Archive for Luty, 2011

Tomaszewski i test Szczęsnego

Gdy Wojtek Szczęsny podpisał niesamowicie wysoki kontrakt z Arsenalem – wg The Mirror, 30 tysięcy funtów tygodniowo, pomyślałem że to chyba bramkarski odpowiednik Messiego. Zresztą i koledzy z angielskiej prasy popukali się w czoło.
Są trzy możliwości, mówili: albo Wenger szalony albo Szczęsny genialny
albo news wyssany z palca.
Jutro nasz młody bramkarz okrzyknięty geniuszem stanie na przeciwko
prawdziwego Messiego. Będzie miał więc dobry test psychologiczny.
Wiadomo, że mecz z Barceloną to zwiększone prawdopodobieństwo puszczenia kilku bramek.
Mówią wszyscy, że taki z niego „kozak” bo wyszczekany, więc
inteligentny. Poczekamy i zobaczymy, czy to tzw. wyszczekanie to przejaw inteligencji czy zwykłej sodówki, czy arogancja to nie przejaw strachu. Sam jestem ciekaw.
Jan Tomaszewski mówił mi ostatnio, żeby „poczekać do pierwszej
poważniejszej wpadki, bo to dopiero pokazuje prawdziwą siłę charakteru”. Zasygnalizowałem to w poprzednim wpisie, teraz rozwijam (musiałem dokonać wpisu na potrzeby gazety drukowanej i pomyślałem, że jest to jakiś pomysł).
Pamiętacie przykład Massimo Taibiego? Ależ Alex Ferguson był szczęśliwy, ależ był zachwycony – miał przecież bramkarza na lata. Za 4,5 miliona funtów a więc półdarmo. Najpierw był debiut z Liverpoolem i nagroda dla zawodnika meczu, zachwyty, ochy i achy. A potem wtopa z Southampton i kilka mniejszych wpadek z Chelsea.
„Ślepca z Wenecji” szybko się pozbyto. Pewnie nie opuszczał Manchesteru pod osłoną nocy, ale dziś mało kto o nim pamięta. Ot, szmaciarz.
Polski przykład – Radosław Matusiak – dopóki klepano go po plecach,
dopóty grał.
Gdy noga mu się powinęła, nie wytrzymał presji i próby charakteru.
Zresztą i sam Tomaszewski po swoim pierwszym meczu w kadrze, z RFN, został okrzyknięty winowajcą porażki (1:3) i przez rok był wyśmiewany na każdym polskim stadionie. „Półtora roku miałem wyjęte z życiorysu” – mówi Tomaszewski. „Wojtkowi nie życzę wpadki, ale musi ona nastąpić. Ważne żeby sobie z tym poradził”.
Tomaszewski test zdał, choć z opóźnieniem i dziś słusznie uważany jest
za najlepszego bramkarza w historii. Czuję, że Szczęsny ma możliwości,
by go przerosnąć. Tylko musi zdać test. Nikt nie wie, kiedy on nastąpi.

Comments (2)

Krok w tył

Zamiast pójść do przodu cofnęliśmy się. Może tylko na kilka chwil, a może nawet na jedną. Tak jak zapowiadałem w „PS” drukowanym, nie mam zamiaru podniecać się wynikiem, bez względu na to czy wygramy czy przegramy, interesuje mnie konkretny kierunek. Przez kilka dni przeczytałem kilka skrajnie odmiennych ocen. Moja jest taka, że jeśli pokażemy się podczas EURO 2012 z taką formą jak w meczu z Norwegią, doszczętnie się skompromitujemy.
Wolę bowiem oglądać remisy ze Stanami Zjednoczonymi i porażki z Australią niż wygrane z Norwegią. Tamte mecze pokazały nam bowiem, że idziemy w dobrym kierunku, ostatni mecz dokładnie odwrotnie. Taki mecz kompletnie nic nie daje. Może przynieść nawet odwrotny skutek psychologiczny – uspokoi piłkarzy, da im złudne poczucie że jest dobrze, podczas gdy z zewnątrz wyglądało to fatalnie.
W meczu z Norwegami nie widziałem tego, co było w poprzednich spotkaniach, gdzie staraliśmy się zdominować rywala, wymieniać podania seriami, oddawać strzały.
W meczu z Norwegią były dwa strzały i jedna bramka. Była kopanina i był przypadek.
Pewien znany piłkarski teoretyk mówi: – Panowie, w pierwszej połowie Norwegom nic się nie chciało, zaś w drugiej wysilili się, żeby nie było wstydu i nie potrafiliśmy nic z tym zrobić.
Wyciąganie jakichkolwiek wniosków z tego spotkania nie ma sensu. Tak jak i samo spotkanie sensu nie miało.
Zagraliśmy więc w Portugalii: bez publiczności, bez emocji, bez zaangażowania, bez jaj a więc bez sensu. Czy Niemcy grali z Włochami w Portugalii? A Dania z Anglią? A Francja z Brazylią? Nie. Grali na swoich wspaniałych stadionach – w Dortmundzie, w Kopenhadze, w Paryżu. W Portugalii zagrała jedynie Portugalia z Argentyną.
Wszyscy się szanują, my nie, my jesteśmy chłopcami na posyłki, zaś na zachodzie nasi najlepiej radzą sobie w zawodzie pomocników budowlańca. Nie ma w tym przypadku.
Wróćmy jednak do piłki. Franz Smuda mówi, że jest ok, wyciąga pozytywne wnioski, bo nie może zrobić inaczej. Może to i dobrze. Nie mam zamiaru słuchać tego, że Franz jest dobry, ale piłkarze są źli, że zastał spaloną ziemię, bo nie ma to nic wspólnego z prawdą. To bzdury, Michał Listkiewicz ma absolutną rację mówiąc: „Franz, widziały gały co brały”. Franz o tym wie i Listkiewiczowi nic nie odpowiada. Zresztą nie musi, bo robią to inni. Franz ma nawet swojego własnego dziennikarza ochotnika, który nie wzywany do tablicy mówi i pisze za niego, a nawet donosi na innych pismaków: „Widział pan co ten napisał? To gówniarz, jak on śmiał”
A więc Franz może spokojnie skoncentrować się na pracy. I analizować. I mam nadzieję, że jest realistą, który potrafi stwierdzić, że o ile dotychczas wszystko szło w jakimś przyzwoitym kierunku, to się zacięło.
Nie było więc w ostatnim meczu kontynuacji jakiejś konkretnej myśli. Idea, którą starał się forsować Smuda była taka – z przodu 6 zawodników ma wymieniać się podaniami i szukać szansy, z tyłu mają być klocki, na środki, zaś na bokach mają być obrońcy-skrzydłowi.
Tak to wyglądało. W znacznym skrócie i uproszczeniu, ale przecież taka właśnie jest piłka. Nie spodziewajmy się po drużynie prowadzonej przez Smudę jakiejś wielkiej myśli szkoleniowej. Jest to prosty facet i jego myśl będzie prosta. I może przez to skuteczna. Kto wie, oby tak było.
Przejdźmy do tego co już mamy:
Atak – Robert Lewandowski jest w tej chwili numerem 1. Nie dlatego, że strzelił bramkę, raczej dlatego że Irek Jeleń jest bez formy, a jest jedynym zawodnikiem który może mu zagrozić. Następnym w kolejce wydaje się Artur Sobiech, sądzę że będzie w składzie na mistrzostwa, ale nie sądzę by do tego czasu mógł zagrozić pozycji Lewandowskiego. Piłkarz Borussii Dortmund to dobry wybór – piłkarz aspirujący do gry w pierwszym składzie czołowej europejskiej drużyny, powiedzmy drugiej dziesiątki Starego Kontynentu.
Na tyle nas stać.
Pomoc – Błaszczykowski, Matuszczyk, Murawski, Mierzejewski, Obraniak – przyzwoity zestaw, do tego kilku aspirujących do gry, albo takich, którzy aspirować będą. Jest Peszko, ale jest też kilku potencjalnych kandydatów, którzy za pół roku mogą (choć nie muszą) być bardzo mocni, nawet jeśli teraz nie bierze się ich aż tak poważnie pod uwagę: Krychowiak, Janota, Małkowski, Kupisz, Wilk, Pawłowski. Mamy tu formację solidną, przyzwoitą. Taką, z którą możemy walczyć z europejskimi średniakami, z Bułgarią, Rumunią, Ukrainą (ale z tą nie zagramy), Turcją, Belgią, Irlandią, Słowenią i tak dalej. Jest to linia pomocy nie znacznie lepsza i nie znacznie gorsza niż te, które posiadają wymienione drużyny i drużyny „w tym stylu” czyli na tak zwanym średnio-słabym europejskim poziomie.
Obrona – nic się nie zmieniło. Jest Piszczek, czekamy na Boenischa. Jeśli Boenisch będzie kontuzjowany podczas EURO 2012, Smuda nie ma pojęcia jak go zastąpić. Ze środkiem obrony jest słabo. W meczu z Norwegią nie było tego widać, bo rywale po prostu postanowili nam nie zagrażać. Ale gdy dojdzie do poważniejszej próby, Kamil Glik jej nie wytrzyma. Arek Głowacki może tak, może jest to zawodnik. Ale tylko może, nie na pewno.
Wystarczająco mocny na mecz z Cyprem, ale czy też na mecz z europejskim średniakiem? Być może.
Możliwości są. Smuda nie wszystkie widzi bo w akcie desperacji chce powołać przeciętnego zawodnika z Francji, który ma z Polską tyle niewiele wspólnego i wygląda mi to na jakąś dziwaczną promocję. Wmawia się nam, że średniej jakości piłkarz, któremu wyszło kilka meczów w sezonie jest tym, który może zbawić polską piłkę. Nie podejrzewam o nic złego Smudy, sądzę że ktoś coś mu wmawia. A że rozmawiałem z ludźmi, którzy ligę francuską oglądają bardzo regularnie, to potwierdzają moje przypuszczenia.
Jeszcze większym aktem desperacji jest robienie Polaka z Arboledy, który pewnie marzyłby o grze w lidze włoskiej. My zaś mamy polskiego piłkarza z krwi i kości, który gra w lidze włoskiej i to gra przyzwoicie.
Ale może się mylę, może Smuda, ten nasz Nikifor, widzi więcej niż sądzę, tyle że tego nie mówi. Może właśnie siedzi po nocach i rozmyśla jak załatać dziurę w obronie i przychodzą mu takie niedorzeczne myśli jak ta z Perquisem czy Arboledą.
Jeśli chodzi o bramkarza mamy możliwości, teoretycznie, na wysokim poziomie. Wszyscy się zachwycają Wojtkiem Szczęsnym, choć od jakiegoś czasu nic fantastycznego nie pokazał. Owszem, były znakomite interwencje, głównie z czasów gdy był wypożyczony do Brentford, ale w Arsenalu i kadrze nie pokazał nic takiego, byśmy mieli prawo stawiać go choćby rząd niżej od Artura Boruca. Pozycja Boruca jest niepodważalna, ale Smuda ma swoje argumenty. Powołując go, zniszczył by swój i tak już nadwyrężony nieodpowiedzialnymi i nieprzemyślanymi komentarzami autorytet.
Szczęsny swoich błędów jeszcze nie popełnił. Ostatnio rozmawiałem z Jankiem Tomaszewskim i nasz najwybitniejszy bramkarz powiedział, żeby poczekać, aż Wojtek się ośmieszy. „Zobaczymy czy się podniesie, jak z tego wyjdzie”. To jest jakaś myśl.
Tak czy inaczej na bramce mamy możliwości. Na kogo Smuda by się nie zdecydował, nie powinien popełnić błędu.
Co więc mamy? Przeciętną europejską drużynę, której nie stać na nawiązanie walki z mocnymi zespołami, ale jest wystarczająco mocna by podjąć walkę i wygrać z podobnymi sobie średniakami.
Patrząc na postępy zespołu wyjście z grupy będzie ogromnym sukcesem, choć przy odpowiednim losowaniu będzie sprawą realną. Każdy wynik wyżej należy traktować na pograniczu cudu.
Od czasu ostatniego EURO 2008 nie zrobiliśmy jakiegoś wyraźnego postępu, można liczyć na wspomniane dobre losowanie i pomoc tzw. ścian. To by było na tyle.
Dziś trudno wyrokować, przecież w pół roku wszystko może się zmienić. Zobaczcie na Niemców. Mówiło się, że nie są w stanie nawiązać walki podczas Mistrzostw Swiata w 2006, zaś po porażce z Włochami w sparingu na kilka miesięcy przed turniejem spekulowano czy jest to jedna z najsłabszych reprezentacji w historii. A przecież Klinsmann i Loew po prostu realizowali strategię: – Gramy swoje i wyciągamy wnioski.
Efekt znacznie przerósł oczekiwania. Nie było istotne jedynie trzecie miejsce odtrąbione jako wielki sukces, ale też fantastyczny styl drużyny.
Oczywiście nie ma sensu porównywać się z Niemcami, chodzi tylko o zjawisko. Niemcy też nabrali się na wynik. A podstawowa zasada powinna być właśnie taka: nie patrzcie na wynik, patrzcie na postęp. Czy z tej puenty cokolwiek wynika? Zapraszam do ponownego przeczytania tego wpisu.

Dodaj komentarz

Ubaw po pachy w Polsce C

Niemcy są jednak niesamowici. Tak my sądzimy. Niemcy, Anglicy, Amerykanie, Francuzi – obcokrajowcy generalnie. Mają autostrady, proszki do prania, dużo kasy. W końcu badania donoszą, że lubimy tych co mają dużo kasy, zaś ci, którzy mają mało, to na pewno złodzieje.
Od kilku dni czytam jak nasze gazety (i to poważne, w tym wyborcza czy moja, czym jestem lekko zawstydzony), nasze fora, nasi zboczeńcy internetowi, podniecają się tym w jak fantastyczny sposób Niemcy naśmiewają się z Roberta Lewandowskiego. Zmienili więc jego nazwisko na Lewandoofski, bo doof oznacza głupek.
Rozumiem, że nie usłyszałby gwizdka sędziego i byłby na przykład Lewandeafskim, albo znokautował rywala dobrym kopnięciem i został Lewandeathskim. Nie wiem, nie wiem, strzelam. Wydaje mi się, że mieściłoby się to w jakimś kanonie dowcipu. W jakimś. Ale głupek?
A co by było, gdyby można tak zmienić nazwisko, aby w środku był „ch…” albo „k…”. Ale byłby ubaw po pachy, co?
Nie musi być to akurat on, niech będzie to inny polski piłkarz.
„Niemcy nazywają naszego piłkarza ch…”.
Potem telewizja Westdeutscher Rundfunk kręci wsiowy filmik z aktorem przebranym za Lewandowskiego, który nie może trafić kawą do kubka, albo przez pomyłkę chce się ogolić szczoteczką do zębów.
Ale ubaw. Ale żart, boki zrywać, a to ci dopiero huncwot, nicpoń, ancymon.
Szczerze mówiąc, na każdego, komu ten dowcip się podoba patrzę z politowaniem. Nie dlatego, że jestem jakimś nacjonalistą, ale dlatego że dowcip jest po prostu niskich lotów, i ludzie, których uważam za inteligentnych nie śmiali się z niego, tylko zareagowali w podobny sposób: „Ale żenada”. Były wyjątki, ale to w końcu sprawa gustu.
Znam inteligentnych ludzi, którzy słuchają disco. Naprawdę.
Przecież mieliśmy ubaw gdy nazywali prezydenta kartoflem.

Niemieckie dowcipy na przestrzeni lat bywały różne:
Ten z Szatanem jest dość znany

Ja szczerze mówiąc wolę TEN

Dlatego zawsze warto przyjrzeć się kto nazywa naszego prezydenta kartoflem, kto nazywa naszego piłkarza głupkiem, kto nazywa naszego brata złodziejem.
Mam wielu znajomych w Niemczech. Raczej wątpię, by pozwolili sobie na tego typu dowcip. Dlatego, że reprezentują pewien poziom, bo generalnie z przygłupami zadaję się tylko przypadkowo i na krótko.
Tak z nami już jest. Jakiś dzieciak napisze coś na swoim blogu po angielsku, zaraz czytam w gazetach albo na wielkich portalach: „Znany bloger napisał, że nasz piłkarz jest super”, „albo „słynny portal napisał, że nasz piłkarz ma najgorszą fryzurę w Hiszpanii”, „znana gazeta Big Ass nazwała naszego piłkarza wieśniakiem i umieściła go na tle traktora”.
A ten znany portal to często jakiś goal.com robiony przez nastolatków, który jest dość użyteczny jako giełda transferowa (gdyż tłumaczy zagraniczne gazety). Albo jakiś inny .com.
Ważne, żeby było po angielsku, albo w jakimkolwiek innym języku.
W końcu 5-latek piszący po angielsku jest bardziej wiarygodny niż polski dziennikarz z 30-letnim doświadczeniem.

Jeszcze krótko o zamieszaniu w Poznaniu, którym wcale nie jestem zdziwiony.
Kolega z dużego miasta leżącego we wschodniej części Polski napisał mi: „I pomyśleć, że to nas nazywają Polską B”.
Ja tam lubię Polskę B. Gorzej z Polską C.
Ryba, jak mówią, psuje się od głowy. Gdy jeden z kibiców, jak się okazuje wpływowy czy może nawet bardzo wpływowy, opluł kobietę, która przyszła na mecz reprezentacji z dziećmi, wzruszyłem ramionami, gdyż spodziewałem się tego czytając forum internetowe Wiary Lecha i słuchając doniesień z Poznania.
A więc można było też spodziewać się, że przedstawiciele tego ugrupowania zechcą winę zrzucić na ofiarę sugerując, że była pijana.
To na forach internetowych.
Klub i miasto przyklasną temu. Tak właśnie to wygląda w Poznaniu.
Zaraz znajdzie się prawnik (znalazł się) na posyłki. Nie z zewnątrz, to członek społeczności.
Na opublikowanym w necie oświadczeniu facet, który zazwyczaj jest neandertalczykiem w kapturze, nagle jest miłym chłopcem w okularach. Zwróćcie uwagę na filmiki w wiadomościach z sal sądowych. ONI zawsze mają okulary i nienaganne fryzury, ściągają kaptury, mówią miły głosem, zamieniają dresy na jeansy, trzy paski na eleganckie czarne koszule. Generalnie mili studenci, których przeszkolił prawnik.
Neandertalczycy bowiem nauczyli się polować, wytwarzać ogień. A więc kibice mogą wykreować prawnika czy nawet dziennikarza.
Na nagraniu video w obronie piłkarza występuje też ładna dziewczyna. Dlaczego ładna a nie brzydka? Bo ładna jest bardziej wiarygodna, tak jak kochamy bogatych, a biednych uważamy za złodziei. To tanie sztuczki prawnika na posyłki.
Od razu przypomniał mi się wybór miast – gospodarzy Euro 2012. Zapamiętałem zwłaszcza uzasadnienie, a konkretnie tak zwaną punktację – Poznań w tejże niemal tyle samo punktów za ofertę turystyczną niż Kraków.
Tłumaczono potem, że Poznań lepiej przygotował ofertę. Czy więc Reiss mógłby być lepszym piłkarzem niż Messi tylko dlatego, że ktoś ładniej napisał o nim w gazecie? Użył lepszych sformułowań? Umówmy się, że w przypadku Reissa nie będzie to możliwe, nawet gdyby kupił dwa tuziny meczów, łącznie z gwarancją strzelenia w każdym z nich jednej bramki.
Poznań do europejskiego towarzystwa nie pasuje. Pasuje Warszawa, Wrocław i Gdańsk, ale nie Poznań. Kraków byłby perłą w Koronie, Poznań jest zgniłą wiśnią na torcie. Urodą swą całą nie przebije krakowskiego Kazimierza, a stamtąd przecież jeszcze kilometr do Starego Miasta.
To oczywiście sprawa gustu, jak mówiłem – niektórzy lubią niemieckie dowcipy o Lewandowskim, niektórzy lubią poznańskie koziołki.
Ja z kolei uważam, że od początku sprawa Poznania była śmierdząca i do końca już będzie. Nie dziwię się więc, że od prezydenta miasta pana Grobelnego nie usłyszałem zapewnienia podjęcia poważnych kroków wobec człowieka, który pluje na kobietę i wygania dzieci z trybun.
W końcu i Grobelny i pan kibic, od którego całe zamieszanie wyszło, grają w jednej drużynie.
A kolegów z drużyny raczej się broni niż potępia.

Comments (7)