Archive for Maj, 2010

Tradycja rodzinna

Włodzimierz nazwał syna Euzebiusz, a Euzebiusz nazwał syna Messi. Nie wiem, dlaczego się przyczepiliście…

Comments (3)

Nikifor

Smuda to Nikifor. Słyszysz jak facet wypowiada się w telewizji i nie wierzysz. Ten gość może coś stworzyć? Nie!
A jednak. Po świetnym meczu z Bułgarią, zastanawiałem się czy to przypadek czy też rezultat nieprzespanej nocy Bułgarów.
Otóż z Finlandią Polska znowu dominowała, znowu posiadała piłkę, znowu była odważna, znowu staraliśmy się grać na dwa kontakty, a czasem zupełnie zaskakująco i skutecznie na jeden. Są zaskakujące wymiany pozycji. Ciekawe, że to wszystko co chciał wprowadzić Beenhakker, inteligentny, wygadany, obyty w świecie… czego nie dał rady wprowadzić, wprowadza Smuda, wypowiadający się jak asystent sołtysa, mędrzec spod budki z piwem. Jest w tym coś niezwykłego, prawda?
Warto jeszcze zauważyć, że Smuda dysponował znacznie słabszym składem niż we wspomnianym wcześniej spotkaniu z Bułgarią. A jednak – pozostał trend, pozostał styl.
Są i minusy: słabo zwłaszcza Robert Lewandowski, mam nadzieję że nie oznacza to, że facet nie radzi sobie na wyższym poziomie. Podobnie jak u Beenhakkera, gra słabo w ataku kombinacyjnym, gdzie trzeba wymienić się piłką z kolegami. Przez cały mecz nie zaskoczył jednym dobrym strzałem, „na zmęczeniu” traci głowę. Do tego jest dość wolny. Chyba dzisiaj nie pasował do tej drużyny, myślę zresztą że ostatecznie Smuda nie będzie go wystawiał w pierwszym składzie, zastąpi go klasycznym lewoskrzydłowym. Zobaczymy.
Problem mieliśmy nie tylko z Lewandowski, ale z atakiem w ogóle.
Strzałów może było i sporo, ale były to albo strzały prosto w bramkarza albo strzały w stylu „two point conversion”, ale więc gdzieś tam, gdzieś tam.
Świetnie zagrał Mierzejewski, co zresztą wszyscy wiedzą, bo podniecali się nim komentatorzy – Maciej Szczęsny i Maciej Iwański.
Przyzwoicie Jodłowiec, którym też zachwycali się komentatorzy, ale bez przesady, na kolana nie rzucał.
Matuszczyk w porządku, też bez fajerwerków, ważne że sprawdzał się w wymianie w środku, ale spodziewałem się, ze będzie bardziej konstruktywny. Zobaczymy w kolejnych meczach.
Świetną zmianę dał Maciej Sadlok, bardzo przyzwoicie Łukasz Piszczek na prawej obronie. Zresztą generalnie defensywa dobrze neutralizowała przeciwnika, ataki Finów były dobrze zatrzymywane, zobaczymy z poważniejszymi rywalami.
Indywidualna ocena nie jest zresztą istotna, liczy się system i ten widać się sprawdza. Przynajmniej na razie.

PS. Poza tym w tle leciała reklama firmy veka czy jakiejś tam, chyba 5 razy przed meczem, w przerwach i po. Muzyka to plagiat „follow me” Pata Metheny, co jest totalnie irytujące. W naszym pięknym kraju najbardziej wkurzające się plagiaty, które czyhają na ciebie na każdym kroku.

Comments (4)

Szaleństwa pana Józka

Naprawdę podoba mi się to. Józef Wojciechowski, teoretycznie najbardziej niezrównoważony człowiek polskiej ekstraklasy, wkurzył się i zaczął sypać forsą na lewo i prawo. Słusznie, oto właściwa droga.
Mocne kluby powinny być może poczynić niewielkie uzupełnienia, lub ze dwa, trzy spektakularne transfery (wishful thinking).
Ale Polonia Warszawa nie ma czasu na powolne wspinanie się na szczyt.
Czas jest tu i teraz. Pozyskać piłkarzy, wdrożyć ich w system i walczyć o puchary.
Ktoś powie – za dużo oferuje.
Takie prawo rynku.
Jeśli taki Dawid Nowak dostanie dwie podobnie brzmiące oferty z Wisły i Polonii – nie będzie się zastanawiał.
Jeśli z Polonii dostanie dwa razy więcej – będzie myślał: „Jeśli będę ja, jeszcze ten i ten i jeszcze tamten, to może powalczymy o pierwszą trójkę”.
Polskiej piłce szalony Wojciechowski jest potrzebny. Choćby dlatego, że podnosi poprzeczkę. Naprawdę wysoko.
Czasem słucham tych wszystkich zapowiedzi, że „będziemy potęgą” i się śmieje.
Kuchar z Lechii mówi – w sezonie 2012/13 będziemy mieli budżet w wysokości 70 milionów złotych.
Super, 15 milionów euro, mniej niż ma najbiedniejszy klub Bundesligi czy francuskiej Ligue 1 (Auxerre ma budżet w wysokości 25 milionów euro).
Kolejny Filipiak mówi o jakiejś współpracy z TSV 1860, o jakiś młodych piłkarzach, na których chce budować drużynę. Cieszę się, ale TSV jest niewiele wart, niektórzy wciąż mylą Lwy z zespołem z lat 90-tych, z Haesslerem, Borimirowem, Abedi Pele czy Nowakiem.
W Śląsku ktoś mówi, że Solorz coś zrobi, ale jeszcze nie wiadomo co. I żyją naiwniacy tą nadzieją.
A w Polonii pan Józek ma kaprys i po prostu wykłada kasę na stół.
I znajdą się krytycy. A jak wyciągnie dwa razy więcej kasy, to znajdzie się ich dwa razy więcej. Polska.
Z Wojciechowskim jest tylko jeden problem. Jego myśli krążą po mózgu najprawdopodobniej po trasie sinusoidy. Jeśli natychmiast nie dostanie efektów, to zacznie tupać nogami jak mała dziewczynka. A wtedy w całym domku podłoga się zatrzęsie.

Comments (14)

Kuszczaka decyzja życia

Z tym problemem zmaga się od dłuższego czasu – każdy wybór może okazać się zły. Jeśli zostanie w Manchesterze United, wciąż będzie numerem 2 i nic wielkiego w jego życiu się nie zmieni, nie pójdzie do przodu poza tym, że będzie częściej grał. A jeśli van der Sar skończy karierę, Ferguson sprowadzi pewnie nowego bramkarza i walka Kuszczaka zacznie się od nowa.
Jeśli odejdzie, będzie sobie pluł w brodę, że nie spróbował.
Agent Tomka Kuszczaka postawił twardy warunek – polski bramkarz musi rozegrać przynajmniej 25 meczów w sezonie. Jeśli nie dostanie takiej gwarancji, odchodzi.
W poprzednim sezonie zagrał 8 w lidze i 6 w pucharach. Jego rywal, Ben Foster, zagrał 9 w lidze i 4 w pucharach.
Gdyby więc Kuszczak odebrał mecze Fostera, miałby ich w sumie 27. Mało. Kilka pewnie odbierze mu Amos, który musi zacząć się ogrywać. Powiedzmy, że 2,3 w Pucharze Ligi.
Kilka z kolei dojdzie, bo van der Sar będzie grał coraz rzadziej, przynajmniej jest to logiczne.
A więc te 25 pewnie się uzbiera.
Jakkolwiek dziwne ten zapis by nie brzmiał, to właśnie tak to wygląda.
Umówmy się, dla Sir Alexa Fergusona liczy się sztuka, nie człowiek. Liczy się Manchester United, nie Tomasz Kuszczak.
W takiej instytucji jak Manchester United klepią cię po plecach, ale zawsze postąpią zgodnie z interesem klubu. I słusznie, niech wygrywają najlepsi. Czyli: „pozostańmy przyjaciółmi, ale wiesz, kocham kogo innego”.
Dlatego ta decyzja musi być świadoma, wyważona, dokładnie przeanalizowana.
Wiadomo już teraz, że jest konkretne zainteresowanie ze strony Aston Villa Birmingham, ale przecież tam jest doskonały Brad Friedel. Wiekowy ale wyjątkowo pewny. Powiedzenie z bramkarzem i winem pasuje do niego nawet bardziej niż do van der Sara.
Z drugiej strony jest podobno coś konkretnego w Hiszpanii.
Wszystko rozstrzygnie się w ciągu najbliższych kilku dni. Podobno.
Jeśli Tomek wybierze rolę rezerwowego, gdziekolwiek, to ja osobiście będę mocno rozczarowany.

Dodaj komentarz

Lenczyk po polsku

Była wielka miłość a później wielkie rozczarowanie. Z człowiekiem niestabilnym uczuciowo, jakim jest Janusz Filipiak, nie powinno się romansować.
Do zwolnienia konkretnie Lenczyka mam stosunek dość obojętny. Chodzi mi bardziej o trend.
Jeśli prezes decyduje się na fachowca, który ma jakąś wizję, to powinien tę wizję respektować. Niczego naszych lokalnych bossów nie uczy przykład Fergusona, Busby’ego, Wengera. A co z Hitzfeldem, który przegrał z Luksemburgiem, a później stworzył w Szwajcarii solidną europejską drużynę?
Beenhakker powiedział kiedyś, że drużyna to nie dyskoteka, gdzie się wchodzi i wychodzi. To samo powinno dotyczyć trenera.
Jeśli prezes wybiera spośród grona kandydatów tego jednego jedynego, a później go wywala, to znaczy że popełnił błąd. Błędy są jednak po to, by je naprawiać (załóżmy). Jeśli tenże Filipiak popełnia ten sam błąd regularnie, to mamy do czynienia z ignorantem, którego powinno trzymać się z dala od futbolu.
Z drugiej strony nie należy wychodzić za mąż za człowieka niestabilnego uczuciowo. Oczywiście piąta kolejna żona wierzy, ze ona to jest już ta jedna, jedyna, ale fakt, że kolejne małżeństwa trwały rok lub dwa nakazuje się zastanowić.
Wiadomo, jeśli nie ta, to inna się znajdzie. Za portfelem panny sznurem.
Gadanie, że on tak wiele zrobił dla Cracovii średnio mnie interesuje. Między Cracovią a polską piłką nie ma bowiem znaku równości.
Argumentacja Filipiaka jest co prawda dość sensowna (różnice w myśleniu, Filipiak chce perspektywicznych, Lenczyk doświadczonych, Filipiak chce na zachód, Lenczyk nie chce), ale zaraz, zaraz – czy trzeba było roku, żeby to zrozumieć? Po co człowieku brałeś do roboty faceta, który ma zupełnie odmienną wizję futbolu? Czym cię zbajerował? Nie masz własnego umysłu, żeby ocenić, co jest prawdą co tanim bajerem?
Problemem jet też chyba polska komunistyczna działalność. Facet, który zrobił kasę nie musi oznaczać tyle co facet postępowy. Po prostu zaryzykował i zarobił. Balcerowicz nie zaryzykował i nie zarobił.
W Polsce doczekaliśmy się kultu prezesa – Sobolewskiego czy Wyry, wszechmocnego, mogącego zwalniać i zatrudniać, wielkiego budowniczego, który wiedział jak poruszać się po korytarzach władzy, ale nigdy nie doczekaliśmy się kultu trenera, poza Górskim rzecz jasna.
Postacią kultową nie stał się nigdy Jacek Machciński, który pokonał Manchester United i Juventus Turyn, Władysław Żmuda (starszy), który pokonał wielki wówczas Rapid Wiedeń i Liverpool, a pamięta mu się głównie 0:9 z Eintrachtem. Nie został nim Michał Matyas, który zaszedł z Górnikiem Zabrze do finału PZP.
Trenera po prostu się nie szanuje… Nie chcę by zrozumiano mnie źle. Nie jestem zwolennikiem sposobu myślenia Jerzego Engela i leśnych dziadków. Trener nie może pracować 10 lat w klubie tylko dlatego, że ma układ w PZPN. Po prostu przydałoby się trochę rozsądku i raz na jakiś czas ktoś z wizją. Choćby raz na 5 lat.

Dodaj komentarz

Wbrew wszystkim

Wróciłem. Akurat mój powrotny lot pokrył się z meczem finałowym, więc go nie widziałem, co mam zamiar nadrobić. Miałem jednak przesiadkę w Madrycie, gdzie wczoraj od rana zbierali się fani obu drużyn. Ci z Interu głośni, śpiewający, wszędobylscy. Ci z Bayernu gdzieś w cieniu.
Pod względem dopingu Włosi Bawarczyków po prostu zgnietli, przynajmniej na ulicach, przynajmniej w tych wcześniejszych godzinach.
Fajnie, bo najgorszy mecz pod względem dopingu na jakim byłem to finał mistrzostw świata z 2006 roku, gdzie włoscy i francuscy kibice toczyli ze sobą pojedynek na nicnierobienie, nicnieśpiewanie, nicniekrzyczenie.
Ale tu było inaczej. Kibice klubowi zawsze są lepsi od kibiców reprezentacyjnych. Jedyny wyjątek to Polska.
Gdyby więc Bayern wygrał, byłoby to niesprawiedliwością wobec madryckich ulic.
Doceniam triumf Interu, w końcu była to kiedyś moja ulubiona włoska drużyna, aż do czasu gdy przejrzałem na oczy i przestałem w ogóle kibicować włoskim drużynom w ogóle. Podczas wakacji poczytałem sobie trochę wczesną historię Vittorio Pozzo, ale czar nie wrócił.
Inter, który włoskim klubem jest już chyba tylko dlatego, że rozgrywa mecze w Mediolanie (w składzie było ledwie trzech rezerwowych Włochów, z czego na boisku pojawił się jeden), na tytuł zasłużył, bez względu na to czego by nie napisano.
Nie dlatego, że grał najlepszą piłkę, przy dzisiejszym wyrównanym poziomie może być to kwestia minuty, dobrego albo złego wślizgu… co fajnie oddaje film promocyjny Nike albo droga Louisa van Gaala, która była niezwykłą wręcz sinusoidą.
Inter zasłużył, bo pokonał dwóch zwycięzców Ligi Mistrzów, Chelsea i Barcelonę. Przecież od początku sezonu było pewne, że jedynym zespołem, który może pokonać Barcelonę jest Chelsea i to właśnie między tymi drużynami rozegra się walka o ostateczny triumf.
Ja osobiście pisałem, że Inter nie ma narzędzi do nawiązania walki z Chelsea, później już nie pisałem, ale byłem przekonany, że nie ma szans w walce z Barceloną, a w końcu byłem niemal przekonany, że przegra z Bayernem. Błąd!
Zresztą od pierwszej kolejki Ligi Mistrzów stawiałem na wygraną Bayernu. Czasem głośno, czasem nieśmiało mówiłem, że jest na to spora szansa.
Trochę to wishful thinking, bo jestem kibicem tej drużyny (wiem, że to skreśla mnie w oczach wielu ludzi zajmujących się piłką, gdyż jest to tak samo artystyczne jak podziwianie przez krytyka sztuki sprzętów AGD), a trochę zadziałała tu wiara w Van Gaala, którego uważam za najbardziej wpływowego trenera ostatnich lat w piłce.
Wpływowego czyli nie „mającego największy wpływ na futbol”, ale „mającego największy wpływ na prowadzone przez siebie drużyny”.
Fajnie jednak, że Mourinho buduje własną legendę, wywołuje dyskusje, konfliktuje dziennikarzy, o to w końcu chodzi w piłce, o emocje.
Nie jestem jego fanem, nie uważam, żeby miał tyle do zaoferowania co choćby Van Gaal, nie tworzy nowego, ale doskonale porusza się w starym. Nie jest wielkim artystą (albo jak Van Gaal artystą matematykiem), ale jest pragmatyczny, skuteczny do bólu i co ważne z mojego punktu widzenia, wspaniale porusza się w świecie mediów. Nie będzie więc trenerem wszechczasów, ale będzie jednym z tych najważniejszych, gdzieś tam w okolicach 10. miejsca, bo przypuszczam, że nie jest to jego ostatni triumf. Przecież jako trener wciąż jest dość młody, wciąż się uczy i wciąż ma sporo do polepszenia.
Kto wie, może następny triumf już za rok, w barwach Realu…
Przez najbliższe dwa dni (dzisiaj i jutro) powstanie około 2 milionów tekstów o Mourinho na całym świecie. A później będą przygotowania do Mistrzostw Świata.
PS. W 1642 roku ludzie zachodnioeuropejskiej cywilizacji postawili nogę na Tasmanii. Był to pierwszy kontakt z tym lądem od 1500 roku przed naszą erą, gdy wielka woda zerwała połączenia lądowe z Australią. Znany antropolog Jared Diamond (którego już tu przywoływałem, gdy pisałem o rasistowskich tekstach na weszlo.com, które zresztą głupio zostały powielone w lubianym kiedyś przeze mnie, ale ostatnio coraz bardziej infantylnym i słabszym dziennikarsko Magazynie Futbol, szkoda, szkoda) pisze, że miejscowi posługiwali się prymitywnymi narzędziami z kości, łowili ryby tak jak 3 tysiące lat wcześniej, a łodzie były w stanie płynąć na zaledwie niewielką odległość, ale z pewnością nie na 200 kilometrów, które dzielą wysepkę od kontynentu.
Dlaczego o tym piszę?
Gdyż wróciłem właśnie do Polski po miesięcznej nieobecności, kraju w którym myśl szkoleniowa jest taka jak dawniej – żadna.
Myślałem o swojej klasyfikacji (TOP 70), którą odkładam w czasie do sierpnia, gdyż przegapiłem 7 kolejek, które muszę nadrobić na powtórkach i zastanawiałem się na klasyfikacją trenera.
Kto jest najlepszym polskim trenerem? Zieliński Jacek? Fornalik Waldemar? Bajor Marek? No właśnie, właśnie… nie jest to proste wyzwanie.
Nie mamy matematyków pokroju Van Gaala (jedynym gościem w moim przekonaniu, który naprawdę zmienia styl swojej drużyny jest w tej chwili Rafał Ulatowski, ale druga połowa sezonu w wykonaniu Bełchatowa była mierniutka) nie mamy też nawet 1/4 polskiego Mourinho, bo nawet Czesław Michniewicz mógł być co najwyżej 1/8 Franka Pagelsdorfa, ale z pewnością nie polskim Mourinho.
Poza Kazimierzem Górskim nie mamy pół trenera w Polsce, który stworzyłby własną legendę.
Nasza myśl trenerska jest trochę jak nasza muzyka – bezbarwna jak Mandaryna, tandetna jak Kombi i tekstowo głupawa jak Lady Pank (teksty są o tyle istotne, że wielu naszych trenerów ma niewiele do powiedzenia).
Generalnie prymitywna jak narzędzia z kości, którymi posługiwali się na Tasmanii. Nawet jeśli Antonii Piechniczek chciałby to widzieć inaczej. W 1982 roku straciliśmy połączenie z kontynentem, ciekaw jestem kiedy zostanie odbudowane.

Comments (5)