Archive for Marzec, 2010

Wojciechowski po rozum do głowy

Przeczytałem w Fakcie, że na trybunach Polonii zasiadł Stefan Majewski. Siedział tam ponoć z saperką, żeby w odpowiednim momencie podkopać Jose Bakero. A kto wie, może te trzy, cztery ruchy saperką wykonał?
W każdym razie Józef Wojciechowski poszedł po rozum do głowy. Nie chodzi o to, żeby zwolnić Bakero, ale o to, żeby zatrudnić trenera z kwalifikacjami.
Kwalifikacje to podstawa.
A Stefan Majewski kwalifikacje ma.
Kwalifikacja 1: pił wódkę z Grzegorzem Lato
Kwalifikacja 2: Pił wódkę ze Zdzisławem Kręciną
Kwalifikacja 3: Pił wódkę z Januszem Eksztajnem.
Kwalifikacja 4: Pił wódkę z wieloma znanymi działaczami.
Kwalifikacja 5: Pił wódkę z Antonim Piechniczkiem.

I to być może kwalifikacja najważniejsza, ta ostatnia.
„No Józek, chopie, w końcu żeś zrozumioł. Tu jest piłka, tu nie o gra chodzi, ino o układ”
O to właśnie chodzi. Józef zadzwonił do prezesa Laty, panowie pogadali. Na Konwiktorskiej zjawił się Stefan Majewski. Może dostanie angaż, a może tylko tymczasowy na stanowisku dyrektora sportowego. Na pewno „skasuje” ile trzeba. Jak nie teraz to za jakiś czas. Założyłbym się o piwo, nie o więcej.

Znacie moje zdanie na temat Stefana Majewskiego. Jest to trener na miarę 3 ligi. Wszystkie swoje osiągnięcia w Amice zdobył za czasów Fryzjera, a za jego awans z Widzewem do Ekstraklasy klub z Łodzi pokutuje do dzisiaj.
Miał rację pewien trener, mówiąc że wokół Józefa siedzą doradcy.
Zawsze tak jest. Jeśli masz władzę i kasę, zawsze znajdzie się sfora lizusów, którzy zapewniają, że od zawsze byli twoimi przyjaciółmi.
To jest odwieczny porządek świata. Pamiętacie co było gdy Stefan Majewski został
Jeśli jesteś kierownikiem, zawsze jest ktoś kto częstuje cię papierosami. Rozejrzyjcie się wokół w swoim miejscu pracy, na pewno ktoś się znajdzie.
Sztuka dowodzenia to też sztuka trzymania na dystans wszelkiego rodzaju dupowłazów.
W Polonii nadszedł drugi etap. Dupowłazów zastąpili dupowłażący na wyższym poziomie, czyli biznes po prostu.

Nieistotne. Ważne jest to, że o ile sędziowie najpierw mylili się przeciw Polonii, teraz robią to dla Polonii. O ile z Zagłębiem nie pomogli chociaż się starali, z Arką trzy punkty załatwił Polonii sędzia. I to Hubert Siejewicz a więc ten teoretycznie najlepszy.
Umówmy się, bramka Tschibamby była prawidłowa.
Tu jest skrót, oglądajcie uważnie i nie dajcie się zwieść komentatorom, wnioski zawsze wyciągajcie sami 🙂

Czy to przypadek? Wojciechowski miał się wycofać, ale pogadał z tym i z tamtym… i już zapowiada walkę o tytuł w przyszłym sezonie. Wystarczy tylko się utrzymać. A pan Józek jak mało kto wie, że cel uświęca środki, zaś drugi milion zawsze należy zarobić uczciwie.

Comments (8)

Doping uświęcony

Trochę mnie nie było, bo musiałem koncentrować się na innych rzeczach.
Dzisiaj dość krótko o dopingu.
Wszyscy mówią o Kornelii Marek, a Aleksander Wieretielny pozwolił sobie nawet na poważną sugestię, że pani Marek wstrzyknęła sobie sterydy sama. W końcu lekarz jest jego kolesiem, więc on nie mógł tego zrobić.

Nie przejmuj się jednak Kornelio Marek, zdobądź za jakiś czas złoto olimpijskie i już wszyscy będą wiedzieć, że cię wrobiono.
Czytam bowiem i oglądam wywiady z Justyną Kowalczyk:
Co pani sądzi o dopingu
JK: – Jestem przeciw
A jaki jest pani ulubiony kolor?

albo
Astma to poważny problem, prawda?
JK: – właśnie, szprycują się teraz, nie ma czystości w sporcie
Pani by nigdy nie wzięła, prawda?
JK: – Nigdy, przenigdy.
Dziennikarz (w myśli): wiedziałem, wiedziałem, trafiłem! Podłe świnie wrobiły tę naszą Justynę. A jak ona na mnie spojrzała, ona wie, że ja wiem, że oni ją wrobili. TAK!

Ja zastanawiam się skąd taki efekt psychologiczny, że łatwo wierzyć komuś kto ma sukcesy, zaś tego, który ich nie ma strącić można za to samo przewinienie w niebyt. Oczywiście wiem dokładnie za co zdyskwalifikowano Kowalczyk i wiem, że jest to inna „kategoria wagowa” przewinienia, chodzi mi jedynie o „wyrozumiałość” wobec tych, którzy mają sukcesy i mogą się jeszcze przydać.
Marek winna narkomanka, Kowalczyk bohaterka, która potrafiła wrócić po tym jak ją wrobiono.
A może to Marek wrobiono, bo przecież nikt ponoć nie jest tak głupi by brać EPO? Zobaczymy, jeśli za kilka lat zdobędzie medal olimpijski będzie to obowiązująca wersja.

Dlaczego Otylia Jędrzejczak była bohaterką, bo potrafiła zdobyć złoto POMIMO astmy, a Marit Bjorgen jest złodziejką, bo stosuje leki na astmę?
Bo jedna astma była prawdziwa a druga nie?

PS. Gdybyś ktoś zechciał napisać biografię Kowalczyk mam propozycję tytułu: „Santo Subito”.
Oczywiście wiem, że nie przejdzie, bo w „nieprzechodzeniu” mam spore doświadczenie. Kiedyś fajny facet, właściciel gazety pogrzebowej z mojego miasta, zrobił konkurs wśród lokalnych dziennikarzy na tytuł miesięcznika funeralnego. Mój tytuł, a jakże, nie przeszedł. Dlatego zamiast „Twój pogrzeb” czasopismo jest zatytułowane „Kultura pogrzebu”.
Pozdrawiam i zapewniam, że wracam do futbolu. Nie zobaczycie u mnie rozwiązania nieśmiertelnej zagadki ze związku łuczniczego, czyli „kto ukradł cięciwę”. Po prostu nie wiem.

Comments (7)

Dzieki ci Odro

Kto wie, być może Odra Wodzisław uratowała honor Polski. Załóżmy, że Legia wygrałaby ten mecz i wyszła na pozycję lidera. Załóżmy, że dowiozłaby tytuł do końca. Wyobrażacie sobie takiego mistrza Polski? Ja nie.
Dzięki ci zatem Odro.
Po meczu Jan Urban powiedział, że piłkarze nie wytrzymali ciśnienia. Czyli nie znieśli tej niewiarygodnej presji, tej myśli bycia liderem. Nie znieśli jej w meczu z Odrą Wodzisław, jak wielka zatem presja ciążyłaby na nich, gdyby mieli zmierzyć się z potęgą europejską pokroju Levadii Tallin?
Legia gra bez pomysłu, przypadkowo, nie potrafi wymienić trzech, czterech podań z pierwszej czy drugiej piłki, nie idzie do przodu, nie ma dwóch czy lepiej trzech kreatywnych piłkarzy. Poza tym nie ma tu pół piłkarza z osobowością, a bez tego nie ma drużyny tylko zbiór panienek. Aż samo nasuwa się określenie, że Arek Onyszko ograł… wiecie o co chodzi i wiecie, że nie mogę skończyć, choćby pod groźbą pręgierza.
Można powiedzieć, że piłkarze idealnie wkomponowali się w antymedialną politykę medialnego koncernu. Jak wywalić ze stadionu tę garstkę pozostałych kibiców zwiezionych z różnych podwarszawskich miasteczek, z pobliski szkół i przedszkoli? Jak odstraszyć nawet tych, którzy zostali mimo wojny z kibicami?
Mariusz Walter wydał wojnę, w której na pierwszy ogień posłał do boju bomby atomowe, zostawił sobie jednak potężną armatę. Wczoraj okazało się, że armacie brak kul, a w ogóle to jest zardzewiała. Piłkarze wygrywając i grając efektownie dali by Walterowi argument do ręki. Grając tak jak grali, wytrącili go.
Piłkarze jak wiadomo, nie są w stanie podnieść cen biletów do absurdalnych rozmiarów. Nie są w stanie wyrzucić ze stadionu fanów nie zarabiających określonej sumy na miesiąc.
Ale są w stanie zrobić co w ich mocy, żeby nie przyszli nowi.
I zrobili.
I dobrze.
Wyobrażacie sobie Tomasza Kiełbowicza, Bartka Grzelaka i Wojciecha Szalę, ligowych „wyjadaczy” w Lidze Mistrzów? Och, ach, a tu trzeba walczyć.
Wyobrażacie sobie, że ociężały i powolny Dickson Choto ściga się z którymś z zachodnich odrzutowców.
Wyobrażacie sobie, że Miro Radović symuluje pod dwudziestoma czterema kamerami i nie zostaje brutalnie, ale to brutalnie wygwizdany?
Wyobrażacie sobie, że Marcin Mięciel… nie, to nie ma sensu, ja w ogóle sobie nie wyobrażam Marcina Mięciela w poważnym meczu na europejskim poziomie.
Nie, tam już trzeba czegoś więcej niż podwórkowej kopaniny, niż wygrywaniu dzięki pomocy sędziów (np. z Arką czy Bełchatowem). Tam trzeba umieć grać. Przez duże G.
O Wiśle dzisiaj nie piszę, bo przynajmniej trzeba przyznać, że miała w obu meczach przewagę, przynajmniej zmusiła swoich rywali do obrony, czasem desperackiej. Przynajmniej tyle. Być może nie wystarczy, żeby utrzymać na stanowisku Macieja Skorżę, a może właśnie o to chodziło? Skoro piłkarze zwolnili Dana Petrescu, którego się boją, to dlaczego nie mieliby zwolnić Skorży, którego jak powszechnie wiadomo, nie szanują.
Nie ważne, ale dobrze się wszystko ułożyło.
Na dzisiaj wygląda na to, że jest szansa aby mistrzem Polski był Lech Poznań. Jedyny polski zespół, którego nie będziemy, nie powinniśmy się wstydzić za granicą. Kriwiec – Stilić – Peszko – Lewandowski to ofensywna czwórka, jak na polskie możliwości, imponująca. Oglądanie Legii to męczarnia, oglądanie Wisły to nic specjalnego, Lecha ogląda się z przyjemnością.
Jacek Zieliński nie boi się zastosować holenderskiego ultraofensywnego ustawienia: 4-2-3-1. Tego samego, którym grał Van Basten mając do dyspozycji idealnych do tej roboty wykonawców. Zieliński zdał sobie sprawę, że aby wygrać trzeba atakować. To banał, ale nie wie o tym Skorża, nie wie o tym Urban. Zieliński, wydaje się najmniej przyszłościowy z nich, dzisiaj triumfuje. Tak powinno zostać do końca. O ile zawodnicy wytrzymają psychicznie. Za Smudy nie wytrzymali,więc nie należy się zbytnio podniecać.

Comments (11)

Ojciec futbolu

Tytuł: Father of football. The story of Sir Matt Busby
Autor: David Miller
Rok wydania: 1970

Kiedyś pisałem tu o skautingu, o tym, że według Jana Urbana nie ma sensu wydawać pieniędzy na skauting. Otóż Matt Busby, jeden z największych menedżerów wszystkich czasów korzystał ze swojej sieci informatorów, wsiadał w samochód z Jimmym Murphym i jechał. Zanim zbudował wielką drużynę osobiście oglądał dziesiątki, setki talentów, zjeździł Anglię, Szkocję, Walię, Irlandię Pn., w końcu Irlandię… Dlatego też jego pierwsza wielka drużyna zawierała zaledwie 3 zawodników, za transfer których trzeba było zapłacić.
Zdaję sobie sprawę z tego, że nie ma sensu szukać tu idealnego odwzorowania, gdyż czasy były inne, ale coś w tym jest bo przecież ten sam model zastosował trochę ponad 30 lat później później następca Busby’ego Sir Alex Ferguson, mający do dyspozycji albo kilku wspaniałych wychowanków albo kilku innych zawodników ściągniętych do drużyny zanim jeszcze pod ich nosem pojawił się zarost. Do tego kilka transferów i mamy zespół…
W pierwszej drużynie byli więc tacy piłkarze wyciągnięci z podwórek, szkolnych boisk i konkurencyjnych drużyn oraz wychowani od dziecka w „Duchu United”: Duncan Edwards, Bill Whelan, Geoff Bent, Bobby Charlton, David Pegg, Eddie , Roger Byrne, Bill Foulkes, Colman, Dennis Viollet, Jackie (właściwie John) Blanchflower, Kenny Morgans, Albert Scanlon, może Ray Wood (przyszedł już jako 18-latek, a więc wąs trochę urósł).
W tej z 1999 roku byli za to: Nicky Butt, David Beckham, Ryan Giggs, Gary Neville, Phil Neville, Paul Scholes.

Matt Busby był więc człowiekiem który myślał wiele lat do przodu, wprowadzał futurystyczne modele budowy drużyny. Jeśli ktoś taki kieruje firmą sukces jest gwarantowany. Niestety tacy, to rzadkość.
Davida Miller napisał biografię w 1970 roku, ja nabyłem ją kilka tygodni temu w jednym z dobrych antykwariatów, które są rozsiane na terenie naszego pięknego kraju.
Historia Matta Busby’ego to historia wejścia Manchesteru United na szczyt światowego futbolu. To właśnie od tego szkockiego menedżera zaczęła się wielka sława Czerwonych Diabłów. Zaczyna się więc od budowania wielkiej drużyny, która miała podbić świat, jej tragedii, katastrofy lotniczej w Monachium i odbudowy zakończonej wspaniałym triumfem w meczu z Benfiką Lizbona na Wembley.
Miller, który jest apologetą Busby’ego przekonuje o jego wyjątkowych metodach i wyjątkowym charakterze. Jest to biografia napisana w starym stylu, gdzie autor koncentruje się na wychwalaniu swojego podmiotu pod niebiosa, ale trzeba przyznać, że ta hagiografia jest napisana zgrabnie, a nawet pasjonująco. Miller w końcu był nie byle jakim dziennikarzem. Mój kolega napisał mi: „Jeśli to on napisał, to możesz założyć z góry, że będzie to bardzo dobra rzecz”.
Nie dziwię się autorowi, w końcu Busby to człowiek uwielbiany, jeden z kilku największych menedżerów w historii. Gdybyście mieli wybrać tego jednego jedynego w historii Wielkiej Brytanii, kto to by był? Bill Shankly, Bob Paisley, Alf Ramsey, Brian Clough, Alex Ferguson, Jock Stein, Bobby Robson a może właśnie Busby?
Trudny wybór.
Czytając tę książkę zadaję sobie pytanie, czy Busby miał szansę zbudować najlepszą drużynę w historii futbolu? Czy gdyby nie katastrofa w Monachium, zdominowałby europejski futbol w latach 60-tych?
Mając do dyspozycji Duncana Edwardsa (w wieku 21 lat miał na koncie 18 meczów w reprezentacji Anglii i 5 goli i, gdyby dożył starości, zapewnione miejsce najlepszego piłkarza w historii Anglii…), Tommy’ego Taylora (19 meczów i 16 bramek dla Anglii, dla Man Utd 112 goli w 166 meczach, imponujące, co?) i jeszcze kilku znakomitych zawodników mogliby to zrobić. Czy w końcu Anglia sięgnęłaby po więcej trofeów? A może wygrałaby jeszcze w 1958 roku? Cóż, Anglicy… pewnie oni tak sądzą i nie przekonasz ich, że jest inaczej. Pytania bez odpowiedzi.

Kluby zareagowały różnie. Liverpool zaproponował wypożyczenie swoich zawodników Manchesterowi United, tak by klub mógł przetrwać. Większość klubów powiedziało jednak „Nie”. Apogeum niesmaku nastąpiło, gdy Jimmy Murphy, asystent Busby’ego, dostał ofertę od jednego z klubów, którego nazwy z tej książki się nie dowiemy. Murphy oferty nie przyjął, bo był człowiekiem Manchesteru United. Później odrzucał oferty Juventusu, Arsenalu i reprezentacji Brazylii. Wolał być asystentem Busby’ego.

Ale to tylko wycinki z książki. Całość polecam, gdybyście mieli możliwość ściągnięcia tego z netu. Uprzedzam jednak, że jest ona napisana dość ciężkim językiem.

Moja ocena: 5/5

Dodaj komentarz

Mali wszędobylscy

Barcelona… nie byłem jedynym, który miał takie skojarzenia. Polska w meczu z Bułgarią (2:0) zagrała w stylu Barcy. Nie mam na myśli oczywiście klasy zespołu, ale wygląda na to, że w tym kierunku podąży nasza drużyna. W meczu z Bułgarią pokazali, że jest to kierunek słuszny. Kilku małych pomocników robi „dużo wiatru” w środku pola, są nieustanne wymiany pozycji, szybkie wymiany podań, regularne zagrywki „na ścianę”. Ty do mnie, ja do ciebie, ty do niego,on do tamtego, pach, pach, pach. Było wczoraj czuć ten rytm. Jakoś ten kawałek orkiestrze zaczyna wychodzić. Nie są może nasi piłkarze „Chopinkami, które przyciągają ziemię”, jakby powiedział klasyk wszystkich klasyków, ale też i nie są już Jankami Muzykantami.

Ma być więc tak jak na hali – wymiana piłki i zmiana pozycji, masz być wszędzie.

Dobór pomocników pod względem fizycznym jest tu dość interesujący.

Kuba Błaszczykowski – 1,75 centymetrów wzrostu

Rafał Murawski – 1,75

Ludovic Obraniak – 1,74

Radosław Majewski – 1,70

Sławomir Peszko – 1,72

A rezerwowi…

Maciej Iwański – 1,71

Maciej Rybus – 1,73

Smuda więc, znany z zamiłowania do niemieckiego fizycznego futbolu, postanowił iść dokładnie w odwrotną stronę, postawił na „Los Piojos”, małych wszędobylskich. Piszę, że dobór jest zaskakujący, bo choć w Lechu też miał stawiał na niskich, szybkich, niewywrotnych, to jednak tu mali zawodnicy całkowicie zdominowali środek pola. Nie ma tu miejsca nawet dla silnego defensywnego pomocnika, takiego polskiego przecinaka, z umiejętnościami brutalnego sfaulowania rywala. Rolę defensywnego przejął Rafał Murawski, a więc defensywny zawodnik z możliwościami kreowania gry. Niski, szybki, niewywrotny. Dość nowoczesne.

Dlaczego Smuda tak wybrał? Pewnie dlatego, że to są dzisiaj najlepsi polscy pomocnicy.

Przynajmniej moim zdaniem, co widać tutaj

Dlaczego miałby więc rezygnować z najlepszych i stawiać na słabszych w imię systemu? Pomyślał logicznie – jaki system byłby najlepszy mając do dyspozycji tych piłkarzy?
Przyznaję, że nie spodziewałem się po Smudzie tak logicznego i odważnego rozwiązania.
Jacek Gmoch, z którym rozmawiałem podczas meczu ostrzega:
– po pierwsze przeciwnik nie przyłożył się do gry tak jak powinien
– po drugie nasi piłkarze zbyt często gromadzą się w kupie
– po trzecie jesteśmy narażeni na zagrożenie przy stałych fragmentach gry
Trafne.

Jedynym fizycznym zawodnikiem z przodu w był Robert Lewandowski, który jakby odzyskał chęć do gry. Powód? Sądzę, że jest dość prosty. Lech wcześniej nie chciał go puścić n zachód, teraz obiecano mu, że po sezonie będzie mógł odejść. Jest to więc runda, w której walczy o dobry kontrakt. Powodzenia. I nie chodzi w jego przypadku tylko o bramki, ale również skłonność do wymiany podań z kolegami, kombinacyjnej gry. Miałem wrażenie, że u Leo Beenhakkera nie był w stanie zrozumieć tego systemu, nie nadążał za szybką grą. Teraz zrozumiał. Może to była kwestia czasu.
Jeśli chodzi o obronę sporo zastrzeżeń, teraz zobaczymy czy ten Pavarotti pod prysznicem będzie śpiewał coraz lepiej czy coraz bardziej fałszował. Boczni rzeczywiście grali średnio. Kowalczyk był po meczu podirytowany, nie dziwię się. Ale z tego co wiem, Smuda chce na tego chłopaka stawiać. Obronę ocenimy po dwóch kolejnych meczach. Przynajmniej to czy idzie w dobrym kierunku.

Można by więc zarzucić mi jakiś przesadny hurraoptymizm, jakieś niepotrzebne podniecenie. Sam Smuda mówi przecież, że chciałby znaleźć w prasie jakąś petardę. Pewnie jeszcze będzie czas petard. Im dalej tym potężniejszych. Na razie carpe diem.

Comments (6)

Dream Team musi się dotrzeć

Ale wyprawa. Wodzisław Śląski. Dwa dni mi to zajęło. Miałem napisać o tym tekst, ale góra uznała, że innym razem. Tak zwany pusty przebieg. Czasem jedziesz zobaczyć czy coś się stanie, czekasz, węszysz, patrzysz… a tu nic. Szkoda forsy i czasu. Tak się zdarza w tej robocie.

Opiszę więc pokrótce moje odczucia.

Miejscowi dumnie nazywają swoje miasto południową bramą Polski, dla nas, ludzi ze „stolycy”, jest to po prostu koniec świata. Jeśli nie wydostaniesz się stąd ostatnim pociągiem, który odjeżdża około 20, zapomnij o wydostaniu się stąd w ogóle. Na tym końcu świata właśnie Dariusz Kozielski, miejscowy piekarz opracował przebiegły plan podboju ekstraklasy.

Jeden z miejscowych dziennikarzy, a prywatnie mój przyjaciel, rozmarzył się na temat autonomii śląskiej. – Śląsk syty i Polska cała – mówi. A gdyby tak pójść dalej i stworzyć odrębną ligę śląską? „Weszlibyśmy wtedy do Pucharów prędzej niż reszta kraju” – przekonuje. Półżartem oczywiście. Gdyby tak właśnie było, Odra nie musiała by przez najbliższe 50 lat walczyć o utrzymanie, a co za tym idzie, plan miejscowego piekarza nie miałby najmniejszego sensu. I w konsekwencji w Wodzisławiu Śląskim nigdy nie pojawiłyby się wielkie gwiazdy futbolu.

Jako jeden z pierwszych na stadion przyjechał Arek Onyszko. Jeszcze nie wiedział, że za kilka godzin zostanie idolem. Na razie miejscowi zastanawiają się co potrafi. Na rynku gdzie przeprowadzam małą „ankietę” wiedzą, że nie lubi gejów, że nie boi się mówić co myśli, że przyjechał z Danii i że jest dobry. To właśnie on był najbardziej pożądanym „towarem” na spotkaniach w szkołach, marketach, pubach, gdzie tylko się da.

– Balon jest napompowany, ważne żeby tylko zawodnicy nie czuli obciążenia psychicznego – powiedział.

Przyjechał do Wodzisławia na trzy miesiące, mieszka u rodziców Janusza Kozubka, trenera który kilka miesięcy temu zabił swoją żonę. Podoba mu się życie na uboczu. Mówi, że matka Kozubka traktuje go jak własnego syna.

W dniu meczu na mieście nie ma szaleństwa. Trudno dostrzec choćby pół plakatu. W klubie stworzono nawet dział marketingu, ale w najważniejszym momencie przysnął. Koszulki z Cantoro? Jakieś gadżety z Onyszko? Plakaty? Cokolwiek co pokazywałoby, że w klubie są nowi? Niekoniecznie.

Okazuje się, że szef działu marketingu znalazł zatrudnienie głównie dlatego, że jest synem kierowcy Ireneusza Serwotki. Stąd pewnie te „tysiące pomysłów”. Tylko w tygodniu była jakaś promocja typu „odwiedziny w hipemarkecie”, „wizyty w szkołach” itd. Dlatego sądziłem, że marketing będzie miał jakieś pomysły.

Co tam macie?

Nowe smycze.

Oooo, to rewelacja, tłumy się rzucą – myślę.

Niestety patałachów nie brakuje, jeszcze trochę i zatrudnią faceta w Legii Warszawa, to klub który ma moc magnesu na takich gości.

Dopiero na dwie godziny przed pierwszym gwizdkiem coś zaczyna się dziać.

4500 tysiąca widzów, ale wynik, księgowy zaciera ręce. Zdarzały się większe tłumy, ale po raz pierwszy tylu widzów przyszło właśnie na Odrę. Przychodzili, owszem, na Legię Warszawa i Ruch Chorzów. Teraz przyszli na Odrę. Na Arka Onyszko, na Mauro Cantoro, na Brasilię.

Kibice wykupili tysiąc karnetów. Tysiąc! Wcześniej nie było to możliwe.

– Ale tłumy. Teraz trzeba wygrywać, będzie jeszcze więcej – kiwa głową z uznaniem Brasilia.

I tyle. Później było tylko wielkie rozczarowanie. Okazało się, że Odra od razu nie zaskoczyła. Wydaje mi się, że okrzyknięcie snu piekarza nieudanym eksperymentem to jednak spora przesada. Kozielski po meczu był niezadowolony. Balonik pękł, ale nie jest aż tak źle. Odra teraz musi się ograć, nie tracić dystancu do rywali. Ważna będzie końcówka. Ostatnie „100 metrów”. Jeśli utrzymają stratę nie większą niż 3-5 punktów, może być dobrze.

Faktem jest,że z Lechią zagrali dramat. Szczerze mówiąc spodziewałem się tego. Miejscowi się rozmarzyli, bo za bardzo chcieli, żeby Odra wygrała. Wishful thinking.

Stąd rozczarowanie.

Głos z trybun: Schudź ty matlango pierońsko!

To do Mauro Cantoro.

Na trybunach akurat zasiadł jakiś „pan i władca na krańcu świata”.

Cantoro na razie bez pomysłu. Zabrakło dobrego rozgrywającego. Brasilia wygląda przyszłościowo przy czym mam na myśli tylko najbliższą przyszłość, Arek Onyszko ok. Luksik katastrofa. Jest z parytetu. Czescy właściciele muszą mieć swoich w klubie. Co prawda Luksik jesyt Słowakiem, ale ostatnich wiele, wiele lat grał w Czechach, więc pewnie upchnął go jakiś znajomy menago. Parytety to zawsze problem. Z nowych jest jeszcze Kolendowicz, ten daje gwarancję, że będzie trochę wiatru na skrzydle.

Kozielski mówi: Wygadałem kilkudziesięciu piłkarzy. Przyszli ci, którzy lubią wyzwania.

Może ten jego eksperyment się powiedzie. Mi się podoba. Tak jak mówię – jeśli nie stracą dystansu i będą się powoli „sklecać”, jest jakaś szansa.

Comments (3)