Archive for Kwiecień, 2010

Przerwa

Wyjeżdżam na kilka tygodni. Bez netu, z ograniczonym dostępem do telefonu. Wrócę mniej więcej w dniu, w którym liczba odwiedzin spadnie poniżej dwóch dziennie.
pozdrawiam.

Reklamy

5 Komentarzy

Szczerość Lubańskiego

Tytuł: Ja, Lubański
Autorzy: Włodzimierz Lubański, Krzysztof Wyrzykowski
Rok wydania: 1990

Dziś do działu recenzje kolejna pozycja z później epoki dinozaurów czyli zanim zły kapitalizm przyniósł komputery i nasze dzieci zaczęły grać w piłkę jedynie na małym ekranie.
Autobiografia Lubańskiego jest bardzo szczera, momentami ostra. Bardzo dobrze napisana. Spodziewałem się tego, bo w końcu autorem jest Krzysztof Wyrzykowski, jeden z niewielu wielkich żyjących dziennikarzy pamiętających lata 80-te (część się ostała, ale większość wyrżnęło pokolenie Romana Kołtonia).
Z Lubańskim ostatnio miałem szczęście spotkać się w jego mieście Lokeren. On sam mówi, że woli te drugą książkę, napisaną wspólnie z Przemysławem Słowińskim. Jest według niego ona bardziej dojrzała i przemyślana. Z perspektywy czasu wiele rzeczy widzi inaczej.
To tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że właśnie po tę pierwszą książkę warto sięgnąć. Skoro są tu rzeczy nieprzemyślane,to może udało się przemycić pewne rzeczy bez cenzury?
Udało się. Lubański okazuje się świetnym rozmówcą, pamiętającym mnóstwo anegdot, nie kryjącym ich.
Nienawidzę rozmówców, którzy mówią coś fajnego, a później dodają: „Niech pan lepiej tego nie pisze, absolutnie nie”. Takich jak Jerzy Engel.
U Lubańskiego tego nie ma, dlatego jego wspomnienia są tak ciekawe.
Czy był najlepszym polskim piłkarzem w historii?
W plebiscycie zorganizowanym z okazji 50-lecia UEFA tak stwierdzono, ale w Polsce pierwszeństwo oddaje się Zbigniewowi Bońkowi lub Kazimierzowi Deynie. Dlaczego? Poruszałem to ostatnio przy okazji Leo Messiego i porównania go do Pelego czy Maradony.
Aby być najlepszym, musisz zaistnieć w Mistrzostwach Świata.
To jest właśnie dramat Lubańskiego. Nie zagrał w drużynie z 1974 roku, a w 1978 był w składzie, ale pojawił się na boisku może na kilka minut. Jacek Gmoch uznał, że ma lepszych. Lubański nie kryje do niego urazy.
Szkoda, bo miał wtedy zaledwie 31 lat.
Był jednak wspaniałym liderem Górnika Zabrze, który w sezonie 1969-70 awansował do finału Pucharu Zdobywców Pucharów. To właśnie Lubański był głównym aktorem wspaniałych widowisk z Romą, był wtedy na ustach całej Europy, powoływano go na mecze reprezentacji świata, miał ofertę z Realu Madryt, stał się celem terrorystów…
Czy ktoś z dzisiejszego pokolenia piłkarzy napisze kiedyś książkę, po którą ludzie chętnie sięgną? Niekoniecznie, dlatego warto poszperać po księgarniach i sięgnąć po Lubańskiego.
Moja ocena: 4,5

PS. Nie zapominajcie, że właśnie mija 40. rocznica wspaniałego marszu Górnika do finału PZP. Polecam jutrzejszy Przegląd Sportowy, w kolorowym magazynie znajdziecie trochę ciekawych kawałków.

3 Komentarze

Czy nastąpi atak piłkarzoameb

Wrzucam jako ciekawostkę. Dialog między mną a panią Cristiną Maillo Beldą z biura prasowego Philadelphia Union.
Ja: – Chciałbym przypomnieć się w sprawie wywiadu z panem Piotrem Nowakiem, czy poda mi Pani jakiś termin? Proszę napisać „tak” lub „nie”, ale jednak chciałbym dostać jakąkolwiek odpowiedź.
Cristina Maillo Belda: – Tak oczywiście. Proszę przysłać pytania mailem, a ja wyślę pani odpowiedzi.
Ja: – Ale ja nie prosiłem o odpowiedzi na pytania wysłane mailem tylko o wywiad. Jeśli jednak pan Nowak nie chce udzielić wywiadu, to trudno, proszę życzyć mu ode mnie wielu sukcesów w swoim klubie.
CMB: – Ale przecież pan Nowak chce udzielić wywiadu, ale przez internet. Proszę wysłać pytania mailem.
Ja: – Mailem mogę zadać dwa pytania, gdy będę chciał napisać artykuł o nim. A podczas wywiadu potrzebna jest reakcja na jego odpowiedź. A poza tym skąd mam wiedzieć, że to będzie odpowiadał on a nie jego agent?
CMB: – Co mogę poradzić – ja nagram tę rozmowę, ok?
Ja: – Doceniam wszystko co chce Pani dla mnie zrobić, ale jeśli pan Piotr Nowak nie chce rozmawiać z naszą gazetą, to jego sprawa. Dziwię się, ale szanuję jego decyzję.

Z punktu widzenia dziennikarza: Uffff, całe szczęście ze pan Piotr Nowak nie został selekcjonerem reprezentacji Polski. Ale to jest właśnie Ameryka.
Wynika to z prostej rzeczy.
To fragment krótkiego wywiadu z Nowakiem, który kiedyś zrobiłem.
Ja: Grał pan w Polsce, Niemczech, USA. Czy sposób gry, który będzie pan forsował ma coś wspólnego z piłką polską albo niemiecką.
Nowak: – Nie proszę pana, ja stosuję swój styl.
To znaczy?
– Ja gram stylem zwycięskim.
I to działa?
– Tak, i ot bardzo dobrze.
Graliście około 10 sparingów, w ilu zewyciężyliście?
– Na razie w żadnym.
Aha…

Faktem jest, że Nowak po tej rozmowie zdobył mistrzostwo USA. Ale klub dba, by nie naruszono jego wizerunku jakimś głupim zdaniem. Jest to stara rosyjska metoda, którą Putin stosował przy okazji wyborów – dużo radia, dużo telewizji, ale zero merytorycznej dyskusji. Obiecujmy, ale nie wdawajmy się w debaty.
To działa!
Podobnie próbują robić w Polsce. W kraju, w którym piłkę nożną ludzie mają tak kompletnie w dupie, iż powinno zabiegać się o to, aby w każdej gazecie klubowi poświęcano jak największą ilość miejsca. Weźmy przykład w takiej Legii – na stadion przychodzi 5 tysięcy ludzi, więc klub powinien wyjść do mediów – hej róbcie dużo wywiadów, hej, patrzcie jakiego mamy ciekawego newsa, mamy fajną historię, może warto się zastanowić… itd.
Ale raczej nie. Tego właśnie się obawiam. Jestem zwolennikiem wprowadzania w polskich realiach amerykańskich wzorów, ale tego jednego, amerykańsko-rosyjskiego, bardzo się boję.
Czytacie rozmowy z niektórymi piłkarzami Legii? I w tym zalewie nudów i mdłości tych bezosobowych piłkarzoameb znajdzie się czasem jedno ciekawe zdanie.
Jakoś to będzie, myślimy, ale mam wrażenie, że wszyscy obudzimy się któregoś dnia z ręką w nocniku.

Comments (1)

Wacław Kuchar

Tytuł: Wacław Kuchar
Autor: Jacek Bryl
Rok wydania: 1982

Historia Wacława Kuchara to historia Pogoni Lwów. Wspaniale, choć nieco szowinistycznie i staromodnie napisana. Jacek Bryl przekopał niezliczone ilości archiwów, wykonał wspaniałą researcherską pracę. Mamy tu historie najwspanialszego polskiego sportowca w przedwojennej historii. Piłkarza, łyżwiarza, akrobaty, hokeisty, lekkoatlety. Ale przede wszystkim piłkarza, który strzelił we wszystkich swoich 1052 meczach 1065 bramek.
Powiecie – nie było Ligi Mistrzów. No nie było.
Ciekawe, że ówczesne wyniki lekkoatletyczne Kuchara odpowiadają tym, które dzisiaj robią juniorzy. Ależ sport wykonał skok. Ale faktem jest, że juniorzy wybitnie utalentowani.
Kuchar był fenomenem, który całe swoje życie poświęcił sportowi. I tego właśnie się z tej książki dowiecie – jak rodziła się piłka nożna i sport w Polsce w ogóle. Z jakimi trudnościami zmagali się pionierzy. Jak kombinowano środki na funkcjonowanie.
No i w końcu – jak Pogoń Lwów pomagała wygrać dla Polski plebiscyt o Górny Śląsk 🙂 a jest to naprawdę piękna historyjka.
Poza tym znakomite są opisy rywalizacji lwowsko-krakowskiej. Otóż proszę państwa: działacze byli, są i zawsze będą pierwszymi podejrzanymi. I tego się dowiecie, zresztą nawet za kilka linijek.
Wacław Kuchar wychował się w patriotycznej polskiej rodzinie. Nawet jeśli jego ojciec był Węgrem… Rodzice byli ludźmi dość majętnymi, dbali o rozwój synów. Zresztą całe ich życie poświęcone zostało Pogoni.
Ludwik Kuchar, ojciec pana Wacława – po cichu, w tajemnicy przed żoną, wpłacał pieniądze do klubu. Z kolei żona jego robiła dokładnie to samo. Nic nie wyszło na światło dzienne mimo iż w zarządzie zasiadał jeden z ich synów – Tadeusz.
Pogoń rodziła się w pięknych i romantycznych czasach, na rozgrywki juniorów ściągała więcej widzów niż dzisiaj Polonia Warszawa w ponad 1,5 milionowej stolicy na ekstraklasę.
Znakomite są w końcu teksty profesora Rudolfa Wacka, nauczyciela Kuchara, wydawcy i dziennikarza numer 1 lwowskiego „Sportu”. Momentami takie, że dzisiaj włos na głowie się jeży.
To było dziennikarstwo – fachowe, agresywne, bezkompromisowe.
Zresztą, kawałek ze „Sportu” po drugim meczu kadry, przegranym 0:3 z Węgrami w Krakowie…
„Takiej sposobności do zwycięstwa Polska już mieć nie będzie i tym jaskrawiej występuje wina tych trzech, którzy reprezentatywkę nasz ułożyli. Tym trzem panom zupełnie nie chodziło o najlepszą drużynę w Polsce. Im chodziło o podwórko Cracovji, Wisły, a nawet Jutrzenki. Siedmiu z Krakowa! Od biedy przyczepiono tam Wacka Kuchara – bo ten zanadto w Polsce okrzyczany, wreszcie i Lotha z Warszawy bo ten też okrzyczany. Zatkano wiec tak gębę Pogoni i Polonii, a z Poznańskiem i z Łodzią nawet się nie liczono. Targ ubito przy misce soczewicy krakowskiej…
A czy prócz tego nie jest lekceważeniem sportu polskiego,naszej godności, naszego prestige – układanie drużyny dopiero na trzy dni przed zawodami? Taka drużyna powinna być złożona na miesiąc na przód, by dać możność wypowiedzenia się krytyce fachowej, opinii publicznej itd. (…) Winowajcy niedzielnego nas pogromu są dobrze znani i obowiązkiem moim jest oddać ich pod sąd opinii publicznej. Popełnili fatalny błąd, który wynikł tylko z powodu ich zaciekłości klubowej, szowinizmu lokalnego, co mówią też inni znawcy – obcy, bezpartyjni, jak np. mr. Kimpron, trener Polonii Warszawa, zawodowy piłkarz angielski, dla nas zatem miarodajniejszy od miarodajnych swojskich wielkości. Tych Trzech Panów złożyło dowód, że albo na piłce nożnej się nie znają, albo są bezdennie naiwni. Ubolewanie też muszę wyrazić Dr. Lustgartenowi, był on u nas na meczu Pogoń – Cracovia 3:0 i bezwarunkowo mógł się starać i inny skład. Wszak ten słynny Sperling z Cracovji – jakiż on był w tym meczu biedny wobec naszego Ludwika Schneidera, który potrafił z miejsca opanować go i unieszkodliwić”
Czasem „jedzie ostro” również po swoich. Tak było w latach dwudziestych.
A dzisiaj? Dzisiaj dziennikarze w znacznej części są przedstawicielami umownych działów Public Relations pojedynczych piłkarzy (od których mają newsy i możliwość zrobienia wywiadu na kolanach), całych klubów (gdzie pojawiają się codziennie, więc boją się podskoczyć) albo nawet stacji telewizyjnych. Więc po co się wychylać?
Jest to jednak wpis o Pogonii, nie o dziennikarstwie, chociaż nie mogłem się powstrzymać.
Dlatego na Pogoni zakończę. Autor przytacza wiele świadectw zagranicznej prasy, która nie boi się stwierdzić jednoznacznie – Wacław Kuchar to był piłkarz klasy światowej, wspaniały mistrz.
Czytając tę piękną książkę, przenoszę się myślami do Lwowa. I wam też polecam jej poszukać, gdzieś na targach staroci i w antykwariatach.
Sam wierzę, że w najbliższych latach będziemy mieli w Polsce modę na historyczne powroty i wróci też pamięć o Wacławie Kucharze.

Moja ocena: 5/5

Dodaj komentarz

Pokorny Fabian

Pokorne cielę dwie matki ssie. Podobno. A więc pokorny „Fabianek”, jak mówią o nim jego przyjaciele (czy możliwe, że człowiek który nie ma nic do powiedzenia i jest najnudniejszym gościem jaki kiedykolwiek się urodził od czasów Jasia Niemowy, miał przyjaciół?) przedzierał się do przodu przez całą swoją karierę ssąc dwie, trzy albo i cztery matki.
Rozmawialiśmy z Beenhakkerem – dlaczego w kadrze nie gra Tomek Kuszczak? Przecież gra częściej, jest w Manchesterze United, przegrywa z Van der Sarem, jednym z najlepszych bramkarzy świata!
Nie bo nie. Bo Fabianek ma talent, bo Fabianek to, bo Fabianek tamto.
Ale stara prawda jest taka, że im wyżej wejdziesz, tym bardziej możesz obtłuc sobie tyłek przy upadku. Im wyżej stoisz w hierarchii, tym bardziej widać twoją niekompetencję.
Możesz sobie spokojnie przebimbać kadencję w czasie pokoju, ale w czasie wojny na jaw wychodzi kto jest gościem a kto leszczem.
Na pewno mieliście w swojej karierze kolesi, którzy mieli trzecioligowe kompetencje, ale różnymi układami wdzierali się na szczyt, którzy wiedzieli kogo się trzymać (znam wielu takich), kogo częstować papierosem (również znam!) komu nosić torbę z komputerem na zgrupowaniu kadry (znam również takie przypadki!!!) i tam dopiero wychodziło szydło z worka… a wiadomo jak jest w takiej sytuacji – zanim przełożony takiego kolesia przyzna się do błędu, musi minąć sporo czasu. A ten czas oznacza straty. REALNE.
I tak samo jest z Fabiańskim.
Szkoda mi go trochę. Tylko dlatego, że jest Polakiem i dość utalentowanym piłkarzem. Może nawet bardzo utalentowanym. Ale niestety – po takim meczu facet powinien powiedzieć: hej dałem dupy, zachowałem się jak ostatni leszcz.
A on mówi – nie oceniajcie mnie po jednym błędzie.
Gościu – zagrałeś 7 meczów, puściłeś 14 bramek.
Dwa ostatnie mecze, w których grałeś – przegrałeś.
Po ostatnim meczu kolega z Anglii napisał mi sms: „Ten wasz Fabianski to jest katastrofa”.
Nie mogłem zaprzeczyć, uczciwość mi nie pozwoliła. Wenger mógł, jest trenero-działaczem nie musi być uczciwym człowiekiem, nikt od niego tego nie wymaga. Efekt?
Fabiański przegrał mistrzostwo Anglii.
Prawda jest taka, że powinien pójść do innego, słabszego klubu. I w końcu grać.
Albo zresztą, niech sobie broni w Arsenalu, nie interesuje mnie ten klub. Ale żeby do głowy nie przyszło przyjeżdżać na reprezentację!

PS. Przy okazji przepraszam za moje przerwy, ale ostatnio mam strasznie duży projekt i nie wyrabiam się z czasem, więc cierpi na tym blog, bo jako jedyny – nie płaci. A teraz jeszcze, za dni kilka, wyjeżdżam na miesięczne wakacje. Obiecuję jednak, że rozkręcę się… kiedyś.

2 Komentarze

Barcelona vs. Manchester po polsku

Dzisiaj powrót do historii. Pierwsze mistrzostwa Polski w piłce nożnej.
Cracovia czy Pogoń Lwów? Cóż, Pogoń miała akurat kryzys formy (później cztery razy pod rząd wygrała tytuł), a więc w ostatecznym rozrachunku tytuł zdobyła Cracovia, jej najgroźniejszy rywal.
Wrzucę więc krótki fragment książeczki o Jacka Bryla o Wacławie Kucharze (więcej niedługo w recenzjach), różnicach między Cracovią a Pogonią Lwów:
„Krakowianie – drużyna silna nauką węgierskiego trenera Emericha Pozsony’ego, ongiś reprezentanta Węgier na środkowej pomocy. On to był współtwórcą tzw. szkoły krakowskiej; kładł nacisk na kondycję i taktykę, doskonale znal się na grze preferującej podania krótkie i przyziemne. Kontynuowali więc pilkę „austriacką”, której nauczył ich wcześniej Czech – Frantisek Kozeluh. CO można dziś zarzucić temu systemowi? Chyba tendencję do zwalniania gry oraz – jak to się wtedy mawiało: hyperkombinacje – czyli inaczej system „stu podań” nawet na polu karnym przeciwnika. Można to było nazwać, powiedzmy, elegancją gry…
I „Pogoń” – drużyna bez trenera, bo cóż tu liczyć owego Bardy’ego, radząca sobie jak się dało, a grająca przede wszystkim osobistym entuzjazmem, a zespołowo żywiołowością. Jej granie było bliższe „systemowi angielskiemu” – metodzie długich podań i przerzutów dynamizujących grę i czyniących ją raczej siłową, wspartą na dobrej kondycji, a również na dobrym przygotowaniu ogólnorozwojowym zdobywanym dzięki uprawianiu nie tylko piłkarstwa, ale także lekkiej atletyki. Tak też grywali Anglicy, naród sportsmenów – kick and rush – czyli kopnij i biegnij. Można by to nazwać grą męską…”

To by było na tyle. Wniosek – czy wszystko co dzisiaj zostaje wymyślone nie jest udoskonaleniem tego co stworzono w przeszłości? Cóż, wielcy twórcy dlatego są wielcy bo wyciągają wnioski z przeszłości. Głupi twórcy robią te same błędy, a owce jedzą trawę. I tak w każdej dziedzinie życia.

4 Komentarze

Nerwy, radość, zwycięstwo, zwątpienie

Tytuł: Espana ’82. Nerwy, radość, zwycięstwo, zwątpienie
Autor: Andrzej Makowiecki
Rok wydania: 1982

Dzisiaj do działu recenzje książka Andrzeja Makowieckiego. Właściwie książeczka, spory reportaż pisany ekspresowo, bo niemal na żywo – obrazek z mistrzostw świata w 1982 roku.
Makowiecki to pisarz, autor opowiadań, ostatnio pracował nad autobiografią Michała Urbaniaka.
Warszawiak, który całe życie mieszkał w Łodzi.
A więc i jego książka spaczona jest myślą łódzką.
Najfajniejszym piłkarzem jest tu więc Marek Dziuba a najmniej fajnym Zbigniew Boniek.
Nie jest to jednak istotne.
Książka ta to bardzo fajnie, na luzie napisany dokument o mistrzostwach świata, z punktu widzenia pisarza, nie dziennikarza. Znajdziemy tu więc kilka rzeczy tzw. ekstra – np. wywiad z Mario Vargasem Llossą, dowiemy się sporo o Hiszpanii, trochę o naszych dziennikarzach, trochę o charakterach i charakterkach piłkarzy i niewiele o samej piłce, bo nie to było zamysłem Makowieckiego.
Pisarz to dobry, więc książkę czyta się luźno, na pewno pomaga ona w zwiększeniu wiedzy na temat wydarzeń z 1982 roku ale wiele nowego nie odkrywa.
Trochę za dużo tu autopromocji, ale czy rozmawialiście kiedyś z pisarzem czy dziennikarzem, który choć trochę nie byłby zakochany w sobie?
Są przypadki umiarkowane i są przypadki ekstremalne, ludzi pałających do siebie samych naprawdę szczerą miłością. I zazwyczaj uczucie to jest odwzajemnione. To ważne.
Makowiecki nie jest tu więc wyjątkiem. Z jego punktu widzenia, dziennikarze sportowi biegają dookoła niego i właściwie gdyby nie on, to prawdopodobnie do Hiszpanii by nie dolecieli. Gdyby dolecieli, spaliby pod mostem. Gdyby jednak dali radę załatwić sobie hotel, nie wiedzieliby jak uruchomić windę. I tak dalej.
Ze swoim wpływem na trzecie miejsce naszej drużyny narodowej Makowiecki nie przesadza.
Faktem jest, że jest to dokument wartościowy, dobrze napisany i zdecydowanie go polecam. Do odnalezienia w antykwariatach i na różnego rodzaju allegropodobnych.
Zaczyna się od wywiadu z piłkarzem, który na mistrzostwa nie pojechał, mianowicie z Janem Tomaszewskim. I tu kolejny ważny dokument – jaki był Tomaszewski przed przemianą, która się dokonała, jaki był zanim zamienił się w tropiciela spisków prawdziwych i wyimaginowanych. Sporo można się dowiedzieć.
Moja ocena: 4,5

Comments (1)

Older Posts »