Krótkowzroczność szefów Widzewa

dziś kolejny wpis z serii „Dlaczego Widzew nie będzie Wielki”. Czy ostatni? Pewnie nie, bo sposób w jaki zarządzany jest ten klub, który może pochwalić się jedną z najlepszych drużyn w historii naszej piłki, dostarczy nam jeszcze wiele sytuacji potwierdzających oczywistość: „Ludzie, którzy nie znają się na piłce, nie powinni zarządząć klubami piłkarskimi”

Czesław Michniewicz stał się ofiarą samoniszczącej się korporacji. Do wszelkich jej wad dochodzi jeszcze ta najbardziej zasadnicza – najważniejszą osoba w klubie jest syn prezesa, dla którego klub jest zabawką.
Szkoda, że tak się stało, bo wszystko w Widzewie szło w dobrą stronę. Podobała mi się droga którą wybrał trener. Przyznaję, że zawsze patrzyłem na Michniewicza trochę z przymrużeniem oka – ok, dobry fachowiec, ale jeszcze lepszy w dziedzinie public relations. Jestem więc miło zaskoczony, znowu okazuje się, że PR to tylko dodatek do całości. Michniewicz wziął dołujący i organizacyjnie wsiowy zespół, wdrożył tam pewne standardy. Jeśli dodać do tego znajomość tematu, czyli wiedza na których piłkarzy postawić, a na których nie (np. nie na Stratona sprowadzonego przez duet Cacek jr. i Bakalrczyk jr., a więc dwóch juniorów, którym zachciało się bawić w seniorów). Było kilka odkryć sezonu, jak choćby Madera, Grzelczak, Dżalamidze, Ostrowski, który odżył, Bieniuk, który wrócił do wysokiej formy.
Jeden z piłkarzy powiedział mi po pierwszym tygodniu jego pracy: – W końcu czuję się jak w klubie piłkarskim.
Zespół broniący się przed spadkiem zyskał podstawy do tego, by w przyszłym sezonie powalczyć nawet o puchary. Powiało więc profesjonalizmem, ale na końcu zwyciężyło zwykłe dziadostwo.
Wiadomo już, że z pracy na rzecz klubu zrezygnował Mirosław Tłokiński, który trochę w piłkę grał, zna się na niej i nie chciał tego dziadostwa firmować własnym nazwiskiem.
Finał zaś jest taki, że właściciel umówił się miesiąc temu z Michniewiczem na konkretny kontrakt, który da trenerowi trochę swobody, możliwości dokonywania transferów, decydowania o tym kto gra w drużynie a kto nie. Niezależność od Cacka juniora. Miesiąc później prezes Animucki (kolejny do zabawy klockami) wręczył mu kontrakt odbiegający znacznie od umowy ustnej.
Tak więc znowu miał być Wielki Widzew, jak za czasów Ludwika Sobolewskiego, ale nie będzie. o Sobolewskim mówiono bowiem, że zawsze dotrzymuje danego słowa, że jest ono dla niego świętością. To dawało mu ogromny szacunek w środowisku i stało się podstawą do dalszych sukcesów. Dziś już nie ma takich prezesów. Na pewno nie w Widzewie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: