Archive for Listopad, 2011

PZPN – oddział samobójczy

Jak nie orzeł to terminarz. Szkoda, że ten drugi temat przeszedł bez echa, że media po prostu go zignorowały (poza Przeglądem Sportowym i portalem weszlo.com). A przecież z punktu widzenia czysto piłkarskiego to temat znacznie ważniejszy niż afera orzełkowa.
Wczoraj ustalano terminarz eliminacji MŚ 2014. W tym momencie najważniejszy jest przyszłoroczny turniej EURO 2012, dlatego ten terminarz przyjęliśmy jako coś mało istotnego. Jeśli jednak przyjrzeć się mu bliżej, jest to klasyczne działania na szkodę kadry narodowej.

Na początku byłem jedynie zdziwiony, potem nawet zdumiony, aż w końcu przerażony. Ten ostatni stan pojawił się wtedy, gdy po ustalaniu terminarza do dziennikarzy wyszli rozpromienieni Franciszek Smuda i Grzegorz Lato. Oni naprawdę myślą, że spisali się bez zarzutu, że kogoś przechytrzyli, że wygrali los na loterii.
Tymczasem cztery z pięciu ostatnich meczów gramy na wyjeździe, zaś dwa ostatnie na Ukrainie i w Anglii. I to ma być nasz sukces…
W tej sytuacji wypada wrzucić znany filmik, jeśli komuś nie chce się oglądać 6 minut, można od razu przewinąć na 4:30 (scena trwa do 5:25)

FILMIK TUTAJ

Zapewniam was, że Anglicy wyszli z ustalania terminarza jakby właśnie obejrzeli Żywot Briana. Byli roześmiani od ucha do ucha. Ugrali dokładnie wszystko co chcieli ugrać.
Na początek mają cztery mecze z o różnym stopniu trudności (najtrudniejszy czwarty w Polsce). W tym czasie zespół pod wodzą nowego szkoleniowca powinien się ustabilizować. Uniknęli meczów w czerwcu, a przecież Tomasz Rząsa w rozmowie z GW mówi, że wszyscy chcieli ich uniknąć.
W końcu kończą eliminacje dwoma kluczowymi meczami na Wembley.
Dlatego tekst Smudy: – Anglicy są najlepsi, dlatego zawsze idą na ustępstwa” jest kolejnym przykładem tego, że ten facet żyje we własnym świecie. W świecie tym na jego szczęście jest jeszcze kilku dziwnych ludzi, zazwyczaj związanych z Polskim Związkiem Piłki Nożnej, którzy uważają kalendarz za korzystny (Majewski, Łazarek w dzisiejszym PS).
Lato, Smuda i Tomasz Rząsa, ich nowy przyboczny i listek figowy, utrzymują, że trzeba było się dogadać, bo inaczej mielibyśmy losowanie w FIFA i wtedy byłby jeden wielki przypadek. Ale przecież losowanie byłoby dla nas znacznie korzystniejsze, jakie jest prawdopodobieństwo tego, że kończylibyśmy dwoma teoretycznie najtrudniejszymi meczami na wyjeździe?

Jaki jest zatem problem z tym kalendarzem?
Oczywiście możemy przyjąć wariant optymistyczny, w którym Polacy zdobędą wystarczającą ilość punktów w 8 meczach a na koniec pojadą do Kijowa i Londynu na wycieczkę. Ale jest to tylko myślenie życzeniowe. Przy wyrównanej sile zespołów takich jak Polska, Czarnogóra i Ukraina (a w międzyczasie będziemy mieli też mecz u siebie z Anglią) trudno przypuszczać, żebyśmy pod koniec eliminacji byli bez większego uszczerbku.
Bardziej prawdopodobny jest wariant, że właśnie w ostatniej fazie będziemy grali mecze decydujące o awansie. I tu właśnie to Ukraińcy a nie my, będą w uprzywilejowanej pozycji. Będą nas podejmowali, a na koniec zagrają na wyjeździe ze słabym San Marino, my zaś będziemy walczyli o życie z Anglią.
Pewności awansu być nie musi, jedynie spore prawdopodobieństwo. A żeby tak się stało, na dwie kolejki przed końcem musimy mieć więcej niż trzy punkty przewagi nad drugim zespołem, a jeśli będzie to Ukraina, to najlepiej 6 i liczyć na korzystny bilans spotkań bezpośrednich. Kto śledzi mecze polskiej reprezentacji, wie że taki wariant jest możliwy, ale raczej w minimalnym stopniu. Nie mamy na tyle silnej drużyny.
Bezpośrednio przed meczem na Wembley będziemy zmieniali strefę czasową o 3 godziny, będziemy mieli kilkugodzinny lot i w końcu będziemy walczyli na jednym z najtrudniejszych terenów świata. W piłce nożnej takie detale grają różnice. Nasze szanse zostaną zmarginalizowane.
Lato mówił o nawiązaniu historycznym. Przecież drużyna Kazimierza Górskiego też kończyła na Wembley. Nie mam zamiaru tu deprecjonować osiągnięć naszej najlepszej drużyny wszech czasów, ale nie zapominajmy, że remis na Wembley w 1973 roku to był czysty fart. Cały mecz broniliśmy się na własnej połowie, a Jan Tomaszewski wyprawiał cuda. Dlaczego niby miałoby się to powtórzyć?
Dochodzi też doping. Po pierwsze ważne dla samych kibiców, żeby mecze o najwyższą stawkę toczyć na własnym terenie, po drugie ważne dla drużyny, żeby w tych momentach mieć swojego 12 zawodnika.
Kiedy ustalaliśmy terminarz do eliminacji MŚ1998, doszło do takiej awantury, że Włosi wyszli z sali i pojechali na lotnisko. Dopiero po interwencji Zbigniewa Bońka u prezesa włoskiej federacji, wrócili i dogadali się w dwie godziny. Gdy walczyliśmy o terminarz do eliminacji MŚ 2002, opuszczeniem negocjacji grozili Norwegowie. Z pozycji siły również stawali Portugalczycy (EURO 2008). Wszyscy musieli pójść na kompromis.
Silne zespoły wychodzą z założenia, że przyjeżdżają po swoje, a przecież na początku eliminacji wszyscy mają po 0 punktów. To zdanie powtarzał często posiadający talent negocjacyjny Michał Listkiewicz (tu mała dygresja – zabawne, że polscy kibice spoglądają w jego stronę z tęsknotą. Rozumiem intencje, ale jest to niepotrzebne. Listkiewicz jest przemiłym człowiekiem, mógłby być prezesem PZPN, gdyby ta funkcja polegała jedynie na reprezentowaniu nas na salonach. Tu byłby fantastyczny – inteligentny, oczytany, potrafiący się zachować. Przeciwieństwo Laty – to wystarczająca rekomendacja. Tyle, że poważny działacz piłkarski powinien reformować futbol, choćby szkolenie młodzieży, jeśli widzi że jesteśmy w dołku. A jeśli nie widzi, to tym większy problem…).
Wróćmy więc do naszych najgroźniejszych rywali. Anglicy nie chcieli grać w czerwcu 2013 roku i nie grają, chcieli kończyć eliminacje u siebie i kończą. O Ukraińcach już pisałem. Czarnogóra w ostatnich czterech meczach gra z Ukrainą u siebie, z Polską na wyjeździe, z Anglią na wyjeździe i z Mołdawią u siebie. Jest to trudny kalendarz, ale jeśli utrzymają się w stawce, mają doskonałe zakończenie.
My nie mamy nic albo mamy jakąś strategię, która zrewolucjonizuje myślenie o futbolu.
Zaczynamy trudnym meczem na wyjeździe, kończymy dwoma trudnymi meczami na wyjeździe.
Być może zabrakło doświadczenia, bo czy można być aż tak beznadziejnie bezradnym?
Być może tajny plan Smudy i Laty zakładał, że musimy na tych eliminacjach zarobić. Dlatego trzeba rozegrać mecze u siebie najpierw, zanim przestaną być meczami o stawkę i nie przyciągną nikogo na trybuny? To absurd, ale u nas wszystko jest możliwe.
Wspominałem kiedyś o efekcie synergii, który zakłada że w wyniku współdziałania dwóch czynników otrzymujemy wyższy wynik niż suma tych czynników. Czyli jeśli facet, który wymyślił koło połączy siły z facetem, który wymyślił deskę, nie otrzymamy deski i kółek tylko deskorolkę albo przy wzmożonym wysiłku intelektualnym nawet hulajnogę.
W przypadku Laty i Smudy mamy zdaje się do czynienia z efektem antysynergii. Dwóch gości równocześnie może spieprzyć więcej niż zdołaliby spieprzyć oddzielnie.
Spójrzmy na kalendarz.
Jeśli w pierwszych trzech meczach nie uzyskamy 6-7 punktów, nasze położenie nie będzie wcale takie różowe.
A gramy z Czarnogórą na wyjeździe, Mołdawią u siebie i Anglią u siebie.
Czy wychodzi z tego 6-7 punktów?
Oczywiście można przyjąć założenie Smudy: „Jeśli zespół jest silny to musi wygrać ze wszystkimi”. Smuda wychodzi z założenia, że drużyna budowana jest w cyklu czteroletnim i po EURO 2012 będzie na tyle mocna, zgrana i ograna, że poradzi sobie w ciężkich bojach. Ale skoro tak, to co złego jest w losowaniu przez FIFA?
Jeśli wspomnianego planu nie zrealizujemy, to sytuacja się skomplikuje a my zaczniemy przygotowywać się do eliminacji EURO 2016. Ale to już nie będzie zmartwienie Smudy. I mam nadzieję, Laty.
PS. Na zakończenie spotkania Laty i Smudy z dziennikarzami wymieniłem się zdaniami z prezesem.
– Czy zrobiliście jakąś analizę, dlaczego tak mało ludzi przychodzi na mecze kadry? Na przykład na ten z Węgrami – zagadnąłem.
– Spodziewaliśmy się tego. W Bydgoszczy czy w Kielcach byłoby 15 tysięcy osób. UEFA prosiła nas jednak o to byśmy przetestowali stadion w Poznaniu. Wiadomo, że na Węgry tłumy nie przyjdą – odpowiedział.
– Ale na Polskę powinni. Jesteśmy na kilka miesięcy przed turniejem, miał być wielki boom na piłkę, a tymczasem ludzie przestają się identyfikować z kadrą, z czego to wynika – ciągnąłem temat.
A pan był na meczu? – zaatakował prezes.
– Nie byłem – odparłem.
– Gdyby pan przyszedł, byłoby jedną osobę więcej – zaznaczył.
I to wszystko przed kamerami telewizyjnymi. To jest nasz prezes.

Tu macie terminarz

Reklamy

5 Komentarzy

Spóźniona miłość Annapurny

To tekst o Piotrze Pustelniku, był opublikowany rok temu w gazecie. Pierwszy raz pojechałem do niego kilka miesięcy przed wyprawą, rozmawialiśmy na zupełnie inny temat. Potem jeszcze dwa razy. Zobaczyłem dwa oblicza tego człowieka, dwa zupełnie inne. Starałem się to jakoś oddać. Tekst jest napisany w sposób, powiedzmy, eksperymentalny. Przynajmniej jego pierwsza część. Zresztą, zobaczcie sami.

Dziesięć, jedenaście, dwanaście. Przerwa. Trzeba złapać oddech. Znowu odliczanie. Teraz tylko dziesięć kroków. Znowu przerwa. I znowu dwanaście. 150 metrów, teraz już pójdzie łatwo. Lekki wiatr, śnieg kłuje w twarz. To będzie jakieś czterdzieści minut. Po dziesięciu godzinach marszu te czterdzieści minut nie wydają się jakąś katorgą. „Tak jakby ktoś kazał mi teraz wejść na Zawrat” – mówi.
Żadnych głupich rozmów z górą. Tylko powolne odliczanie. Dziesięć, jedenaście, dwanaście. Przerwa.
O czym niby miałby z nią gadać? Wszystkie sprawy zostały przegadane za pierwszym razem. Jeśli o czymś zapomniał, załatwił za drugim podejściem. Za trzecim i czwartym szedł w milczeniu. Podobnie jak teraz chodziło tylko o to, żeby ją zaliczyć. Wtedy się nie udało, ale teraz się uda. Doszedł właśnie do charakterystycznego miejsca, o którym czytał w opisach poprzednich zdobywców. Do szczytu jest już tylko kilka kroków. Tu już nic nie może się wydarzyć.
Nigdy jeszcze nie był tak blisko. Już wie, że wejdzie na pewno, pytanie tylko, czy zejdzie. Właśnie minął gigantyczne śnieżne pole wielkości dwóch pokaźnych lotnisk. Z dołu wygląda to jak niewielka biała plama, tu, na wysokości 8 tysięcy metrów, jak potężne jezioro śniegu.
Jeśli przyjdzie mgła albo śnieżyca, zgubią się w tym śnieżnym bezkresie i szansa na to, że ktoś ich odnajdzie, jest bliska zeru. A coś złego musi przyjść. Przecież od czterech dni było idealnie, przecież nie można mieć takiego szczęścia. Na tej górze to niezrozumiałe.
Przed wyprawą ktoś powiedział mu, że Annapurna jest kobietą, więc aby ją zdobyć, powinien pogodzić się ze wszystkimi kobietami, z którymi jest w konflikcie. Banalne. Piotr Pustelnik uśmiechnął się tylko. I usłyszał jeszcze, że to warunek konieczny, ale niewystarczający.
Teraz spojrzał za plecy, na te lodowce, seraki – potężne bryły lodu, lawinki będące gdzieś tam za nimi, pomyślał: „Już nic złego się nam nie stanie, jesteśmy bezpieczni”.
Z dołu od trzech stron góra wygląda, jakby nie było na nią wejścia. Od czwartej jest niestabilny lodowiec. Niemal połowa śmiałków, która zdecydowała się wejść na Annapurnę, nigdy z niej nie powróciła. Ta ponura statystyka czyni ją najniebezpieczniejszą górą Himalajów.
Gdy przeszli 150-metrowy odcinek, wystarczyło wspiąć się na dwumetrowy serak. To koniec. Spojrzał na towarzyszącego mu Petera Hamora. Postali minutę, rozejrzeli się dookoła. Uścisk dłoni. – Pomyślałem o tym, że powinno być nas trzech – wspomina. Zabrakło Piotra Morawskiego, który zginął na Dhaulagiri rok temu.
Chyba nie tak miało być. Pewnie gdy zaczynał, dwadzieścia lat temu, inaczej wyobrażał sobie ten moment. Miało być mistycznie, romantycznie, przed chwilą zdobył przecież ostatni, czternasty ośmiotysięcznik. Miało więc być pięknie, a jest… tak sobie. To czekanie go wypaliło. Zamiast uczucia triumfu jest więc raczej uczucie ulgi. Może to kwestia rutyny, może brak mu tego młodzieńczego entuzjazmu. Ma 59 lat, jest pierwszym człowiekiem w tak późnym wieku, który wszedł na wszystkie ośmiotysięczniki. Spojrzał dookoła – skały i śnieg. Tak właśnie wygląda kres drogi. Śnieżne góry bez końca.
Trzeba zejść, bo jak mówi Pustelnik, „prawdziwy szczyt jest na dole, w bazie”. Jak najszybciej trzeba się pozbyć tej cholernej maski tlenowej. Nie da się w niej schodzić. Za 4,5 godziny powinni być w bazie. W drodze powrotnej, zaraz pod szczytem, minął się jeszcze z Kingą Baranowską. Zrobiła mu pamiątkowe zdjęcie. I tyle, żegnaj, Annapurno. Cała historia. Edmund Hillary po zejściu z Mount Everestu powiedział: „Dopadliśmy tego sukinsyna”. Piotr Pustelnik nie powiedział nic.


Ostatnie wyzwanie

Niedawno spotkałem się z Piotrem Pustelnikiem w jego gabinecie w banku w centrum Łodzi. Miałem wrażenie, że to człowiek inny niż ten, z którym rozmawiałem kilka miesięcy wcześniej. Bez entuzjazmu, zamiast wielkiej radości jakby cień rozczarowania. Może dlatego, że używał tlenu. Może dlatego, że szedł łatwą trasą i wykorzystał fakt, że pod Annapurną zebrało się kilka ekip, w tym dwie wprowadzające kobiety na szczyt. W dniu ataku szczytowego na Annapurnie było 19 osób, na tej górze to tłok. A więc miał ułatwione zadanie, skorzystał z ich lin poręczowych. A może dlatego, że po prostu osiągnął cel swojego życia. I co teraz? Żadne kolejne wyzwanie nie będzie już tak wielkie.
Piotr Pustelnik – dwudziesty człowiek na świecie, trzeci Polak, który zdobył Koronę Himalajów, wrócił do normalnego życia.
– Trzeci Polak? Liczy się tylko pierwszy – mówi. Podaje przykład Jerzego Kukuczki. Gdy ludzie klepali go po plecach i mówili, że nigdy nie zapomną, iż jako drugi zdobył wszystkie ośmiotysięczniki, Kukuczka zapytał: „A czy wiecie, kto jako drugi wszedł na Mount Everest?”. Nie wiedzieli. Czy więc Pustelnik nie ma prawa myśleć, że jego dokonanie zostanie za jakiś czas zapomniane, że wiedza o tym ograniczy się do grona specjalistów?
Mimo to rok temu postanowił, że spróbuje raz jeszcze. Ale to będzie ostatnie podejście. Był tam już cztery razy. Zawsze przegrywał. Niemal stracił zapał. Planował zaliczyć wszystkie ośmiotysięczniki kilka lat wcześniej. Ale Annapurna stawiała opór.
Myśl o Annapurnie zrodziła się w 1977 roku, a więc 13 lat przed zdobyciem pierwszego ośmiotysięcznika.
-To sentymentalna historia. Byłem wtedy młodym prezesem klubu akademickiego w Łodzi. Wyświetlaliśmy filmy o Himalajach. Któregoś dnia zorganizowaliśmy oglądanie „Annapurna. The hardest way up” (Annapurna. Najtrudniejsza droga na szczyt – przyp. red.), o przejściu wyprawy Christiana Boningtona przez południową ścianę tej góry. Moja żona była wtedy w zaawansowanej ciąży. Po filmie szliśmy do domu i Anka powiedziała: „Chyba zaczynam rodzić”. Odprowadziłem ją do szpitala i następnego dnia urodził się Paweł, mój najstarszy syn – mówi. Annapurna zapadła mu w pamięć. Była wtedy jednak w sferze nieosiągalnych marzeń, bo jeszcze kilka lat wcześniej podpisano na niego wyrok. Słabe serce.
– Początkowo dostałem trzy lata życia. To długo tkwi w człowieku – mówi.
Wysokie góry okazały się po latach doskonałym lekarstwem na schorzenie. Na kilku tysiącach metrów oddycha się inaczej.

2004. Annapurna numer 1

„Odkrywanie góry. Wróciłem z Manaslu, obcięli mi kawałek palca. Myślałem – zrobimy Annapurnę i na koniec zostawię sobie Broad Peak. Zebrałem międzynarodową ekipę. Poszliśmy drogą Boningtona. 35 dni i doszliśmy na 7000 metrów. Dalej się nie dało. Widziałem jednak, że trzeba dojść do pewnego momentu i dalej góra się kładzie. Będzie łatwo. Pogoda nie współpracowała. Wtedy myśleliśmy, że mamy pecha. Potem okazało się to normą na tej górze”.

2005. Annapurna numer 2

„Pierwsza wyprawa z Piotrkiem Morawskim. Zadzwoniłem do niego w grudniu 2004 roku, on akurat jechał na wyprawę i powiedział, że po powrocie pogada z żoną i wtedy podejmie decyzję. Dogadaliśmy się. Czasami od razu łapie się porozumienie. To samo poczucie humoru, podobne myślenie. Gdy myślałem o tej wyprawie, inny wariant jej zdobycia niż za poprzednim razem nie przyszedł mi do głowy. Przecież jeśli tyle już zrobiliśmy, to teraz pójdzie łatwo. Od południa na Annapurnę oddziałuje specyficzny rodzaj mikroklimatu. Jeśli dostanie się tam ciepłe powietrze, skropli, utrwali, robią się mgły, opady śniegu. Wszędzie jest w miarę czysto, a nad nami wisi jakaś chmura… Z góry od północy zawiewał silny wiatr, który zdmuchiwał nam śnieg na południe, tutaj nadchodził y jakieś chmury, popadywało śniegiem, było ciepło… mało stabilnie. Plus trudności techniczne, bo góra nie jest łatwa. Każdy wyciąg to walka o 40-50 metrów. Dodatkowo dwaj pozostali członkowie wyprawy nie dopisali. Vlado Strba nie wyrabiał, a Marcin Miotk spieszył się na inną wyprawę.
Ostatni dzień… Wyszliśmy o 6 rano, szliśmy 12 godzin. Gdy minęliśmy ten punkt, po którym góra miała się kłaść, okazało się, że jeszcze jest kawał roboty. Piotrek chciał iść sam, ale nie mogłem na to pozwolić. Musiałem użyć ostatecznej argumentacji. Żona, dzieci. Zadziałało.
Jeszcze kamień. Codziennie miałem kask. Raz założyłem czapkę, bo było ciepło. Spadł kamień. Zalałem się krwią. Zaraz spadł drugi, trafił w rękę. Dostałem wylewu, ale utrzymałem linę. Dobrze, że ten drugi nie trafił w głowę, był znacznie większy… Zjechaliśmy w dół. Następnego dnia podjęliśmy próbę. Piotrek ciągnął w górę, mi nogi buksowały. Głowa chciała, nogi się buntowały”.

2006. Annapurna numer 3

„Jeśli nie mogę czegoś zrobić, to podnoszę poprzeczkę. Od razu zaplanowaliśmy trzy góry – Cho Oyu, Broad Peak i Annapurnę”. Cho Oyu już miał, a Broad Peak jest łatwy, chciał nim zakończyć. Interesowała go więc głównie ta trzecia. Wspólnie z Morawskim i Hamorem weszli na 8020 metrów, ale wtedy musiał zejść, żeby odtransportować chińskiego himalaistę, który zapadł na ślepotę śnieżną. Inaczej mieliby trupa.
„To moja wina. Wziąłem go, żeby było taniej. Ich zespół się rozleciał i nie miał z kim iść. Gdyby z nami nie szedł, musiałbym dopłacić kilka tysięcy dolarów. Facet był mocny fizycznie, bardzo mocny. Ale potem okazało się, że technicznie jest fatalny. Zaoszczędziliśmy 8 tysięcy złotych… A zabrakło 70 metrów w pionie. Hamor dotarł na szczyt o 8 wieczorem, więc ja pewnie byłbym dwie godziny później. Schodzilibyśmy przez całą noc. Byłaby ostra jazda, ale byśmy to zrobili. Tak myślę… w pewnym momencie Tybetańczyk zaczął dziwnie patrzeć. Miał przekrwione i załzawione oczy. Początkowo raziło go słońce, ale potem zaszło i widział tylko światłocienie. Szedł i walił w skałę. Co on zrobi? Usiądzie i będzie czekał? Na pewno nie, zamarznie. Musimy ściągnąć go w łatwiejszy teren i nakierowywać. Chciał wchodzić w górę, ale nawet nie potraktowaliśmy tego jako słabego żartu. Szedł za mną albo za Piotrkiem. Trzymał rękę na ramieniu, powoli w dół… dlatego teraz żyje. Byliśmy już na 7400 i może był sens wracać. Nawet chciałem. Ale wtedy nogi zaczęły mi się składać. Jakby były z waty. Byłem przekonany, że w fatalny sposób zejdę z tego świata. Wróciliśmy do bazy. Byłem załamany. Pieprzone fair play. Przecież gdybym wiedział, że tak będzie, przed wyjściem przywiązałbym Chińczyka liną i zostałby w bazie. Weszliśmy sobie na Broad Peak. Robiłem dobrą minę do złej gry. Hej, jest świetnie, pijemy! Ale oni wiedzieli, że to tylko ściema”.

2008. Annapurna numer 4

Ostatnia wyprawa wielkiej trójki. Pustelnik, Hamor, Morawski. Do szczytu zabrakło 150 metrów. Zaatakowała pogoda. W pewnym momencie znaleźli się w środku burzy. Schodzili jak szaleni.
„Za czwartym razem musiało się udać. Jak się ustala drogę, to zawsze szukamy dobrych stron, zamiast patrzeć na złe. Błąd. Peter Hamor mówił, że teraz to załatwimy, że pójdziemy czeską drogą, że ją łykniemy. Więc szliśmy. Nagle przyszedł wiatr, znaleźliśmy się pośród piorunów. Jak się rozłazi elektryczność, to czujesz takie nieprzyjemne mrowienie. Włosy w okolicach pachwin się elektryzują, to boli. Trafiały nas odpryski piorunów. Paliły i robiły dziury. Jeśli cię trafi piorun, to jest po tobie, ale jeśli walnie obok, to tak jakbyś dostał od boksera. To bardzo bolesne. Nie zabija, ale jeśli stracisz równowagę, to jest po tobie. Szczególnie na Annapurnie, gdzie po jednej stronie grani jest bardzo stromo. Schodziliśmy przez 6 godzin. Każ dy krok to strach. Modliliśmy się…”.
A więc góra się broniła. Bez względu na to, jak banalnie by to brzmiało. Himalaiści w znacznej większości wierzą bowiem w nadprzyrodzone zdolności góry. Personifikują ją. Pustelnik też kiedyś wierzył, ale teraz jest na to za stary.
– Przyrzekłem sobie: „Jeśli nie w piątej próbie, to koniec”. Istnieją granice, których człowiek nie powinien przekraczać. Liczy się też przyjemność, a moja była już mocno nadwyrężona – powiedział.
– Ostatnie wejścia, na Broad Peak i Annapurnę, były „emocjonalnie wyzerowane”. Czyste zawodowstwo – przyznaje.
Veni, vidi, vici.
– Tak jest. Zobaczyłem, zdobyłem, odhaczyłem. Dziękuję – dodaje.

Zabrakło talentu

W rodzinie Pustelnika tylko matka Alina zajmowała się sportem. Pływała w barwach AZS Łódź. Stylem grzbietowym i klasycznym. W nagrodę za mistrzostwo Polski dostała budzik. Gdzieś w archiwach można odnaleźć jej nazwisko na liście zawodniczek przewidzianych do startu w igrzyskach olimpijskich w Tokio w 1940 roku. Ojciec Czesław był jednym z pierwszych absolwentów Politechniki Łódzkiej. Został wykładowcą. Przez 8 lat kierował Instytutem Papiernictwa i Poligrafii na tej uczelni. Zmarł w 1988, rok po żonie. Tak samo jak ona, na wylew. Rozrusznik serca pierwszej generacji nie zatrzymał się w momencie wylewu. Po rodzicach Pustelnik odziedziczył miłość do nauki i sportu.
Kiedy w drugiej połowie lat 80. polscy himalaiści zyskiwali renomę najlepszych na świecie, Piotr był w cieniu. Kukuczka, Kurtyka, Heinrich, Rutkiewicz, Hajzer, Czok, Piotrowski, Wielicki – o nich się mówiło. Pustelnik nigdy nie wbił się do tej czołówki. Był raczej nieźle zapowiadającym się naukowcem. Oczywiście góry były, gdzieś tam w tle.
Kurs wspinaczkowy rozpoczął na początku lat 70. Za namową kuzyna zapisał się do Akademickiego Klubu Górskiego. Pierwszego kursu nie skończył, bo instruktor Andrzej Wilczkowski stwierdził, że się nie nadaje. Dziś Pustelnik nie ma pretensji. Uważa, że Wilczkowski miał rację. Zresztą, są przyjaciółmi.
– Byłem uparty, jeździłem w skałki, sam uczyłem się alpinizmu. Umówmy się, nigdy nie miałem talentu. Zawziąłem się – mówi. Czego więcej potrzeba, by zdobyć wszystkie ośmiotysięczniki? Chyba tylko instynktu samozachowawczego i szczęścia, by gdzieś nie spaść, nie być tą losowo wybraną ofiarą jakiegoś spadającego kamienia.

Sposób na celników

W 1978 roku miał już tytuł taternika zwyczajnego i instruktora, a dwa lata później po raz pierwszy wybrał się w Alpy. I to by było na tyle. Musiał pogodzić się z tym, że alpinizm nie jest największą z ludzkich potrzeb. Mieli dwójkę dzieci. On zarabiał jakieś marne grosze jako doktorant, zaś Ania, jego żona, utrzymywała się z zasiłku…
Wrócił w góry dopiero w 1985 roku. Zaczął od dwóch wypraw do Kaszmiru, potem na Pinnacle Peak (6945 m). Zadziałało.
– Wrażenia? Fajnie, to chyba, by było dobre słowo. Był entuzjazm. Pierwszy raz wyprawa w taki egzotyk. Potem to zaowocowało, uczyliśmy się organizacji, przebijania przez formalności, kontrabandy. Wódka, whisky, aparaty, kryształy. To szło najlepiej. Trzeba było jakoś żyć. Nie chodziło o to, żeby dorobić się jednorodzinnego domku, ale o to, by sfinansować wyprawę. Polskich celników trzeba było spoić, żeby nie widzieli. Wtedy pakowaliśmy nasze rzeczy na przemyt w śpiwory, namioty… ale to samo trzeba zrobić w Indiach na kontroli. Sporo nerwów, ale po tym nie boisz się nikogo. Odprawa w Indiach trwała trzy dni, 50 dolców, 70 dolców, stawka rośnie. Hinduscy celnicy są twardzi. I totalnie zdemoralizowani – mówi.

Boje z emerytami

W czasach komuny, gdy półki były puste, zaopatrywali się o 4 rano.
– Gdy jedna tura emerytów i rencistów szła spać, a drugiej jeszcze nie było, podjeżdżaliśmy z tyłu na wyłączonych światłach polonezem z otwartym bagażnikiem. Samochód zaraz po szybkim załadunku z piskiem opon odjeżdżał, póki kolejka się nie zorientowała, że coś się wywozi. Na Narutowicza mieliśmy „wyczajony” sklep, zawsze jechaliśmy tam na pewniaka, to była formalność. Ale czujność kolejki w pewnym momencie nie zawiodła. Dostali cynk, czekali na nas, wiedzieli, że przyjedziemy. Pojawili się więc zaraz po tym, jak podjechaliśmy. Doszło do starcia. Tłumaczenia, że jedziemy w góry i tak dalej, nic nie dały. Krzyki, „wynoście się skur…”, groźby. Porwaliśmy paprykarz, jakieś konserwy, udało się odjechać… Było troch 81 emocji. Młodzi byliśmy. Teraz gdy wiem, że wkrótce będę beneficjentem ZUS-u, lepiej rozumiem tych z kolejki – przyznaje.
Potem był Związek Radziecki i 30-godzinna wyprawa do Moskwy. W pociągu 8 Polaków kontra 30 Rosjan, a pośrodku hektolitry wódki. W Moskwie 18-godzinna regeneracja i przejazd do Pamiru. A tam atak na Pik Korżeniewskiej (7105 m).
W 1990 r. samotnie wszedł na Gaszerbrum II, swój pierwszy ośmiotysięcznik. Zaraz po tym wyjechał na stypendium Fullbrighta do amerykańskiego Troy, w stanie Nowy Jork, gdzie robił doktorat z inżynierii chemicznej. Wydawało się, że jest przed życiową szansą.
– We wrześniu 1991 roku wróciłem. Nie chciałem zostać w USA, nie chciałem być naukowcem. Albo góry, albo nauka. Tylko jedno można robić na wysokim poziomie. A ja nie chciałem nic robić na pół gwizdka – mówi.
– Idąc w góry, sprawdzałem organizm i po pierwszym ośmiotysięczniku powinienem skończyć, bo przecież już go wypróbowałem. Ale, można powiedzieć, zassało mnie. Każde kolejne wejście było jakby ciekawsze, bardziej pasjonujące. Potem zamieniło się to w jakąś obsesję – mówi.
Wspinał się w czasach kryzysu polskiego himalaizmu, gdy najwięksi się wycofali albo zostali na zawsze w górach. Na pewno nigdy nie można było zestawić go w jednym rzędzie z wielkimi wyczynowcami, takimi jak Kukuczka. Był raczej kolekcjonerem szczytów. Wchodził standardowymi drogami, wypominano mu, że wiele wejść zaliczył z użyciem tlenu, co też według krytyków w jakiś sposób miało obniżać ich rangę.
Powoli dodawał kolejne szczyty do swojej niezwykłej kolekcji. Powoli dorównywał największym, niektórych przeganiał. Z Krzysztofem Wielickim był na Cho Oyu i Shisha Pangmie. W tym drugim przypadku wszedł trudną słoweńską drogą południowo-zachodnią, co pokazało, że ma spore możliwości, że ma szansę być wspinaczem wybitnym. Jego ekspresowa, 3-tygodniowa wyprawa na Dhaulagiri też musiała robić wrażenie.
Z każdym rokiem miał takich wyczynów coraz więcej, awansował w polskich klasyfikacjach, nawet jeśli w ogóle go to nie interesowało…

Odetchnie i wraca w góry

Plan zdobycia wszystkich ośmiotysięczników pozostawał gdzieś w tle. Wspinaczka była raczej formą przyjemności czy też uzależnienia. Albo połączeniem jednego z drugim. Zmieniło się to na Lhotse.
– To była dziewiąta góra. Wtedy postanowiłem sobie, że wejdę na wszystkie. Osiągnąłem swój cel. Zrobiłem to tak, jak potrafiłem – mówi.
Lhotse pokonał w 2000 roku. Wcześniej była trzyletnia niemoc. Wydawało się, że utknął na ósmej górze. Dwukrotnie próbował wejścia na Broad Peak i Makalu. Zawsze coś stawało mu na drodze. W 1998 (wyprawa z Ryszardem Pawłowskim – przyp. red.) wypadek francuskiego zespołu, a potem fatalna pogoda. Rok później wypadek Koreańczyka na pierwszej z gór i śmierć Szerpy na drugiej.
Dziewiąta góra wiele zmieniła. Potem były Kanczendżonga, Makalu, Manaslu… szło idealnie. Ale ostatnie góry to niemal mordęga. W 2006 roku zdobył Broad Peak, w końcu, w kwietniu tego roku stanął na Annapurnie.
– Ciekawe, że jest jakaś niezwykła, nieproporcjonalna różnica między tym, co ludzie myślą o tobie, gdy jesteś zdobywcą trzynastu ośmiotysięczników, a tym, co myślą, gdy masz wszystkie czternaście. A przecież różnica w wysiłku to jedna czternasta – wylicza.
To by było na tyle. Musi trochę odetchnąć i wraca w góry.

Dodaj komentarz

I tylko nogi czasem bolą

Uzupełniam archiwum. Poniżej tekst, który ukazał się w gazecie rok temu. Opowiada historię Rafała Wilka, żużlowca, który po wypadku jest sparaliżowany, ale nie poddał się i żyje. W pełnym tego słowa znaczeniu.

Ma silne, czy nawet potężne ręce. To pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy. Nie są masywne czy wielkie, nie są z tych, które miażdżą twoją dłoń przy uścisku, ale są potężne. Nie dźwiga nimi wielkich ciężarów na siłowni. Nie bije rekordów. Raczej woli 30 serii po 60 kilogramów. Od czasu do czasu. Wielkie ciężary nie są mu do niczego potrzebne.

Zdarzyło się to gdzieś pod Kazimierzem. Grupa starszych turystów jechała na rowerach. Jedna z kobiet podjechała na wzgórze ciężko dysząc. Siedział tam na swoim dziwacznym trójkołowym pojeździe. Ludzie często na niego patrzą a czasem robią sobie z nim zdjęcia.
„Jakbym był jakimś kosmitą”.
Patrzyła więc na niego i jego pojazd jakiś czas, wciąż starając się odzyskać regularny oddech. A gdy już się to udało, zagadnęła: – Ale pan ma dobrze.
– To nie tak do końca – odparł.
– Naprawdę, chciałabym żebyśmy się zamienili, niech mi pan uwierzy – nalegała. Ale on nie miał ochoty na negocjacje.
– Niech raczej pani uwierzy mi.
– A to dlaczego? – zapytała.
– Bo jeżdżę na wózku – odparł pogodnym głosem.
Zawahała się, prawdopodobnie zrobiło się jej głupio.
– No tak… jeśli tak, to nie zamieniłabym się – powiedziała i odjechała wyraźnie zmieszana.
Rafał Wilk ruszył chwilę po niej, minął ją i za chwilę zostawił daleko z tyłu.

Cel
Niedawno wrócił właśnie z zawodów na Słowacji. Zajął w nich 5. miejsce. Znowu to samo…
– Źle się ustawiłem na starcie. Za późno przyjechałem i zostałem w tłumie. Zanim przebiłem się przez tłum, najlepsi uciekli i nie dałem rady ich dogonić – relacjonuje.
Mimo to robi postępy. Na hand-bike’u zaczął jeździć w lipcu, miesiąc po ostatniej operacji. Po kilku startach zajął 5. miejsce na Mistrzostwach Polski w Bielsku Białej, potem 4 .w Maratonie we Wrocławiu. Zawody na Słowacji były jego pierwszymi międzynarodowymi. Jego celem jest start na Igrzyskach Paraolimpijskich w Londynie w 2012 roku. Ale do tego jeszcze daleka droga. Najpierw musi się zbliżyć do Arka Skrzypińskiego, szczecinianina, mistrza świata.
– Mam się więc z kim porównywać. Jeśli się nie uda zakwalifikować do najbliższych letnich, to wystartuję w zimowych, na nartach – mówi z pewnością w głosie.
Swój stan traktuje jako przejściowy.
– Medycyna rozwija się w niesamowitym tempie. To co 10 lat temu było niemożliwe, dzisiaj jest powszechne. Powiedzmy, przeszczep oka… Przecież nie jestem jedynym w takim stanie, jest takich ludzi jak ja miliony. Dlatego czekam spokojnie na rozwój wydarzeń. Są już takie elektroniczne nogi. Chodzisz z bateryjką na plecach jak Robocop. Ale mnie to nie interesuje. W ogóle nie interesuję się za bardzo nauką, ale słyszałem, że prowadzone są eksperymenty na zwierzętach. Kiedyś wychodziły w trzech przypadkach na piętnaście. Dzisiaj już w trzynastu. Kiedy będę znowu chodził, powiem że miałem kolejne doświadczenie życiowe – mówi.
I jest w tym taki spokój, taka pewność, że musisz wierzyć, że on w to wierzy. W jego kalectwie nie ma dramatu czy strachu, nie ma niepewności. Nie patrzy w oczy i nie szuka jakiegoś poparcia dla swoich teorii. Mówi o tym jakby mówił o kawie, którą właśnie podał nam kelner, jak o autobusie, który właśnie nadjechał na przystanek obok restauracji w Lublinie, w której rozmawiamy… i zaraz odjedzie. Jak o czymś zupełnie banalnym, oczywistym.
– Przy pływaniu jest nawet lepiej, bo mi nogi nie przeszkadzają – dodaje przewrotnie.

Pozycja wyjściowa

Rafał poczuł silne uderzenie w plecy. Nie stracił nawet świadomości. Nie bolało za bardzo. Tylko ten cholerny kciuk. Do dziś nim nie rusza. Poczuł jeszcze, że ma podkurczone nogi.
– Czy możecie je wyprostować? – rzucił do kolegów, którzy go otoczyli.
– Ale one są proste – ktoś rzucił.
– K… mać…
Na pewno przejdzie, na pewno zaraz się podniesie. Przecież takie wypadki już się zdarzały… Potem był stół operacyjny na Oddziale Intensywnej Opieki Medycznej w szpitalu wojewódzkim w Krośnie i narkoza…

Rok 2006 mógł być najlepszym w jego karierze. W 2002 po rocznej przerwie, znowu zaczął startować w I lidze. Każdy sezon kończył z lepszą średnią punktową. W 2005 roku zajął 2. miejsce w Indywidualnych Mistrzostwach Węgier. Szedł do przodu.
Po pierwszych trzech meczach w 2006 roku miał średnią 2,133. A więc zajmował pierwsze bądź drugie miejsce. Był wtedy najmocniejszym punktem drużyny. Miał już 32 lata i może mógł liczyć na angaż w Ekstraklasie. Jego KSŻ Krosno w pierwszych trzech kolejkach doznał trzech wyraźnych porażek. Właściwie siła drużyny opierała się głównie na jego dobrej jeździe. Był liderem. Słaby dzień Wilka oznaczał słaby dzień Krosna.
W tym czasie na treningi przyjeżdżał kilka razy w tygodniu do Krosna na rowerze. 60 kilometrów. A po meczu do do domu do Rzeszowa. Raz na zawody przyjechał prosto z amatorskich mistrzostw Polski w MTB, w których zdobył złoty medal. To były jego dni.
W meczu z Grudziądzem w trzech pierwszych biegach znowu pojechał dobrze. Za każdym razem zajmował 2 miejsce. W sumie miał już na koncie 31 punktów w sezonie. To niemal jedna czwarta łupu całej drużyny.
W swoim czwartym biegu, a ósmym w meczu, znowu jechał na krawędzi, znów ryzykował. Bo jak sam mówi, „Jazda na krawędzi kręci”.
– W poprzednich biegach dwukrotnie coś ciągnęło mnie w stronę tej bandy. To była dobra pozycja wyjściowa do ataku – relacjonuje. Dwukrotnie odbijał się od bandy, ale za każdym razem udawało się utrzymać równowagę, za każdym razem po stadionie przechodził odgłos uznania.
W pewnym momencie wpadł w tę samą koleinę, wyrzuciło go na bandę, odbił się od niej i padł na torze. Jadący na trzecim miejscu kolega z drużyny, 16-letni junior Marti Vaculik nie zdążył go minąć. Przejechał po plecach Wilka.
Kilka godzin później obudził się w szpitalu po operacji. Wylał się płyn rdzeniowo-mózgowy. Sześć godzin później by zmarł.
Stał nad nim ordynator wydziału anestezjologii, w zielonym kitlu, odczekał aż w pełni odzyska świadomość. Spojrzał…
– O żużlu może pan zapomnieć. Zresztą, w ogóle nie będzie pan chodził – powiedział beznamiętnie.
– To jeszcze się kurwa przekonasz, że ja tu przyjdę na własnych nogach. – odparł agresywnie.
Wtedy jeszcze nie dopuszczał do siebie, że sytuacja jest beznadziejna.
Dziesięć dni później była kolejna operacja w Tarnowie. Okazało się, że woreczek na wyciekający płyn nie został dokładnie zaklejony. Trzeba było poprawiać.
Wpadali znajomi. „Są możliwości: Rosja, Szwecja, Chiny, Izrael, Stany Zjednoczone. Nowe zagadnienia medyczne: Makrofagi, komórki glejowe. Spróbuj, co ci szkodzi, 30 tysięcy dolarów za operację, może warto zaryzykować!”
Nikt nie dawał jednak gwarancji. Rafał nie skorzystał. Po jakimś czasie doszły napady frustracji.
– Miałem różne myśli, ale nigdy nie zapomniałem, że wciąż mam rodzinę – odpowiada na oczywiste pytanie.
Gdy miał wrócić do domu, przyszła pani psycholog, żeby przygotować go do życia w społeczeństwie. „Różne rzeczy w życiu się zdarzają” – rozpoczęła.
– Zaczęła mi opowiadać, o tym jak to spadła z konia, jak mało brakowało a zrobiłaby sobie krzywdę, słuchałem jej historii, jej problemów. W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, czy to ja przyszedłem do niej, czy ona do mnie – opowiada tym razem ze śmiechem.
W Rzeszowie, podczas rehabilitacji odwiedził go kolega. Maciek po skoku na główkę do wody, był sparaliżowany w znacznie poważniejszym stopniu, od szyi w dół. Może co prawda poruszać rękoma, ale w ograniczonym stopniu. Z trudem zaciska dłonie. Pogadali chwilę.
– Wiesz co Rafał… ciesz się, że masz ręce – powiedział.
– Wiesz co Maciek… dzięki za wsparcie – odparł Wilk ironicznie.
Dziś rehabilitacja ogranicza się do godziny masażu dziennie i jazdy na handbike’u. Początkowo jednak miał jeszcze nadzieję, że zacznie chodzić.
Rozpoczął więc szaleńczą walkę o powrót. Tak jak za dawnych czasów gdy wstawał o 4 rano, przemykał się niemal bezszelestnie, wskakiwał na rower i jeździł aż do 9. To był wstęp do jego normalnego dnia. W pewnym sensie wrócił do tego. Nie chciał jechać do specjalistycznego ośrodka.
– Ktoś powiedział: „Jedź do Konstancina, tam są tacy jak ty”. Ale rozmawiałem z profesorem Talarem (Janem – mw). Powiedział, że jeśli pojadę, mogę mieć problemy z psychiką. „Zobaczysz 5 tysięcy ludzi na wózkach i pogodzisz się z losem”, a ja tego nie chciałem – mówi.
Aparaty stymulujące mięśnie, może będą jakieś efekty. Nie było. Masaże, pola magnetyczne, ćwiczenia.
– Marzyłem o tym, żeby się usamodzielnić. Na początku rodzina była mi potrzebna nawet do tego by przesiąść się na wózek. Efekty przychodziły powoli. Minęło półtora miesiąca i siadałem już sam. Wtedy szczytem moich marzeń, niemal celem w życiu, było to by wsiąść do samochodu. Dziś nie sprawia mi to problemu – opowiada.
Po jakimś czasie dotarło więc do niego, że Maciek miał rację, że te ręce to błogosławieństwo.
Dzięki nim wrócił do życia. Dzięki nim inaczej może patrzeć na wypadek, nie zamyka się w swoich czterech ścianach.
Czasem tylko bolą go nogi.
– Dziwne uczucie. Nie czujesz nóg, ale cię bolą. Jest to ból bardzo mocny, czasem żadne proszki nie pomagają. Kolejna rzecz, z którą musiałem nauczyć się żyć i z pokorą znosić – opowiada.

Przeznaczenie

– Nie unikniesz tego co jest ci pisane. Bo takie jest życie. Możesz siedzieć w domu i lampa spadnie na głowę. Jeśli jesteś przedstawicielem handlowym jakiejś firmy i robisz setki kilometrów po Polsce, to też jest prawdopodobieństwo, że będziesz miał wypadek. Ty nie popełnisz błędu, ale zrobi to ktoś inny, ktoś z naprzeciwka. Dlatego nie żałuję swojego wyboru, gdybym mógł cofnąć czas zrobiłbym to samo. Nie sądzę bym bardziej uważał na zakręcie. To nie byłoby w moim stylu. Za każdym razem wyjeżdżając na tor ryzykowałem, ale człowiek który nie ryzykuje, nie może być dobrym sportowcem – mówi.
– Poza tym, ten kto nie ryzykuje, nie pozna pełni życia. Miałbym do siebie pretensje gdyby stało się to w jakiś innych okolicznościach, ale na żużlu było to wkalkulowane. Ryzyko jest piękne – dodaje z przekonaniem.
Kilka miesięcy później pierwszy raz od wypadku pojechał w Alpy. Na narty. Zawsze bardzo dobrze jeździł. Prowadził nawet nieźle prosperującą szkółkę narciarską pod Rzeszowem. Usiadł na skibobie i pojechał.
– Nie miałem problemu ze skrętem w lewo. Na torze zawsze skręcam w lewo. Ale gdy próbowałem w prawo, lądowałem w śniegu. Ale tylko przez pierwsze pół godziny – uśmiecha się triumfalnie.
Nie rozstał się ze swoją szkółką. Jeśli ktoś na niego dziwnie patrzy, to tylko do momentu, gdy w znakomitym stylu ruszy w dół.
– Głównie uczę początkujących, ale zdarzają się też bardziej doświadczeni narciarze. Czasem ktoś powie: „Wow, jeździsz na tym lepiej niż ja na dwóch nartach”. Wtedy jest satysfakcja. Nie mam problemu z nauką jazdy. Jeśli ktoś już dobrze jeździ, to potrzebne są mu tylko wskazówki, a ja mam doświadczenie, nie biorę swoich teorii z powietrza – mówi.
Biznes nie jest już tak dochody jak kiedyś, ale daje sobie radę. W wolnych chwilach jeździ ze swoimi dziećmi. 9-letnim synem Hubertem i dwiema córkami, 14-letnią Gabrysią i 11-letnią Wiktorią – reprezentantkami Polski juniorem w gimnastyce artystycznej.

Urodzony do sportu

Ojciec Rafała, Jan Wilk, zginął w wypadku samochodowym. Również był żużlowcem. Przez całe życie jeździł w Stali Rzeszów. Mały Rafał, podobnie jak starszy o rok brat Paweł, nie odstępował go na krok. Rafał czas wolny spędzał na torze. Pomagał myć motor, podawał śrubokręt. A gdy nie był na torze, grał w piłkę. Miał znakomitą koordynację ruchową, w szkole był najlepszy z wychowania fizycznego, wygrywał różne turnieje… wiadomo.
Potem ukończył Akademię Wychowania Fizycznego w Rzeszowie. Wtedy już był dobrze rokującym żużlowcem.
Zaczął jeździć gdy miał 12,5 roku. Na początku szkółka, szybko zorientowano się, że może być niezły.
Pierwszy raz wystartował gdy miał 17 lat. W drugiej lidze w barwach Stali Rzeszów w dziewięciu biegach zdobył 10 punktów. Jego zespół wygrał w tym sezonie rozgrywki i awansował do I ligi (wtedy najwyższej klasy rozgrywkowej). Radził sobie przeciętnie, ale dopiero zdobywał szlify. Najlepszym był dla niego sezon 1995, gdy miał średnią 1,675 na mecz. Zajął wtedy 13.miejsce w Indywidualnych Mistrzostwach Polski. Wygrał Tomasz Gollob.
To było szczytowe osiągnięcie Wilka. Nie miał więc jakiegoś nadzwyczajnego talentu, miał jednak niezwykłą odwagę, dzięki której było o nim głośno w światku żużlowym.
Dziś tego samego wymaga od swoich zawodników z KMŻ Lublin. Od początku wiadomo było, że może zostać trenerem. W środowisku mówiono, że jak mało który z żużlowców dba o odpowiednią dietę, zdrowy tryb życia, jest niezłym teoretykiem.
Dwa tygodnie temu jego zespół przegrał z ROW Rybnik baraże o prawo gry w I lidze.
Rafał spędza w Lublinie pół tygodnia. Pozostałe pół mieszka z mamą Kazimierą na osiedlu Ziemowita w Rzeszowie. Na drugim piętrze. Przeprowadził się z parteru.
– Najpierw miałem problem, by wejść do domu. Siedziałem na schodach i płakałem. Nie raz były łzy, gdy nie mogłem czegoś zrobić. W którą stronę iść, w dół, w górę… Ale szedłem – mówi. – „Dziś mi nie wyjdzie, ale jutro dam radę” – myślałem.
Wtedy wejście na każdy schodek zajmowało mu minutę. Ręce były jak z galarety. Po 10 minutach był pod drzwiami domu. Dziś wchodzi na drugie piętro, bo w bloku nie ma windy. Dzień w dzień. Coraz szybciej. Czasem przeskakuje po dwa schodki. Teraz zajmuje mu to dwie minuty.
– Ręce i dupa, to musi wystarczyć – mówi. Wchodzi razem ze swoim wózkiem.
Nabrał pewności. Nie ma już takich sytuacji jak na początku gdy kupił sportowy wózek. Najechał na próg w domu, stracił równowagę, upadł na plecy, polała się krew. To przeszłość. Dziś porusza się bez problemów. Nie oczekuje pomocy.
– Czasem kogoś poproszę na mieście, żeby „nie robić cyny” przy ludziach. Ale generalnie nie lubię korzystać z pomocy. Nie chcę, żeby ktoś dotykał się do mojego wózka – stwierdza kategorycznie.
Dlatego nie spędza zbyt wiele czasu wśród niepełnosprawnych. Woli zmierzyć się z kolegami.
– Chcę, żeby znajomi traktowali mnie normalnie. Dlatego gdy jeździmy razem pod górę, muszę ich gonić. Ale gdy zjeżdżamy z górki oni gonią mnie. Mamy więc równe szanse – śmieje się.
– Właściwie minus jest tylko jeden. Nie chodzę… no i jeszcze jedno, wszystko jest droższe. Za narty wysokiej klasy wcześniej musiałem zapłacić 3 tysiące złotych. Teraz muszę mieć specjalną nartę i do tego skiboba za 5 razy tyle. Nie ma sensu czekać na pomoc państwa. Nie pomoże. Musisz więc kombinować, żeby jakoś się utrzymać. Akurat ja mam szczęście, bo utrzymuję się z pensji trenera. Ale znaczne więcej jest plusów. Zacząłem widzieć rzeczy, których do tej pory nie dostrzegałem, doceniać to czego nie doceniałem. Co takiego? Nic wielkiego, po prostu doceniam codzienne życie, zwykłe rzeczy, każdy dzień jest darem. A więc życie moje zmieniło się na plus – mówi, znowu z przekonaniem, ale jest to tak beznamiętne, że trudno zorientować się czy wciąż nie działa tu mechanizm obronny.

Postęp

Od kilku dni trudno się było do niego dodzwonić. Wsiada na handbike’a i rusza w trasę.
– Zimą biorę się ostrzej za siłownię, zaczynam przygotowania z grubej rury. Czuję, że mam siłę. Kiedyś na rowerze robiłem dziennie 100 kilometrów. Teraz muszę zrobić podobnie na handbike’u.
Codziennie przejeżdżam 60 kilometrów, a raz w tygodniu 100. Pracują tylko ręce. Ale są wytrzymałe, siła jest. Siła rąk i siła woli – mówi.
Jest coraz lepszy. Trasa, którą kiedyś pokonywał w 3 godziny, dziś zajmuje mu nawet 2 godziny i 10 minut.
– Na podjazdach zyskuję nawet połowę czasu. Zawsze miałem silne ręce, ale teraz z każdym miesiącem widziałem, jak są coraz mocniejsze – cieszy się.
Pracuje nad siłą i wydolnością organizmu. Chce zrobić fachowe badania, żeby określić progi możliwości. To będzie krok do przodu. Krok w stronę profesjonalizmu.

Siła woli

Rafał zawsze uwielbiał sporty ekstremalne. Nie zamierza z niczego rezygnować. „Nie wejdę tą drogą, wejdą inną”. Nie chodzi więc po górach, ale jeździ po nich na quadach. Zamierza wrócić do paralotni. Ostatnio musieli operować go znowu. „Stelaż” nie wytrzymał jego trybu życia, poszedł więc na prześwietlenie. Okazało się, że dwie śruby trzeba wymienić. Dostał więc nowe i wrócił do sportu.
– Ktoś powiedział mi: „Stary, gdybym miał taką sytuację jak ty, to chyba bym się powiesił”. Ale tak naprawdę moje życie jest takie jak kiedyś. Nic się nie zmieniło. Tylko pozycja. Zamiast stać, siedzę. Ale wierzę, że jeszcze wrócę na motor. Cóż, jak ktoś ma niepoukładane w głowie, to już chyba tak zostanie na zawsze – śmieje się.
Już 15. Spojrzał na zegarek. Gdyby miał moment zawahania w życiu, na cyfrowym wyświetlaczu widnieje napis: „Życie – moja pasja”.
Żegnamy się. Rafał podjeżdża na wózku do swojego audi. Otwiera drzwi, chwyta siedzenie, wskakuje do samochodu, za chwilę składa wózek i zamyka drzwi. Wszystko trwa najwyżej kilkanaście sekund.
– Na początku nie mogłem wsiąść do samochodu. Myślałem sobie: co będzie jeśli się nie utrzymam i spadnę? Blokada psychiczna wydawała się nie do przezwyciężenia. Ktoś zawsze musiał mnie podtrzymywać. Potem było coraz lepiej – mówi.
Któregoś dnia rozmawiał ze znajomą. Rok wcześniej przeszła operację w Chinach, ale wciąż jeździ na wózku. Przyjechał dowiedzieć się o szczegóły. Przeskoczył z samochodu na wózek i wjechał do domu. To jej zaimponowało. Nie potrafiła samodzielnie przenieść się z łóżka na wózek, co jemu nie sprawiało najmniejszych problemów.
Zapytała: – Jak ty się przesiadasz? To przecież niemożliwe.
Zeskoczył więc z wózka na podłogę i za chwilę z powrotem był na wózku.
– Normalnie – odpowiedział.
– Ale normalnie to znaczy jak? – naciskała.
– To nie jest kwestia siły, to jest w głowie – odpowiedział bez namysłu.
Wtedy kobieta podparła się na rękach i wsiadła samodzielnie na wózek. Po raz pierwszy od wypadku.

Dodaj komentarz

Niech na koszulkach kadry będzie Pan Bobek

Jak najbardziej słuszna jest koncepcja PZPN i firmy Nike (mieli swój udział) dotycząca nowych koszulek reprezentacji. Wcześniej był orzełek, dziś go nie ma. Bo niby dlaczego miałby być? Tak jak posłowie od Palikota uważają, że w sejmie nie powinno być krzyża, bo to dyskryminuje niewierzących, tak samo na koszulce reprezentacji nie powinno być orzełka, bo to dyskryminuje tych reprezentantów Polski, którzy nie są Polakami.
Reprezentacja PZPN powinna mieć więc logo PZPN. Nieco przerobione, to się nazywa logo reprezentacji, jak tłumaczy Maciej Lason z firmy Nike (swoją drogą sympatyczny i pomocny człowiek) dla weszlo.com
No bo niby dlaczego Ojgen Polanski miałby grać z orzełkiem? Albo Damien Perquis? Czasy się zmieniły, orzełek to dziś symbol narodowości, przywiązania do tradycyjnych wartości, a więc zacofania. A nie daj panie Boże (przepraszam niewierzących – w wersji dla nich „panie Januszu”, zaś w wersji dla pogan – „panie Perunie”) jeszcze żeby skojarzyli tego orzełka z krzyżem – że Bóg, Honor, Ojczyzna. Wystarczy „honor”.
A więc jest to koszulka symbolizująca nowe czasy, zmiany pokoleniowe, zmiany w strukturze społeczności, migracje ludności i takie różne inne. A przecież reprezentacji Polski może kibicować na przykład jakiś Francuz – i co wtedy? dlaczego miałby być urażony?
Przypomina mi się od razu odcinek South Parku, gdzie symbolem świąt Bożego Narodzenia po długiej kłótni został „Pan Bobek”, mały kawałek gówna, który nie drażnił wyznawców żadnej religii. I w sumie pasuje to doskonale do nowego pomysłu firmy Nike i PZPN.
Oczywiście naprawdę nie chodzi o żadną tolerancję i otwartość na świat, ani też promowanie symbolu świąt z South Parku. Przyczyny są czysto marketingowe. Jest to kolejny po klubie kibica sposób na wyciągnięcie z kieszeni kibiców dodatkowej forsy. Chodzi więc oczywiście o to, żeby ludzie kupowali oficjalne produkty z logo PZPN. Dokładnie ta sama przyczyna jak w przypadku zmian logotypów klubowych, np. w Legii (pamiętne „Nowe logo dla nikogo” nakręcane oczywiście przez ludzi związanych ze sprzedażą gadżetów). Orzełek nie może być zastrzeżonym znakiem towarowym. Logo PZPN, które tak naprawdę jest plagiatem zerżniętym z logo PiS i logo KNVB (spece tłumaczą, że orzełek zawsze jest podobny, jestem w stanie pójść na ugodę) jest już znakiem towarowym, który można sprzedać na gadżetach i koszulkach a ewentualne podróbki ścigać.
Ja sam oczywiście namawiam aby koszulek z logo PZPN nie kupować, z tego względu gdyż orzełkiem na sercu symbolizuje przywiązanie do kraju, logiczne więc, że logo PZPN na sercu będzie symbolizowało poparcie dla tej organizacji (z medycznego punktu widzenia po stronie logo znajduje się jedynie apex, nie serce).
Teraz tak – Hiszpanie mają Escudo de Espana, herb narodowy ustanowiony w 1981 roku, Anglicy Trzy Lwy, oczywiście herb Anglii, ustanowiony w 1198 roku. To się nazywa tradycja. Niemcy oczywiście mają swojego Orła i nie sądzę, żeby przy ich silnym poczuciu narodowości logo DFB się utrzymało. Niemiecki orzełek jest po prostu jakby owinięty napisem Deutscher Fussbal Bund.
Francuzi mają swojego kogucika, również symbol narodowy, zaś Holendrzy lwa (herb Holandii to dwa lwy). A my mamy PZPN. Mamy Grzesia Latę. Jedyną w miarę poważną reprezentacją, która używa logo federacji na koszulkach są Włosi – nasi piątkowi rywale. Choć też na tle flagi włoskiej. Może być to jednak jakiś argument firmy Nike i PZPN. Ale też nie zapominajmy, że wedle znanego znienawidzonego przez nich kawału, to właśnie Włosi wymyślili bieg wsteczny w czołgu.

PS. Dodam jeszcze w ramach edycji o godzinie 1.28 w nocy – straciło na znaczeniu tradycyjne powiedzenie debiutanta: „Zawsze marzyłem o tym, żeby wystąpić z Orzełkiem na piersi”

16 Komentarzy

Zostawcie Maaskanta

Dwie rzeczy są pewne w zawodzie trenera – na pewno umrze i na pewno zostanie zwolniony. To stare, może nawet nieco wyświechtane, ale pozwoliłem sobie przypomnieć przy okazji sprawy Roberta Maaskanta. Niedawno idola, teraz niemal popychadła. Piszę o nim, bo spodziewam się, że za ostatnie wyniki zapłaci posadą.
Zwolnienie Holendra byłoby jednak błędem. Po takim meczu? Po spotkaniu gdzie zespół mógł i powinien co najmniej zremisować? Gdzie stworzył sobie kilka stuprocentowych sytuacji, momentami miażdżył przeciwnika i po prostu miał pecha? Pewnie to sprawa dyskusyjna, pewnie można to spotkanie potraktować jedynie jako katalizator, bo przecież Wisła miała ostatnio kilka słabszych meczów…
Przypomniał mi się przypadek trenera Władysława Żmudy, mistrza Polski ze Śląskiem Wrocław z roku 1977. Po zdobyciu tytułu wrócił do siebie na Śląsk. Najpierw spadł z I ligi, potem awansował, a w połowie sezonu 79/80 zajmował 3. miejsce w lidze. Działaczom zamarzyły się więc puchary. Ale z czasem sytuacja ułożyła się tak, że na cztery kolejki przed końcem musiał wygrać w Łodzi z Widzewem. Zaatakował więc i dostał kilka mocnych ciosów.
Zacytuję więc samego zainteresowanego (wywiad z Piłki Nożnej z 1982, przeprowadzony przez Zygmunta Lenkiewicza, dziś zastępce szefa sportu w TVP)
Żmuda mówi: – Przed meczem z Widzewem dałem się podpuścić. Start w pucharach dawało jedynie zwycięstwo w Łodzi, zagrałem więc bardzo ofensywnie, stawiając wszystko na jedną kartę. Skończyło się klęską 1:6. Następnego dnia dowiedziałem się, że już nie pracuję. To był dla mnie szok. Do dziś uważam, że ta błędna decyzja oddaliła w czasie osiągnięcie celu w Zabrzu, chociaż patrzę na tamto wydarzenie znacznie trzeźwiej. Jeśli nie ma sukcesów, rola trenera staje się niezwykle trudna. Jesteśmy przecież rozliczani ze zdobytych punktów. Szkoleniowiec bojący się o swoją pracę, niejako automatycznie działalność ogranicza do tej właśnie kwestii. To szkodzi zespołowi, bo piłkarzom nie aplikuje się wielu niezbędnych zajęć i ćwiczeń, jako że aktualne zdobywanie punktów nie zależy bezpośrednio od nich. Może zależeć dopiero kiedyś, w przyszłości. Inaczej będzie każdy z nas pracował, jeśli ma gwarancję ciągłości pracy, powiedzmy przez trzy lata. Wtedy można już coś planować, a podnoszenie poziomu drużyny może się odbywać wyłącznie etapami. Trener musi mieć czas na realizację swoich zamierzeń, działacze powinni o tym wiedzieć.

I tu wracamy do Maaskanta. Etapem pierwszym była przebudowa drużyny i walka o tytuł. Połączenie tych dwóch zadań było dość trudne, ale udało się. Oczywiście zawodnicy przyszli różni, dziś akcentuje się głównie Jaliensa (może nie jest to „international level”, ale byli wystarczająco dobrzy na naszą ligę rok temu) i Lameya, a jakby marginalizuje Bitona, Meliksona czy Pareikę, ściągniętych za niewielkie pieniądze. Oczywiście tytuł wywalczono również dzięki słabości rywali, ale to część futbolu. Etapem drugim awans do Ligi Mistrzów, gdzie Wisła poniosła klęskę. Dziś oglądając APOEL wiemy już dlaczego. Wisła to zespół złożony na szybko, wbrew oczekiwaniom jej właściciela nie przygotowanym do walki o wysokie cele. Dlatego powinien nastąpić etap drugi – walka o kolejny tytuł, walka w europejskich pucharach z lepszym wynikiem, ale wcześniej, zimą, wymiana kilku zawodników na młodszych, lepszych. Kolejnym elementem byłoby stworzenie kompletnego na polskie warunki zespołu.
Oczywiście, wtrącę, wolę model budowania zespołu taki jak w Warszawie, ale to już nie jest robota trenera, tylko prezesa, właściciela. Konsekwencje powinni raczej ponosić ci, którzy podpowiadali cięcia finansowe nie tam gdzie trzeba. Wisła dziś płaci za swoją krótkowzroczność, a nie za błędy trenera. Oczywiście nie dla każdego trenera znajdę takie usprawiedliwienie, ale przypomnę, że duet Maaskant – Valckx jest odpowiedzialny też za duży prawdopodobnie sukces finansowy w przyszłości – potencjalne transfery wspomnianych Meliksona i Bitona (Wisła ma prawo pierwokupu za 1,6 mln euro a mam wrażenie, że zawodnik może być wart więcej), a może też Wilka, który zrobił ogromny postęp. Wszystkich za ciężkie pieniądze, z wielokrotnym przebiciem.
Prezes Bogdan Basałaj powinien więc raczej zastanowić się nad tym, czy on sam od czerwca 2010 roku zrobił wszystko jak trzeba, żeby zapewnić Wiśle ciągłość działania na wysokiem poziomie przez najbliższe 5-10 lat. W końcu praca prezesa nie powinna polegać jedynie na zatrudnianiu i zwalnianiu trenerów, a w Polsce, mam wrażenie, do tego się ta ciepła posadka ogranicza.
Wracając do Maaskanta – wiadomo że Ligi Europejskiej i Ekstraklasy w tym sezonie nie udało się połączyć. Pewnie sporo w tym winy trenera, ale też trzeba pamiętać o warunkach w jakich pracuje. Po 8. kolejce zespół miał ledwie punkt straty do prowadzącego Śląska.
Od tej pory gra bez Meliksona i Małeckiego, ale i Sobolewskiego (dograł jeszcze połówkę meczu z Legią) – a więc wypadli trzej najważniejsi piłkarze. Melikson, który jest twórcą, Sobolewski, który jest niszczycielem i łącznikiem, w końcu Małecki, który jest koniem pociągowym, zwłaszcza w trudnych momentach, gdy drużynie nie idzie, takich jak w ostatnich meczach z Podbeskidziem i właśnie z Cracovią (dlatego utrzymuję, że byłby idealnym rezerwowym w kadrze narodowej)
Może inny trener dałby sobie radę, ale tylko może. Szczerze wątpię.
Dziś sytuacja wygląda tak, że Wisła mając przetrzebiony skład i obciążenia wynikające z gry w Lidze Europejskiej (wydaje się to śmieszne, ale w Polsce tak jest). Wyobraźcie sobie Legię bez Rybusa, Borysiuka i Radovicia, wyobraźcie sobie Śląsk bez Mili (jeden mecz w lidze i porażka z Koroną u siebie), wyobraźcie sobie walczącego o tytuł Lecha (dwa sezony temu) bez Stlicia i Peszki.
Spotkałem się z argumentem, że Wisła powinna wygrywać bez tych trzech zawodników. Ale zanim zejdziemy na ziemię, pójdźmy dalej – czy Barcelona bez Xaviego, Busquetsa i Messiego ma wygrywać wszystko w lidze hiszpańskiej?
Nie chodzi tu o rozrysowanie zespołu na papierze, ale o pojęcie o tym, jak funkcjonuje drużyna – istnieją pewne schematy, pewien tok myślenia, jak drużyna zachowuje się po stracie liderów, czy może z dnia na dzień zmienić styl gry? To nie jest menedżer piłkarski na komputerze. Zresztą tu dochodzi też aspekt psychologiczny – brak głównych kreatywnych zawodników i mentalnego lidera drużyny to strata większa niż strata „jakiś trzech zawodników z podstawowego składu”. Są ludzie nie do zastąpienia. Choćby Garguła dziś nie jest w stanie grać w miejsce Meliksona, właściwie w naszej lidze jest tylko dwóch piłkarzy spełniających podobne role. Chodzi mi tu o znaczenie, nie o styl. A więc Stilić i Radović.
Nie jestem żadnym wielkim fanem Maaskanta, zdaję sobie sprawę z tego, że na niektóre co piąty fan do biletu powinien dostawać kupon na darmową wizytę do dentysty, ale też nie byłbym tak surowy w ocenie Maaskanta.
Brakuje stylu, warto się zastanowić nad przyszłością, w razie czego nie będę przesadnie płakał, niczym kibice Derby County po zwolnieniu Briana Clougha.
Rozumiem, że my Polacy jesteśmy ludem z drewnianych chatek, żądnym krwi. I nie wypieram się tej brzydkiej cechy narodowej, sam bym kilku zwolnił.
Jeśli więc już potrzebujemy krwi, proponuję zwrócić uwagę bardziej na północny zachód. Tam jest poznański Lech. W pełnym skłądzie, bez obciążeń pucharowych, a ma tyle samo punktów co Wisła – 21. Dziś nie ma już głosów wzywających do zwolnienia Bakero bo pewnie wielu dziennikarzom głupio by było, w końcu niedawno Lech grał fantastycznie (protestowałem, ale jak idzie fala, to surferzy albo idą z nią, albo pod wodę. Ja trafiłem pod wodę). Dziś ciężko tak się wycofać…

PS. Wspomniany Żmuda po jakimś czasie, bo w 1981 roku, trafił do Widzewa, zdobył z tym zespołem mistrzostwo Polski a potem awansował do półfinału Pucharu Mistrzów, jest na pewno jednym z najlepszych trenerów klubowych w historii naszej piłki.

4 Komentarze

Szef mafii

Tytuł: Spowiedź Fryzjera
Autorzy: Ryszard Forbrich, Adam Godlewski (jako wysłuchujący i spisujący)
Wydawnictwo: Wątek
Dostępna: wszędzie

„Spowiedź Fryzjera” kraju nie zmieniła, bo w sumie nie mogła. Autobiografia faceta, który stał się symbolem korupcji w polskiej piłce jest jednak pozycją obowiązkową. Nawet dla tych zmęczonych tematem, który w ostatnich latach zdominował strony sportowe naszych gazet, doprowadził do ograniczenia zainteresowania piłką nożną, do tego że piękny sport stał się żałosny. Mamy tu więc wyznanie faceta, który jest współodpowiedzialny zniszczenia polskiej piłki. Czy warto przeczytać? Tak samo jak warto przeczytać spowiedź każdego złoczyńcy, nawet takiego, który właściwie w swoim postępowaniu nie widzi nic złego. Tym bardziej że sporo tu pikantnych anegdotek, zupełnie nowych faktów, oskarżeń. Oczywiście nie będę tu namawiał Ryszarda Forbricha do samobiczowania. Każdy ma swój umysł, każdy sam wyciąga wnioski. Warto po prostu wiedzieć więcej. Po lekturze będziecie wiedzieć znacznie więcej.

***
Ta scena na zawsze ich połączyła, Forbrich stoi, przed nim klęczy Adam Godlewski. Jakby składając mu hołd. Wymowne, domniemany szef domniemanej mafii i dziennikarz. Nie jakiś tam, ale jeden z dominujących w kraju, ten z pierwszego szeregu, wówczas gwiazda Przeglądu Sportowego, dziś szef Piłki Nożnej. Pewnie gdyby wiedział, że zostanie to wykorzystane przeciw niemu, nigdy nie zdecydowałby się na ten żart, wówczas wydawało się – niewinny.
– Zrobiliśmy sobie z kolegami jaja, które potem obróciły się trochę przeciw nam. Tylko, a może aż tyle… – mówi dziś Godlewski. – Scena jest dokładnie opisana w książce.
„Nawet podczas dość niesławnego baletu w Barlinku przed 14 albo 15 laty, kiedy wraz z byłym sędzią Markiem Olechem i moim starszym redakcyjnym kolegą Andrzejem Szymańskim, ostro zabalowaliśmy przy okazji spisywania historii Widzewa Łódź i postanowiliśmy dla hecy przywitać chlebem i solą, na dodatek na kolanach, wracającego akurat z Niemiec Forbricha słowami: – Witamy cię ojcze chrzestny, Fryzjer był zażenowany, wyraźnie się zarumienił. Nie miał pojęcia jak się zachować, co tylko spotęgowało naszą zabawę” A potem ktoś zrobił fotkę i sprzedał ją do tygodnika „Nie”.
Uważajcie więc na żarty. Wrzucę małą dygresję. Z pamięcią u mnie kiepsko, ale było to mniej więcej tak – jeden z kolegów redakcyjnych odwiedził Marka Saganowskiego w Troyes. A że to Szampania, to zaproponował zdjęcie z Szampanem (Saganowski miał się nim polewać, chyba nawet w wannie… tak, tak, w Fakcie mieliśmy mocne pomysły). Sagan spojrzał i odpowiedział (a dziennikarz był z nim blisko): – Dziś dobrze mi idzie i jestem „Gwiazdą w Szampanii”. Jutro przestanie mi iść i to zdjęcie będzie ilustracją do tekstu: ” Saganowski ma problemy z alkoholem”.
Na zdjęcia trzeba więc uważać tak jak na żarty. Najlepiej więc zastosować metodę „Na Janasa”: Nieruchomo, bez emocji.
Wspomniałem o tym dlatego, że przez to zdjęcie byli łączeni. Ja sam nigdy nie miałem wątpliwości, że to klasyczny pijacki żarcik, ale spotkałem się z różną interpretacją. Mówiąc w skrócie – ludzie są głupi. Jak sobie wbiją coś do łba, to nie przetłumaczysz. Opisałem więc tę scenę, żeby przejść do następnego wątku. Najpierw Rysiu i Adam, jeden stoi drugi klęczy. A potem odwrotnie. Jeden klęczy na stopniu konfesjonału, a drugi wysłuchuje i spisuje. Symboliczne.
Wracam więc do książki. I do pytania, które wydawało mi się całkowicie zbędne, a które zadawało mi kilka osób: „Czy nie uważasz, że pisanie książki z Fryzjerem to obciach? Wstyd? Kompromitacja?”. Padało kilka słów więcej, była gorąca dyskusja. Więc pytanie, aczkolwiek niechętnie, zadałem samemu autorowi.
– Przecież o możliwość napisania tej książki starało się kilkunastu autorów, również zajmujący się polityką, z pierwszego szeregu, ludzie piszący o sprawach społecznych, a nawet literaci. Skoro tyle osób chciało, a zgodził się właśnie na mnie (wydawcy, którzy doszli z nim do porozumienia w kwestii spisania wspomnień i przedstawili kilka kandydatur autorów – mw), to trudno było nie skorzystać z nadarzającej się okazji, którą potraktowałem jako szansę wejścia na Mount Everest. Oczywiście, miałem wiele wątpliwości, ale zwyciężyła dziennikarska ciekawość. Dotarłem do wiedzy, którą do tej pory mieli jedynie prokuratorzy, a w niektórych, mam na myśli te najbardziej odległe czasowo, kwestiach pewnie nawet dalej. Gdyby więc zwyciężyły wątpliwości, gdybym nie zdecydował się na taki krok, dziś bym tego żałował. Jeśli chodzi o „znajomość”, to w tamtych, czyli opisywanych na łamach, czasach wszyscy liczący się dziennikarze znali Fryzjera. Jeśli ktoś dziś mówi, że go nie znał, jest hipokrytą (Ja go nie znałem, ale i nikt nie znał mnie – mw). Można powiedzieć, że to taki znajomy z pracy, facet którego spotykało się, jeśli bywało się na meczach. Poza tym fantastyczny informator, kopalnia tematów, dla dziennikarza newsowego, nieoceniony kontakt – mówi Godlewski.
I to chyba wyczerpuje temat. Przynajmniej dla mnie. Potem było 40 godzin nagrań z Fryzjerem, 10 godzin rozmów ze świadkami, weryfikacji informacji i wyszła z tego ciekawa książka. Czy wstrząsająca? Trudno powiedzieć, czy ktoś w polskiej piłce czuje się jeszcze czymkolwiek wstrząśnięty. Ale na pewno pozycja ważna, do której czasem warto wracać. Również dla świetnych zdjęć. Na większości Fryzjer pije z kimś wódkę. To chyba w fajny sposób opisuje rzeczywistość w polskiej piłce. Wódka tu, wódka tam i rozmowy o piłce. Nihil novi. W swojej książce „Na dworze czerwonego Cara” brytyjski historyk Simon Sebag Montefiore opisuje, że właśnie przy oceanach wódki podejmowano decyzje w Związku Radzieckim, życie wielu osób zależało od tego czy ktoś akurat jest wcięty „na zabawnie” czy też ma „kaca agresora”. Zdjęcia w książce Forbricha pobudzają wyobraźnię. Zdjęcia zwykłych cepów w dresach walących wódę i zajadających śledzika albo i coś lepszego. I nad tym wszystkim Fryzjer, przebiegły chłop.
Mi niestety zabrakło w książce opisu całości, sieci, systemu. Czy więc nie mieliśmy do czynienia z działalnością zorganizowaną? Taką, że byli księgowi, była sieć powiązań, ktoś decydował o awansach i spadkach (być może przy wódce). Tu tego nie ma, jest raczej ciąg częstych, nawet bardzo, ale jednak incydentalnych zdarzeń. Gdzież ten Vito Genovese, gdzie Salvatore Lucania, gdzie Hymie Weiss Wojciechowski…
– W czasach opisanych w książce każdy organizował się na własną rękę. Tak twierdzi nie tylko Fryzjer, ale też wszyscy inni ludzie, z którymi miałem okazję na ten temat rozmawiać. Okres po wejściu ustawy o przeciwdziałaniu korupcji w sporcie, co miało miejsce w lipcu 2003 roku, to już inna bajka. A tę najlepiej opowiada wrocławska prokuratura – mówi autor książki.
To kwestia, która nie będzie rozstrzygnięta, wszak za przestępczość zorganizowaną kary są wyższe.
I jeszcze kilka technicznych pytań do autora Adama Godlewskiego.
Stałeś się bogatym człowiekiem po napisaniu książki?
Nie. W każdym razie jeszcze nie. Według mojej wiedzy trochę sprzedanych egzemplarzy nadal brakuje do miana bestsellera, bo rozumiem, że w tym kierunku zmierza pytanie. A pewnie granica musiałaby paść trzykrotnie, żeby można w ogóle mówić o godnym zarobku.
A wiesz dlaczego książka nie stała się bestsellerem?
Wciąż może nim być! Spokojnie, już naprawdę niewiele brakuje (chodzi o granicę 10 tysięcy sprzedanych egzemplarzy. Może już pękła. Rozmawialiśmy ok. miesiąca temu, ale potem miałem sprawy bardzo osobiste i chwilowo zawiesiłem prowadzenie bloga – mw). Powieść wydaliśmy w pierwszym tygodniu wakacji, a to trudny termin na podbój rynku wydawniczego. Poza tym w Polsce czytanie nie jest najbardziej ulubionym hobby. Niezależnie jednak od tych obiektywnych utrudnień, „Spowiedź Fryzjera” nie wypadła poza Top 20 w najbardziej prestiżowych branżowych rankingach. Ani w lipcu, ani w sierpniu. Według danych hurtowni Azymut, jednej z największych w Polsce, przez kilka tygodni była na pierwszym miejscu i już parę razy wracała zarówno do dziesiątki, a nawet do trójki najlepiej sprzedających się pozycji. Z półek schodzi falami, mimo że dotąd nie było jakiejś szczególnej kampanii promocyjnej. To jeszcze przed nami. A wiele wskazuje, że największą popularność zyskała we wrześniu.
Czasem odnoszę wrażenie, że Fryzjer ma wybiórczą pamięć, nie o wszystkim chce pamiętać.
– Ale wszystko, co mówi jest prawdą, to znaczy opisywane zdarzenia miały miejsce. Weryfikowałem informacje bardzo dokładnie, niemal wszystkie rozmowy są nagrane, jako zabezpieczenie. Powiedział zresztą publicznie, że zawarł w spisanych wspomnieniach może 1/3 wszystkiego co wiedział. Pewnie z różnych względów, także technicznych. Odnosiłem wrażenie, iż w niektórych sytuacjach po prostu podwójnie się zabezpieczał. Inna sprawa, że wśród ludzi, którzy brali udział w procederze byli też tacy, którzy nie żyją. Mówię również o ofiarach katastrofy w Smoleńsku i innych tragicznych wypadków. Była to swego rodzaju autocenzura ze strony Fryzjera.
Jak dziś czuje się Fryzjer? (możecie uznać, że to głupie pytanie, ale przyszło mi do głowy i wydało się interesujące, a jak wiadomo, głupich pytań nie ma, jedynie odpowiedzi).
Jest intelektualnym wrakiem, potrafi się nagle zawiesić niczym przestarzały komputer. I taki myślowy paraliż przytrafiał się dość często, co oczywiście nie ułatwiało mi pracy.

To tyle, zdecydowanie polecam książkę.

***
Swoją drogą na rynku wydawniczym zaczyna się coś dziać.
Stefan Szczepłek wznawia, o ile dobrze słyszałem, swoją legendarną książkę o Deynie, tyle że uzupełnioną o wątki zagraniczne. A książka jest podstawowym źródłem wiedzy o Deynie, jednym z największych polskich piłkarzy (ciekaw jestem czy doczekamy się kiedyś jakiejś rzeczy o Bońku, Wilimowskim – ponoć w drodze, ale znakomity dziennikarz/kronikarz, który ją pisze pracuje spokojnie, bez pośpiechu, a także Pohlu/Polu, może o Janku Tomaszewskim może o Grzesiu Lato. Fajnych niezależnych, ze wspomnieniami znalezionymi gdzieś pod kamieniem).
Ciekaw jestem tej książki o Deynie, liczę na bestseller, wielka postać, do tego doskonały dziennikarz, jeden z ostatnich łączników złotych lat polskiego dziennikarstwa (lata 70-te i pierwsza połowa 80-tych) ze współczesnością.
Hit zapowiada też Krzysztof Stanowski (ten sam, który wstrząsnął sceną kibicowską ujawniając swoją tożsamość jako założyciela i głównego machera weszlo.pl). Szykuje Andrzeja Iwana, a Iwan oznacza imprezy, anegdoty, fortunę wydaną w kasynie, pijackie burdy. I co najważniejsze, jest to facet bardzo szczery, prawdomówny, ze znakomitą pamięcią. Kiedyś miałem okazję rozmawiać z nim. Powiedział mi tak: – Z tego wszystkiego najbardziej żałuję, że nie kupiłem sobie domku na wsi. Miałem tyle kasy, że mogłem go kupić setki razy. I nie kupiłem, bo nie pomyślałem o tym. Dziś mnie nie stać.
Prawda że wzruszające? Z przyjemnością przeczytam o pobiciu kelnerki i takich tam historiach. Fantastyczny opowiadacz z jednej strony, a z drugiej ten Maradona/Lord Vader polskiego dziennikarstwa – mieszanka wybuchowa.
Tak więc przełom roku, czy nawet okres do EURO 2012, zapowiada się mocno, naprawdę mocno. Postaram się również uzupełnić tę ofertę. Praca idzie ostro, czasem po nocach. To też jeden z powodów, dla którego musiałem ostatnio zawiesić bloga, za co przepraszam.

4 Komentarze