Archive for Czerwiec, 2011

Całkowita odmiana Smudy

Prawdziwa odmiana jest wtedy, gdy dzwonnik z Rotterdamu (tak, tak) staje się Erazmem z Rotterdamu, Nikifor Rembrandtem, a Smuda… no właśnie kim?
W lipcowej Piłce Nożnej Plus jest debata. Redakcja kontra Franz Smuda. Przytoczę wybrane przeze mnie fragmenty.

Pytanie: Co łatwiej remontować? Rodzinną siedzibę czy najważniejszą drużynę w Polsce?
Smuda: Trudno ustosunkować się jednoznacznie do tak postawionego pytania.
Pytanie: Skoro mówimy o kadrze, zapytamy wprost – czy proces jej selekcji przed Euro został już zakończony?
Smuda: Padło słowo proces, a zatem odpowiedź musi być jednoznaczna i precyzyjna.
Pytanie: Tego pytania nie da się uniknąć. Na co właściwie polski kibic ma się nastawić i na co wy się nastawiacie? Co będzie faktycznym sukcesem, a co porażką?
Smuda: To faktycznie pytanie zasadniczo dyżurne.
Pytanie: Czy w dobrym przygotowaniu ekipy na Euro nie przeszkadza panu fakt, że spektrum wartościowych polskich piłkarzy w naszej lidze systematycznie ulega zawężeniu?
Smuda: Jest to niewątpliwie problem.

Całość znajdziecie w lipcowej PN Plus. Jak podoba się wam ta odmiana? Sam zastanawiałem się jak to będzie podczas EURO 2012, czy Franz nie narobi trochę wstydu. Tymczasem nie ma już starego Franza.
Tego co nie jest miękkim ch… robiony, tego co piłkarzowi kazał uderzać balla a potem oglądać na widele, tego, który dziennikarzowi kazał dzwonić później bo na kiblu siedzi, tego, który piłkarza nazwał dzwonnikiem z Rotterdamu i w końcu tego, którego znamy z powiedzonek, czasem fajnych, czasem zza stodoły, takich jak te:
– Kavala to ja mogę panu opowiedzieć (na pytanie czy grający w Kavali Smolarek może być powołany do kadry)
– Zajechać kogoś, to można w łóżku (o przygotowaniach do sezonu)
– Kiedy zobaczyłem, że piłkarze czekali na mnie kilka godzin, zmiękła mi rura
– To pasztetowa, do której się jeszcze dopłaca (o Pucharze Ekstraklasy)
– We dwójkę, to ja mogę z żoną (o ewentualnej współpracy przy kadrze ze Stefanem Majewskim)
– W tej formie to on może być w Holandii co najwyżej cieciem na stadionie (o Radku Matusiaku)
– Z zimowych sportów lubię każdy, z wyjątkiem tego durnego szczotkowania lodu. Mam prośbę do tych, co grają. Niech mi wyszczotkują plac przed domem, bo trochę śniegu leży (o curlingu)
Teraz jest nowy Franz. Jest w nim może coś ze Stephena Hawkinga, wyobrażam go sobie w pozie charakterystycznej dla Jacka Żakowskiego, albo jako Rafała Ziemkiewicza. Jest myślicielem, Sokratesem, nie udziela odpowiedzi od tak sobie. Wszystko musi być odpowiednio przemyślane. O nasz wizerunek podczas EURO 2012 możemy być spokojni.

Comments (1)

Krótkowzroczność szefów Widzewa

dziś kolejny wpis z serii „Dlaczego Widzew nie będzie Wielki”. Czy ostatni? Pewnie nie, bo sposób w jaki zarządzany jest ten klub, który może pochwalić się jedną z najlepszych drużyn w historii naszej piłki, dostarczy nam jeszcze wiele sytuacji potwierdzających oczywistość: „Ludzie, którzy nie znają się na piłce, nie powinni zarządząć klubami piłkarskimi”

Czesław Michniewicz stał się ofiarą samoniszczącej się korporacji. Do wszelkich jej wad dochodzi jeszcze ta najbardziej zasadnicza – najważniejszą osoba w klubie jest syn prezesa, dla którego klub jest zabawką.
Szkoda, że tak się stało, bo wszystko w Widzewie szło w dobrą stronę. Podobała mi się droga którą wybrał trener. Przyznaję, że zawsze patrzyłem na Michniewicza trochę z przymrużeniem oka – ok, dobry fachowiec, ale jeszcze lepszy w dziedzinie public relations. Jestem więc miło zaskoczony, znowu okazuje się, że PR to tylko dodatek do całości. Michniewicz wziął dołujący i organizacyjnie wsiowy zespół, wdrożył tam pewne standardy. Jeśli dodać do tego znajomość tematu, czyli wiedza na których piłkarzy postawić, a na których nie (np. nie na Stratona sprowadzonego przez duet Cacek jr. i Bakalrczyk jr., a więc dwóch juniorów, którym zachciało się bawić w seniorów). Było kilka odkryć sezonu, jak choćby Madera, Grzelczak, Dżalamidze, Ostrowski, który odżył, Bieniuk, który wrócił do wysokiej formy.
Jeden z piłkarzy powiedział mi po pierwszym tygodniu jego pracy: – W końcu czuję się jak w klubie piłkarskim.
Zespół broniący się przed spadkiem zyskał podstawy do tego, by w przyszłym sezonie powalczyć nawet o puchary. Powiało więc profesjonalizmem, ale na końcu zwyciężyło zwykłe dziadostwo.
Wiadomo już, że z pracy na rzecz klubu zrezygnował Mirosław Tłokiński, który trochę w piłkę grał, zna się na niej i nie chciał tego dziadostwa firmować własnym nazwiskiem.
Finał zaś jest taki, że właściciel umówił się miesiąc temu z Michniewiczem na konkretny kontrakt, który da trenerowi trochę swobody, możliwości dokonywania transferów, decydowania o tym kto gra w drużynie a kto nie. Niezależność od Cacka juniora. Miesiąc później prezes Animucki (kolejny do zabawy klockami) wręczył mu kontrakt odbiegający znacznie od umowy ustnej.
Tak więc znowu miał być Wielki Widzew, jak za czasów Ludwika Sobolewskiego, ale nie będzie. o Sobolewskim mówiono bowiem, że zawsze dotrzymuje danego słowa, że jest ono dla niego świętością. To dawało mu ogromny szacunek w środowisku i stało się podstawą do dalszych sukcesów. Dziś już nie ma takich prezesów. Na pewno nie w Widzewie.

Dodaj komentarz

Efekt cieplarniany

Franz Smuda zainterweniował i dziennikarze FAKTU nie dostali akredytacji na mecz z Francją. Jeśli był to pomysł Franza na ocieplenie atmosfery wokół kadry, to zdecydowanie chybiony. Miało być o piłce, a tymczasem mamy kolejny temat zastępczy. Portal TVN napisał nawet, że to zemsta za aferę bunga bunga. Gdyby nie decyzja Franza, pewnie jeszcze długo ta nazwa nie wróciła by do mediów. A tak, pojawiła się znowu. W rzeczywistości Franz zdenerwował się na krytyczne artykuły. Można spekulować czy ta małostkowa reakcja nie jest niczym innym, jak objawem tracenia pewności siebie przez selekcjonera. I będzie to spekulacja uzasadniona.
Franz jako przykład podaje często Niemcy. Wszystko ma być jak w Niemczech, gra, organizacja…
Pozwoliłem więc zadać sobie kilka pytań Haraldowi Stengerowi, szefowi biura prasowego DFB. Jest to najlepiej zorganizowane biuro w Europie. Wiem, bo doświadczyłem kilkakrotnie niemieckiego profesjonalizmu.
Pytanie: Czy mieliście kiedykolwiek sytuację, że selekcjoner reprezentacji narodowej prosi biuro prasowe o odebranie akredytacji dziennikarzowi?
Odpowiedź: Nigdy
Pytanie: Gdybyście mieli taką sytuację, macie jakieś przepisy związane z tym?
Odpowiedź: Nie potrzebujemy takich zasad, ponieważ stoimy na stanowisku, że dziennikarze sportowi mają wolność w wyrażaniu swoich opinii, nawet jeśli piszą błędne bądź złośliwe komentarze. A więc w żadnym przypadku nie próbujemy odmawiać ludziom mediów akredytacji.
Pytanie: Kiedy możecie odebrać akredytację?
Odpowiedź: Nigdy
Pytanie: Czy mieliście takie przypadki w przeszłości?
Odpowiedź: Nigdy

W jutrzejszych wydaniach gazet nie będzie wiele protestów. Na teraz wiem, że zaprotestował Super Express i Przegląd Sportowy. Generalnie ludzi nie interesuje temat wolności prasy. Jutro ktoś zbanuje Gazetę Wyborczą za złośliwy artykuł, pojutrze Rzeczpospolitą i pewnie też nikt się nie odezwie. Szkoda, bo sądziłem że w tak zasadniczej kwestii stać nas na solidarność.
Ktoś może powiedzieć, że język Faktu jest złośliwy itd., ale taka jest natura tej gazety, którą czyta kilka milionów Polaków, również kibiców reprezentacji. Ograniczanie wolności słowa w każdym stopniu stawia nas bliżej Białorusi niż kultury zachodnioeuropejskiej, a przecież aspirujemy do tego, by właśnie do tej nas zaliczano.
Dziennikarz jest profesjonalnym przekaźnikiem informacji. Kibic reprezentacji Polski ma prawo mieć pełną informację na temat reprezentacji, która jest dobre narodowym, dlatego pozwolę poruszyć sobie jeszcze kilka spraw technicznych.
Podczas zgrupowania po treningach dziennikarze mieli kilkuminutowy dostęp do piłkarzy. W takiej sytuacji nie powstają najlepszej jakości materiały, a potem słyszymy narzekania na jakość tekstów od ludzi z PZPN i kadry.
Dlatego też zapytałem Stengera jakie reguły obowiązują podczas zgrupowań niemieckiej kadry.
Ludzi spoza środowiska może to nie interesować, widoczny jest tylko efekt. Realia, w jakich się pracuje wpływają na ten efekt.
Chcę też pokazać organizację, która u Niemców jest a u nas zdecydowanie nie.
Na rok przed EURO 2012 przy okazji każdego zgrupowania kadry naszych reprezentantów powinno być w mediach jak najwięcej. To przełoży się potem na sprzedaż koszulek, gadżetów i generalnie zainteresowanie. Być może w okolicach samego turnieju będzie ono tak czy inaczej gigantyczne, ale dlaczego nie może być już teraz?

Oto co napisał rzecznik niemieckiej federacji:
– Podczas zgrupowań naszej kadry sytuacja wygląda zawsze tak samo. Każdego dnia mamy konferencję prasową o 12.30, zazwyczaj z trenerem lub jego asystentem albo menedżerem i jednym albo dwoma piłkarzami. W tym samym czasie ludzie mediów mają możliwości spotkania z zawodnikiem na wywiad. Prośba o wywiad musi być wysłana minimum dzień przed. Decyzją zawodnika jest czy chce rozmawiać czy nie. Oferujemy wywiady jeden na jednego i wywiady przy okrągłych stołach dla grupy dziennikarzy. Podczas turniejów jest taka sama procedura. Raczej nie organizujemy mix zony, chyba że nie jesteśmy w stanie zaoferować czasu dla mediów między 12.30 a 13.30.

Dostępność mediów do materiałów wpływa na przekaz, umówmy się, dziennikarze to nie maszyny, ktoś się zestresuje i zacznie psuć atmosferę, potem drugi, trzeci, ludzie zaczną ulegać nastrojom…
Niemcy doskonale to rozumieją. My jeszcze nie. Jeśli podczas EURO 2012 Smuda odmówi akredytacji albo nie przyjdzie na konferencję prasową, najemy się wstydu na cały świat. Dlatego warto wprowadzić jakieś cywilizowane zasady.
Niedawno wspomnianemu Stengerowi skończył się kontrakt i miał go zastąpić ktoś młodszy. Kilkuset dziennikarzy z większości niemieckich gazet podpisało się pod pismem do związku, żeby dać mu nową umowę. I tak też się stało. Do ocieplania klimatu nie trzeba zatrudniać ładnych i sympatycznych dziewcząt. Szacunek ludzi zdobywa się profesjonalną pracą.
PS. Miałem ten artykuł rozpocząć od słów: Organizacja Stal Mielec, planowałem to od rana… ale szybsi byli dziennikarze portalu weszlo.com. Tak czy inaczej świetnie się odnosi do tego tekstu – prezes PZPN jest legendą Stali, Franz Smuda był trenerem Stali. I chyba nie ma tu przypadku.

I jeszcze o meczu
Francja A/B na pewno była mocniejsza niż Argentyna D, dlatego można chyba napisać, że mimo przegranej zdaliśmy test dość przyzwoicie.
Warto patrzeć na mecz realnie, czyli brać pod uwagę, że my aspirujemy do wyjścia z grupy a Francja powalczy (pewnie bez sukcesu) o tytuł mistrza Europy, więc różnica musi być.
Było jednak kilka sytuacji gdy przechwytywaliśmy piłkę i wyprowadzaliśmy szybki atak – to o czym mówił drugi trener Jacek Zieliński.
Bardzo dobrze wychodzi współpraca z przodu i rozgrywanie z pierwszej między Adrianem Mierzejewskim, Ludovikiem Obraniakiem z lewej i Kubą Błaszczykowskim oraz Łukaszem Piszczkiem z prawej.
Najbardziej podoba mi się Mierzejewski, który jak mało który zawodnik z naszej ligi rozumie nowoczesną piłkę, potrafi rozgrywać na dwa kontakty, wyprzedza myślami akcję dwa ruchy naprzód, wychodzi do piłki. Dwukrotnie spowolnił akcję, ale nie jest to reguła. W dobrym otoczeniu jego wartość wzrasta dwukrotnie, świetnie czuje się przy wysokim tempie gry.
Znaczne lepiej wypadła dwójka defensywnych pomocników – Dariusz Dudka i Rafał Murawski, choć w końcówce widać było, że brakuje im sił.
Z lewej strony próbował atakować Jakub Wawrzyniak, na dość przyzwoitym poziomie, choć jest dość daleko od Sebastiana Boenischa, który będzie prawdopodobnie podstawowym zawodnikiem na EURO 2012 – świetnym odpowiednikiem Piszczka na lewej stronie. Trochę przysypiał Robert Lewandowski, ale w końcówce mógł się zrehabilitować. Tu nie mamy jednak wielkiego manewru.
Para stoperów – Wojtkowiak i Jodłowiec – lepiej, ale daleko od tego co chcielibyśmy oglądać na wysokim poziomie.
Wojtek Szczęsny w bramce to już dziś wysoka klasa, nie ma wątpliwości, a do turnieju powinien znacznie się rozwinąć i zostać gwiazdą europejskiego formatu.
Pewnie Francja nie wystawiła najsilniejszego składu, nie ma sensu się tu licytować, ale tempo gry z naszej strony było znacznie lepsze i można mówić o kroku do przodu.
PS. Pewien komentator powiedział kiedyś: Staliśmy nad przepaścią ale zrobiliśmy krok do przodu. Chciał dobrze.

4 komentarze

Wygrana, która niczego nie zmienia

Zwalnianie Franza Smudy byłoby barbarzyństwem – to już pisałem. Trzeba mu bowiem dać dokończyć robotę. Może ma jakiś plan. Ze sportowego punktu widzenia – zwolnienie selekcjonera wiele by jednak nie zmieniło. Oczywiście sprzeciwiam się temu, ale można chyba śmiało napisać, że po dzisiejszym meczu wygląda to tak, iż ponad 2 lata po objęciu przez Smudę reprezentacji, jesteśmy właściwie w punkcie wyjścia. Mieliśmy kilka dobrych fragmentów w przeszłości, ale czy wystarczająco dużo, żeby powiedzieć, że mamy pomysł na grę? Sam nie wiem.
Trudno zabrać jednoznaczne stanowisko w sprawie Smudy po kolejnym słabym meczu. Na usprawiedliwienie trzeba napisać, że nie było pełnego składu, wciąż można stwierdzić (co też często twierdzę), że wgranie w zespół brakujących ogniw na przyzwoitym poziomie zupełnie odmieni obraz. Ale to tylko moje myślenie życzeniowe.
Skoncentrujmy się na to co wiemy po dzisiejszym spotkaniu z Argentyną.
Z jednej strony nikt więc nie rozlicza Pavarottiego z tego jak śpiewa pod prysznicem, z drugiej, trzeba mocniej stuknąć w ścianę, gdy sąsiad niedojda uważa się za Bocellego.
Trzeba mówić o klasie rywala, bo dziś tylko reprezentanci i Smuda udają, że nie miała ona znaczenia. Słyszymy jakieś zapewnienia, że to czołowi piłkarze, którzy grają w poważnych klubach. Jak poważnych, to wiemy – np. w Legii Warszawa w roli rezerwowego i jednego z rozczarowań sezonu.
Przecież Sergio Batista powołał już kadrę na Copa America. Gdyby nie powołał, można by napisać, że piłkarze walczą o wejście do kadry. Teraz nie mieli o co walczyć. Za 30 lat ktoś słabo zorientowany napisze być może, że „pokonaliśmy kadrę przygotowującą się do Copa America. I proszę nie zapominać, że odbyło się to w okresie, gdy Argentyńczycy odbudowują się po katastrofalnym mundialu i mają wiele do udowodnienia”. Może właśnie tak ktoś napisze za 30 lat. I to jest jedyne pocieszenie. Przejdźmy jednak do konkretów i dnia dzisiejszego.
Ten zespół tak przypominał kadrę Argentyny jak Pogoń Antoniego Ptaka kadrę Brazylii. Może troszkę bardziej.
Batista zgodnie z prawda powiedział, że grał trzecim zespołem. Smuda odparł po meczu: – Gdybym przegrał, to też bym tak mówił.
Mamy tu więc specyficzny teatr. Nazwijmy go polskim teatrem absurdu. Chodzi o to, że wszyscy wiedzą, że coś jest fikcją, ale główny bohater udaje, że jest przekonany, że to prawda. Nie ma gotowego rozwiązania. Bohater brnie w absurd, a zdezorientowana publiczność łapie się za głowy ni to nie dowierzając ni to nie rozumiejąc. Nie wiadomo więc do końca czy bohater zaczyna przejmować swoją rolę do życia codziennego, czy to objawy poważnego zaburzenia prowadzącego do szaleństwa, czy też wciąż jeszcze jego gra, gra niemal perfekcyjna, taka że to my nieświadomie uznajemy go za szaleńca, nie wiedząc, że ma on wszystko pod kontrolą.
Nie jesteśmy w stanie tego rozstrzygnąć i to też jest część tego show.
No więc Smuda udaje, że nie wie, ale my wiemy, że na rok i trzy dni przed EURO 2012 zagraliśmy z rezerwami rezerw Argentyny. I co jeszcze wiemy? To, że nie jesteśmy w stanie stworzyć kilku przyzwoitych sytuacji. Były właściwie dwie – ta , po której padła bramka Pawła Brożka i ta, po której Grosicki przestrzelił piłkę nad poprzeczką. To tyle. Bramka Adriana Mierzejewskiego była absolutnie przypadkowa, na poziomie mistrzostw Europy żaden obrońca nie popełni takiego błędu jak Federico Fazio. I nie chodzi o to, że to jakiś słabiak, w końcu gra w Sevilli. Po prostu miał to generalnie gdzieś. Powołania na Copa America już nie dostanie.
Dlatego niech będzie, koncentrujmy się na sobie.
Wojciech Szczęsny mówi, że ważne było zwycięstwo, które jest tak potrzebne tej drużynie. Pozwolę sobie być odmiennego zdania od chłopaka, który ma szansę stać się legendą polskiej piłki (jak już się stanie, nie będzie wypadało z nim dyskutować, bo na końcu człowieka obrzucą błotem)
Na tym etapie nasi zawodnicy nie muszą wygrywać. Teraz powinni już umieć wymienić cztery, pięć szybkich podań na połowie przeciwnika, dojść dzięki temu do sytuacji podbramkowej. Powinni oddawać po 5,6 groźnych strzałów, powinni grać coraz szybciej, coraz krócej trzymać piłkę, potrafić wyprowadzić szybki atak, w ciągu 4-5 sekund przenieść się pod bramkę rywala. W końcu mieliśmy grać tak jak Niemcy, a oni właśnie tak grają. Piłkarz niemieckiej kadry trzyma piłkę w meczu średnio poniżej 2 sekund, za pomocą szybkich skrzydłowych Niemcy potrafią w chwilę przejść z defensywy na 20-30 metrów od bramki rywala, stworzyć dzięki temu sytuację podbramkową. To dzięki kreatywnym zawodnikom w środku (np. Schweinsteiger, Khedira).
Czy widzieliście, żeby nasi środkowi defensywni – Dudka i Murawski, stworzyli kolegom przewagę dobrym podaniem na skrzydło? Raczej nie, większość tego co zostało stworzone, odbywało się w kwadracie Borussia Dortmund plus Adrian Mierzejewski. Ten ostatni to jeden z niewielu naszych zawodników rozumiejących nowoczesną grę. Nie mamy dziś środkowego pomocnika, grającego bliżej tyłu, który myśli na tyle szybko, że może uruchomić akcję długim podaniem. Albo nie mamy albo nie wiemy jak wykorzystać to co mamy.
Chodzi też o to, żeby grać na pełnym zaangażowaniu.
To kolejna niemiecka lekcja. Chodzi o to, żeby część ćwiczeń (również meczów sparingowych) wykonywać w tempie poważnego meczu. Jan Banaś, który pod koniec lat 60-tych wyjechał do Niemiec opowiadał: „Tak było wtedy, tak jest teraz. Po treningu schodziliśmy do szatni a sprzątaczka dokładnie wiedziała, gdzie siedziało tych dwóch Polaków. Pod naszymi siedzeniami były kałuże”.
Chodzi o to, że Niemcy byli przyzwyczajeni do tego, że kluczowe treningi przeprowadzają, albo choć starają się przeprowadzać, w tempie zbliżonym do meczowego. Bo skąd niby mieliby później odtworzyć coś czego nie trenowali? Za naszą zachodnią granicą nie ma polskiego myślenia – może się uda, a może nie, ale postaramy się.
Jeśli chcesz stworzyć porządny zespół musisz ograniczyć działanie przypadku do możliwego minimum. Nie masz wpływu na to, czy w ostatniej minucie twój obrońca nie właduje samobója, nie możesz przewidzieć, że twój bramkarz spowoduje rzut karny. Ale możesz starać się nie dopuścić do stałego fragmentu gry po którym padł samobój, albo do kontry, po której był karny.
Nie odmawiam zaangażowania dwóm czy trzem poszczególnym zawodnikom. Przykładowo Kuba Błaszczykowski tak się poświęcał, że momentami w tym poświęceniu się zatracał i zapominał, że zespół składa się z więcej niż jednego gracza.
Inny przykład – Błaszczykowski szuka Piszczka, a kilku najbliższych zawodników stoi i się patrzy. A przecież gdyby wyszli do podania, to: po pierwsze – Błaszczykowski miałby wybór, po drugie – odciągnęli by potencjalnych kryjących od tego, który w końcu dostanie piłkę. Zespół broniący skoncentruje się na kilku zawodnikach a nie na jednym, i nie będzie w stanie skutecznie ograniczyć do minimum jego pola manewru. Inteligentny i zaangażowany piłkarz dziś rozumie takie rzeczy.
Wiadomo, że nie odtworzymy dziś pełnego zaangażowania turniejowego, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak zareagują Polacy pod wpływem ryku 50 tysięcy ludzi tworzących jedną z najlepszych publiczności w Europie. Ale tu znowu napiszę o ograniczaniu przypadku, o przewidywaniu. A po meczu z Argentyną nie wyglądało na to, żebyśmy mieli zbliżyć się do jakiegoś kierunku. Choćby do tego, który, wydawało się, prezentowaliśmy momentami w meczach z USA, Australią, Ukrainą czy Wybrzeżem Kości Słoniowej. Drużyna musi się rozwijać. W meczu z rezerwami Argentyny nie była to drużyna, która zrobiła postępy. Wynik nie ma tu nic do rzeczy.
A więc co właściwie potrafimy w przeddzień EURO 2012, które rozegramy na własnym boisku? Nic specjalnego, nic na co warto zwrócić uwagę. Jest przypadek. Znowu wypowiadam to słowo. Przypadek, przypadek, przypadek. Wypowiadam je nieprzypadkowo.
Może w spotkaniu z Francją (ponoć pierwszy zespół) będzie to wyglądało inaczej, może dostosujemy się do silniejszego rywala. Mam nadzieję.
Bo przecież po wspomnianych meczach, gdy wydawało się, że ta kadra gra porządną piłkę i to powoli zamienia się w regułę, znowu wszystko się zacina.
Ilu zagrało dziś kadrowiczów na EURO 2012? Pewnie Szczęsny, pewnie Piszczek, Błaszczykowski, Mierzejewski, Lewandowski i być może Dudka albo Murawski. Na rok przed EURO 2012 nasza kadra składała się w rzeczywistści z pięciu i pół podstawowego zawodnika. W najbliższym meczu dojdzie Obraniak i będzie sześciu i pół.
Liczę na to, że sporo zmieni się, gdy dojdą Peszko, Boenisch i środkowi obrońcy, a od początku będzie grał Matuszczyk. A co jeśli będą bez formy? A co, jeśli złapią kontuzję? Jeśli dziś Adam Matuszczyk jest bez formy, to dlaczego miałby w niej być w tym samym momencie za rok? Kto powiedział, że przeciętny Perquis przyjmie się w kadrze, kto powiedział, że coraz starszy Arboleda będzie grał coraz lepiej a nie coraz gorzej i że wprowadzenie go nie zepsuje atmosfery w drużynie? A przecież narzekanie to nasza narodowa cecha.
Czy Franz Smuda posiada jakiś sensowny plan B? Sam popierałem jego wybór (choć bardziej Skorżę – moje największe rozczarowanie), więc mam taką nadzieję, ale po meczu z Argentyną, choć wygranym, również poważne wątpliwości.

3 komentarze

Fajny chłop z tego Skorży

No i od razu wszystkim ulżyło. Maciej Skorża zostaje w Legii. Jeśli będzie walczył o tytuł mistrza Polski, znowu będzie dobrym trenerem.
Zresztą widzę, że już jest. Czytałem sporo komentarzy, że w sumie dobrze że zostaje w klubie. A może za rok zdobędzie tytuł i biografowie będą pisali: „A jeszcze rok wcześniej na jego miejsce szykowano Vladimira Weissa, ale on udowodnił, że warto było dać mu czas”.
Nie można odmówić Skorży tego, że jest dobrym trenerem, ale umówmy się, czar prysł. Kiedyś młody i zdolny, teraz osiadła na laurach. Może uwierzył w swoją wielkość, a może zadecydował inny czynnik, którego nie znamy i nigdy nie poznamy.
Takie zmiany nastawienia wśród ludzi to jednak norma. Jak facet jest na wylocie, to się wylewa pomyje, a jak się okazało, że jednak zostaje, to ujawnia się coraz więcej obrońców, którzy zawsze uważali, że powinien zostać, tyle że do tej pory nie mieli okazji tego powiedzieć. No bo i po co pamiętać o tych kilku szczegółach, prawda?
– O tym na przykład, że skompromitował się jako człowiek – że kibice skandowali jego nazwisko gdy przegrywał, a on wspaniałomyślnie zapomniał skrytykować jednego z nich – tego który uderzył Jakuba Rzeźniczaka. I postanowił załagodzić sytuację, podczas gdy poważny i dojrzały trener w poważnym klubie wziąłby w obronę piłkarza a zmieszał z błotem chuligana.
– O tym, że mając wpływ na transfery zapomniał zatrudnić bramkarza.
– O tym, że bał się stawiać na młodych zawodników, a gdy został do tego zmuszony przez sytuację (Kucharczyk) albo szefów (Żyro), okazało się że wcześniej nie miał racji.
– O tym, że grając pod presją, zespół nie prezentował choćby
przyzwoitego stylu, a naprawdę zaczął grać w piłkę pod koniec, gdy sprawa tytułu była już rozstrzygnięta. Na korzyść Wisły, a przecież drużyny startowały z równego pułapu do rundy rewanżowej, czyli po 15 kolejkach. Gdy zaś Wisła w 27. kolejce zapewniała sobie tytuł, jej przewaga nad Legią wynosiła 13 punktów!
– O tym, że chwalił się większym posiadaniem piłki, a wynikało ono głównie z długiego przetrzymywania jej na własnej połowie przez obrońców. Co zresztą przyszło z tych procentów, skoro w decydujących chwilach, z Ruchem, Lechią czy Śląskiem, Legia przegrywała mimo prowadzenia. A przecież w takich sytuacjach mówimy o posiadaniu.
– O tym, że miał znacznie większe możliwości i znacznie gorsze wyniki niż wygwizdywany wcześniej Jan Urban.
– W końcu o tym, że przychylność szefów w znacznej mierze zawdzięcza pomyłkom i błędom sędziowskim. To dzięki arbitrom zajął dziś miejsce w pierwszej trójce (mecze z Arką czy Zagłębiem. Pierwszego meczu z Cracovią nie wymieniam, gdyż w rundzie rewanżowej to Cracovii pomogli sędziowie).
To tyle tych drobnych szczegółów. Kto by teraz o tym pamiętał, a tym bardziej za rok. Dajmy spokój, fajny chłop z tego Skorży.

2 komentarze

Kataloński ślad

Dwa mity. Dwa, które się wykluczają, a które od lat powtarzają „specjaliści” od szkolenia młodzieży.
1. Młodzież nie garnie się do sportu bo ma inne rozrywki, na przykład play station.Właśnie wróciłem z Londynu i powiem wam, że tam dzieci też mają play station. Nawet nowszą wersję. W Katalonii też mają.
2. Nie ma warunków do uprawiania sportu, a na zachodzie są. Czyżby? Przeczytajcie ten fragment: „Boisko jest niemal łyse. Sporo ziemi i zaledwie kilka kępek trawy przy liniach końcowych. Bramki są w straszliwym stanie, podobnie jak płot czy budynek klubowy z prysznicem i szatniami. Sąsiedztwo jest niewiele lepsze. Prowizoryczne myjnie samochodowe przy każdej stacji wzdłuż Aleji Gutierreza, sprzedawcy używanych opon, znaki „Skup metali” – czyli składy złomu. Jest nawet kawałek kartonowego ogłoszenia reklamującego mycie i strzyżenie psów.. A z tyłu – stalowe budynki, które wydają się być opuszczone, choć naprawdę nie są. Niskie małe domki, które w odległej przeszłości straciły swój blask, roślinność wyrastająca z pęknięć w asfalcie, odpadki gotujące się w żarze, mężczyźni i starcy którzy nie mają nic do roboty, dzieciaki na za małych rowerach. – Ludzie zmienili się – mówi stary mężczyzna. – Dziś strach wyjść na ulicę”
To krótki wyciąg ze znakomitej biografii Leo Messiego, autorstwa Luki Caioliego. I nie mówcie mi, że to wyjątek. Na całym świecie rodzą się uzdolnione dzieci. Jedne pomogą sobie same, inne trzeba pokierować.

Teraz przejdę do końca. Konkretnie do końca mojego komentarza po finale Ligi Mistrzów, który opublikowałem w „PS”.
Cofnijmy się więc znowu w czasie do narodzin tego fenomenu zwanego Barceloną. Było to gdzieś w latach 70-tych. Można przyjąć, że źródło przyszło z Holandii, w której wynaleziono futbol totalny. Warto przypomnieć, że wtedy mówiono o kilku drużynach grających piłkę nowoczesną, wyprzedzającą epokę. Jedną z tych drużyn była Polska Kazimierza Górskiego.
Pewnie więc mocno naciągane byłoby napisać, że straciliśmy nasze możliwości by być potęgą piłki nożnej – drugą Katalonią. Ale na pewno na miejscu byłoby napisać, że nasz futbol mógłby dawno iść dobrą drogą, gdyby znalazł się ktoś wystarczająco inteligentny, kto zechciałby nim pokierować.
Barcelona pokazała, że tacy ludzie w federacjach nie pracują. Opracowała własny model w oparciu o lokalnych piłkarzy. Kluby nie powinny liczyć na związki pełne złotoustych Engelów, opracowujących od 10 lat idealny model szkolenia młodzieży dla całego kraju. Model, który nigdy nie wejdzie w życie, bo tak naprawdę jest jedynie alibi dla pobierania naprawdę dobrej pensji. Pamiętajmy – w federacjach są nieroby. Przynajmniej jeśli chodzi o trenerów. Ludzie, którzy chcą naprawdę pracować i potrafią to robić, znajdują bez problemu zatrudnienie w klubach. I to właśnie kluby powinny robić swoją robotę. I to jest katalońska lekcja dla Polski.
Pytanie – co zrobić możemy, a czego nie. Ktoś powie – Messi rodzi się jeden na 6 miliardów. Pewnie tak. Ale czy musimy stawiać sprawę na ostrzu noża – czyli Messi albo nic?
Rację ma Alex Ferguson, gdy mówi, że niedługo nie będzie Messiego, Xaviego czy Iniesty. Czy nowi będą tak samo zdolni? Nie sądzę. Może jeden, ale nie trzech. Tyle, że stworzony system będzie trwał, będzie produkował niezbędne minimum. Może przez następne 10 lat, może przez 50. Będzie przez dziesiątki lat przynosił kolosalne zyski.
W składzie Barcelony w meczu z Manchesterem United zagrało 5 zawodników z okolic Barcelony i wychowany w szkółce Messi.
W Polsce pierwsza sygnał do natarcia dała warszawska Legia. Dziś jest Michał Żyro i Rafał Wolski, ściągani do zespołu „za młodu” i kształtowani. Wkrótce pewnie przyjdą nowi. Podobno są. Zobaczymy gdzie będzie Legia za 15 lat, ale już dziś można przyjąć, że wyprzedza większość Polski. Nie znaczy to jednak, że dla reszty jest za późno. Straty można niwelować zatrudniając fachowców lepszych, bardziej pomysłowych. Sprawa jest otwarta. Trzeba zrobić poważny casting trenerów, znaleźć najlepszego i zacząć robotę. Tak po prostu. Koszta są minimalne. Na pewno mniejsze niż ściąganie zawodników nie wiadomo skąd.
Popatrzyłem przykładowo na skład swojego zespołu – OKS Otwock. Jeden chłopak z Otwocka – na ławce. W rezerwach jest dwóch. Więcej miejscowych nie ma, tak jakby ludzie z okolicy mieli mniejsze talenty od tych pochodzących z miejscowości, w której mieszka trener (w tym przypadku Dariusz Dźwigała).
To polski standard. Czekamy na postęp ogólnonarodowy zamiast pracować u podstaw. A postęp ogólnonarodowy nie nadejdzie, bo Jerzy Engel i spółka nie mają zamiaru się przemęczać.
Tymczasem świat idzie do przodu. Wrócę raz jeszcze do początku, czyli komputerów, które ponoć zniszczyły młodzież. Tymczasem dziś, w czasach internetu, nie trzeba czekać aż gołąb pocztowy list z napisem: „Jak rozwijają się zachodnie cywilizacje futbolowe”. Wystarczy trochę się zainteresować, zamiast opowiadać stare banały, które wypowiedział przy rodzinnym obiedzie wujek Zdzisiek mieszkający niedaleko stadionu w dużym mieście.

Dodaj komentarz