Archive for Listopad, 2010

Wojciechowski Porażony

Kolejne wspaniałe przemyślenia Józefa Wojciechowskiego zapełniają łamy naszych rodzimych gazet. Szkoda tylko, że ten specjalista od konstrukcji nie jest w stanie odróżnić budowy drużyny od budowy bloku.

Znacie taki zespół jak Juventus Poraż? Właśnie czytałem kolejny cytat z Wojciechowskiego i przypomniał mi się Juventus. Jestem jego kibicem, naprawdę. Kiedyś zdarzyło mi się popełnić utwór o lokalnych derbach. Fragmenty przypomnę… Otóż Poraż grał wówczas z Drzewiarzem Rzepedź.
Miejska legenda głosi, że w latach 80-tych ktoś z Poraża wysłał list do zarządu Starej Damy w Turynie.
„Jesteśmy Juventusem, tak jak wy. Czy możecie przysłać nam jakieś gadżety?”
Wiele wody upłynęło więc w pobliskim strumyku, wiele wina wypito w pobliskim GS-ie, ale odpowiedzi nie było. W międzyczasie przytopiono sędziego we wspomnianym strumyku, a piłkarz rywali idący po piłkę omal nie utopił się w okalającym wspomniany strumyk bagienku. Ale odpowiedzi nie było…
Upływały więc dni spokojnie, rozgrywano pojedynki z Cosmosem Nowotaniec czy z tymi z Niebieszczan. Rywale przyszli tu zza góry w godzinę, a wracali 15 minut, gonili ich chłopi z widłami. Tak było w Porażu.
Któregoś dnia listonosz przytargał wielką paczkę. Było tam napisane coś po włosku.
Otworzyli więc komisyjnie, a tam… cud! Cud boski! Nowiutkie, lśniące, biało-czarne. Piękne. Koszulki z napisem Ariston. Tak… Ariston (dziś pewnie mało kto kojarzy, że to firma produkująca kotły gazowe i sprzęt AGD).
Zebrano więc naradę. Mecz już w niedzielę. Wyjazdowy.
Prezes powiedział nawet, że załatwił autokar i żeby się nie martwić.
– Autokar? – rzucił więc któryś z piłkarzy. Rzecz jasna z pogardą w głosie.
– A czemu nie? – zapytał zdziwiony prezes.
Na to odezwał się inny z piłkarzy.
– Nie będę jechał autokarem w najnowszym Aristonie. Nie po to go żona prasowała.
Doszło więc do zajadłej kłótni, która zakończyła się zwycięstwem piłkarzy.
W niedzielę na porannej mszy wszyscy stawili się w komplecie. Lakierki, dżinsy i koszulki Ariston.
Po mszy pod kościół podjechały taksówki. Jedna na piłkarza. Pojechali na mecz wyjazdowy. Wszyscy w okolicy zazdrościli im tych Aristonów.
Każdy chciał takie mieć.
I tak to trwało, tydzień w tydzień… aż do wyczerpania zasobów klubowych…

Dziś nikt nie jest w stanie stwierdzić czy historia jest prawdziwa, a miejscowi milczą i śmieją się pod nosem. Może coś w tym jest… ale żeby aż tak to chyba nie.
Otóż Poraż to miejscowy Wąchock. O Porażu mówi się kawały. Wszelkie historie o Porażu, bardzo ładnej wiosce, należy więc traktować z przymrużeniem oka.
Zresztą do tej pory trzymam w honorowym miejscu drobny wysokoprocentowy upominek, który dostałem od Sylwka, prezesa Juventusu.
Przypominam historię Poraża, bo kojarzy mi się ona z Józefem Wojciechowskim i jego myśleniem na miarę klubu z Poraża z lat 80-tych. Jest on w swoich sądach nieomylny i nic w tej kwestii się nie zmieni. Trudno polemizować z odwiecznymi prawami życia i ludzkości, trudno walczyć z przeznaczeniem.
A bogaci, tak jak i piękni, przyciągają. Wokół rekina zazwyczaj pałętają się słabsze jednostki chcące zbić jakiś kapitał, każdy kolejny banknot wyciągany z kieszeni zwiększa rzeszę i wierność.
I jest to wierność naturalna, podświadoma.
Chór poklepywaczy po plecach będzie się zwiększał z każdą monetą, przepraszam chwilą, kolejni ludzie zaczną dostrzegać coś wyjątkowego w panu Józefie.
Nie zaprzeczam, że sam wielokrotnie chwaliłem JW za to że zainwestował pieniądze w piłkę. Ale dziś, umówmy się. Człowiek wszedł w interes na którym się nie zna, dlatego też tak wiele jego wypowiedzi należy traktować z przymrużeniem oka, tak wiele wzbudza uśmieszek politowania…
Fajnie, że daje forsę. Fajnie, że płaci rodzimym zawodnikom. Tyle tylko, że nikt z grona, którym się otoczył, nie jest w stanie powiedzieć mu: „Gościu, to nie tak, budowanie drużyny polega na czymś zupełnie innym”. A przecież nie jest to takie trudne.

Problem polega na tym, że dziś żyjemy emocjami. Tak w piłce jak i w zwykłym życiu. Rymanowski czy Olejnik zapraszają do studia polityka i mówią: „Tamten nazwał pana głupim ch…”. .Co pan na to?
Polityk odpowiada: „To nie prawda, tak naprawdę to on jest głupim ch…”.
I rano onet i wp mają pożywkę, zaś gawiedź się cieszy.
Trudno wymagać więc powagi w piłce, dziedzinie dołów społecznych.
Nie będzie więc poważne dyskusji, nie będzie tematu w ogóle.
A szkoda, bo Wojciechowski przy tych nakładach mógł osiągnąć znacznie więcej.
Dziś śmieje się ze Smolarka, któremu płaci 400 tysięcy euro rocznie.
A przecież za te pieniądze byłby w stanie opłacić sieć 8 skautów w całej Polsce na 4 lata. Tak wynika z mojego obliczenia.
A ci przynieśli by zysk za jakiś czas. Zysk wielokrotnie większy niż owe 400 tysięcy euro.
A przecież mógłby zbudować za to dobre centrum szkolenia młodzieży, zatrudnić tam kilku świetnych trenerów, na początek wysłać ich na szkolenie, powiedzmy do Ajaksu, Varkenoordu, Bayernu, Boca Juniors, River Plate, Santosu, Sao Paolo… może do Anglii, do La Masii, Castilii, gdzieś do Włoch, do Francji, gdzieś gdzie potrafią grać… to wszystko za te 400 tysięcy euro.
Efekty przyszłyby po kilku latach.
Efekty znacznie większe niż 3 bramki Ebiego Smolarka.
Ale to nie byłoby zgodne z myśleniem Wojciechowskiego – wejść do marketu, pokazać się, kupić najdroższą koszulkę z wielkim napisem Versace, albo pasek z wielką klamrą Dolce & Gabbana (nie twierdzę, że tak jest, chodzi mi jedynie o porównanie – mw). Chodzi o to, żeby zaszpanować na wiejskiej dyskotece. Nie ma to nic wspólnego z budowaniem klubu na wysokim poziomie.
Wraz z wielką akcją medialną przydałoby się zbudować solidne choć podstawy.

Dziś Wojciechowski śmieje się ze Smolarka, wysyła go do klubu Kokosa. Za chwilę mówi, że marzy mu się zespół superekspertów, którzy rozpracowywaliby rywala…

Pewnie jakiś kolejny doradca światowej klasy sprzedał Józefowi ten pomysł. Założę się (o dwa piwa maksimum, bo generalnie nie uznaję hazardu), że w ciągu maksimum trzech miesięcy od zatrudnienia Jerzego Engela usłyszymy pierwsze krytyczne komentarze na jego temat. I Engel też trafi do klubu Kokosa, albo Wojciechowski założy mu jakiś bardziej elitarny klub. Ale w międzyczasie zatrudni jeszcze jego syna, Jurka (bardzo sympatycznego człowieka, który nawet dobrze zna się na piłce, tyle że niepotrzebnie uczepił się taty).
Doradcy wolontariusze wokół milionerów… To jest prawo świata, tradycja ludzkości i nie warto z tym polemizować.

Szkoda, że tak to wygląda. A jak konkretnie?
Wystarczy spojrzeć w Tabelę

Dziś ze swoimi milionami Polonia nieznacznie wyprzedza swoją ubogą imienniczkę z Bytomia, czy biedaków z Ruchu Chorzów. Jest za Bełchatowem, któremu wykupiła kilku najlepszych piłkarzy. A przecież w kolejce do wyprzedzenia Polonii czeka kilka drużyn. Jak to się skończy? Raczej nie mistrzostwem Polski dla zespołu z Konwiktorskiej.

A w przyszłości? Pan Józef w końcu się zirytuje i rzuci wszystko w cholerę. A przecież nie musi to tak wyglądać.
Gdyby bowiem piłkarze Juventusu Poraż jeździli na mecze autokarem, a pieniądze na taryfy przeznaczyli na boisko i szkolenie utalentowanej młodzieży z okolic, dziś może byłby to klub na miarę okręgówki. A nie jest…

Reklamy

14 Komentarzy

Głosujmy na Siemko i Strimko!!!

McDonald proponuje zabawę. OFICJALNĄ! – głosujmy na imiona maskotek – plagiatów tych z Euro 2008.
A więc nie pamiętam jak nazywały się maskotki na EURO 2008. Łatwo byłoby to sprawdzić, ale mi się nie chce, bo nie ma to najmniejszego znaczenia… ok, zrobię to – Trix i Flix.
Teraz mamy głosowanie, jak nazywać się będą nasze maskotki – plagiaty.
Otóż na stronie mcdonalda są trzy OFICJALNE propozycje – Slavek i Slavko (prowadzi), Siemko i Strimko (moja ulubiona propozycja) oraz Klemek i Ladko (moja druga ulubiona propozycja).
Szkoda, że nie ma możliwości głosowania na Klemka i Siemka, byłoby to takie polskie, takie słowiańskie. Światowid i Ziemowit.
Ech ci dwaj zwariowani chłopcy, oni na pewno podbiją serca młodzieży na całym świecie, ależ oni lubią narozrabiać. Oj chłopcy, chłopcy, babcia nie da zupy. Ale kochamy ich, prawda?
Szalony Slavek i ladaco Slavko.
Ancymon Siemko i nicpoń Strimko.
Rozrabiaka Klemek i huncwot Ladko.
Ech ci niesamowici chłopcy. Leniwi ale zdolni, ech ta dzisiejsza młodzież. Czyż oni nie są uroczy? Księżyc by ukradli, jakby tylko mogli.

Pierwsze skojarzenia, które przyszły mi do głowy to Piwko i Winko, najbardziej kojarzące się z naszym regionem, ale okazuje się, że takie propozycje już były (vinko i vódko, pivko i vódko).
Z tego co widziałem na forach świetne imiona to:
– Bieda i Nędza
– Szkaradek i Paskudek
– Andrzej i Zdzisław (dopasowano do tego zdjęcia Szarmacha i Kręciny)
oczywiście można pójść dalej…
– Gieniek i Czesiek
– Iwan i Zdzisiek
itd – tradycyjne imiona pod śledzika – dawaj Gieniek, dawaj Zdzisiek.
Nie boję się tego… jeszcze nie tego. Kogo to obchodzi czy to będzie Siemko i Strimko (moja wielka akcja na rzecz Siemko i Strimko na razie kończy się klęską, mimo że oddałem już prawie 10 głosów, poparcie dla duetu słowiańskich SS-manów spadło z 20 do 19 procent, nad czym ubolewam).
Maskotek nikt nie będzie pamiętał. Ja zaś najbardziej boję się oficjalnej piosenki mistrzostw. Jakiegoś keine grenzen. Boję się naprawdę. To będzie obciach na lata. Wiem to.

PS. Głosujcie na Siemko i Strimko!

4 Komentarze

Przegra Canal Plus, wygra piłka… może

Tę historię opowiedział mi kolega dziennikarz.
Jeden z szefów Legii Warszawa próbował namówić do sponsora, żeby wyłożył trochę kasy na klub.
Sponsor: – Ile ludzi was ogląda?
Działacz: – 2 miliony
Sponsor: – Świetnie, jeszcze 2 i może wejdziemy…
Działacz: – Znaczy 2 miliony rocznie.
Sponsor: – To nie bardzo

Wiosną rostrzygnięcie przetargu na ligę w latach 2011-2014. Startuje Canal Plus i TVN.
Od lat słyszę, że Canal Plus to jakiś zbawiciel polskiej piłki, że nie należy go krytykować, bo daje tak dużo itd. Tymczasem wcale tak nie jest.
Przede wszystkim Canal Plus to francuska firma, której celem jest zarobienie kasy. Nie jest to więc biznesmen czy też były piłkarz, który zrobił fortunę i chce trochę umoczyć w piłkę, taki np. Wojciechowski z Polonii czy też Kulesza z Jagiellonii. Pamiętajmy, że w dalszej perspektywie i oni liczą na jakiś zysk. To zrozumiałe.
Canal Plus wygrał przetarg i to by było na tyle.
Ani nie jest on dobro-dziejem ani zło-dziejem. Sprzedaje biznes.
Piekarz nie jest filantropem, sprzedaje bułki. Kupujący bułki kupuje. Też nie sponsoruje piekarza. Łopatologicznie – Biznes. Ekstraklasa w tym przypadku to mąka.

A więc przejdźmy do sedna. Co dały nam te lata Canal Plus?
Przede wszystkim to, że po pierwszym zauroczeniu panna okazała się nie tak piękna jakby mogło się wydawać.
Po pierwsze – nie rozwija się
Od lat to samo, te same twarze. Oczywiście są ludzie, których trzeba cenić – Twarowski, Smokowski, Orłowski, Rudzki, Nahorny, ciekawie i obiektywnie o sędziach mówi Stempniewski… może o kimś zapomniałem? Nie sądzę.
Formuła jest ta sama. Ta sama nuda, to samo pitolenie, żadnych nowych ciekawych pozycji.
Pojawił się wywiad 1 na 1, gdzie pytający zazwyczaj razi brakiem odpowiedniego przygotowania i umówmy się: „Siemka Ryba, od kogo dostałeś sms-ika?”, albo „Takesure, co tam w Zimbabwe?” – tak postawione pytania nie rzucają mnie jako kibica na kolana. I nie chodzi tu o jednorazowe pytania, ale o całość – infantylną, niemerytoryczną, na poziomie przedszkola, oferta DLA ludzi kompletnie niezorientowanych.
Jest jeszcze sympatyczny Mirek Szymkowiak, który wchodzi od czasu do czasu i nie może się wysłowić.
Po drugie – za dużo kolegów
Znany portal bulwarowy zauważa, że ostatnio króluje Krzysztof Przytuła.
Nie mam nic przeciwko Przytule, zresztą uważam że jego analizy są dość ciekawe. Zgadzam się co do tendencji.
Dlaczego nie ma w programie Darka Dziekanowskiego? dlaczego nie ma Jacka Bąka? Dlaczego w pierwszej kolejności nie patrzymy na sukcesy i występy w kadrze (a spośród wybranych nie wybieramy najciekawszych) tylko na to, kto z kim wódkę pije.
Ja nie chcę słuchać Wieszczyckiego. I nie mówcie, że nie muszę – muszę, bo oglądam Canal Plus (też oglądam, bo muszę).
Doszło do sytuacji, w której ludzie mówią, że ciekawy jest Grzegorz Mielcarski. Rozumiecie to? Tak właśnie, do tego doszło.
Dlaczego w programie nie ma np. Władysława Żmudy? Bo jest nudny? To ich przeszkolcie. Czasami rozmawiam ze Żmudą i nie zauważyłem, żeby był nudny. Trzeba jedynie wiedzieć co chce się uzyskać. I on nie owija w bawełnę. Czy ma mniej do powiedzenia niż Wieszczycki? Czy jest mniej rozpoznawalny niż MIelcarski? W Polsce nie rodzi się na pniu piłkarz, którego możesz zaprosić do studia, tak jak w Anglii, Niemczech czy Holandii. W Polsce piłkarze wywodzą się z nizin. W Polsce trzeba wszystko dopracować, niestety.
A Jacek Krzynówek? A Ryszard Tarasiewicz? Czy oni byli gorszymi piłkarzami niż Grzegorz Mielcarski? Czy mają mniej występów w kadrze? Może mniej do powiedzenia?
Niekoniecznie, prawda?
Ale ja nie twierdzę, że musi to być Żmuda albo Krzynówek – podaję jedynie przykłady do sprawdzenia, te których nie sprawdzono. Bo z nimi nikt nie napił się się ostatnio piwa ani wódki. Nie twierdzę, że Mielcarski jest zły, bo ma za mało występów w kadrze, proszę mnie zrozumieć.
Trzeci najważniejszy powód, ten ze wstępu – oglądalność
Maksymalna oglądalność meczu w Canal Plus to 150 tysięcy widzów. Tylko hitów. Przepraszam, tylko megahitów.
Gdyby wygrał powiedzmy TVN, od czasu do czasu mógłby puścić super hit ligi na którymś ze swoich otwartych programów – TVN czy TVN7.
Dlaczego nie? Mogłoby to obejrzeć kilkaset tysięcy, a czasem pewnie skoczyłoby ponad milion.
Mecz Lecha z Manchesterem City na otwartym kanale (TV4) oglądało 2,2 miliona widzow i w tym momencie stacja osiagnęła 14-procentowy udział w rynku.
Zastanówcie się jak zwiększyłoby to zainteresowanie piłką – to oczywiście w interesie gazet (tak właśnie, ja np. piszę w interesie własnej gazety, tak sądzę), ale przede wszystkim samych klubów.
Dziś stacje telewizyjne we współpracy z Ekstraklasą SA doprowadziły do tego, że mamy do czynienia z produktem środowiskowym.

Zdaję sobie sprawę, że istnieje ryzyko iż TVN zaproponuje nam swoje rozwiązania typu Wojciech Jagoda jako ekspert (bo chłopakom prowadzi treningi w reprezentacji dziennikarzy), a głównym prowadzącym będzie Sergiusz Ryczel.
Wiem, że istnieje ryzyko, że głównym autorytetem będzie Stefan Majewski, symbol upadku polskiej myśli szkoleniowej – powód? Poprowadził trening reprezentacji dziennikarzy.
Może też zdarzyć się, że zamiast fajnego magazynu ligowgo dostaniemy przynudzanie Salaka.
Tak jest, istnieje takie ryzyko.
Tak wiem, jest duże prawdopodobieństwo, że będzie republika kolesi.
Ale to będą inni kolesie. A więc jakieś uatrakcyjnienie. Tych starych mam już dosyć – jako kibic, jako telewidz. A więc gdyby wygrał TVN – do sprawy wrócimy za trzy lata.

24 Komentarze

No i z czego się cieszycie?

Jestem zażenowany. Legia wygrała kolejny mecz dzięki pomocy sędziów. Arka, wcześniej Cracovia… czy piłkarze i kibice będą się cieszyć, jeśli Legia zdobędzie mistrzostwo różnicą mniejszą niż cztery punkty? Może nad Jagiellonią, która została przekręcona przez sędziów w poprzedniej kolejce?
Gdyby tak się stało, ten sezon uznam za zmarnowany. Skorży zaś będę życzył powtórki z Levadii. Bo jestem zirytowany. Tak właśnie.
Pamiętacie luty 1999 roku? Arsene Wenger zaproponował powtórkę meczu Sheffield United. W V rundzie Pucharu Anglii. Miało być fair play, piłkę dostał Kanu, zagrał do Overmarsa, a ten strzelił gola na 2:1. Zamiast oddać piłkę… Wenger poprosił o powtórkę meczu i Arsenal ponownie wygrał 2:1.
Czy Maciej Skorża jest wystarczająco mocny, by poprosić o powtórkę? To pytanie retoryczne, wszyscy znają odpowiedź.

W weekend wielki pojedynek szachistów – Orest Lenczyk vs. Waldemar Fornalik. Dwóch znakomitych strategów, mistrz i uczeń. Lenczyk z wielkimi możliwościami, których nie potrafił wykorzystać Ryszard Tarasiewicz, na fali… kontra Fornalik, który obok Dariusza Pasieki (świetnie ustawił Arkę na Legię, ale przekręcił go sędzia) jest trenerem najlepiej wykorzystującym możliwości zespołu.
No i powrót Michniewicza. Chciałbym, żeby w Widzewie udowodnił klasę.
Zastanawiało mnie zatrudnienie go przez Cacka, po tym jak właściciel Widzewa zasugerował iż Michniewicz ma nieczyste sumienie.
To dowodzi niekonsekwencji Cacka, albo zbyt dużych kosztów, które musiałby ponieść klub za tę wypowiedź. Nie tylko finansowych, bo to też utrata dobrego imienia klubu.
Tak czy inaczej – Czesław Michniewicz znany jako król dobrej atmosfery będzie w stanie czegoś dowieść. Mając ograniczone możliwości personalne może klub podnieść albo go spuścić. Podąży więc drogą Alfa Ramseya i Bobby’ego Robsona albo nie. Liga jest na tyle spłaszczona, że szansa jest spora.
Nie potrafię wyrokować, sytuacja jest zbyt skomplikowana. na pewno sporo ryzykuje – może to wykreślić jego nazwisko z karuzeli. Z drugiej strony dawno z niej wypadł, więc złapał się czegokolwiek. Bo dziś Widzew to niestety cokolwiek… Tym większe może być powodzenie.

Comments (1)

Tylko spokój nas uratuje

Panowie, panie, wyluzujmy trochę. W środę najważniejsze było zwycięstwo, a co jest najważniejsze dzisiaj? Czy wygrana z piłkarzami WKS sprawia, że drużyna jest lepsza i Franz nagle stał się cudowtwórcą?
Przede wszystkim punktem odniesienia musi być gra, nie wynik. Nie rozliczajmy Dody ze śpiewu pod prysznicem (parafrazując jedno z moich ulubionych powiedzeń, autorstwa Franka Rijkaarda, które przytaczałem tu już dwukrotnie).
Nawet jeśli śpiewa pięknie, to nie należy zapominać, że za chwilę wyjdzie na scenę, spanikuje i będzie zawodzić niemiłosiernie. A może zaśpiewa jeszcze piękniej i przyprawi o zawrót głowy również Radka.
Ludzie tego nie rozumieją, bo nie muszą, liczy się chwilowa podnieta – poczytajcie komentarze do mojej quasi analizy na stronie „Przeglądu Sportowego”, z których wynika jasno, iż jestem baranem i nieudacznikiem
To jednak, co jest istotne, to powtarzalność.
Wróćmy do meczu – co on nam udowodnił.
Po pierwsze to, co widzieliśmy gołym okiem – konkretnie, że piłkarze z WKS byli zaangażowani na 40 procent (w Tvn24 człowiek z Łaskarzewa mówiąc to samo o swoim burmistrzu charakterystycznie uderza się w szyję).
Oni nie mogą być więc punktem odniesienia.
Wróćmy do powtarzalności – jest to jakieś prawo logiki. Jeśli zagramy dobrze z WKS, to możemy powiedzieć tylko tyle, że zagraliśmy dobrze z WKS. I nic więcej.
Jeśli zagramy dobrze z Ukrainą, Australią, USA i WKS, to możemy powiedzieć, że w pewnych elementach gramy dobrze.
Dlatego chwalę Franza za konsekwencję, powoli zmierza w swoim kierunku, powolutku, dodaje jeden element, odejmuje drugi, ale trzeba podejść do tematu na trzeźwo.
A więc elementy.
Bramka
Łukasz Fabiański – podobno jest gotowy. To chyba prawda, bo kilkakrotnie w tym sezonie pokazał wysoką klasę. Brakuje mu dobrego zmiennika, bo dziś Przemysław Tytoń to dobry numer 3, ale 2 już nie. Jest cały czas Boruc i Kuszczak, obaj wciąż są w pierwszej trójce w Polsce. Jest Szczęsny, może do EURO 2012 dojdzie, a może nie.
Pomoc jest właściwie gotowa i nic już tu się wielkiego nie zmieni.
Błaszczykowski – Matuszczyk, Murawski – Mierzejewski – Obraniak.
Mogą być drobne zmiany typu, wejście Peszki za Mierzejewskiego, może pokaże się Czarek Wilk, może wróci Roger, który jest w formie. może ktoś jeszcze. Generalnie jednak jest z kogo wybierać. Odpadnięcie jednego elementu nie spowoduje katastrofy.
Podobnie jest w ataku – Lewandowski lub zdrowy Jeleń. Ewentualnie ktoś wystrzeli, może Sobiech, może ktoś inny.
Nie należy się martwić.
Naszym megaproblemem jest obrona.
Smuda mówi, że jest Piszczek i Boenisch. Ma rację. Brakuje zmienników.
I brakuje środkowych.
Pomysł z Arkiem Głowackim jest niepoważny. Nie jest to trwałe rozwiązanie. Chciałbym się mylić, ale to zawsze był dobry piłkarz ligowy. Pomysły z naturalizowaniem kolejnych graczy są żenujące – świadczą o kompletnym braku pomysłu Smudy.
Podczas przedmeczowej konferencji prasowej Franz stwierdził, że ma już rok i nie musi jeździć. A u Kusia był? A u Augustyna był gdy ten był zdrowy? A rozmawiał z nim, gdy ten jest kontuzjowany? O ile wiem, to niekoniecznie
U kogo jeszcze nie był?
Ktoś mi wczoraj powiedział: – Sprawdza Łukasza Mierzejewskiego a nie sprawdza Sznaucnera? A co z Dudką?
Myślałem nad tym sporo, bo Sznaucner mnie nie przekonuje, to rozwiązanie chwilowe, ewentualne uzupełnienie składu. A jednak, sprawdzenie nic nie kosztuje, poza kosztami PZPN, ale umówmy się, na libacji zamiast 20 litrów wódki, 30 kilogramów kiełbasy i 15 słoików musztardy, pójdzie… 25 litrów i 40 kilogramów i 20 słoików, a wydatku i tak nikt nie zauważy.
Nie wyobrażam sobie obrony: Hernani – Arboleda – Perquis – Boenisch.
Już pisałem na ten temat.. Nic się nie zmieniło. Wolę przegrać swoimi niż wygrać drużyną, z którą się nie identyfikuję.
Oczywiście do takiego stwierdzenia jest jeszcze bardzo, bardzo daleko. W meczu z WKS wciąż tylko Obraniak był przyjezdny, to akceptowalne. Ale to mój wybór osobisty.
Wróćmy do obrony – przeanalizujcie sobie Mistrzostwa Świata – zespoły, cała czołówka to drużyny z bardzo mocną obroną. Świetnie pokazuje to przykład drużyn afrykańskich – najdalej zaszła Ghana, bo to zespół, który miał najmocniejszą obronę spośród wszystkich z kontynentu gospodarzy.
Mamy jeszcze rok i wierzę, że coś się ruszy. Jeśli Smuda dorzuci do tego składu, który ma trzech dobrych obrońców, jeśli uzupełni kadrę, w pewnym momencie postawi na dwóch pewniaków i zacznie nimi grać, zgrywać ich, tworzyć jedność – to przyniesie to wymierny wynik – wierzę w to. Oczywiście przy dobrym, w miarę, losowaniu…
A tymczasem analizujmy grę i nie podniecajmy się wynikami – tylko spokój nas uratuje.

3 Komentarze

W poszukiwaniu szczytu sinusoidy

Kiedyś byłem nawet dobry z matematyki, ale do dziś nie wiem czy w przypadku wykresu funkcji sinus możemy mówić o szczycie. W każdym razie w przypadku Lecha wykres ten nie jest płynnym przypomina raczej coś między sinusoidą a jakimś kardiogramem ze swoimi nagłymi skokami, po których krzyczymy – „żyje i jak pożera!”, oraz natychmiastowymi upadkami – „trupa mamy, trupa!”

Zastanawiam się nad fenomenem czy też antyfenomenem Lecha. Cóż sprawia, że piłkarze, którzy zachwycają nas w Lidze Europejskiej są patałachami w naszej ekstraklasie.
Trzeba się przyjrzeć dwóm potencjalnym powodom. Jak zawsze są to – ciało i umysł.
Powód pierwszy – ciało.
Mamy dziś 9 listopada, a więc Lech rozegrał już 24 mecze. W tym samym czasie w poprzednim sezonie miał na koncie 19 spotkań, 5 mniej.
Przykład pierwszy z brzegu:
Dmitrije Injac – 20 meczów
W poprzednim sezonie w tym okresie – 18 meczów.
I tak to wygląda u niemal wszystkich zawodników, wielkiej różnicy z pozostałymi nie będzie. Większość piłkarzy gra nieznacznie więcej niż grało w zeszłym sezonie.
Mamy do czynienia z różnicami, które nie powinny powodować jakiegoś dodatkowego przemęczenia. Zespół wydaje się wręcz wzmocniony. W porównaniu do jesieni zeszłego roku doszli: Burić (pierwsze 14 meczów, w tym 8 ligowych, grał Grzesiek Kasprzik), Kriwiec, Wojtkowiak (właściwie nie grał), Henriquez (przegrywał rywalizację z Gancarczykiem), zaś odszedł Lewandowski.
Lech wygrał jednak w drugiej rundzie, właśnie wtedy gdy pojawili się ci wszyscy zawodnicy, oraz Semir Stilić, który w tej rundzie znowu został zastąpiony przez swojego nieudanego brata bliźniaka. Pragnienie nawrotu wielkiej formy Stilicia jest w społeczeństwie tak wielkie, że gdy dwukrotnie prosto podał piłkę w meczu z Wisłą, został wybrany do kilku jedenastek kolejki, co ośmielę się uznać za objaw zbiorowej halucynacji (ktoś powie – wydaje mu się, że wszystko wie, ale nie o to chodzi – oglądałem mecz w dobrym towarzystwie i tak sobie razem załamywaliśmy ręce nad przeciętną grą Stilicia).
Nie będzie wielkiej różnicy w przygotowaniu fizycznym. Jest co najwyżej zepsuty okres przygotowawczy.
Ale czy z zepsutym okresem przygotowawczym można grać tak fantastycznie z Red Bullem Salzburg czy z Manchesterem City? Czy można być liderem grupy śmierci? Prawdziwej grupy śmierci?
Czy można rozgrywać mecze, które już dziś przechodzą do największych spotkań klubowych w historii naszej piłki, które już dziś można stawiać na równi z bojami Legii z Sampdorią, Widzewa z Juventusem czy Manchesterem City albo United (z Liverpoolem jeszcze może nie), Górnika z Dynamem Kijów (z Romą jeszcze nie, nie na tym szczeblu)…
Tak jest, nie ma w tym żadnej przesady. Nie bójmy się tego mówić.
Czy chodzi więc o głowę? O jakiś syndrom zaspokojonego zwycięzcy? O nieumiejętność koncentracji na „małe mecze”? Czy woda sodowa odbija tak szybko? Czy chłopcy uważają, że w Polsce grają z jakimiś ogórkami? Czy ich gra uzależniona jest w 100 procentach od gry rywala?
To jest problem psychiczny. Może to jest jakiś powód. Przecież w meczach z Wisłą czy Legią Lech grał na bardzo wysokim poziomie, ok w tym drugim przypadku zabrakło szczęścia… albo raczej Lech miał nadmiar pecha. Może i tak.
Mamy tu pewnie najcięższy do zdiagnozowania problem w naszej piłce od co najmniej miesiąca albo dwóch.
Ja będę upierał się przy sferze motywacyjnej.
Dziś Lechowi potrzeba więc trzech, czterech solidnych piłkarzy, którzy stanowiliby uzupełnienie drużyny i potrafili brać na siebie ciężar gry w meczach ligowych, dla których mecze ligowe byłyby trampoliną do gry w pucharach.
Oczywiście wiem, że Lech teoretycznie takich piłkarzy ma, tyle że to tylko teoria. Najzwyczajniej w świecie zabrakło działaczom Lecha rozeznania na rynku. Może zachłysnęli się kilkoma udanymi transferami? Może ich czujność uśpiło ściągnięcie Stilicia (który kiedyś w zamierzchłych czasach był świetnym piłkarzem) czy Kriwca, czy zachwyt ludzi po trzech bramkarz Rudnevsa… może nie tylko piłkarzom odbija sodówka? Nie wiem tego.
Ostatni mecz z Ruchem pokazał, że Bakero nie jest lekiem na całe zło, że nadziei na przyszły rok nie należało szukać w osobie trenera. Wiem jedynie, że rynek polski nie jest dokładnie przeczesany, zawsze znajdzie się jakiś Sobota (wiadomo, że odbiła mu sodówa i spożywa za dużo…), w ostatnim okresie mieliśmy na to kilka doskonałych przykładów, sam skauting może być podstawą przyszłego sukcesu o czym nasi działacze nie wiedzą (przypomnę przykład Jana Urbana, który mówił, że skauting w polskich warunkach nie ma sensu, nie opłaca się). Na pewno jest jakimś środkiem, kadra zespołu startującego w Lidze Europejskiej musi być szeroka. Choćby ze względów motywacyjnych. Na pewno problemem jest brak gwarancji. Dziś Lech kupi 5 zawodników za dużo, nie zagra w Lidze Europejskiej w przyszłym sezonie i kto będzie tych piłkarzy utrzymywał. Cóż, to jest futbol, w futbolu, jak mawiał Don Leo, nie ma gwarancji.

Mimo wszystko jestem o Lecha dziwnie spokojny. Jest to wciąż zespół najmocniejszy kadrowo w naszej ekstraklasie.
Tak jak założyłem się o to, że Legia pod koniec sezonu będzie w pierwszej trójce (i mam sporą szansę wygrać), tak dziś założę się o kolejne dwa piwa, że Lech nie zajmie niższego miejsca niż czwarte.

PS. Wyliczałem, wiadomo, przy pomocy 90minut.pl i różnych wikipedii.

7 Komentarzy

Na targu

Dzisiaj trochę z teorii dziennikarstwa – tylko trochę, bo i tylko trochę się zirytowałem kolejnymi doniesieniami felietonistów i autorytetów.

Wszyscy wiedzą wszystko – każdy najlepiej. Znaleźliśmy się więc na targu znakomicie poinformowanych.
Sprawa dotyczy tzw. afery alkoholowej w polskiej kadrze.
Na swoim internetowym blogu Roman Kołtoń pisze tak:
„Ostatnio Franciszek Smuda posługuje się niedopowiedzeniami. Zainspirował przeciek do „Przeglądu Sportowego”, o rezygnacji z Artura Boruca i Michała Żewłakowa, ale zarazem nie chce tego publicznie komentować”.
Podobne insynuacje już się zdarzały – kontrolowany przeciek itd.
Nie jest to zgodne z prawdą. Sprawa wyszła drogą niezależną od Smudy, selekcjoner nie mial z tym nic wspólnego. Nie będę wchodził w szczegóły, bo musimy utrzymać tajemnicę. Wiem jednak co mówię, bo przy tym byłem.
Być może jest to jakaś prymitywna cecha – jakaś polska, a może międzynarodowa – nie mamy własnej informacji, więc zdewaluujmy czyjąś.
Ktoś zdobył informację? Spróbujmy wmówić ludziom, że dostali ją na tacy.
Moja rada jest prosta – nie wiesz, nie próbuj udawać zorientowanego. Najlepiej się nie odzywaj.
Kolejny autorytet moralny – Hajto – w wywiadzie dla „Polska The Times” mówi że on wie kto to donosi, że to facet, który jest w kadrze od lat i zawsze pije wódkę. To on donosi.
Wymogi spełnia jedna osoba. Gdyby więc Tomasz Hajto był inspektorem w dochodzeniówce, znacznie zmniejszyła się realna wykrywalność przestępstw i jednocześnie zwiększyła liczba egzekucji.
I na koniec piątkowy felieton Darka Tuzimka, szefa nSportu, w „Przeglądzie Sportowym”.
Darek pisze więc, że media niesportowe zaczęły żyć sprawą od momentu, gdy nSport pokazał wstrząsający wywiad z Borucem.
Darek zapomniał jednak poinformować, że o sprawie wiedział nieco wcześniej, ale ją zatuszował (lub też, jeśli ktoś woli, nie ujawnił).
Opędzlował podstawowe zasady dziennikarskie za wywiad S. Ryczla, swoją drogą dość ciekawy, z Borucem.
Wiem o tym, bo nawet pewien dziennikarz nSportu dzwonił do nas, by informacji nie upubliczniać.
Rozumiecie? Dzwoni jeden dziennikarz do drugiego i mówi: „Nie dawajcie tej informacji!”. Potem dzwonili jeszcze z reprezentacji. Czy my dzwonimy do nich i prosimy, żeby przegrali mecz? Żeby strzelali sobie samobóje?
I po czymś takim Darek Tuzimek sugeruje, że to „Oni”. Nie, to nie oni. Oni nie mieli jaj, żeby to dać. Zabrakło ich na targu wszechwiedzących.
Także rada dla tych, którym się wydaje, dla tych, którzy chcą się dowartościować kosztem innych – nie wiesz, nie udawaj że jest inaczej. Nie jest, prędzej czy później to wyjdzie.

7 Komentarzy

Older Posts »