tym, że nasza ekstraklasa to w sumie taka druga liga europejska.
Chcę więc wierzyć, że to wszystko co mówił Sir Alex Ferguson o Dongu co ma świecący nos jest najprawdziwszą prawdą i że zostanie on wielkim objawieniem w naszej ekstraklasie. Mam jednak wrażenie, że każde takie zdanie o wspaniałym zawodniku, który na pełnej szybkości mija kolejnych rywali, ma bardzo dobrą technikę i w ogóle i wkrótce na pewno dostanie szansę i stanie się z całą pewnością świetnym piłkarzem albo nawet lepszym, miało bezpośrednie przełożenie na sprzedaż koszulek Manchesteru United z numerem 47 w Chinach.

Tak jak napisałem wcześniej… Rozumiem tęsknotę chłopaków za wielkim futbolowym światem. Sam tęsknię.

10 Komentarzy

Older Posts »