Wbrew wszystkim

Wróciłem. Akurat mój powrotny lot pokrył się z meczem finałowym, więc go nie widziałem, co mam zamiar nadrobić. Miałem jednak przesiadkę w Madrycie, gdzie wczoraj od rana zbierali się fani obu drużyn. Ci z Interu głośni, śpiewający, wszędobylscy. Ci z Bayernu gdzieś w cieniu.
Pod względem dopingu Włosi Bawarczyków po prostu zgnietli, przynajmniej na ulicach, przynajmniej w tych wcześniejszych godzinach.
Fajnie, bo najgorszy mecz pod względem dopingu na jakim byłem to finał mistrzostw świata z 2006 roku, gdzie włoscy i francuscy kibice toczyli ze sobą pojedynek na nicnierobienie, nicnieśpiewanie, nicniekrzyczenie.
Ale tu było inaczej. Kibice klubowi zawsze są lepsi od kibiców reprezentacyjnych. Jedyny wyjątek to Polska.
Gdyby więc Bayern wygrał, byłoby to niesprawiedliwością wobec madryckich ulic.
Doceniam triumf Interu, w końcu była to kiedyś moja ulubiona włoska drużyna, aż do czasu gdy przejrzałem na oczy i przestałem w ogóle kibicować włoskim drużynom w ogóle. Podczas wakacji poczytałem sobie trochę wczesną historię Vittorio Pozzo, ale czar nie wrócił.
Inter, który włoskim klubem jest już chyba tylko dlatego, że rozgrywa mecze w Mediolanie (w składzie było ledwie trzech rezerwowych Włochów, z czego na boisku pojawił się jeden), na tytuł zasłużył, bez względu na to czego by nie napisano.
Nie dlatego, że grał najlepszą piłkę, przy dzisiejszym wyrównanym poziomie może być to kwestia minuty, dobrego albo złego wślizgu… co fajnie oddaje film promocyjny Nike albo droga Louisa van Gaala, która była niezwykłą wręcz sinusoidą.
Inter zasłużył, bo pokonał dwóch zwycięzców Ligi Mistrzów, Chelsea i Barcelonę. Przecież od początku sezonu było pewne, że jedynym zespołem, który może pokonać Barcelonę jest Chelsea i to właśnie między tymi drużynami rozegra się walka o ostateczny triumf.
Ja osobiście pisałem, że Inter nie ma narzędzi do nawiązania walki z Chelsea, później już nie pisałem, ale byłem przekonany, że nie ma szans w walce z Barceloną, a w końcu byłem niemal przekonany, że przegra z Bayernem. Błąd!
Zresztą od pierwszej kolejki Ligi Mistrzów stawiałem na wygraną Bayernu. Czasem głośno, czasem nieśmiało mówiłem, że jest na to spora szansa.
Trochę to wishful thinking, bo jestem kibicem tej drużyny (wiem, że to skreśla mnie w oczach wielu ludzi zajmujących się piłką, gdyż jest to tak samo artystyczne jak podziwianie przez krytyka sztuki sprzętów AGD), a trochę zadziałała tu wiara w Van Gaala, którego uważam za najbardziej wpływowego trenera ostatnich lat w piłce.
Wpływowego czyli nie „mającego największy wpływ na futbol”, ale „mającego największy wpływ na prowadzone przez siebie drużyny”.
Fajnie jednak, że Mourinho buduje własną legendę, wywołuje dyskusje, konfliktuje dziennikarzy, o to w końcu chodzi w piłce, o emocje.
Nie jestem jego fanem, nie uważam, żeby miał tyle do zaoferowania co choćby Van Gaal, nie tworzy nowego, ale doskonale porusza się w starym. Nie jest wielkim artystą (albo jak Van Gaal artystą matematykiem), ale jest pragmatyczny, skuteczny do bólu i co ważne z mojego punktu widzenia, wspaniale porusza się w świecie mediów. Nie będzie więc trenerem wszechczasów, ale będzie jednym z tych najważniejszych, gdzieś tam w okolicach 10. miejsca, bo przypuszczam, że nie jest to jego ostatni triumf. Przecież jako trener wciąż jest dość młody, wciąż się uczy i wciąż ma sporo do polepszenia.
Kto wie, może następny triumf już za rok, w barwach Realu…
Przez najbliższe dwa dni (dzisiaj i jutro) powstanie około 2 milionów tekstów o Mourinho na całym świecie. A później będą przygotowania do Mistrzostw Świata.
PS. W 1642 roku ludzie zachodnioeuropejskiej cywilizacji postawili nogę na Tasmanii. Był to pierwszy kontakt z tym lądem od 1500 roku przed naszą erą, gdy wielka woda zerwała połączenia lądowe z Australią. Znany antropolog Jared Diamond (którego już tu przywoływałem, gdy pisałem o rasistowskich tekstach na weszlo.com, które zresztą głupio zostały powielone w lubianym kiedyś przeze mnie, ale ostatnio coraz bardziej infantylnym i słabszym dziennikarsko Magazynie Futbol, szkoda, szkoda) pisze, że miejscowi posługiwali się prymitywnymi narzędziami z kości, łowili ryby tak jak 3 tysiące lat wcześniej, a łodzie były w stanie płynąć na zaledwie niewielką odległość, ale z pewnością nie na 200 kilometrów, które dzielą wysepkę od kontynentu.
Dlaczego o tym piszę?
Gdyż wróciłem właśnie do Polski po miesięcznej nieobecności, kraju w którym myśl szkoleniowa jest taka jak dawniej – żadna.
Myślałem o swojej klasyfikacji (TOP 70), którą odkładam w czasie do sierpnia, gdyż przegapiłem 7 kolejek, które muszę nadrobić na powtórkach i zastanawiałem się na klasyfikacją trenera.
Kto jest najlepszym polskim trenerem? Zieliński Jacek? Fornalik Waldemar? Bajor Marek? No właśnie, właśnie… nie jest to proste wyzwanie.
Nie mamy matematyków pokroju Van Gaala (jedynym gościem w moim przekonaniu, który naprawdę zmienia styl swojej drużyny jest w tej chwili Rafał Ulatowski, ale druga połowa sezonu w wykonaniu Bełchatowa była mierniutka) nie mamy też nawet 1/4 polskiego Mourinho, bo nawet Czesław Michniewicz mógł być co najwyżej 1/8 Franka Pagelsdorfa, ale z pewnością nie polskim Mourinho.
Poza Kazimierzem Górskim nie mamy pół trenera w Polsce, który stworzyłby własną legendę.
Nasza myśl trenerska jest trochę jak nasza muzyka – bezbarwna jak Mandaryna, tandetna jak Kombi i tekstowo głupawa jak Lady Pank (teksty są o tyle istotne, że wielu naszych trenerów ma niewiele do powiedzenia).
Generalnie prymitywna jak narzędzia z kości, którymi posługiwali się na Tasmanii. Nawet jeśli Antonii Piechniczek chciałby to widzieć inaczej. W 1982 roku straciliśmy połączenie z kontynentem, ciekaw jestem kiedy zostanie odbudowane.

Reklamy

5 Komentarzy »

  1. Simon said

    Wawrzyn! Zaatakuj wreszcie z dobrymi, regularnie pojawiającymi się tekstami na blogu.
    P.S. Twoje artykuły trzymają świetny poziom

    pzdr

  2. Simon said

    „Inter, który włoski jest tylko z nazwy”. Czytając to zdanie uśmiechnąłem się pod nosem bo Inter to Internazionale, czyli… międzynarodowy.:)

    • vegetable78 said

      masz mnie 🙂 zaraz to poprawię.

  3. auf Wiedersehen said

    Żegnaj Wawrzyn!

    • vegetable78 said

      przecież dopiero przyjechałem…

RSS feed for comments on this post · TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: