Chrobaka wykład ponadczasowy

Jeśli kogoś interesuje tylko debata poświęcona pisaniu książek, może pominąć czytanie tekstu i od razu przejść do komentarzy 🙂

– Wy dziennikarze macie świetną robotę – zagadał kiedyś Krzysztof Chrobak.
– A więc co takiego znakomitego zauważył pan w naszej pracy? – zapytałem. Udałem zdziwienie, bo przecież wiem, wykonuję najlepszą robotę świata.
– To proste – rozpoczął swój proces wyjaśniania – spojrzał jakby miał do czynienia z jednym z uczniów na SKS-ie.
– Otóż w piłce występuje taki proces, że przychodzi nowy trener i ściąga nowych piłkarzy. Wy zaciekawieni przyglądacie się im, robicie z nimi wywiady, śmiejecie się, przybijacie piątki, kolegujecie się. Wszystko więc idzie w jak najlepszym kierunku. Szczególnie podczas okresu przygotowawczego. Ale oto nadchodzą pierwsze mecze. Pierwsze niepowodzenia. Na początku jest ok, ale potem nieufność narasta. Pierwsza krytyka powoduje pierwsze zerwanie kontaktów. Jeśli zespół jest słaby krytyka jest nieunikniona. Piłkarz czuje się więc zdradzony, przestaje odbierać telefony. Jeden, drugi, trzeci, w końcu chcecie zwolnić trenera. Trener przestaje więc odpowiadać dzień dobry. Na koniec rundy wszyscy chcą wam wpuścić wpier… (tak chyba powiedział). Ale potem jest przerwa.
W przerwie przychodzi nowy trener, ściąga swoich nowych piłkarzy… Wy zaciekawieni przyglądacie się im, robicie z nimi wywiady, śmiejecie się, przybijacie piątki, kolegujecie się. Wszystko więc idzie w jak najlepszym kierunku….

Cóż, świat dziennikarski – swoiste perpetuum mobile.
W tym dziennikarskim świecie idziemy czasem jak jakiś motłoch, jak lemingi biegniemy w stronę przepaści. Pamiętam jak wszyscy jechaliśmy po Listkiewiczu, zresztą jak najbardziej słusznie. Nikt nie myślał jednak o następstwach w postaci wyboru Laty.
Jako tłum wybraliśmy Smudę nie zastanawiając się nawet nad konsekwencjami tego wyboru. Tak i już. Ja do tej pory przyglądałem się Smudzie, teraz zastanowię się nad oceną. Zdaję sobie sprawę z wagi mojego głosu, ale mam prawo głosować. Jakaś tam odmiana demokracji.
Uznałem bowiem, że moja ulubiona stara sentencja Franka Rijkaarda jest jak najbardziej prawdziwa: „Nikt nie rozlicza się Pavarottiego z tego jak śpiewa pod prysznicem”
Jeśli jednak mieszkasz w bloku i co wieczór słyszysz jak twój sąsiad zawodzi haniebnie, masz zamiar krzyknąć: „Zamknij gębe patałachu!”.
Czekam więc na efekty, czy Smuda śpiewa w dobrą stronę czy zawodzi w złą.
Powołania starych gwiazd typu Smolarek czy Boruc pokazują, że sam przestał wierzyć w swoje koncepcje. Usprawiedliwianie się tym, że „nie mam dobrych piłkarzy”, na pewno nie umocniło jego pozycji w drużynie. Na pewno stracił autorytet. Najbliższe mecze będą więc dla niego poważnym sprawdzianem.
Kamil Glik w dzisiejszym wywiadzie w „RZ” powiedział że do końca roku zmiany, zmiany, zmiany, a potem tylko drobna korekta.
Czyżby? Czy istnieje jakaś koncepcja, o której nie wiemy? Jakiś kierunek? Choćby taki, który było widać w znakomitym meczu z Bułgarią? Warto czekać? Może warto, może nie… trudny wybór. Na pewno przyjdzie ktoś lepszy, ktoś z zagranicy… na pewno. Przecież wiemy, że to tylko wishful thinking.
Pamiętajcie więc o starej prawdzie – motłoch (czyli my) który wyniósł Franza, wbrew pozorom może go odwołać. Sądzę, że Lato tylko czeka na bunt motłochu (czyli nas).
Ale jakie będą tego konsekwencje? Jurek? Stefan? (Stefciu, jesteś super trenerem, Zostawcie Stefcia! – pisali dziennikarze Darek i Robert, zaś na konferencjach lizał tyłek dziennikarz Sergiusz). Otóż to! Zawsze trzeba myśleć o konsekwencjach.
Chyba, że tak naprawdę chodzi jedynie o zasadę perpetuum mobile Chrobaka.

Advertisements

40 komentarzy »

  1. Wpadka wpadek. Jak do tego doszło? said

    Czy wszystkie wpadki da się jakoś wytłumaczyć? Na przełomie 2002/2003 roku Wojciech Kowalczyk publikował w odcinkach biografię „Kowal – Prawdziwa historia” w PS i w raczkującym dopiero serwisie 90 minut.pl.
    Właśnie tam odnaleźliśmy perełkę, przez którą mamy wątpliwości, czy aby na pewno były to wspomnienia Kowalczyka. Przytoczmy fragment dotyczący meczu z Włochami na igrzyskach olimpijskich w Barcelonie (1992):
    „- Pierwsza minuta! Pokazujemy, kto tu rządzi! Jedziemy równo z murawą! Wślizg, wślizg, wślizg! Opierdalamy ich! Niech pamiętają ten dzień do końca życia! – krzyczał chwilę wcześniej Wójcik. My jeszcze dodaliśmy sobie otuchy stałym okrzykiem – jeden za wszystkich, wszyscy za jednego! W tunelu zdążyłem jeszcze popatrzeć w oczy Gianluce Pagliuce. – Tu cię mam, ogóreczku. Wiedziałem, że się jeszcze spotkamy – pomyślałem sobie. Musiał mnie pamiętać z meczów Sampdorii z Legią. Zbyt go skaleczyłem, żeby nie pamiętał. Pewnie dziś też pamięta. – Wtedy cię napocząłem, to teraz cię dokończę – wycedziłem, tak sam do siebie.
    Zaczął się mecz (…) Wślizg, wślizg, wślizg. U nich widać narastającą złość. Jedna niewykorzystana sytuacja, druga. W końcu gol dla nas! Rysiek Staniek „ukłuł”. No, panowie. Gdzie ta wasza pycha? Gdzie ci mistrzowie Europy? Gdzie ten piłkarski walec, dla którego przejechanie „Polaczków” jest tyleż oczywiste, co uwłaczające? Pagliuca, gdzie ten twój refleks i pewny chwyt? Pamiętasz mnie jeszcze? Poznaj moich kolegów! „Jusko”, Rysiek – przywitajcie się!
    Zapytacie – no i gdzie problem? OTÓŻ PAGLIUCA NIE GRAŁ NA IGRZYSKACH OLIMPIJSKICH W BARCELONIE! Nawet gdyby chciał, to zagrać nie mógł, bo BYŁ ZA STARY. Ówczesne przepisy dopuszczały zawodników co najwyżej 23-letnich, Pagliuca był dwa lata starszy i wtedy zamiast patrzeć w oczy Kowalczykowi mógł go jedynie oglądać w telewizji. U Włochów bronił
    Francesco Antonioli.
    Pagliuca pojechał na igrzyska, owszem, cztery lata później, ale wtedy przepisy dopuszczały już włączenie do kadry trzech zawodników powyżej 23 roku życia. Z tym że do Atlanty, dokąd w 1996 udał się Pagliuca, nasza reprezentacja się nie zakwalifikowała.
    Dla tych, którzy potrzebują dowodu, skład Włochów z meczu przeciwko Polsce rozegranego na IO w Hiszpanii: Antonioli – Bonomi, Favalli (56′ Rossini), Luzardi, Verga, Albertini, Corini, Marcolin, Sordo (57′ Muzzi), Buso, Melli.
    Rezerwowym bramkarzem był Angelo Peruzzi.
    Nasuwa się pytanie – o co tu do cholery chodzi? Dlaczego Kowalczyk wymyślił tego Pagliukę?! To mniej więcej tak, jakby napisać, że w drużynie Wójcika bronił Jan Tomaszewski, a gole strzelał Grzegorz Lato… Naprawdę, to chyba pierwsza bzdura, która rozkłada nas na łopatki: nie mamy zielonego pojęcia, jak mogło do niej dojść, jaka jest jej geneza.
    Kowalczyk zmyślił Pagliukę na igrzyskach w Barcelonie. Ale dlaczego? Kowalczyk nie pamięta, w jakich meczach zagrał? Wątpliwe. Pamiętał przecież, że strzelał gole Hiszpanii w finale IO czy wcześniej Sampdorii Genua (tam rzeczywiście bronił Pagliuca) i nagle uroiło mu się, że Włosi zabrali na igrzyska zawodnika, który przekroczył limit wieku. Niemożliwe. No ale w takim razie – co? Wojciech Kowalczyk zamieszczał swoją książkę w odcinkach, a tak naprawdę nie miał z nią nic wspólnego? Ktoś sobie pisał co chce? Nie, w to nie wierzymy, były reprezentant Polski narobiłby rabanu. Powiedzcie nam – jakim cudem mogło do tego dojść? Jak powstać mogła cała ta historia o napoczynaniu ogóreczka Pagliuki? Kombinujemy, kombinujemy i nic nie jesteśmy w stanie wymyślić. Wszystkie możliwe uzasadnienia tej wpadki wydają nam się niewystarczające.
    Błędy dziennikarzy można podzielić na następujące kategorie: niechlujstwo, kłamstwo informatora, pośpiech (presja czasu), brak wiedzy, zaślepienie, niekorzystny splot zdarzeń (coś co było prawdą, przestało nią być po oddaniu tekstu). Tutaj mamy do czynienia z czymś zupełnie innym. Spróbujcie to ogarnąć – Wojciech Kowalczyk we własnej autobiografii zmyślił piłkarza, który w opisywanym meczu nie miał prawa grać! I jeszcze opisał to ze szczegółami! Co dalej? Może wyda drugą część, w której opowie, jak łatwo było strzelać gole Dino Zoffowi. Albo dowiemy się, że to nie Jan Domarski, a Kowalczyk pokonał Petera Shiltona na Wembley.
    „W tunelu zdążyłem jeszcze popatrzeć w oczy Gianluce Pagliuce. – Tu cię mam, ogóreczku. Wiedziałem, że się jeszcze spotkamy – pomyślałem sobie. Musiał mnie pamiętać z meczów Sampdorii z Legią. Zbyt go skaleczyłem, żeby nie pamiętał. Pewnie dziś też pamięta. – Wtedy cię napocząłem, to teraz cię dokończę – wycedziłem, tak sam do siebie” – pisze Kowalczyk o wyimaginowanym rywalu. Czytamy, czytamy i oczom nie wierzymy.
    Jesteśmy w kropce. Nie wyobrażamy sobie takiego ciągu zdarzeń, który finalnie prowadzi do takiej właśnie wpadki.
    Jak powstawała „autobiografia” Wojciecha Kowalczyka? Z jego udziałem, czy bez? Jeśli z jego udziałem, to znaczy, że Wojtek kwalifikuje się do badań psychiatrycznych. Może wy macie jakąś swoją teorię na ten temat?!

    Dla zainteresowanych:
    http://www.90minut.pl/strona.php?id=felieton,kowal_16

  2. vegetable78 said

    Czyli co, sugerujesz że autor autobiografii Kowalczyka po prostu większą jej część zmyślił za jego przyzwoleniem, a potem poprawił mu redaktor? Aż nie chce się w to wierzyć…
    dlaczego nie zamieścisz tego wpisu na weszlo.com?
    PS. Swoją drogą, autor autobiografii Kowalczyka zagląda tu często, ostatnio bronił dobrego imienia Czesława Michniewicza. Ciekaw więc jestem czy jest w stanie bronić swojego własnego, czy ma jaja, żeby sprostać oskarżeniu o zmyślanie. A jest to dość poważne oskarżenie.

  3. stan said

    Przed chwilą sprawdziłem w książce – jest tam Antonioli, a nie Pagliuca. Cycat wklejony powyżej nigdy nie znalazł się w „Kowal – prawdziwa historia”.

    90minut.pl dostawało ode mnie brudnopis, w którym taki błąd pewnie był. A potem Wojtek się zorientował: – Wiesz co, z tym Pagliucą to mi się coś popierdoliło.

    Wiadomo, jak powstaje taka książka. To seria ciągłych pytań.
    – A kto tam był bramkarzem? A co sobie pomyślałeś, jak go zobaczyłeś? A czy graliście już kiedyś przeciwko sobie? Jak piłkarz odpowie, że bronił Pagliuca, to idzie to dalej. Co sobie mogłem pomyśleć? No, to co zawsze. Mam cię! Jak mu wtedy strzelałem, to i teraz strzelę.

    Ale potem przychodzi refleksja: – Ej, z tym Pagliucą to dałem dupy, wydaje mi się, że bronił ktoś inny. Zmieńmy to.

    Coś mi się zdaje, że piłkarzowi łatwiej po dziesięciu latach pomylić się (na chwilę), kto stał w bramce przeciwnego zespołu niż pomylić samego siebie z innym piłkarzem o tym samym nazwisku. Gdyby Wojciech Kowalczyk zrobił z siebie Radosława Kowalczyka, napastnika Widzewa – to byłoby coś.

    Ale podsumowując – W KSIĄŻCE BŁĘDU NIE MA.

  4. vegetable78 said

    Masz rację, w książce błędu nie ma, bo ktoś go wyłapał. Cofnijmy się jednak w czasie… ja rozumiem, że można popieprzyć mecz, można jakoś tam się pomylić, pomieszać fakty jak na przykład golenie głowy na łyso po meczu z Norwegią albo po meczu z Ukrainą czy z kimś tam (zaraz, zaraz, kiedy to było)…
    ale aż tak? Zobaczył Pagliukę i spojrzał mu w oczy? Zapamiętał całą tę sekwencję, która nie istniała? Zapamiętał ją z takimi szczegółami, mimo że nigdy się nie wydarzyła? Mamy więc do czynienia z psychopatą mitomanem?
    Czy wtedy po prostu nie poznał Pagliuki czy nie zna się na piłce i wydawało mu się że Antonioli to Pagliuca czy też po prostu całkowicie zmyślił tę historię? Ok, jako autor się bronisz, ale czy nie jest tak, że w pijackiej łepetynie Wojtka Kowalczyka różne urojenia mogły pomieszać się z rzeczywistością? Gdzie jest więc w twojej książce granica między tym co prawdziwe a tym co zmyślone? Nie istotne czy przez ciebie czy przez piłkarza. Redaktorzy mogli wyłapać błędy z nazwiskami, ale różne wydarzenia, anegdotki itd. są nie do zweryfikowania.

  5. stan said

    Pijackiej łepetynie? Moim zdaniem pijesz więcej od Kowalczyka – ale to na marginesie.

    Wracając do tematu – spotkałem setki piłkarzy, którym popierdoliło się nazwisko przeciwnika, natomiast nie spotkałem ani jednego, któremu popierdoliłoby się własne imię (i który w związku z tym takiego, który „przywłaszczył” sobie mecz zawodnika o tym samym nazwisku).

    Rozumiem, że chcesz – wraz z kolegami – przeprowadzić kontratak, ale niestety jest on dość nieporadny. Samo błąd z goleniem głowy w Jacka Bąka niespecjalnie robi na mnie wrażenie (chociaż wtedy kręciłem się wokół kadry i wydaje mi się, że ci piłkarze nigdy, po żadnym meczu, głów nie ogolili, nie pamiętam łysego Świerczewskiego, Hajty czy Kryszałowicza), ale fakt, że jest to w tym samym akapicie co niewytłumaczalna dla mnie wpadka z Arkiem Bąkiem, robi wrażenie.

    Napiszę tak – jest to naprawdę pierwszy błąd, jaki w życiu widziałem, którego nie umiem uzasadnić. Napisało ten tekst dwóch dziennikarzy, których nie uważam za nierzetelnych, nie wynikał ten błąd z pośpiechu, nie wierzę też, że autorów zmylić sam Bąk. No bo jakim cudem Jacek Bąk pomylił sam siebie z Arkiem Bąkiem? Mogłoby mu się coś uroić, mógł pomylić nazwisko strzelca gola, nawet wynik – ok, to by mnie nie zdziwiło. Ale jeśli Jacek Bąk przypisuje sobie mecz Arka Bąka, to jestem serio zszokowany.

    Jesteś w stanie mi to jakoś rozjaśnić?

  6. vegetable78 said

    różnica jest taka, że oni popełnili błąd przy weryfikacji danych, pokręcili coś, pomylili mecze (albo Bąk pomylił mecze z Norwegią i Ukrainą a chłopaki tego nie zweryfikowali), a ty najzwyczajniej w świecie zmyśliłeś „strumień świadomości” Kowalczyka czy też jego wypowiedzi. Nie wiem czy to poradne czy nieporadne, ale z tego co wiem – błąd nie dyskwalifikuje dziennikarza, zaś zmyślanie już tak.

    PS. Jeśli chodzi o „picie więcej od Kowalczyka” to sądzę, że należę zdaje się do średniej krajowej, zresztą ja nie wlewałem wszystkiego do wiadra i nie chlałem tego menelskiego koktajlu, tak jak robił to według twojej książki Kowalczyk. Chyba, że ta historia również została zmyślona…

    • stan said

      Nakreślę to inaczej. Piszesz książkę za kogoś, czyli go przepytujesz. Układasz sobie w głowie tekst. Potrzebujesz ku temu informacji.

      – A kto tam grał na bramce?
      – Czekaj, czekaj… Pagliuca chyba. Pagliuca.
      – No i co sobie pomyślałeś, jak go zobaczyłeś?
      – Popatrzyłem na gościa i pomyślałem to co zawsze, że trzeba strzelić mu kilka goli.
      – A ty przeciwko Pagliuce już grałeś wcześniej, tak?
      – No tak, strzeliłem Pagliuce dwa gole. Pewnie pomyślałem sobie: mam cię, strzelę ci znowu.

      To jest dialog z piłkarzem, który popierdolił fakty, a potem się zorientował, że je popierdolił i zmienił w samą porę.

      Teraz napisz mi, jak mógł wyglądać dialog między dziennikarzem i Jackiem Bąkiem, żeby Jacek Bąk pomylił sam siebie z Arkadiuszem Bąkiem? Bo jest właśnie ten moment – kiedy próbuję to sobie wyobrazić – kiedy jestem bezradny.

      „Bąk pomylił mecze z Norwegią i Ukrainą i chłopaki tego nie zweryfikowali”. Ale on nie pomylił żadnych meczów – on pomylił sam siebie. Z Norwegią rzeczywiście na minutę wszedł Bąk, ale inny. Czego nie zweryfikowali? Bąk im powiedział, że zagrał, bo jak zobaczył wchodzącego piłkarza z nazwiskiem „Bąk”, to uznał, że jest właśnie nim, że wcale nie siedzi zdyskwalifikowany za czerwoną kartkę?

      Przeciwstawiasz usunięty w porę błąd z nazwiskiem przeciwnika kontra błąd z nazwiskiem własnym (który też dalej łączym się ze „strumieniem świadomości”, jak to określiłeś – nagrodą od Jerzego Engela; w tym wypadku ten „strumień świadomości” jest zmyślony na sto procent).

      Szkoda, że padło na Łuko i Wołosa, bo obu bardzo lubię i cenię, ale to jest po prostu najbardziej absurdalny błąd, jaki w życiu widziałem. I liczyłem, że mi wytłumaczysz, jak do niego doszło (tak jak ja ci wytłumaczyłem, jak doszło do tymczasowej pomyłki z Pagliucą). „Błąd przy weryfikacji danych” to niestety jakiś żart z twojej strony. Jakiej weryfikacji, jakich danych? Bąk zapomniał o czerwonej kartce i im powiedział, że był Arkiem Bąkiem, że zagrał minutę, że Engel się ładnie zachował? A oni nie zweryfikowali? Naprawdę mam uwierzyć, że Bąk pomylił sam siebie z innym Bąkiem? Jeśli Jacek Zieliński, były piłkarz Legii, napisze w książce, jak jako trener zdobył mistrzostwo Polski z Lechem, to uznasz to za błąd przy weryfikacji danych? Celowo przesadziłem, ale tu mamy do czynienia z czymś podobnym.

      • zzny said

        Ty Stan, a pomyslales, ze moze jest to po prostu wyjatkowo slaby zbieg okolicznosci?? Ze Jacek Bak mowil im cos takiego
        – W eliminacjach nie bylem jakos specjalnie wazna postacia. Ale Engel dal mi wejsc na chwile w meczu decydujacym o awansie.
        – Co to byl za mecz?
        – Chyba z Norwegia. Wszedlem na koncowke.

        No i pozniej chlopaki pisza, ze zagral z Norwegia koncowke, a Bakowi po prostu powalily sie mecze – chodzilo o spotkanie z Ukraina. Wyjatkowo niefartowny zbieg okolicznosci spowodowal, ze w tym feralnym spotkaniu z Norwegia na koncowke sama wszedl tez Bak ale Arkadiusz.
        I stad to zamieszanie. Co i tak nie tlumaczy twojego dzikiego ataku. Sorry, ale to wyglada jak jakas osobista wojna, porachunki. Rozumiem kiedy walisz w nas za powazne bledy. Twoja sprawa, mozesz w nas napierdalac, nikt ci tego nie odbierze. Karne w finale MS, mihailovic – masz racje. Infografiki i inne powalone rzeczy. Luzik. Ale z tym Bakiem, to naprawde wyglada niepokojaco…

        Zauwaz, ze zawsze moglibyscmy tez totalnie zbagatelizowac i powiedziec – PODSUMOWUJAC, W KSIAZCE BAKA, jezeli zostanie wydana, BLEDOW NIE BEDZIE.

        Pamietasz jak w gazecie wygladal ten odcinek z Pagliucą? To sa dopiero jaja

      • vegetable78 said

        to dość oczywista sprawa. Pomylił mecze. Wszedł na końcówkę z Ukrainą ale zapamiętał, że było to z Norwegią. Któryś z chłopaków sprawdził Norwegię, zobaczył że Bąk wszedł na końcówkę. Ale musisz sdam ich zapytać. Myślę, że takie sytuacje się zdarzają, bo sam miałem kiedyś większą wpadkę, bardziej absurdalną. Nie zmyśliłem, popieprzyło się rozmówcy, ale w ferworze walki nie zweryfikowałem danych. Sam piszesz, że cenisz Łuko i Wołosa, wiesz że są uczciwymi autorami, po co więc w dość obraźliwym tonie sugerujesz, że wyssali z palca tę historię.

  7. Roman Hurkowski said

    Drodzy Koledzy! Spokojnie jak na wojnie. Wlasnie wrocilem ze szpitala, bylem tam pare dni, ale PS kupowalem, I z dnia na dzien coraz bardzjej jezyl mi sie wlos na glowie. Nawet gdyby nie Bak i łyse paly, i, i tak w numerze wtorkowym i srodowym (dzisiejszego nie czytalem jeszcze) kompromitacji jest mnostwo. Wczytajcie sie np. starannnie w sasiadujace ze soba strony 8 i 9 wczorajszego PS. Traktujace o ostatnich tego lata transferach m.in. w Anglii. Wątki Gyana i Benta. Jak tam mozna w jednej gazecie?! Tego nikt tam nie sprawdza, nie koordynuje? Koszmar.Moze poswiece temu kolejnemu koszmernemu tygodniowi w PS tekst na futbolnet.pl, ,oze nie, bo na razie nie mam w pelni sprawnej lewej reki. Niezaleznie od wszystkiego pozwyzszego: pozdrowienia. I pamietajcie , że w tym fachu idealnych ideałow po prostu nie ma! Roman Hurkowski

  8. Coraz dziwniejsza ta autobiografia Kowalczyka... said

    Zagadka autobiografii Wojciecha Kowalczyka, w której wymyśla on piłkarza, pozostaje nierozwiązana. Co więcej – w kolejnym fragmencie… znajdujemy inną perełkę.
    „Tak sobie wtedy pomyślałem: – Mamy rok 1991. Rok temu strzeliłem sześć goli Mazurowi Karczew i chyba trzy Bugowi Wyszków. Czyli jednak tamci bramkarze nie byli takimi frajerami, skoro teraz już mam na rozkładzie Gianlucę Pagliucę
    z Sampdorii, Lesa Sealeya z Manchesteru United i Thomasa Ravelliego z reprezentacji Szwecji. Ładny zestaw, o co chodzi, jakieś pytania?”
    Tak, my mamy jedno. Dlaczego Kowalczyk znów zmyśla? Zapytacie, w czym problem? Otóż Kowalczyk nigdy nie strzelił gola Lesowi Sealeyowi!
    Oto skład Manchesteru z półfinałowych meczów przeciwko Legii, czyli z tych, w których Kowalczykowi wydaje się, że strzelił gola wtedy, kiedy nie strzelił.
    Legia – Manchester 1:3
    Bramki: Cyzio 36′ – Mc Clair 37′, Hughes 54′, Bruce 67′
    Manchester: Sealey – Irwin, Pallister, Bruce, Blackmore, McClair, Phelan (46′ Donaghy), Ince, Webb, Hughes, Sharpe

    Manchester – Legia 1:1
    Bramki: Sharpe 23′ – Kowalczyk 57′
    Manchester: Walsh – Irwin, Bruce, Pallister, Blackmore (68′ Donaghy), Phelan, Robson, Webb, Mc Clair, Hughes, Sharpe

    Poniżej skrót tych spotkań – jakość fatalna, ale coś tam widać…

    Co wam się rzuciło w oczy? Kowalczyk strzelił gola w rewanżu, ale wtedy bronił Gary Walsh. Nie Sealey. O tym, że tego akurat bramkarza ma na rozkładzie może napisać Jacek Cyzio, ale nie Kowalczyk.
    Coraz dziwniejsze po latach wydają się te opowieści Kowala. Najpierw wymyślił Pagliukę na igrzyskach olimpijskich, teraz przypisuje sobie gole, których nie strzelił.

    O CO CHODZI Z TĄ KSIĄŻKĄ?

    Dla zainteresowanych
    http://www.90minut.pl/strona.php?id=felieton,kowal_14

  9. Łukasz said

    A tak swoją drogą to czemu PS przestał wydawać książki? Czy biografia Zidana była aż takim niewypałem od strony finansowej?

    Co do Bąka to przeczytałem jeden odcinek jak rozpoczynał karierę w Lublinie i sobie pomyślałem, że fajnie jakby ukazała się książka. Kowala to pewnie sprzedażowo nie pobije, ale przy sensownej promocji mogłaby trochę namieszać na ryneczku książki sportowej.

    • vegetable78 said

      Łukasz, odpowiedź jest prosta: Nie ma autorów… ja sam szykuję pewną większa historię, powinna być gotowa w listopadzie, może grudniu, zobaczymy co dalej. Ale wracam do początku – nie ma autorów, poczekaj 10 lat 🙂

  10. stan said

    OK, Piotrek, to jest wreszcie odpowiedź jakiej oczekiwałem – po prostu teraz wiem, jak (twoim zdaniem) mogło do tego dojść – wyjątkowo niefartowny i niespotykany zbieg okoliczności z Arkadiuszem Bąkiem. Błędy, jak już pisałem, zdarzają się zawsze, np. w „Kowalu”, w książce, jest fragment, że Juskowiak gra w Sportingu Gijon (a oczywiście grał w Sportingu Lizbona). I to jest błąd wynikający z mojego „przepisania się”. Sam też w życiu popełniłem setki błędów wynikających z pośpiechu, dezinformacji itd.

    Niemniej tu, przyznasz chyba, w efekcie doszło do sytuacji absurdalnej – połączenie tych wszystkich faktów, Bąka, który jest innym Bąkiem we własnej autobiotrafii, dało na sam koniec mieszankę kabaretową. Domyślam się, że Bąk sam nie zmyślił sobie meczu i domyślam się, że ani Łuko, ani Wołos nie piszą tej książki bez niego. Ale nie potrafiłem ułożyć sobie w głowie dialogu, który finalnie poprowadziłby tekst tam, gdzie poprowadził. Jest masa wpadek, które łatwo zdiagnozować (np. patrząc tylko na nazwisko autora), a ta to było raczej zadanie dla doktora House’a.

    Cóż, pech straszny z waszej strony, bo gdyby żaden Bąk nie zagrał, problem byłby dużo mniejszy – pojebało się i już. A że zagrał Arek, wyszło dziwacznie.

    I nie jest to dziki atak z mojej strony, jak to określiłeś. Naprawdę odpuszczam wam sporo błędów, bo już mi się nawet nie chce o nich pisać. Po prostu ten błąd był jedyny w swoim rodzaju. Sugerujesz, że to nie był „poważny błąd” – cóż, kwestia interpretacji. Na pewno był niespotykany i oryginalny.

    • zzny said

      No wiec tak wygląda historia tego błędu… Gdyby Engelowi nie przyszło do głowy wpuszczać Arka nie byłoby problemu. Ok. Byłby, ale nie taki kuriozalny.

      A jednak będę się upierał, że atak jest nieproporcjonalny do wykroczenia. Zarzuty ssania z palucha są chyba działami największego kalibru jaki można wytoczyć przeciwko dziennikarzowi. Pismak może być dobry, może być słaby, ale nigdy nie może ssać z palucha.
      A u ciebie Stan – Dwa mega wielkie wpisy. Creme de la creme?? Stary, no bez jaj. Miałeś kilka cremów bardziej dla la crem, że tak to nazwę.

      Odpuszczasz nam sporo błędów… protekcjonalnie to zabrzmiało. Jak ojciec, który tym razem urwisowi daruje klapsa 😉 Ale ok. Nie tego tyczy ta polemika.
      Elo.

      • stan said

        Nie ma zarzutów ssania z palucha – są ogólne rozważania, co się mogło wydarzyć i wymienione wszystkie możliwe (możliwe – w znaczeniu, wszystkie jakie przyszły mi do głowy) opcje. Nawet jest taki fragment: „No ale w takim razie – co? Jacek Bąk zamieszcza w „Przeglądzie Sportowym” swoją książkę w odcinkach, a tak naprawdę nie ma z nią nic wspólnego? Ktoś sobie pisze co chce? Nie, w to nie wierzymy, były reprezentant Polski narobiłby rabanu”.

        Nie zarzucałem ssania z palucha, ponieważ ja szczerze nie miałem pomysłu, jak wytłumaczyć to co się stało i rozważałem – że tak się wyrażę, na głos – wszystkie ewentualności.

        A protekcjonalizm? Nie… Bez sensu słowo. Ja po prostu jestem wymagającym czytelnikiem.

  11. zzny said

    A tak trochę odbiegając… Dziwi mnie, że o tym wszystkim dyskutujemy w gościnnych progach wawrzyna… Docelowo chyba powinno się toczyć ta gadka gdzie indziej. I mam na myśli inną stronę, a nie bar (chociaż takie wyjście też byłoby ok)…

  12. vegetable78 said

    zdaje się, źe administrator strony wykasował komentarze dotyczące książki Kowalczyka, stąd dyskusja przeniosła się tutaj. Jest to cywilizowane – gdzieś trzeba, a załatwiamy sprawy we własnym gronie 🙂

  13. stan said

    mw: widzialem twoj komentarz, ale niestety byl niezgodny z prawda – nic nie zostalo skasowane.

    • vegetable78 said

      Nie twierdzę, że mój komentarz został skasowany. Twierdzę jedynie, że Admin weszlo.com skasował jeden z komentarzy, dlatego autor tego komentarza przeniósł dyskusję tutaj.
      Ja go nie kasuję dopóki nie jest wulgarny i chamski.

      Pozdrawiam i powtarzam – dziwię się, że wysunąłeś działa przeciw ludziom co do których nie powinieneś mieć zastrzeżeń (sam mówisz, że ich cenisz). Rozumiem, że atakujesz ludzi których moralność jest wątpliwa a pozują na autorytety moralne… wiesz dobrze kogo mam na myśli i często się z tobą zgadzam. Ale dziwi mnie, że w tak ostry sposób potraktowałeś swoich kolegów, którzy popełnili zwykły błąd. Nie mam nic przeciw zwróceniu uwagi, to jest zupełnie normalne… ale w ten sposób? I co, teraz ich spotkasz i będziesz udawał, że wszystko jest ok? Podasz im rękę i pogadacie o pogodzie? Nie dziw się, że doszło do reakcji.

      • stan said

        Jeszcze raz ci napisze – nic nie zostalo skasowane, a dyskusja przeniosla sie tutaj, bo tylko tutaj zobaczylem wpis, ktory wszystko zapoczatkowal. Ten wpis nigdy nie zostal wklejony tam, skad go niby skasowalem.

        Nie chce wytykac bledow tylko tym osobom, ktorych nie lubie, to byloby male i to wlasnie nie bylaby merytoryczna krytyka, tylko jakas wojenka. Wytykam bledy takze tym, ktorych lubie i cenie (wtedy odczuwam prywatnie przykrosc). Szkoda, ze to akurat im trafil sie ten najbardziej absurdalny blad. Wolalbym, gdyby tekst o Baku napisal np. Marek Ignasiewicz (nie moge mu zapomniec tego goscia, co mial byc chyba jakims angielskim dziennikarzem, a tak naprawde skladal deski w stanach), ale tak sie nie stalo.

        Jak spotkam Wolosa – tak podam mu reke, dalej go bardzo lubie, on moze mi nie poda, zapewne sie obrazil, oby chwilowo. Jesli nie bedzie w stanie wzbic sie ponad to, ze popelnil blad, a ja go wytknalem – trudno. To tak jakbym mial sie kolegowac z pilkarzem, ktory nie potrafi pogodzic sie z kiepska nota, ktora mu wystawilem po kiepskim meczu (mialem kiedys taka sytuacja, dwa dni sie nie odzywal, az w koncu sam przeprosil za swoje zachowanie). Rudi tez kiedys oberwal na stronie, bo napisal jakas glupote, tez byl zly przez jeden dzien, a potem mu przeszlo. Ty (chociaz „kameralnie”, czesto za plecami) wielokrotnie mnie obrazales, insynuowales nieuczciwosc i korupcje, nazywales prostytutka, za kazdym razem tworzac sobie jakies chore historie, nie majace nic wspolnego z prawda. Sto razy bardziej moglbym byc obrazony na ciebie, niz Wolos na mnie, bo ty tworzyles sobie wirtualna rzeczywistosc, w ktora potem swiecie wierzyles (nigdy natomiast nie probowales dociec – dlaczego napisalem to albo tamto, miales gotowa teorie spiskowa), a nie wytykales prawdziwe bledy. Ale ja mam gruba skore. Podam ci reke. Pogadam o pogodzie. Z Wolosem pewnie napije sie wina, nie za tydzien, to za miesiac. Nie za miesiac, to za trzy.

        Ty piszesz ciagle o zwyklym bledzie, a ja pisze, ze to blad, jakiego nie pamietam – efekt koncowy jest przeciez taki, ze we wlasnej autobiografii pilkarz pomylil sam siebie z innym pilkarzem o tym samym nazwisku. Przyznasz chyba, ze to nie zdarza sie czesto, a prawdopodobnie nie zdarzylo sie nigdy (i juz sie pewnie nie zdarzy). Stad wlasnie rozmiar tego tekstu. Gdyby mialo chodzic o setna spierdzielona ramke, to bym sie nie rozpisywal.

  14. vegetable78 said

    zaraz, zaraz, ja o nieuczciwych układach pisałem wprost, nie za plecami. Pzdr.

  15. Jak Kowalczyk odzyskiwał pamięć... said

    Wersja internetowa (z Pagliuką w roli głównej)
    W tunelu zdążyłem jeszcze popatrzeć w oczy Gianluce Pagliuce. – Tu cię mam, ogóreczku. Wiedziałem, że się jeszcze spotkamy – pomyślałem sobie. Musiał mnie pamiętać z meczów Sampdorii z Legią. Zbyt go skaleczyłem, żeby nie pamiętał. Pewnie dziś też pamięta. – Wtedy cię napocząłem, to teraz cię dokończę – wycedziłem, tak sam do siebie.
    Zaczął się mecz (…) Wślizg, wślizg, wślizg. U nich widać narastającą złość. Jedna niewykorzystana sytuacja, druga. W końcu gol dla nas! Rysiek Staniek „ukłuł” (…) Pagliuca, gdzie ten twój refleks i pewny chwyt? Pamiętasz mnie jeszcze? Poznaj moich kolegów! „Jusko”, Rysiek – przywitajcie się!

    Wersja gazetowa (z Antoniolim i z Pagliuką gdzieś w tle)
    W tunelu zdążyłem popatrzeć w oczy Francesco Antoniolemu, obecnemu bramkarzowi Romy. – Jak tam, ogóreczku? Pagliuca opowiadał ci o mnie? Mówił, jak go usadziłem? – pomyślałem sobie. Musiał mnie pamiętać z meczów Sampdorii z Legią. – Wtedy was, makaroniarzy, napocząłem, to teraz dokończę – wycedziłem, tak sam do siebie.
    Zaczął się mecz (…) Wślizg, wślizg, wślizg. U nich widać narastającą złość. Jedna niewykorzystana sytuacja, druga. W końcu gol dla nas! Rysiek Staniek „ukłuł” (…) Antonioli, gdzie ten twój refleks i pewny chwyt? Pagliuca już wie, jak grają Polacy, czas na ciebie! Poznaj moich kolegów! „Jusko”, Rysiek – przywitajcie się!

    Wersja książkowa (już bez Pagliuki)
    W tunelu zdążyłem jeszcze popatrzeć w oczy bramkarzowi Antoniolemu. – Tu cię mam ogóreczku – pomyślałem.
    Zaczął się mecz (…) Wślizg, wślizg, wślizg. U nich widać narastającą złość. Jedna niewykorzystana sytuacja, druga. W końcu gol dla nas! Rysiek Staniek „ukłuł” (…) Bramkarzyku, gdzie ten twój refleks i pewny chwyt? Poznaj moich kolegów! „Jusko”, Rysiek – przywitajcie się!

  16. ZLK said

    Mała reklama: zapraszam Marku na mojego bloga. Założony kiedyś zalegał w kącie, no ale postanowiłem w końcu coś zacząć robić.

    zlewejmanki.blogspot.com

  17. vegetable78 said

    zaraz zajrzę 🙂

  18. Roman Hurkowski said

    Cytat z powyższej dyskusji: „Ty piszesz ciagle o zwyklym bledzie, a ja pisze, ze to blad, jakiego nie pamietam – efekt koncowy jest przeciez taki, ze we wlasnej autobiografii pilkarz pomylil sam siebie z innym pilkarzem o tym samym nazwisku.”
    Efekt końcowy – ładne. Ale, żeby było po równo: we wczorajszym PS (str. 10) w rozmowie red. Osinskiego z Karolem Bieleckim takie oto zdanie: „Teraz więcej wydarzeń boiskowych przewduję wcześniej”.
    Ludzie, fajne boksy powyzej sa miedzy Wami, ale, o ile mi wiadomo, na niektorych uczestnikach tej dyskusji spoczywa obowiązek (zadanie) czuwania nad poziomem gazety (nie tylko wlasnych tekstow) zarowno merytorycznym, jak i warsztatowym. A nie widze, byście jakos zwzięcie walczyli ze skundlaniem poprawnej polszczyzny. I naprawde malym piwem w tej sytuacji jest to, którego i ewentualnie którą nogawką Engel puścił Bąka, wobec tego, co naparwde coraz trudniej da sie czytac!

    No i jakoś bardzo latwo do porządku dziennego przeszliście nad tym, sygnalizowanym przeze mnie, Gyanem i Bentem. Czuję, że ktoś z dyskutantow miał w tym cel. A dobre ksiazki, Panie Marku, będą wcześniej niż za 10 lat. Są autorzy! Jest piękne podziemie, o jakim Panu nawet się nie śniło! Nie skalane etatyzacją zawodu. Moze nawet sam w tych ludzi zainwestuje, jeśli mi po przedwczorajszej operacji się poprawi, bo warto!

  19. asz said

    Świetne teksty panowie! Prosze o więcej.
    Wawrzyn, daruj sobie już te smutne kawałki o Chrobakach itp. Niech Test Wawrzyna składa sie tylko z komentarzy. Albo lepiej zrób osobny dział dla dziennikarzy z konkursami. Na poczatek proponuję zabawę. „Znajdź błąd kolegi i go ośmiesz”. Można zrobić klasyfikację – mały babol 1 pkt., duży babol 2 pkt., transfer z palucha 5 pkt. (zagraniczny 6 pkt.), wymyślony wywiad 8 pkt., rozmówca, który nie istnieje 9 pkt., „creme de la creme” 10 pkt. Za dobre publiczne obśmianie kolegi z innej redakcji,bonus 15 pkt., a ze swojej redakcji 20 pkt. Nagrodą dla wygranego niech będzie kapeć ufundowany przez red. Wawrzynowskiego. W lata parzyste prawy, a w nieparzyste lewy.
    Taki blog może stać prawdziwą platformą do merytorycznych dyskusji dla dziennikarzy sportowych! Nowym, nieodżałowanym KDS-em.
    Aha i nie przenoś więcej tego bloga pod inny adres, bo nudno było.
    Pozdrawiam

    • vegetable78 said

      teksty są potrzebne, nawet te najnudniejsze. Choćby po to, żeby było pod czym wpisywać komentarze.

    • zzny said

      Siemasz Aszku
      Ale przeciez juz taka strona istnieje – Weszlo.com sie nazywa. Nie wiem czy rynek jest wystarczajaco chlonny, aby dwie takie przyjal. Moim zdaniem Wawrzyn i tak skonczy ktoregos dnia wykladajac na uniwersytecie swoja prywatna teorie dziennikarstwa.
      Patrz na piwo nie ma sie kiedy umowic, a tu mozna sobie pogadac na platformie wawrzynka

  20. asz said

    Bez urazy. Czasem piszesz bardzo ciekawie. Ale gdzie tam Twoim Chrobakom do Bąków w ostatniej minucie.

  21. mir82 said

    Przed laty prawie każdy dzień rozpoczynałem od lektury prasy sportowej. Teraz patrzę na nią z obrzydzeniem. Nie da się czytać Przeglądu Sportowego, nie da się czytać Piłki Nożnej. Konkurencją miał być Futbol News, a okazał się amatorskim brukowcem.
    Chamstwo w gazetach sportowych rozpoczęło się w Przeglądzie jak przyszedł tam Zarzeczny. Uciekło wielu czytelników na poziomie. Pozostali niewykształceni (czytaj biedni), którzy tego nie pociągną. Wiem, że później w redakcji zaszły poważne zmiany, ale klient raz zrażony do danego produktu już raczej po niego nie sięgnie.
    Dla wymagających czytelników, takich jak ja nie ma w Polsce gazet sportowych. Są dwa poważne portale (Wyborczej i Rzeczpospolitej), ale ich jedyną zaletą jest to, że nie ma tam wulgaryzmów. Newsów brak.
    Pozostałe stronki internetowe (trudno je nazwać portalami) są tylko przykładem kompletnego upadku kultury słowa.
    Ci ludzie, którzy zniszczyli prasę sportową i pozbawili czytelników intelektualnej rozrywki nigdy nie byli dziennikarzami. Czy dziennikarz może zmyślać?
    Czytałem książkę Kowal Prawdziwa historia. Teraz widzę, że tytuł był kłamstwem. Zapłaciłem za prawdę o Kowalczyku, a dostałem coś w stylu Stanowski Prawdziwe oszustwo.
    Dziennikarstwo sportowe to kolesiostwo. Zaprzyjaźniony dziennikarz nigdy nie skrytykuje zaprzyjaźnionego klubu, trenera czy piłkarza. Czy Stanowski skrytykuje Michniewicza, Wawrzynowski Beenhakkera, Nahorny Rooneya, Zarzeczny Anglię? Nigdy!
    To nie jest dziennikarstwo.
    Dlaczego jako czytelnik mam wam płacić za opluwanie waszych przeciwników i pisanie laurek waszym kolesiom?

    • stan said

      Przepraszam bardzo, ale co konkretnie w ksiazce Kowalczyka jest klamstwem? To ze pomylil nazwisko bramkarza Manchesteru United?

  22. vegetable78 said

    1. Nie sądzę, by Nahorny był kolegą Rooneya
    2. Wielokrotnie krytykowałem Benhakkera na łamach prasy, nie tylko przy piwie. Choćby za to, że olewał Kuszczaka i Jelenia. I za to, że wziął do kadry Rogera, który nie jest Polakiem. A więc za zasadnicze sprawy i to wszystko można sprawdzić, bo zostało wydrukowane.
    3. Zarzeczny Anglię? Nie rozumiem…

    Nie dramatyzuj więc, opierasz się na czyichś czy własnych osądach? To zasadnicze pytanie. Pzdr.

    • mir82 said

      To są moje subiektywne spostrzeżenia jako czytelnika. Nie sądzę, aby były dla ciebie szokujące. W różnych dyskusjach można też przeczytać o innych dziennikarskich sympatiach lub antypatiach (Borek i Real Madryt, Szpakowski i Manchester United). Jeżeli nie odpowiada ci się słowo kolesiostwo, to wstaw sobie kibicowstwo, czy coś innego. Czytelnikom to się zwyczajnie nie podoba.
      Dziennikarz może się mylić, może popełniać błędy, ale nie może być kibicem. Jesteście dorosłymi ludźmi. Zostawcie te wasze kibicowskie gadżety w piaskownicy i zajmijcie się profesjonalną robotą.

      • vegetable78 said

        Pewnie masz sporo racji, ale cóż, starszych wycięto w pień, a gazety często traktowano jako trampoliny do TV, żeby tylko pokazać gębę. Może kiedyś to się zmieni, kryzys nie dotyczy dziennikarstwa sportowego, polityczne jest na znacznie niższym poziomie.

  23. elpo said

    Od zawsze marzyłem żeby zostać dziennikarzem sportowym, ale ostatnio mocno zwątpiłem czy warto. Czy nie za dużo jest układów, czy da się godnie wyżyć poświęcając się swojej pasji? Heh, pozostają plany awaryjne…

  24. vegetable78 said

    Da się godnie wyżyć, chociaż nie bosko. Jeśli liczysz na forsę, to poszukaj czegoś w sektorze bankowym. Praca jest znakomita, zastanawiam się… i nie potrafię wymyślić lepszej. Układy są ale nie musisz w nie wchodzić. Wejście w układy jest dobrowolne. Taka mała reklama…

  25. elpo said

    Zastanawiam się też nad dziennikarstwem politycznym. Polityka to moja druga pasja. Poza tym dotyczy mojego kierunku studiów. Ciężki wybór. Ma ktoś porównanie tych dwóch gatunków dziennikarstwa? Gdzie jest większa konkurencja?

  26. cwiakala said

    Elpo, a lubisz wyzwania i chcesz wejsc tam, gdzie wieksza konkurencja? 😉

  27. elpo said

    Wyzwań się nie boje, ale moje nieco idealistyczne podejście zetknęło się z rzeczywistością no i powstały wątpliwości. To jednak chyba nie odpowiednie miejsce na moje żale;) Dzięki za odpowiedzi.

RSS feed for comments on this post · TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: