AntyMcClaren

Zastanawiałem się nad Stefanem Majewskim – symbolem upadku polskiego trenera. Wychowanek i ulubieniec Antoniego Piechniczka nie udowodni już chyba nigdy, że jest trenerem, bo zabrał się za pracę w związku. Został jednym z najmłodszych dziadków leśnych.

Oczywiście istnieje grupa dziennikarzy, która uważa że to świetny trener (hej chłopcy, ależ było lizanie tyłka, gdy został na chwilę selekcjonerem, co?), ale umówmy się – jest to zwykły przejaw oportunizmu, bo lizanie odbywa się przy każdej nominacji.

Majewski przypomniał mi się gdy oglądałem powtórkę meczu Bayernu z Wolfsburgiem (swoją drogą Mati Borek miał bardzo dobrego współkomentatora, niestety nie wiem kto to był (mówią, że chyba Sławomir Chałaśkiewicz). W każdym razie wypadł znakomicie w porównaniu do średnio przygotowanego i robiącego obciachowe błędy językowe, Tomasza Hajty.

A więc oglądałem ten mecz i zastanowiłem się nad pewnym fenomenem Stevena McClarena. Jego drużyna przegrała, ale jego drużyna na terenie największego z rywali stworzyła kilka sytuacji naprawdę znakomitych. Mogła nawet wygrać, i to dość wysoko, bo w pewnym momencie miała całą serię świetnych okazji, chociaż nie byłoby to sprawiedliwe.

Nieistotne.

Ważny jest sam przypadek McClarena. Oto uznany trener, który jednego dnia staje się wrogiem publicznym, ale więc jego kariera przypomina cesarza rzymskiego z okresu wyborów przez wojsko (niech będzie to jakiś wybitny wódz Probus). Wybrany, uwielbiany, obserwowany, wyszydzany, znienawidzony, ścięty, wrzucony do Tybru,albo skrytobójczo zadźgany w namiocie.

A więc tenże McClaren dokonywał rzeczy niezwykłych z Middlesbrough, co pewnie jeszcze trochę pamiętacie.

Po sezonie 2000/01 gdy drużyna skończyła na 14. miejsce, wskoczył na stołek na którym przepychali się Bryan Robson i Terry Venables (swoją droga ciekawy układ, dwie dominujące osobowości przepychają się na stołku, który też więcej tyłka na niej posadzi)

A więc w skrócie – najpierw McClaren skończył na miejscu 12. , chociaż walczył o dziesiątkę i byłoby to wielkim wynikiem dla ogórków z M’Borough.W tym samym sezonie był w półfinale Pucharu Anglii, co było wielką jaskółą.

I tak dalej… miejsce 11.,  znowu 11. ale wygrana w Pucharze Ligi i awans do Pucharu UEFA (a tam świetna gra, ale odpadnięcie w 1/8), potem  miejsce 7., i w końcu upadek na 14., co było ceną znakomitego marszu w Pucharze UEFA,. gdzie dopiero w finale do niedawna ogórkowy zespół przegrał z Sevillą. A więc spokojne, powolne budowanie drużyny zaprowadziło McClarena na stołek selekcjonera – stołek samobójcy.

Wiadomo bowiem, że każdy musi skoczyć na końcu w przepaść. Anglicy koniec pierwszej ligi europejskiej. Ich potęga oparta jest na lidze oraz anglojęzycznych mediach, które przed każdym turniejem pompują wielkie gwiazdy na jeszcze większe. A więc wmawia się nam, że wybitny jest Wright Phillips, chociaż w drużynie obok jest załóżmy Dani Alves, przerastający go o jakieś trzy klasy (nie, na pewno nie dwie), ale wielkiego Daniego Alvesa nikt nie nazywa geniuszem, choć grając w Anglii byłby już dawno arcygeniuszem… i tak dalej. Jakkolwiek skomplikowanie i dziwacznie by to nie brzmiało, chodzi mi generalnie o to, że media robią piłkarzy większymi niż są. Krótko.

A więc ten balon musi pęknąć, historia będzie powtarzała się zawsze. Ktoś tak wielki jak Capello mógł sobie pozwolić na jedną porażkę. Po odpadnięciu w ćwierćfinale EURO 2012 z przypadkowym przeciwnikiem, Capello poleci.

McClaren oczywiście nie miał możliwości rehabilitacji, był zbyt mały by dostać drugą szansę. Poza tym jego porażka była też zbyt spektakularna, a może po prostu Rosja i Chorwacja stworzyły swoje wyjątkowe drużyny… pewnie wszystko się nałożyło.
Dlatego McClaren swojej szansy rehabilitacji poszukał sam. Najpierw mistrzostwo w Twente, teraz, jestem przekonany, wejdzie do Ligi Mistrzów z Wolfsburgiem. I założę się o jakieś małe piwko, szczególnie teraz gdy blisko Wolfsburga jest Diego.
A przecież Twente nie miało wcale dobrego składu. Zaowocowało raz jeszcze spokojne, choć tu przyspieszone, budowanie drużyny.
Spokojnie, McClaren wróci. Aby tak się jednak stało, musi odnieść sukces wybitny. Wie o tym i ciężko nad tym pracuje. Przecież Beatlesi zaistnieli w Hamburgu, dlaczego więc nie miałoby się udać w Niemczech McLarenowi. Świat nie kończy się na Anglii.

Przypadek McClarena od razu uświadomił mi, jak małym człowiekiem i słabym trenerem, jak pozbawionym ikry, jest Stefan Majewski. Ten nie weźmie przeciętnej drużyny, nie udowodni, że się mylili, pewnie zaszyje się gdzieś w jakimś gabinecie, pogada z Antonim Piechniczkiem, poklepie się po plecach z Grzesiem Lato, powymienia się uprzejmościami z Jerzym Engelem, zostanie dziadkiem autorytetem, a kiedyś może jeszcze wskoczy na stołek, a wtedy jakiś Darek z jakiejś telewizji i jakiś Robert z jakiejś gazety powiedzą, żebyśmy nie śmiali się ze Stefana, bo to dobry trener jest. A może wcale tak nie będzie. A może Stefan uzna, że świat nie kończy się na PZPN? Tak, tak…
W skrócie – czekam na polskich trenerów z jajami.

Advertisements

1 komentarz »

  1. Hanys 1920 said

    Oj, Pana idol trenerski Ulatowski umacnia Cracovię na ostatnim miejscu, powtarzając osiągnięcia poprzedników…

    Przez litość nie wspomnę o jego wypowiedziach 🙂

RSS feed for comments on this post · TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: