Archive for Kwiecień, 2011

Oglądacie dziś derby?

Dziennikarz futbolnet.pl zapytał mnie i kilku chłopaków z gazet, stacji i klubów piłkarskich, kto wygra Gran Derbi.
Nigdy nie byłem wielkim zwolennikiem żadnej z tych drużyn (wolę Bayern), a więc w przypadku derbów nie będę używał żadnego terminu związanego z sercem, gdyż byłoby to mocno naciągane. Faktem jest jednak, że najważniejszą książek mojego dzieciństwa była historia Pucharu Mistrzów „Od Realu do Ajaksu”, w więc zachwycałem się zarówno podstępem szefów Realu, którzy oszukali Barcelonę w negocjacjach z Alfredo di Stefano, jak i magicznym Helenio Herrerą, który zastosował kompletnie nowatorskie techniki szkoleniowe. A że defensywne? Może, ale co rozumie z tego wszystkiego 10 czy 12 letni chłopak…
W ostatnich latach zostałem za to zdecydowanym zwolennikiem stylu gry Barcelony, drużyny naszych czasów, choć na pewno nie nazwę się jej kibicem. Nigdy nie miałem na ścianie plakatów z Jose Mari Bakero (na naszym otwockim podwórku nazywanym „Jose Maria Papierosem”, wielu chciało być Papierosem w naszych młodzieńczych grach, ja wolałem Rummenigge), a jednak chcę by wygrywała. Barcelona Guardioli jest bowiem kolejnym krokiem w piłkarskiej ewolucji, jakimś najdoskonalszym jak na razie „communio sapiens”.
Prezentuje te wszystkie wartości, które są w piłce najważniejsze, a które starał się wprowadzić do futbolu uważany przeze mnie za najwybitniejszego piłkarza wszystkich czasów Johan Cruyff.
Jest więc przede wszystkim piękno gry, której efektem jest wynik – w gigantycznym skrócie.
Jest tam geniusz drużyny połączony z geniuszem indywidualnym, do czego jeszcze wrócę.
Pewnie ktoś powie i nie zaprzeczę, że z coraz mniejszą przyjemnością patrzy się na ten zespół z krainy tysiąca i jednego podania, bo ileż można oglądać spotkanie z kolejnym małym klubikiem, który nie jest w stanie przetrzymywać piłki niż 30 procent czasu gry. Barcelona więc utrzymuje, utrzymuje, utrzymuje… aż w końcu musi ta piłka wpaść. Znajomy powiedział mi nawet ostatnio, że nie może na tę Barcelonę już patrzeć. Rozumiem go, w końcu George Michael przeżył tyle związków, również przelotnych, z pięknymi kobietami, że w końcu zamknął się w toalecie ze znajomym. Szczęście w nadmiarze powszednieje.
Prawdziwe piękno tej gry objawia się w wielkich meczach, takich jak choćby spotkanie z Arsenalem w Lidze Mistrzów czy właśnie Gran Derbi z Realem, gdzie tempo gry doprowadzone jest do maksimum, jakie zna współczesna technologia futbolowa.
Wybieram też Barcelonę, bo jest efektem wieloletniej pracy, nie gigantycznych rekordowych transferów. Pokazuje, że najważniejszy jest pomysł i jego realizacja, jest to mistrzostwo kreatywności. Barcelona dziś daje przykład drużynom na całym świecie, pokazuje że warto postawić na wychowanków, zainwestować w szkolenie, myśleć dziesięciolecia do przodu. Pokazuje, że przyszłość jest teraz, że oprócz tanich efektów medialnych trzeba pracować w tle. Jest to idea jakże odległa naszych piłkarskim cymbałom.
I pewnie nieco mimochodem stawia się w roli obrońcy tradycyjnych wartości.
Największe drużyny w historii futbolu były budowane latami i często opierały się na młodych chłopakach z okolicy – Bayern i Ajax – największe potęgi lat 70, Manchester Matta Busby’ego (ściągał nastolatków z Anglii) czy Alexa Fergusona, który jest już bliższy idei Barcelony, Lisbon Lions Jocka Steina… Barcelona jakby doprowadziła ten model do perfekcji.
Real woli spektakularne transfery i jest to dla mnie drużyna Bravo. I choć bardzo lubię moich kolegów z tej gazety, to jednak nie jestem ich targetem.
Oczywiście że zachwyca mnie Jose Mourinho, bo na pewno jest jednym z przedstawicielami nowej fali szkoleniowców – tzw. dyrektorów przedsiębiorstw, którzy wiedzą gdzie zainwestować, kogo poklepać po plecach, kogo zrugać. Nie sądzę jednak, żebyśmy za 30 lat wymienili go w jednym rzędzie z największymi trenerami w historii futbolu, choćby z Michelsem, Cruyffem i może nawet Guardiolą, ludźmi rozwijającymi myśl futbolu totalnego. Jest on raczej tym, który reaguje, ustawia się w odpowiedniej pozycji, nie ma w sobie nic z wynalazcy, nadrabia zręcznie wykorzystując środki przekazu.
Jest więc Real zespołem pięknych chłopców z plakatów, Kaki i Ronaldo, idoli współczesnej młodzieży, nastolatków. Na pewno wspaniałych piłkarzy, zwłaszcza Ronaldo, który niesamowicie rozwinął się w Realu i jestem w stanie nawet dać mu od siebie, a co, pozycję numer 2 we współczesnej piłce (wcześniej klasyfikowałem go między 3 a 5). A jednak w starciach z wielkimi przeciwnikami nie jest w stanie już tak zachwycać.
I właśnie na przeciw niemu stawiam ostatni i zarazem pierwszy z argumentów za Barceloną. Jest Leo Messi. Myślę, że jest fenomenem na niespotykaną skalę, godnie nawiązuje do największych wzorów w historii futbolu, Pele, Maradony czy wspomnianego Cruyffa. Na pewno jako kibice mamy szczęście, że możemy powiedzieć o sobie – żyjemy w czasach Messiego. Jego statystyki są niespotykane w historii futbolu (ostatni raz miał takie Wayne Gretzky w NHL) i dowodzą, że nawet w najbardziej zmechanizowanych czasach indywidualności nie zaginą, a nawet będą bardziej widoczne. Z niecierpliwością czekam na każdy jego mecz, mam wrażenie jakby był świadkiem jakiegoś epokowego wydarzenia. I jakkolwiek patetycznie by to nie brzmiało tak właśnie chyba jest. Kontakt z piłką, balans, zwód – w każdym tym zagraniu jest coś z wysokiej sztuki.
I stąd moje przekonanie o wygranej Barcy na wszystkich frontach.Ale też nie oszukujmy się, w końcu ktoś ten zespół rozpracuje. Mourinho raz już to zrobił, jest kwestią czasu, aż zamieni się to w regułę.
Zresztą w dzisiejszej piłce coraz bardziej styl oblężniczy zastępowany jest szybkich atakiem. Real traktuje tak słabszych rywali, Niemcy każdy zespół, który ma małą dziurkę w środku.
Sądzę, że najbliższe lata to era szybkiego ataku, ale ktoś gdzieś już szuka odpowiedzi. Panta Rhei, w futbolu w szczególności.

8 komentarzy

Dawaj tego Arboledę!

Jestem przeciwny temu, żeby Manuel Arboleda grał w reprezentacji Polski. Ale nie dlatego, że jest płaczkiem, oszustem czy jak sugeruje Ebi Smolarek – wsadza palec w tyłek. W to ostatnie średnio nawet wierzę. Możliwe, że Ebi wymyślił tę historię, żeby usprawiedliwić swoje żenujące zachowanie. A może tak wyszło w walce, może przypadkowo. A może nie, możemy sobie zgadywać.
W każdym razie zadziwiające jest to, że ludzie których znam, a którzy wielokrotnie powątpiewali w prawdomówność Ebiego dziś bezkrytycznie powołują się na to jego szczere wyznanie.
Ciekawe, że wcześniej nigdy nikt nie mówił nic takiego o Arboledzie. To pierwszy raz. A takie numery po prostu się robi. Tak jak Włosi wyrywają włosy z nóg, dlatego włoscy napastnicy depilują uda. Czasem.
Jestem przeciwny Arboledzie w kadrze, bo każdy kolejny naturalizowany zawodnik sprawia, że przestaję identyfikować się z kadrą narodową i podczas EURO 2012 coraz bliżej będę tego, by kibicować Holandii, Niemcom albo Anglikom.
Nie podoba mi się natomiast prymitywna reakcja wielu kibiców w Polsce. „Dobrze mu” itd. Bo symulował, bo pajacował, bo oszukiwał, bo płakał, bo coś tam jeszcze.
Nie podoba mi się idea wrzucania kolejnego obcokrajowca do kadry, ale umówmy się – szansę na grę w kadrze mają też oszuści i symulanci – Kucharczyk czy Kupisz. Czy będę protestował przeciwko nim tylko dlatego, że ich nie szanują, bo są nieuczciwi? Nie. Będę im kibicował, tak jak lubiłem w kadrze Piotra Świerczewskiego czy Cezarego Kucharskiego, chociaż (obaj wyjątkowo fajni ludzie) nie byli boiskowymi dżentelmenami, tak jak kibicowałem Tomaszowi Hajcie.
I nie sądzę, by ktokolwiek oceniał negatywnie Arboledę, gdyby był Polakiem.
A więc skończmy z hipokryzją – nie rozmawiajmy na tym poziomie. Ta nagonka na Arboledę, pokazuje nasze najbardziej prymitywne instynkty. Aż boję się pomyśleć, co by się stało, gdyby był Żydem. Rozmawiajmy choć w miarę merytorycznie.
Nie chcę by Arboleda grał w kadrze, bo… i tu możecie sobie coś dopisać.
Ja na przykład uważam, że jeśli mamy naturalizować i kupować piłkarzy, Arboledę, czy totalnego przeciętniaka z Francji (Perquisa) to po prostu lepiej tę kadrę rozwiązać.
Bo to po prostu nie są Polacy. Wolę przegrać z Jodłowcem i Wojtkowiakiem niż zremisować z Arboledą i Perquisem.
Dobrze że dał do zrozumienia Mierzejewski, iż wiele osób w kadrze nie będzie tolerowało Arboledy. Wiadomo, że atmosferę popsuł Leo Beenhakker ściągając do drużyny Rogera. Dziś doszło do wynaturzenia i o tym rozmawiajmy.
Jestem więc zażenowany, gdy czytam komentarze (a jest tego pełno) czy nawet artykuły, że dobrze się stało iż Ebi uderzył Arboledę.
Nie stało się dobrze, że ktokolwiek uderzył kogoś innego.
Podobało mi się za to coś, co ostatnio powiedział Leszek Balcerowicz na temat etyki. To jedyne co zrozumiałem z jego wypowiedzi, gdyż nie mam pojęcia o gospodarce. A powiedział, że etyka to przykładanie zawsze takiej samej wagi do wydarzeń, bez względu na położenie. A więc punkt widzenia nie może zależeć od punktu siedzenia.
To tyle.

PS1. Polacy nie potrafią strzelać. Oglądając ligę dochodzę do takiego wniosku. Tak samo jak Biali nie potrafią skakać. Po prostu jest jakieś akie obarczenie genetyczno-narodowe, że nie mamy więcej niż 5 piłkarzy, którzy potrafią huknąć i robią to w miarę regularnie, 2,3 razy w meczu, nie boją się tego, nie muszą przekładać, ustawiać się, pykać z 10 metrów, tylko potrafią uderzyć jak Robben albo Rooney, jak ktoś ze światowego topu, huknąć po prostu. Efekt tego jest taki, że nie ma Polaka, który strzela w naszej lidze 20-30 bramek. Ciekawe skąd się to bierze. Czy jest tak, że na świecie wynaleziono jakieś nowe techniki strzeleckie, których jeszcze nie przetłumaczono na polski?
PS2. Po strzeleniu bramki dla Korony Maciej Korzym spojrzał w górę, jakby w niebiosa i krzyknął: „Kuurwa!”. Ciekawe dlaczego? A dlaczego nie „kiełbasa” albo „imadło”? Dlaczego Maciej Korzym po strzeleniu bramki krzyczy „Kurwa”? Nie potrafię tego zrozumieć.
PS3. Mój kolega władający obcym narzeczem jest zachwycony polską ligą. Podoba mu się zwłaszcza możliwość oglądania całego meczu w technice Ultra Slow-Motion. Również na żywo.

6 komentarzy

Dziki lud z drewnianych chatek

Młody bramkarz Sebastian Małkowski przed chwilą był odkryciem, teraz jest winowajcą. Gadanie. Nie słyszałem protestów gdy go powoływano, choć był powód, bo dopiero co zagrał 10 meczów w lidze. Protesty pojawiły się po jednym błędzie. Jednym!
W 1973 pewien młody obrońca debiutował w meczu kadry z Duisburgiem. Prasa nazwała go wówczas nieruchawą szafą. Kazimierz Górski powołał go za parę miesięcy na oficjalny debiut z Irlandią a potem jeszcze 90 razy, zaś Władysław Żmuda wyrósł na jednego z najlepszych obrońców świata. Może Smuda widzi coś w Małkowskim. Nie wiem co, ale w końcu to „My, Naród” wybraliśmy go na selekcjonera, więc czasem możemy mu zaufać. Nie zawsze, ale czasem.
Właściwie nie chodzi o Małkowskiego, którego nie jestem jakimś specjalnym zwolennikiem (w moim rankingu bramkarzy nie złapał się nawet do poczekalni, tylko gdzieś na końcu końca), chodzi o zasadę. Dzisiaj zabijamy, jutro rehabilitujemy. Jak jakiś dziki lud mieszkający w drewnianych chatkach.
Gdy Polska wygrała z Wybrzeżem Kości Słoniowej, jeden z komentatorów telewizyjnych stwierdził że oto mamy gotową drużynę na EURO 2012. Nie był odosobniony. Głosy sceptyczne były bardzo nieliczne.
Dostało mi się wtedy od kilku kolegów za bardzo zdystansowane podejście do naszego „historycznego triumfu nad czołową drużyną Afryki”. „Jak on może ich krytykować po wygranym meczu, na który czekaliśmy tyle miesięcy, dlaczego taki tekst się w ogóle ukazał?” – powiedział znany redaktor na kierowniczym stanowisku. Były więc różne naciski i tak dalej. Życie.
Czasem po prostu myślę sobie, że jedyne co odróżnia nas od Turków i Greków to fakt, że nie rzucamy kamieniami w autobus kadry (dobre i to), poza tym poziom emocji jest podobny.
Teraz po meczach z Litwą i Grecją, już co najmniej dwóch znanych dziennikarzy telewizyjnym ogłosiło albo zaczęło przebąkiwać, że nadszedł czas na zmianę trenera. W tym jeden, którego Smuda traktuje (zresztą zupełnie niepotrzebnie) z buta.
Ruch Zwolnienia Smudy (RZS) zaczyna napierać. Czy powinniśmy go słuchać?
Czy mecz z Litwą przegrany na kartoflisku oznacza cokolwiek? Że boisko było takie samo dla obu drużyn? Ale co z tego? Litwini grali „długą”, a my konsekwentnie dołem, tak żeby weszło w krew. Wynik jest sprawą drugorzędną. Może jest to przeciętny zamysł, ale jest.
Sam nie wiem czy ten plan wypali, ale jest to jakiś plan, który Smuda realizuje od początku.
Ma być to gra małych pcheł, które wymieniają się piłką, posiadają, starają się dominować. Czy idzie to w dobrym kierunku, ciężko powiedzieć, bo nie mamy obrony, a to zaciemnia obraz. Kilka takich momentów na mecz jest, czasem wygląda to bardzo dobrze (np. USA) a czasem źle (Litwa na kartoflisku).
Nie widzę, żeby Smuda miał pomysł na tę obronę, ale na to jeszcze jest trochę czasu. Wspomniany Żmuda do kadry Górskiego wskoczył na 8 miesięcy przed turniejem, trochę wcześniej był Musiał, który zastąpić musiał kontuzjowanego Anczoka – wówczas jednego z najlepszych lewych obrońców na świecie.
Ktoś mówi, że Obraniak nie gra i Murawski nie ten sam, że Błaszczykowski tylko jest na ławce. Ale czy przy ustawieniu 4-4-2 coś by się w tej sprawie zmieniło? A może 4-1-4-1, albo 5-3-2, albo jakiegoś innego.
System nie ma tu nic do rzeczy. Według Smudy ma być to „mała Barcelona”. A więc niezbyt odkrywcze, bo dziś każdy tak chce. Ale z drugiej strony tak grają zespoły Smudy, o czym wszyscy przecież wiedzieliśmy.
Hubert Kostka, którego uważam za jeden z większych polskich autorytetów w dziedzinie piłki mówił od początku, że ten styl się nie przyjmie, bo to nie jest styl dopasowany do naszej natury i dyscypliny albo jakiejś „polskiej mentalności”. Ale nie słyszałem wielu podobnych głosów. Z drugiej strony na kontrze można postawić argument, że Hiszpanie też nie słyną z dyscypliny. A jednak da się…
Zarzuca się Smudzie, że nie powołuje najlepszego polskiego piłkarza Artura Boruca. Sam uważam, że Boruc w kadrze powinien grać, ale z drugiej strony staram się zrozumieć naszego Nikifora. Jeśli ktoś nazwał cię publicznie niekompetentnym głupkiem (tyle oznacza mniej więcej Dyzma), to powołując go stracisz resztki autorytetu. Smuda może sobie pozwolić na odpuszczenie Boruca, bo ma Szczęsnego, Fabiańskiego, Tytonia i wciąż Kuszczaka. Wszyscy wiedzą jak wytrzymać presję. Wątpliwe, żeby czterej zasłabli przed turniejem.
A Żewłakow? Szkoda go, ale czy jest lekiem na polską obronę? Wątpię. To, że zagrał dobrze w meczu o nic, nie oznacza że zagra tak samo gdy na przeciw dostanie solidnego „przecinaka” walczącego o stawkę. Eliminacje do ostatnich Mistrzostw Świata pokazały, że niekoniecznie.
W meczu z Grecją nasi rywali nie przeprowadzili więcej niż pięciu dobrych akcji. Nie twierdzę, że przywrócenie Żewłakowa to pomysł zły, ale „nieprzywrócenie go” przez Smudę to też nie powód do biadolenia. Może by grał dobrze, może nie, to tyle.
Podnosi się również argument, że Żewłakow zagrał świetnie i by się przydał, choćby w szatni, żeby przekazać doświadczenie, wiedzę i tak dalej.
Ciekaw jestem więc, dlaczego Joachim Loew nie powołał na ostatnie mistrzostwa świata Franza Beckenbauera. Przecież nie musiałby grać, przecież służyłby doświadczeniem, jak Żewłakow. Umówmy się – pierwsze, drugie i trzecie miejsce na świecie, do tego kilka pucharów mistrzów i jeden triumf w roli trenera na mundialu. A przecież tak jak i Żewłakow miałby być tylko w szatni i służyć doświadczeniem. Do tego Wolfgang Overath, który też ma trzy medale mistrzostw świata, więc wie jak sobie radzić z presją. Również służyłby doświadczeniem. Dwóch z takim doświadczeniem, to by dopiero było wielkie doświadczenie.
Argument o powołaniu Żewłakowa dla jego doświadczenia uważam za chybiony.
Na pewno pożegnano się z nim w sposób niegodny, prostacki, choć z drugiej strony jest to nasza polska specjalność – prymitywne pożegnania.
Pewnie, że pewne rzeczy wyszły po czasie – na przykład, to że Smuda bardziej przypomina Nikifora niż sądziliśmy, co widać było choćby po tym wsiowym, dożynkowym pożegnaniu.
Nie wiedzieliśmy jeszcze wielu rzeczy. Że na piłce się w ogóle nie zna, że taktycznie słaby, że nie ma nosa do piłkarzy, że słabo motywuje, że to, że tamto, w ogóle nie wiedzieliśmy, że jest beznadziejny.
Ale czy moja czy kogoś innego niewiedza na temat Smudy to problem mój i wspomnianego kogoś innego czy Smudy?
Na zasadniczą zmianę jest już chyba za późno, tym bardziej że nie ma gwarancji że będzie to zmiana sensowna. Skoro lud raz wybrał „złego” selekcjonera, to dlaczego teraz ma wybrać dobrego?
I kiedy ten nieszczęśnik zostanie stracony i powleczony ulicami Rzymu, obrzucony łajnem, opluty i wrzucony do Tybru? Po EURO 2012 czy jeszcze tydzień przed „zanim będzie za późno, bo to nie idzie w dobrym kierunku”?
Sam na początku mówiłem – Smuda może być ale wolałbym Skorżę. Gdzie jest dziś Skorża? Właśnie ruszyła maszyna zwalniająca go z Legii Warszawa. Po raz drugi. Pierwszy raz się obronił, teraz chmury są ciemniejsze.
Dopiero co oczywiste było, również dla wielu znawców, że następcą powinien być Michał Probierz. Gdzie jest dziś Probierz? Jak bardzo jego notowania spadły? Ale czy jest gorszym trenerem niż był pół roku temu? A gdzie będzie za dwa lata? Znowu będzie dobry czy fatalny?
Teraz jest moda na Waldemara Fornalika. I dobrze, to świetny trener, jeden z najlepszych w kraju. Zawsze robi coś z niczego, znakomicie analizuje rywala, wyszukuje jego słabe strony. Tak samo jak drugi z kandydatów czyli Orest Lenczyk.
A to ciekawe, bo dopiero co mówiono o nim – świetny, ale na krótką metę, tu zabierze na siłownię, nie trenuje z piłką i tak dalej. A teraz jest dobry? Czyżby się zmienił? A może my się zmieniamy? A może zmienia się tylko poziom emocji – od histerii do uwielbienia? I z powrotem…
Obaj, i Fornalik i Lenczyk, to bardzo dobrzy kandydaci na następcę Smudy po EURO 2012.
Zwalnianie selekcjonera w tej chwili byłoby skrajną nieodpowiedzialnością. Nie zapominajmy, że to tylko kandydaci medialni, kandydaci ludu. Zwolnienie Smudy to tylko pierwszy krok, ale jaki byłby drugi?
Nie twierdzę, że należy go wspierać we wszystkim i tak dalej, bo nie trzeba, wręcz odwrotnie. Należy piętnować jego błędy, należy protestować, wyśmiewać niekonsekwencję. Przyznaję, że sam przestałem go lubić, zaś powoływanie Kolumbijczyka i francuskiego przeciętniaka do polskiej kadry uważam za skandal. Ale zwolnić?
Zadaniem Smudy było i jest wyjście z grupy na mistrzostwach. Umówmy się, że będzie to duży sukces. Byłby duży dla każdego trenera prowadzącego naszą kadrę, nie tylko dla Smudy.
Mam nadzieję, że Franz Nikifor wyciągnie wnioski. Przede wszystkim zastanowi się nad tym czy idzie dobrą drogą, jeśli tak, to zechce przekonać do wizji piłkarzy nieprzekonanych.
Mam nadzieję, że przestanie wygadywać głupoty, które często nie mają pokrycia w rzeczywistości. Bo nie tylko dziennikarze to widzą, widzą to przede wszystkim piłkarze. Chciałbym, żeby tak się stało, a jeśli nie to co? Zwolnić czy dać zrobić robotę?
Moje zdanie jest takie, że zwolnienie byłoby barbarzyństwem. „My, naród” wybierając Smudę na selekcjonera daliśmy mu pewne ramy niezależności. Nie może być naszym zakładnikiem, musi mieć swobodę działania. Ograniczoną przez protesty w pewnym istotnych sprawach, ale nie przez groźbę zwolnienia.
Po swoim pierwszym oficjalnym meczu w roli selekcjonera, poprzednik Smudy, nieco większy od niego Leo Beenhakker, powiedział: „Kadra narodowa to nie dyskoteka, gdzie się wchodzi i wychodzi”. I to powinno dotyczyć również trenerów. Jeśli Grzegorz Lato pod wpływem RZS zadecyduje inaczej, powinien wziąć na siebie odpowiedzialność i odejść. Przede wszystkim to on decydował o wyborze selekcjonera.

2 komentarze