Archive for Wrzesień, 2011

Awantura o Klub Kibica

W poniedziałkowym wydaniu „PS” opublikowałem tekst o Klubie Kibica reprezentacji Polski
znajdziecie go tutaj
Do tekstu dołączona była ramka, w której wyraziłem swoją wątpliwość, czy ceny biletów aby na pewno pokrywają się z pięknymi słowami o prorodzinnym modelu, który chce propagować PZPN.
Oto tekst z ramki:
Sporo kontrowersji wywołały ceny kart Klubu Kibica reprezentacji Polski. Kosztują po 34,71 złotego i są ważne przez trzy lata. Teoretycznie niewielki wydatek zmienia się w pokaźną sumę, gdyby wziąć pod uwagę, że wiele osób na mecze chce wybrać się jednorazowo, zaś dzieci również muszą płacić pełną kwotę za kartę. Gdyby więc zsumować wydatek dla całej, powiedzmy klasycznej czteroosobowej rodziny, za mecz z Niemcami trzeba było zapłacić 258, 370, 498 lub 619 złotych, w zależności od cen biletów. Mówienie o promowaniu rodzinnego modelu kibicowania jest w tym wypadku wyjątkowo mocno kontrowersyjne.
– Cena nie jest wygórowana w stosunku do klubowych kart kibica, które kosztują około 10 złotych i są ważne przez rok – mówi Jacek Kalinowski, rzecznik klubu kibica. Różnica polega na tym, że z karty kibica klubu piłkarskiego można korzystać 15 razy w sezonie. I co ważne, kluby grają mecze u siebie a nie w Korei czy w Niemczech. Organizatorzy zapewniają jednak, że karta będzie uniwersalna i już od rundy wiosennej pozwoli wchodzić na wszystkie stadiony w Polsce bez obowiązku posiadania kart klubowych.

Całość spotkała się z protestem ze strony Piotra Gołosa, szefa marketingu przy PZPN. Czy uzasadnionym? Moim zdaniem nie, ale jeśli ktoś ma ochotę wyrazić swoją opinię na temat zasadności funkcjonowania Klubu Kibica, proszę bardzo.

Oto odpowiedź pana Gołosa, zawarta w czterech punktach i podsumowaniu. Konkretne zarzuty przeplatam odpowiedziami. Jako, że jest to mój blog, zostawiam sobie prawo interpretacji. Nie podoba mi się napastliwy i mało konkretny ton pana Gołosa, ale być może jest to moje subiektywne odczucie.

Szanowny Panie Redaktorze,

Nawiązując do Pańskiego artykułu pt KIBICE DO WYMIANY, opublikowanego na ostatniej stronie poniedziałkowego wydania Przeglądu Sportowego, chciałbym zwrócić uwagę na nieścisłości i przekłamania, które się w nim pojawiły:

1. Podczas naszego spotkania rozmawialiśmy o celu powstania Oficjalnego Klubu Kibica. Został on zdefiniowany przeze mnie jako ROZSZERZENIE (prosiłem, aby zwrócił Pan uwagę na to właśnie sformułowanie) grupy docelowej o kolejne DODATKOWE segmenty odbiorców takie jak rodziny z dziećmi itd. Włożenie w moje usta informacji o WYMIANIE kibiców i jeszcze podniesienie jej rangi poprzez nadanie tytułu artykułowi KIBICE DO WYMIANY mogę w tym kontekście traktować jedynie jako celową prowokację, mającą na celu podgrzewanie i tak trudnych relacji z kibicami.

Mamy tu sytuację „słowo na słowo”. Mówi pan, że coś podkreśla, zaś ja manipuluję. Ja z kolei uważam, że to Pan manipuluje, gdyż słowo „rozszerzenie” nie padło w wymienionym kontekście. Tym bardziej, że pisze pan: „Podkreślałem”. A dziwnym trafem tego podkreślenia nie ma w moich notatkach (rozmowa nie była nagrywana). Poza tym to ja jako dziennikarz pozostawiam sobie możliwość interpretacji zdarzeń. Moim celem jest poszukiwanie prawdy a nie pisanie peanów na cześć organizacji wskazanych przez marketingowców. Mówiąc wprost – mi płacą za poszukiwanie prawdy, Panu za wyszukiwanie pozytywów również tam, gdzie ich nie ma.

2. Celem powstania Klubu Kibica nie jest organizacja dopingu podczas meczów reprezentacji. Tłumaczyłem to Panu podczas spotkania. Klub Kibica powstał jako platforma do bezpośredniej komunikacji, także marketingowej, ze wszystkimi kibicami, ma na celu integrowanie całego środowiska wokół drużyny narodowej, ale w zakresie zarządzania relacjami z kibicami poprzez system nagród dla najbardziej aktywnych i wykorzystanie innych pozytywnych bodźców, takich jak punkty w programie lojalnościowym, zniżki na oferty naszych sponsorów, specjalne artykuły kolekcjonerskie i okolicznościowe. Trzeba
naprawdę wiele złej woli, aby rozwiązanie, które powstaje z myślą o kibicach i dla kibiców przedstawić wyłącznie jako maszynkę do zdzierania pieniędzy. Jeżeli brakuje Panu źródeł to chętnie udostępnię Panu bardzo szczegółowe materiały opisujące podobne mechanizmy stosowane przez inne federacje i kluby zagraniczne.

W tym przypadku mamy do czynienia z klasycznym przypadkiem syndromu oblężonej twierdzy. Fakty przedstawione na sucho, z których można było wyciągnąć jedynie neutralne bądź pozytywne wnioski. Oto fragment tekstu, do którego Pan się odnosi: „Ogrom kontrowersji wywołały ceny kart Klubu Kibica. Kosztują po 34,71 zł i są ważne przez trzy lata. Karta nie jest konieczna do zakupienia biletów na mecze kadry, ale daje pierwszeństwo. Przykładowo na ostatnie spotkanie z Niemcami w wolnej sprzedaży było jedynie 1600 biletów. Klub Kibica oferuje oficjalne gadżety, a kibice, którzy je kupują, zbierają punkty, a potem mogą kupować taniej usługi sponsorów kadry oraz bilety na mecze.” Czy jest on nacechowany negatywnie? Jest to nadinterpretacja. Mam wrażenie, że przeczytał Pan to co chciał Pan przeczytać. Całość materiału sugeruje oczywiście, że chodzi o zarabianie, ale myślę że próba wmówienia kibicom, że w rzeczywistości chodzi o jakieś szczytne cele, spotka się z niepowodzeniem.

3. Informacja, ze Klub Kibica nie ma nic do zaoferowania swoim członkom w kontekście zbliżającego się UEFA EURO 2012 jest nieprawdziwa. Będziemy mieć niebawem na ten temat odrębną komunikację. Wspominałem Panu o tym podczas naszej rozmowy.

Myślę, że znacznie zbliżyłby się pan do prawdy, gdyby powtórzył ten tekst jeszcze 999 razy. W tekście pada jedynie stwierdzenie, że karta Klubu Kibica nie pomoże w nabyciu biletu, co jest zgodne z prawdą.

4. Swoją ocenę launchu Klubu Kibica oparł Pan na komentarzach z YouTube. Nie widziałem Pana na samej prezentacji. Szkoda, że nie zadał Pan sobie trudu, aby przynajmniej zapytać w oparciu o co i w jaki sposób my mierzymy wyniki swoich działań i jaki był ich cel. Sprowadzenie przez Pana całego procesu jedynie do publikacji filmu w Internecie mogę uznać jako przejaw braku niezbędnej wiedzy do oceniania jakichkolwiek projektów o charakterze marketingowym.

Nie byłem na prezentacji, po tym co widziałem w internecie, na szczęście. Na wszelki wypadek wklejam tu linka, żeby również inni czytelnicy mogli zobaczyć o czym mówimy.

Prezentacja Klubu Kibica RP

Nie zgadzam się natomiast z argumentem: „Nie byłeś tam, więc nie masz prawa głosu”, gdyż jest to żaden argument, w końcu obala wszystkie książki historyczne… Oczywiście Panu ta prezentacja może się podobać, ja uznałem że była niskiej jakości, ale starałem się zamiast własnej opinii przedstawić opinię głosujących. Nie ma przypadku w tym, że również inni dziennikarze publicznie ocenili tę prezentację jako szczyt żenady.

Na popularnym portalu internetowym weszlo.com zaznaczono nawet, że marketingowiec, który płaci ludziom, żeby klaskali gdy wchodzi na salę… no cóż, to chyba może zdarzyć się jedynie w Polskim Związku Piłki Nożnej. I niestety nie świadczy to o Panu najlepiej. Jest to jedyna wycieczka osobista, na którą sobie pozwalam. W przeciwieństwie do Pana, o czym piszę niżej.

Poniżej końcówka pretensji pana Piotra

W swoim tekście skupił się Pan wyłącznie na negatywnych komentarzach nt działalności Klubu Kibica, a Pańskie uwagi miały ewidentnie zaangażowany i stronniczy charakter, z których przebija niechęć do wszystkiego, co ma jakikolwiek związek z PZPN.

Jeżeli celem tego artykułu miało być jątrzenie sytuacji to z pewnością udało się Panu ten cel zrealizować.

Osobiście mam do Pana duży żal. Zawiódł Pan moje zaufanie do swojej osoby, reprezentowanego przez Pana tytułu, który darzyłem dotychczas dużym szacunkiem i do rzetelności wykonywanego przez Pana zawodu dziennikarza sportowego w ogóle.

Z poważaniem,

PG

Mamy w tym liście kilka zarzutów o charakterze personalnym, typowych sztuczek pr-owskich, prób manipulacji, nacechowania tekstu sformułowaniami mającymi na celu podważyć moją wiarygodność, np: „brak niezbędnej wiedzy”, „publikowanie nieprawdziwych informacji”, „jeśli brak panu źródeł”, „prowokacja” i to co poniżej, czyli „stronniczość”, „zaangażowanie” „zawiódł zaufanie”, „jątrzenie” oraz absurdalna personalna uwaga: „Przebija niechęć do wszystkiego, co ma jakikolwiek związek z PZPN”.
Dziwi mnie, że urzędnik wysokiego szczebla zamiast uwag merytorycznych pozwala sobie na tego typu tekst.
Czy przedstawiłem Klub Kibica w negatywnym świetle? Tekst na pewno nie jest laurką, pokazuje zarówno kontrowersje jak i korzyści. Staram się nie wartościować. Na pewno, jak zaznaczałem, dokonałem selekcji materiału. Wybrałem najważniejsze wątki – ten dotyczący powolnej wymiany fanów, która odbywa się w Polsce, ale i wszędzie (stąd nawiązanie do mojego ulubionego Briana Clougha) oraz do kontrowersyjnych cen biletów. Czy sugeruję, że chodzi głównie o kasę? „Sugeruję”, to złe słowo. Jestem przekonany, że za Klubami Kibica nie kryje się nic innego poza biznesem. Czy ktoś ma jakieś inne odczucia w tej kwestii?

Dziękuję, pozdrawiam, MW

4 komentarze

Chce wam się jeszcze kibicować Polsce?

Maor Melikson powiedział w rozmowie z Grzegorzem Latą, że zamierza grać dla Polski – informuje oficjalna strona PZPN. Grzegorz Lato stwierdził, że jest to to kwestia czasu.
Oznacza to, że kadra na EURO 2012 może wyglądać tak:

Szczęsny

Piszczek
Perquis – Francuz (babcia pochodzi z Polski)
Nie wiadomo, pewnie jakiś Włoch (lub Arboleda, bo Smuda może zmienić zdanie w każdej chwili)
Boenisch – Niemiec (urodzony w Polsce)

Polanski – Niemiec (urodzony w Polsce)
Dudka

Błaszczykowski
Maor Mellikson – Izraelczyk (Matka pochodzi z Polski)
Obraniak – Francuz (dziadek pochodził z Polski)

Lewandowski

Jakiś Włoch jest tu kluczowy, bo przecież mamy problem ze środkiem obrony. Mamy prawo przypuszczać, że skoro Dąbrowski maszerował z Włoch do Polski, to ktoś inny odbył drogę odwrotną. Ba, na pewno odbył. Wystarczy jedynie do zawodników, którzy są nieźli, ale nie łapią się w kadrze Włoch, wysłać zapytanie. Może ktoś czegoś się doszuka. Na przykład prapraprababki z Polski. Wtedy ponad połowa zawodników naszej kadry, nie miałaby wiele wspólnego z Polską. Nie jest to jedynie gdybanie, ale bardzo prawdopodobny scenariusz wynikający z dotychczasowych doświadczeń.
Myślę, że nie ma przypadku w tym, że na mecz Polski z Meksykiem w stolicy kraju przychodzi 18 tysięcy ludzi. Kibice po prostu przestają się identyfikować z tą drużyną. Jednym z powodów jest prawdopodobnie nadmierna naturalizacja zawodników, która u nas osiągnęła rozmiary wręcz absurdalne. Nie potrafimy wychowywać piłkarzy, namawiamy obcokrajowców, żeby grali dla nas.
Nie są to obcokrajowcy jakiejś specjalnie wysokiej klasy. Zawodnicy, którzy na swoich pozycjach w swoich krajach zajmują 5-10 miejsce. Nic wielkiego.
Melikson jest niezłym piłkarzem na polską ligę, ale jednak przypominam, że to Adrian Mierzejewski, Sławek Peszko i Kuba Błaszczykowski grają na wyższym poziomie, w znacznie mocniejszych klubach. Wystarczy porównać – Trabzonspor, FC Köln i Borussia Dortmund vs. Wisła Kraków. Daje sporo do myślenia.
Nasz polsko-izraelski Maor w meczach z APOEL-em Nikozja po prostu nie istniał. „International level” go przerósł. Może to było jednorazowe, nie wiem. Widzę, że ma umiejętności, ale jednak w najważniejszej próbie ich nie pokazał. Wydaje mi się, że zatracił swój jedyny podstawowy atut – szybkość. O ile w polskiej lidze czaruje nią powolnych i ociężałych defensywnych pomocników, o tyle na poziomie międzynarodowym w ogóle się nie wyróżnia.
Kadra na EURO 2012 to ostateczny upadek polskiej myśli szkoleniowej, dowód na to, że Polski Związek Piłki Nożnej wywiesił białą flagę jeśli chodzi o szkolenie młodych zawodników.
Dziś zwolennicy naturalizacji będą chcieli nam wmówić, że jesteśmy ciemną masą. Ale pamiętajcie, że jeśli my nią jesteśmy, to światłymi ludźmi są będący w opozycji Smuda i Lato.
W tym przypadku bardziej jednak trzeba mówić o kwestiach uczuciowych niż czysto piłkarskich.
Choćby o takich, że w przypadku Meliksona nie ma większych wątpliwości, dlaczego wybrał grę dla Polski. Ano dlatego, że w reprezentacji Izraela nie ma szans zaistnieć.
O ile poprzedni naturalizowani zawodnicy próbowali nam wmówić, że zakochali się w Polsce, ten chyba nawet nie powinien takiej próby podejmować. Próbował grać dla swojej ojczyzny, nie udało się wywalczyć miejsca, przegrał rywalizację, m.in. z Yossi Benayounem. Izrael stracił właśnie szanse na grę w EURO 2012, co oznacza że Melikson być może stracił możliwość znakomitej promocji i wyjazd do atrakcyjnej zachodniej ligi. I nagle pojawiła się kolejna szansa…
To oczywiście spekulacje, ale jednak przyznacie, że uzasadnione?
A że ma matkę Polkę? No cóż, w Izraelu pewnie spory procent osób ma coś wspólnego z Polską. To oczywiste uwarunkowanie historyczne. Pewnie, że nie odbiera to zawodnikowi prawa gry dla Polski, absolutnie. Ale wyraźnie pokazuje nam, że jesteśmy tylko i wyłącznie drużyną drugiego wyboru, międzynarodowym odpadem (ja jednak nie zaryzykuję obrażania Meliksona w stylu Janka Tomaszewskiego, który zdecydowanie przesadził porównując Perquisa do śmiecia).
W tym moim proteście nie chodzi konkretnie o Meliksona, jest on po prostu kolejnym zawodnikiem w kadrze, który wybrał nas bo gdzie indziej się nie załapał. Kolejnym – to słowo kluczowe.
W Polsce mamy bowiem zjawisko zupełnie niespotykane nigdzie w cywilizowanym świecie. Nie robią tak Niemcy (ta kwestia była już wielokrotnie wyjaśniana, „obcokrajowcy” w zespole Joachima Loewa, to głównie ci, którzy się tam wychowali czy nawet urodzili), nie robią tak Anglicy, nie robią tak Hiszpanie, czy Holendrzy. Oczywiście zdarzały się przypadki, ale sporadyczne albo podyktowane tym, że do Holandii przyjeżdżają mieszkańcy starych kolonii, np. Ruud Gullit, tacy zresztą, którzy grę w kadrze traktują jako sportowy awans, bo ich drużyny w poważnej piłce się nie liczą. My znamy taki przypadek z hokeja na lodzie – urodzony w Polsce Wojtek Wolski ma podwójne obywatelstwo, ale wybrał grę dla Kanady, ze zrozumiałych względów – Polska w hokeju właściwie nie istnieje, w skali globalnej znaczy pewnie niewiele więcej niż Bangladesz.
W odróżnieniu do poważnych drużyn naturalizację próbowali przeprowadzać za to różni szejkowie z krajów arabskich. Za kasę, co spotkało się z szybką i zdecydowaną reakcją środowiska międzynarodowego. U nas też będzie za kasę, bo przecież istnieje podział premii za mecze kadry, poza tym EURO 2012 to promocja i możliwy transfer. A wiadomo, że reprezentacja gospodarzy zawsze cieszy się szczególnym zainteresowaniem światowych mediów.
Czas Laty i Smudy będzie na zawsze będzie mi się kojarzył z tym, że drużyna narodowa zamieniła się w jakiś groteskowy klub. Jako kibic byłem w stanie tolerować jednego czy dwóch piłkarzy pochodzenia zagranicznego. Nadwyrężało to mocno moje zainteresowanie tym zespołem, ale są granice tolerancji. Kiedyś już pisałem, że każdy ma własne, jest tu tak jak z cierpliwością.
Lato i Smuda – prości goście, dla których polska flaga znaczy tyle co kawałek szmaty. Szkoda. Liczy się jedynie wynik. Zresztą na znanym bulwarowym portalu piłkarskim pojawiły się nawet propozycje koszulek z podobizną Smudy i różnymi hasłami, np. „Dam dupy za wyjście z grupy”. Wulgarne, ale jakże prawdziwe.
Franz Smuda zawsze mówił, że chce grać jak Niemcy. Niestety Niemców przypominamy jedynie w tym, że istnieje szansa na to, by liczbę Polaków w drużynie zredukować do trzech. W pozostałych aspektach drużyny niemieckiej nie przypominamy – w grze, w organizacji pracy (jest żałosna, godziny treningów są non stop zmieniane, lub zajęcia są po prostu odwoływane, zamykane dla publiczności), w skandalicznym podejściu do mediów, odbieraniu akredytacji (chyba, że chodziło o porównanie z NRD).
Ja szczerze mówiąc coraz rzadziej mam ochotę oglądać ten zespół. Oczywiście opisywał Polaków będę, bo to moja praca. Ale czy będę tej drużynie kibicował podczas EURO 2012? Jeszcze się zastanawiam, ale jestem bliski żeby powiedzieć: „Nie, dziękuję”. Na pewno chciałbym, żeby niektórzy piłkarze wypadli indywidualnie dobrze. Będę kibicował Peszce, Mierzejewskiemu, Błaszczykowskiemu, Szczęsnemu, Piszczkowi itd. Ale skoro jest tam coraz mniej polskich piłkarzy, to nie wiem dlaczego miałbym ten zespół traktować inaczej niż pozostałe ekipy – choćby wspomniane Hiszpanię, Niemcy, Anglię, Holandię. A tamte ogląda się jednak przyjemniej.
PS. Widzę dziś w internecie, że ludzie się radykalizują, że nie chcą kolejnych obcokrajowców, widzę coraz więcej deklaracji kibiców, którzy mówią: „Ja tej reprezentacji kibicował nie będę”. I jakoś wcale mnie to nie dziwi.
PS2. I jeszcze o komentarzu Grzegorza Mielcarskiego. 10-krotny reprezentant mówi w rozmowie z serwisem gazeta.pl:
„Przecież matka Maora urodziła się w Polsce, a on ma polskie obywatelstwo Jeśli o innych była taka walka, to – o ile Maor chce dla nas grać – czemu nie skorzystać? Niedawno cała sportowa Polska czekała na Arboledę w biało-czerwonej koszulce, a przecież on nie ma z naszym krajem nic wspólnego”

Z tego co ja pamiętam, cała Polska nie czekała na powołanie Arboledy, wręcz przeciwnie, właśnie dziennikarze, kibice i sami piłkarze zadecydowali, że Arboleda grać w kadrze nie będzie i zmusili Smudę do zmiany decyzji.

tekst został zaktualizowany o 14.05

31 komentarzy

PSV – Legia, spotkanie z legendą

Przy okazji meczu z PSV porozmawiałem z byłym kapitanem tej drużyny, Norwegiem Hallvarem Thoresenem, który w 1981 roku spotkał się na planie filmu „Ucieczka do zwycięstwa” z Kazimierzem Deyną. Poniżej krótki tekst.

– Nasze wejście odmieniło losy spotkania – żartuje Hallvar Thoresen. Do przerwy drużyna aliantów przegrywała z Niemcami i oczywiście sędziami 0:4. Na boisku pojawili się nowi piłkarze: Gunnar Hilson, grany przez Norwega, późniejszego kapitana PSV Eindhoven i Paul Wołczek, polski jeniec, grany przez Kazimierza Deynę, legendę warszawskiej Legii. Drużyna aliantów doprowadza do remisu 4:4. Jedną z bramek zdobywa właśnie Polak. W ostatniej minucie bramkarz grany przez Sylwestra Stallone broni karnego, alianci strzelają jeszcze gola, ale sędzia odgwizduje kontrowersyjnego spalonego. Zaraz potem wszyscy wraz z kibicami wyłamują bramy stadionu i uciekają. Tak kończy się film „Ucieczka do zwycięstwa”, który przed 30 laty wyreżyserował legendarny John Houston.
Hallvar Thoresen: – Reżyser chciał mieć czołowych przedstawicieli kilku narodów. Ja byłem wtedy na topie, jeśli chodzi o piłkarzy ze Skandynawii, właśnie przeszedłem do PSV Eindhoven. Zadzwonił do mnie facet z firmy zajmującej się produkcją i zapytał, czy nie mam ochoty spędzić dwutygodniowych wakacji w Budapeszcie. Na kręceniu filmu. Brzmiało dobrze. Pojechaliśmy razem z Sorenem Linstedem, moim kolegą z Twente.
Film ucieczka do wolności powstawał na terenie stadionu MTK Budapeszt. Wszyscy aktorzy byli zgrupowaniu w pobliskim hotelu. Główne role grali Sylvester Stallone, Michael Caine, Max von Sydow i Pele. Bohater grany przez Deynę zostaje dokooptowany do zespołu aliantów, gdy głównodowodzący drużyny, były piłkarz West Ham United John Colby (Caine) upomina się o posiłki, bo jest zbyt mało zawodników..
– Nazywaliśmy go chodzącym trupem. Grał polskiego żołnierza, który przyjechał z obozu koncentracyjnego ze wschodu, gdzie panowały tragiczne warunki. Dlatego miał charakteryzację, miał wyglądać na wymęczonego i wygłodniałego. Czasem zdarzało się, że tak wystylizowany kilka godzi nic nie robił, co mocno go irytowało. Mieliśmy z nim dobry ubaw – opowiada Thoresen. – Wtedy dla relaksu graliśmy w karty. On mógł sporo grać, choć nie szło mu najlepiej. Ale na pewno lepiej niż Sylvestrowi Stallone na bramce. Stallone świetnie spisywał się jako aktor, ale jako bramkarz… no cóż – dodaje Thoresen.
Rola Thoresena, podobnie jak rola Deyny, jest w filmie raczej symboliczna. Z tych kilkunastu godzin dziennie spędzonych na planie, powstało raptem kilka przebłysków.
– Pracowaliśmy od rana do wieczora. Deynę wcześniej znałem jedynie z telewizji, z gry dla reprezentacji Polski. Myślę, że to najlepszy piłkarz jakiego mieliście. Uwielbiałem jego kreatywność, niezwykłe podanie, przegląd pola. Potrafił wybrać zupełnie nieoczekiwane rozwiązania sytuacji, takie na które nikt inny by nie wpadł. Na planie filmowym był bardzo fajnym, kontaktowym facetem. Na tyle już znał angielski, że nie było problemu z rozmową. Myślę, że przez te dwa tygodnie byliśmy dość blisko. W przerwach i po meczu na kolacji mieliśmy okazję, żeby trochę pogadać i pośmiać się. Pograliśmy też trochę w piłkę. Oczywiście najlepszy był Pele, fenomen. Od razu stał się nieformalnym przywódcą grupy, wokół niego sporo się kręciło. Ale jeśli chodzi o Deynę, wystarczyły trzy sekundy, żeby zorientować się, z jak wielkim piłkarzem masz do czynienia – mówi były piłkarz dzisiejszego rywala Legii PSV. – Nakręciliśmy film i opuściliśmy Budapeszt, każdy pojechał w swoją stronę. „Ucieczkę do zwycięstwa” obejrzałem po roku. W Norwegii była bardzo popularna. Deyny już nigdy więcej nie spotkałem. Te kilkanaście dni, które razem spędziliśmy, zapamiętałem jako świetną przygodę – kończy Norweg.
Hallvar Thoresen do 1981 roku był gwiazdą Twente Enschede. Po nakręceniu filmu przeniósł się PSV Eindhoven. Znany był jako dynamiczny i wyjątkowo skuteczny ofensywny pomocnik. W latach 1981-88 rozegrał 179 meczów w barwach dzisiejszego rywala Legii, strzelił w nich 106 bramek. W latach 1983-86 był kapitanem reprezentacyjnej drużyny koncernu Philipsa i największą gwiazdą reprezentacji Norwegii w latach 80-tych. Obecnie jest ekspertem telewizji norweskiej, komentuje mecze, a w wolnych chwilach pojawia się w pubie Highbury w Oslo, którego jest właścicielem.

3 komentarze

Manipulacje Smudy

Krótko. Franciszek Smuda, selekcjoner reprezentacji Polski dziś triumfuje. W wywiadzie udzielonym naszej gazecie zaraz po meczu mówi: „Oczywiście, nigdy wszystkim nie dogodzisz. Ile ja się nasłuchałem, że Artura Boruca nie powołuję, a stawiam na Wojtka Szczęsnego! No, ale u nas najlepiej od razu wyśmiać”.

Jest to ewidentna manipulacja. W momencie gdy Smuda wyrzucał Boruca, Szczęsny był zaledwie rezerwowym i miał na koncie 1 występ w kadrze, z Kanadą rok wcześniej. Dopiero potem zaczął regularnie grać w Arsenalu i 4 miesiące po wyrzuceniu Boruca zaczął też grać regularnie w kadrze.
Ludzie nigdy nie mówili: „Źle, że wyrzucasz Boruca, a powołujesz Szczęsnego”. Tematu Szczęsnego w ogóle w tej dyskusji nie poruszano.
Sprawa wyrzucenia Boruca i Żewłakowa miała miejsce 29 października 2010, zaś pierwszy mecz ligowy w barwach Arsenalu Szczęsny zagrał w grudniu tego samego roku.
Oczywiście wcześniej bronił znakomicie, ale w barwach Brentford, i nikt nie brał go poważnie jako kandydata numer 1 do gry w kadrze. Była mowa o tym, że to talent, nawet wybitny, ale nigdy nie było mowy o tym, że ma być pierwszym bramkarzem.
Smuda miał tu sporo szczęścia, że w Arsenalu doszło do plagi kontuzji, zaś Wenger doskonale wiedział, że ma diament i warto w niego inwestować (dziś jestem zniesmaczony nieprzyjemnymi wypowiedziami Macieja Szczęsnego na temat Wengera, jednego z najlepszych trenerów świata, który nie bał się postawić na jego syna).
Oczywiście sprawą selekcjonera jest czasem mieć trochę szczęścia, musi po prostu korzystać z okazji – takich jak eksplozje talentów Szczęsnego czy Piszczka, zajęcie selekcjonera polega na korzystaniu z odkryć i pracy innych ludzi. Ale też nie może mówić, że przewidywał rzeczy nie do końca nieprzewidywalne.
Smuda znowu uważa, że naród jest głupi. Jest jak to małe dziecko, które zasłania oczy i myśli że go nie widać.
Panie selekcjonerze, nie tędy droga.
Skoro jesteśmy przy Smudzie i jego manipulacjach, przypomnę sytuację z konferencji prasowej, dzień przed meczem.
Dziennikarka zadała pytanie, czy podtrzymuje swoje zdanie na temat Niemców – farbowanych lisów.
Smuda stwierdził, że nie pamięta, żeby kiedykolwiek coś takiego mówił.
Kuba Błaszczykowski starał się ratować sytuację i obrócić, zresztą dość udanie, sprawę w żart.
Fajne to było i błyskotliwe, ale gdyby tak przegrzebać archiwa, znajdziemy fragment wywiadu dla „Przeglądu Sportowego” z 12 lipca 2010 roku.

Dziennikarz PS: Mówi się, że Niemcy, trzecia drużyna świata, będą mieli piekielnie mocny zespół na EURO 2012.

Smuda: Niemcy, proszę pana, to grali w 1974 roku. Teraz jest to drużyna reszty świata, takie farbowane lisy. Niemieccy dziennikarze wypisywali głupoty, że ja chcę podkraść im Sebastiana Bönischa. A przecież Sebastian, tak jak Adam Matuszczyk, to Polak. Obaj zmienili tylko miejsce zamieszkania. W ich żyłach płynie polska krew. Ja Niemcom nie zabieram przecież Turków czy Brazylijczyków, których oni biorą do swojej reprezentacji. Ale to ich sprawa. Tylko niech przestaną oburzać się, że ktoś kogoś chce im zabrać, bo tylko narażą się na śmiech, mając w kadrze tak duży procent obcokrajowców.

I nie chodzi tu o to, żeby zaatakować Smudę dla samego ataku. Wielokrotnie pisałem, że jestem za tym, żeby utrzymał swoje stanowisko do turnieju. Chodzi o to, żeby nas, kibiców, traktować poważnie.

PS. Krótko o połajankach dziennikarskich. Sytuację z konferencji wykorzystało dwóch dziennikarzy nSport, żeby zagadać do selekcjonera: „Panie selekcjonerze, my nauczymy ją, jakie pytania powinno się zadawać selekcjonerowi” – powiedzieli.
No to przyplusowali.

8 komentarzy

Widać kierunek, nic więcej

Remis z Niemcami wlał sporo nadziei w polskie serca i tak dalej… ale zejdźmy na ziemię. Musimy pamiętać z kim graliśmy. Niemcy to dziś jedna z najlepszych reprezentacji narodowych świata. Ale wtedy gdy grają główni kreatorzy. W meczu w Gdańsku zagrali znacznie słabiej niż z Austrią czy Brazylią. Jeśli przed meczem mogliśmy bagatelizować brak kilku podstawowych graczy „bo przecież Niemcy mają samych dobrych zmienników”, to jednak podczas spotkania było widać brak tych najważniejszych. Mesut Özil to dziś światowy top, jeśli chodzi o umiejętność kreowania akcji. Bastian Schweinsteiger to zarówno płuca drużyny jak i wspomaganie pracy mózgu, czyli Özila. Thomas Müller to kolejny superkreatywny piłkarz, gwiazda najwyższego światowego formatu. To jego wejście dało Niemcom dwie bramki.
Spróbujmy teraz wyobrazić sobie Barcelonę bez Messiego, Xaviego i Iniesty. To porównywalna sytuacja. Wciąż jest to bardzo dobry zespół, ale zupełnie zmienia się styl i znacznie spada jakość.
Mario Götze jest bardzo kreatywny ale nie jest liderem. Potrafi wejść znakomicie w grę i cudownie współgrać z zawodnikami takimi jak Özil, Müller czy Schweinsteiger, ale rola jednego z głównodowodzących w meczu z Polską go przerosła. Tak więc nie zgodzę się z tezą, że już możemy grać na równi z najlepszymi. Jeszcze nie. Mecz pokazał, że idziemy w dobrym kierunku, że potrafimy stworzyć sobie okazje w meczu z wymagającym rywalem, ale to tylko kierunek. Popadanie w przesadną euforię, puszenie się, byłoby mocno nie ma miejscu.

Oto moje wnioski po zgrupowaniu, głównie po meczu w Gdańsku.

1. Bramkarz
Wojciech Szczęsny nie zostawia wątpliwości, że może być numerem 1, może nawet bardziej wartościowym niż Artur Boruc. Może, pewności nie mam. W każdym razie kilka parad Szczęsnego było najwyższej jakości, choćby przy strzałach Lahma, Klosego czy Schürrle, ale też na początku gdy instynktownie wybronił dziwaczny strzał Rolfesa. Jest to jeden z najszybszych bramkarzy jakich widziałem od lat. Dawno nikt nie robił na mnie tak dużego wrażenia, tym bardziej że przecież dopiero wchodzi na górę.
Musi jednak być trochę dojrzalszy. Machanie do kamery, ostentacyjne okazywanie triumfalnych gestów, dekoncentracja na 2-3 minuty przed końcem, to rzeczy zabójcze, zwłaszcza gdy gra się z Niemcami. Może ten mecz, dobrze że ledwie towarzyski, da mu to doświadczenie.
Jego zmiennik, Przemysław Tytoń, jest wystarczająco dobry by grać na dobrym poziomie w międzynarodowych meczach.
2. Obrona
Katastrofa. Wasilewski zagrał przyzwoicie, Perquis też dobrze wszedł do drużyny. Ale Arkadiusz Głowacki potwierdził słowa Leo Beenhakkera, że nie jest „international level”. Zbyt wolny, zbyt łatwo gubi się w sytuacjach zagrożenia. Nie chodzi tu tylko o czerwoną kartkę czy rzut karny dla Niemców podyktowany po jego faulu na Thomasie Müllerze, to się czasem nazywa pech (szczególnie, że zawodnik grał z numerem 13). Chodzi o to, że te sytuacje wynikały z niemocy. Głowacki raz też wsadził na konia Perquisa, raz poślizgnął się na piłce w odległości kilku metrów od bramki. Mario Götze powinien strzelić bramkę, ale Szczęsny zareagował wystarczająco szybko. Z lewej strony Wawrzyniak poślizgnął się w decydującym momencie. Może kolejny przypadek, a może potwierdzenie reguły, bo przecież jeszcze w pierwszej połowie dał się łatwo ograć przez co doszło do wspomnianego poślizgu Głowackiego.
Przecież ten sam Wawrzyniak niedawno zawalił dwie bramki w pierwszym meczu ze Spartakiem Moskwa. W krytycznym momencie. Przy drugiej tłumaczył wtedy, że sądził iż napastnik sięgnie piłkę i on już do niej nie szedł. Drugi z napastników Spartaka nie miał takich zmartwień i strzelił bramkę. Kilka tygodni, kilka bramek, przy których zawinił. Na pewno ratują go asysty, ale obrońca przede wszystkim broni, również w w nowoczesnej piłce, gdzie daje mu się więcej przestrzeni z przodu. Szczególnie w sytuacjach zagrożenia. Dziś Wawrzyniak jest klasę niżej od Sebastiana Boenischa, ale nie mamy pewności jak zawodnik Werderu zareaguje po ponad rocznej przerwie spowodowanej kontuzją. Z prawej Wasilewskiego zastąpi Piszczek, ale przecież to nie Wasilewski jest naszym głównym zmartwieniem.
Problem jest więc ten sam co zawsze, brak szybkich, zwrotnych środkowych obrońców. Marcelo Lippi mawiał, że podstawa to szybcy, silni obrońcy, z dobrym wyskokiem. Nasi na razie mają wyskok i czasem dobrze się ustawiają. To tylko podstawa, oczywistość. My nie mamy nawet szybkich zmienników. I jest to problem, który trudno będzie zneutralizować.
Formacja nie gra tak jak należy. Jeśli chcemy mieć przyzwoitą obronę, trzeba wybrać już formację i grać nią do końca. Może przydałaby się jedna, dwie próby, sprawdzenie jednego czy drugiego wyróżniającego się ligowca, np. Madery (o ile będzie zdrowy). Ale to wszystko.
3. Pomoc i atak
Tu mamy dobre formacje. Znakomicie zagrał Lewandowski, który dziś jest niezwykle przydatny w grze kombinacyjnej. Przyzwoicie Adrian Mierzejewski, który gra zawsze nowocześnie, przewiduje wydarzenia, potrafi dobrze grać na jeden kontakt. I w końcu Sławomir Peszko. Dziś możemy narzekać, że nie wykorzystał trzech świetnych sytuacji, ale po jego zejściu skończyły się nasze ataki lewą stroną. On tam był, wychodził do gry, podczas gdy z drugiej strony Kuba Błaszczykowski nie tworzył takich okazji. Być może było to podyktowane tym, że Błaszczykowski musiał męczyć się z Philippem Lahmem, jednym z najlepszych pod względem wydolności piłkarzy Europy, zaś Peszko miał po swojej stronie wchodzącego do drużyny Christiana Träscha z Wolfsburga. Piłkarz FC Koeln pokazał jednak, że jest doskonałym zawodnikiem do kontry. Przydałoby się opanować nerwy. Na EURO 2012 będzie ich trochę więcej niż w Gdańsku. Błaszczykowski w drugiej połowie zagrał dużo lepiej, nie tylko częściej atakował, ale też dobrze rozgrywał, jego podanie do Dudki przy pierwszej bramce było naprawdę wysokiej jakości. Kuba znowu pokazał, że jest dobrym liderem, tym który ciągnie zespół w ważnych momentach.
Ale wciąż musimy pamiętać, że stało się tak dopiero po zejściu Lahma, przy którym Kuba nie istniał. W drugiej połowie Polak grał na Marcela Schmelzera, który wraca do gry po kontuzji. Na EURO 2012 Löw nie będzie miał takiego problemu.
Defensywni pomocnicy grali poprawnie, ale nie wykazywali się kreatywnością, nie będę tego do końca krytykował, gdyż może taki był plan Franciszka Smudy – szybkie wyjście, a rozgrywa Lewandowski… Formacja ofensywna (2-3-1) wygląda dziś dobrze, a przecież mamy tu świetnych zmienników. Jest Rybus, którego uważałem za patałacha, który kręci się wokół własnej osi, a w tej rundzie zawodnik jest jakby odmieniony, przechodzi szybko do ataku, nie traci czasu na swoje popisy, gra do przodu… Jest kilku wartościowych zmienników, wróci Obraniak, może w formie będzie Jeleń, znowu świetnie sprawdził się Brożek, zobaczymy jak w sezonie rozwinie się Patryk Małecki, zrywy może mieć Kamil Grosicki, bo przecież już je miewał. Z defensywnych za niezłych Murawskiego i Dudkę mogą wskoczyć Polanski, Matuszczyk i ewentualnie Borysiuk oraz Wilk, bez większej straty dla drużyny. Tak więc formacją ofensywną szczególnie się nie martwię, jest wystarczająco dobra na europejskiego średniaka.
4. Taktyka
Piłkarze Polski pokazali, że najlepiej czują się w naszej tradycyjnej strategii – kontra lub szybki atak. Bardzo dobrze nam to wychodziło, choć momentami jeszcze za długo przetrzymujemy piłkę w okolicy 40 metrów od bramki przeciwnika, brakuje umiejętności gry z pierwszej piłki. Gdy grać będą Piszczek i Boenisch, formacja zostanie wzmocniona wartościowymi piłkarzami potrafiącymi wyprowadzić atak. Będziemy wystarczająco mocni na to by powalczyć o wyjście z grupy (oczywiście gdy usuniemy lub zminimalizujemy skutki najważniejszej usterki: dramatycznej sytuacji ze środkowymi obrońcami). Budowanie ataku nie idzie nam już tak dobrze. Potrafimy utrzymywać się długimi momentami przy piłce, ale wciąż nie mamy wystarczająco kreatywnych piłkarzy. A skoro nie mamy, to do EURO 2012 mieć nie będziemy. Trzeba wykorzystywać atuty czyli polską tradycyjną szkołę gry, z której znakomicie korzystali Kazimierz Górski czy Paweł Janas.
5. Kibice
Tych niestety nie mamy zbyt wielu. Wymiana prawdziwych fanów na kinowców-hamburgerowców z Klubu Kibica Reprezentacji Polski jest eksperymentem nieudanym. Doping w Gdańsku był żenujący. Długie momenty ciszy przypominały mi sytuacje z mistrzostw świata w 1994 roku, gdy amerykańscy kibice nie wiedzieli jak zachować się w odpowiedniej sytuacji. Oczywiście Łukasz Podolski przyznał, że publiczność była wspaniała, ale to traktowałbym jako jego dyplomatyczny gest, do którego przygotowali go spece od PR-u. Pamiętam mecze podczas mistrzostw świata w 2006 roku, gdy byłem dumny, bo Polacy mieli najbardziej fantastyczny doping, jaki kiedykolwiek widziałem, na meczu z Belgią w Brukseli podczas eliminacji do EURO 2008 momentami nie mogłem wydusić słowa. Wtedy doping naszych kibiców był fantastyczny, wtedy hymn śpiewany przez 20-30 tysięcy osób robił piorunujące wrażenie. W Gdańsku było poniżej przeciętnej.
Mówi się, że publiczność jest dwunastym zawodnikiem. Publiczność z Klubu Kibica Reprezentacji Polski, powołanego po to by ogołocić portfele fanów, nie jest. Jest słaba. Nie wie jak reagować, nie zna tradycyjnych piosenek, okrzyków. Nie mam na myśli nieformalnego hymnu o PZPN, to tylko folklor. Mam na myśli ludzi, którzy rozumieją istotę piłki, bo się na niej wychowali, bo nią żyją. Z drugiej strony dobry wynik może przekona ludzi do tej kadry, z którą ostatnio przestali się identyfikować. Wiadomo, że mecz z Niemcami zapewnia pełny stadion, bez względu na wszystko. Ale wrócę na chwilę do spotkania z Meksykiem. Stolica, gramy z mocnym rywalem, który w składzie ma gwiazdę najwyższej jakości i Javiera Hernandeza. I na 31-tysięcznym stadionie jest 13 tysięcy pustych miejsc. Nie wierzę w to, że to tylko kwestia idiotycznego sposobu dystrybucji biletów. To kwestia identyfikacji z kadrą narodową. A przecież zapotrzebowanie na bilety na mecz z Belgią w Chorzowie wyniosło 250 tysięcy!!! Owszem, był to mecz o stawkę i to wówczas najwyższą… Ale gdzie podziali się ci wszyscy ludzie?

Do EURO 2012 trzeba więc sporo poprawić. Może Joachim Löw miał rację, mówiąc że wygrana przyniosłaby Polakom euforię, a to byłoby niebezpieczne. Nie może. Na pewno miał rację. Wyobraźcie sobie Franza Smudę po wygranej z Niemcami.

8 komentarzy