Spóźniona miłość Annapurny

To tekst o Piotrze Pustelniku, był opublikowany rok temu w gazecie. Pierwszy raz pojechałem do niego kilka miesięcy przed wyprawą, rozmawialiśmy na zupełnie inny temat. Potem jeszcze dwa razy. Zobaczyłem dwa oblicza tego człowieka, dwa zupełnie inne. Starałem się to jakoś oddać. Tekst jest napisany w sposób, powiedzmy, eksperymentalny. Przynajmniej jego pierwsza część. Zresztą, zobaczcie sami.

Dziesięć, jedenaście, dwanaście. Przerwa. Trzeba złapać oddech. Znowu odliczanie. Teraz tylko dziesięć kroków. Znowu przerwa. I znowu dwanaście. 150 metrów, teraz już pójdzie łatwo. Lekki wiatr, śnieg kłuje w twarz. To będzie jakieś czterdzieści minut. Po dziesięciu godzinach marszu te czterdzieści minut nie wydają się jakąś katorgą. „Tak jakby ktoś kazał mi teraz wejść na Zawrat” – mówi.
Żadnych głupich rozmów z górą. Tylko powolne odliczanie. Dziesięć, jedenaście, dwanaście. Przerwa.
O czym niby miałby z nią gadać? Wszystkie sprawy zostały przegadane za pierwszym razem. Jeśli o czymś zapomniał, załatwił za drugim podejściem. Za trzecim i czwartym szedł w milczeniu. Podobnie jak teraz chodziło tylko o to, żeby ją zaliczyć. Wtedy się nie udało, ale teraz się uda. Doszedł właśnie do charakterystycznego miejsca, o którym czytał w opisach poprzednich zdobywców. Do szczytu jest już tylko kilka kroków. Tu już nic nie może się wydarzyć.
Nigdy jeszcze nie był tak blisko. Już wie, że wejdzie na pewno, pytanie tylko, czy zejdzie. Właśnie minął gigantyczne śnieżne pole wielkości dwóch pokaźnych lotnisk. Z dołu wygląda to jak niewielka biała plama, tu, na wysokości 8 tysięcy metrów, jak potężne jezioro śniegu.
Jeśli przyjdzie mgła albo śnieżyca, zgubią się w tym śnieżnym bezkresie i szansa na to, że ktoś ich odnajdzie, jest bliska zeru. A coś złego musi przyjść. Przecież od czterech dni było idealnie, przecież nie można mieć takiego szczęścia. Na tej górze to niezrozumiałe.
Przed wyprawą ktoś powiedział mu, że Annapurna jest kobietą, więc aby ją zdobyć, powinien pogodzić się ze wszystkimi kobietami, z którymi jest w konflikcie. Banalne. Piotr Pustelnik uśmiechnął się tylko. I usłyszał jeszcze, że to warunek konieczny, ale niewystarczający.
Teraz spojrzał za plecy, na te lodowce, seraki – potężne bryły lodu, lawinki będące gdzieś tam za nimi, pomyślał: „Już nic złego się nam nie stanie, jesteśmy bezpieczni”.
Z dołu od trzech stron góra wygląda, jakby nie było na nią wejścia. Od czwartej jest niestabilny lodowiec. Niemal połowa śmiałków, która zdecydowała się wejść na Annapurnę, nigdy z niej nie powróciła. Ta ponura statystyka czyni ją najniebezpieczniejszą górą Himalajów.
Gdy przeszli 150-metrowy odcinek, wystarczyło wspiąć się na dwumetrowy serak. To koniec. Spojrzał na towarzyszącego mu Petera Hamora. Postali minutę, rozejrzeli się dookoła. Uścisk dłoni. – Pomyślałem o tym, że powinno być nas trzech – wspomina. Zabrakło Piotra Morawskiego, który zginął na Dhaulagiri rok temu.
Chyba nie tak miało być. Pewnie gdy zaczynał, dwadzieścia lat temu, inaczej wyobrażał sobie ten moment. Miało być mistycznie, romantycznie, przed chwilą zdobył przecież ostatni, czternasty ośmiotysięcznik. Miało więc być pięknie, a jest… tak sobie. To czekanie go wypaliło. Zamiast uczucia triumfu jest więc raczej uczucie ulgi. Może to kwestia rutyny, może brak mu tego młodzieńczego entuzjazmu. Ma 59 lat, jest pierwszym człowiekiem w tak późnym wieku, który wszedł na wszystkie ośmiotysięczniki. Spojrzał dookoła – skały i śnieg. Tak właśnie wygląda kres drogi. Śnieżne góry bez końca.
Trzeba zejść, bo jak mówi Pustelnik, „prawdziwy szczyt jest na dole, w bazie”. Jak najszybciej trzeba się pozbyć tej cholernej maski tlenowej. Nie da się w niej schodzić. Za 4,5 godziny powinni być w bazie. W drodze powrotnej, zaraz pod szczytem, minął się jeszcze z Kingą Baranowską. Zrobiła mu pamiątkowe zdjęcie. I tyle, żegnaj, Annapurno. Cała historia. Edmund Hillary po zejściu z Mount Everestu powiedział: „Dopadliśmy tego sukinsyna”. Piotr Pustelnik nie powiedział nic.


Ostatnie wyzwanie

Niedawno spotkałem się z Piotrem Pustelnikiem w jego gabinecie w banku w centrum Łodzi. Miałem wrażenie, że to człowiek inny niż ten, z którym rozmawiałem kilka miesięcy wcześniej. Bez entuzjazmu, zamiast wielkiej radości jakby cień rozczarowania. Może dlatego, że używał tlenu. Może dlatego, że szedł łatwą trasą i wykorzystał fakt, że pod Annapurną zebrało się kilka ekip, w tym dwie wprowadzające kobiety na szczyt. W dniu ataku szczytowego na Annapurnie było 19 osób, na tej górze to tłok. A więc miał ułatwione zadanie, skorzystał z ich lin poręczowych. A może dlatego, że po prostu osiągnął cel swojego życia. I co teraz? Żadne kolejne wyzwanie nie będzie już tak wielkie.
Piotr Pustelnik – dwudziesty człowiek na świecie, trzeci Polak, który zdobył Koronę Himalajów, wrócił do normalnego życia.
– Trzeci Polak? Liczy się tylko pierwszy – mówi. Podaje przykład Jerzego Kukuczki. Gdy ludzie klepali go po plecach i mówili, że nigdy nie zapomną, iż jako drugi zdobył wszystkie ośmiotysięczniki, Kukuczka zapytał: „A czy wiecie, kto jako drugi wszedł na Mount Everest?”. Nie wiedzieli. Czy więc Pustelnik nie ma prawa myśleć, że jego dokonanie zostanie za jakiś czas zapomniane, że wiedza o tym ograniczy się do grona specjalistów?
Mimo to rok temu postanowił, że spróbuje raz jeszcze. Ale to będzie ostatnie podejście. Był tam już cztery razy. Zawsze przegrywał. Niemal stracił zapał. Planował zaliczyć wszystkie ośmiotysięczniki kilka lat wcześniej. Ale Annapurna stawiała opór.
Myśl o Annapurnie zrodziła się w 1977 roku, a więc 13 lat przed zdobyciem pierwszego ośmiotysięcznika.
-To sentymentalna historia. Byłem wtedy młodym prezesem klubu akademickiego w Łodzi. Wyświetlaliśmy filmy o Himalajach. Któregoś dnia zorganizowaliśmy oglądanie „Annapurna. The hardest way up” (Annapurna. Najtrudniejsza droga na szczyt – przyp. red.), o przejściu wyprawy Christiana Boningtona przez południową ścianę tej góry. Moja żona była wtedy w zaawansowanej ciąży. Po filmie szliśmy do domu i Anka powiedziała: „Chyba zaczynam rodzić”. Odprowadziłem ją do szpitala i następnego dnia urodził się Paweł, mój najstarszy syn – mówi. Annapurna zapadła mu w pamięć. Była wtedy jednak w sferze nieosiągalnych marzeń, bo jeszcze kilka lat wcześniej podpisano na niego wyrok. Słabe serce.
– Początkowo dostałem trzy lata życia. To długo tkwi w człowieku – mówi.
Wysokie góry okazały się po latach doskonałym lekarstwem na schorzenie. Na kilku tysiącach metrów oddycha się inaczej.

2004. Annapurna numer 1

„Odkrywanie góry. Wróciłem z Manaslu, obcięli mi kawałek palca. Myślałem – zrobimy Annapurnę i na koniec zostawię sobie Broad Peak. Zebrałem międzynarodową ekipę. Poszliśmy drogą Boningtona. 35 dni i doszliśmy na 7000 metrów. Dalej się nie dało. Widziałem jednak, że trzeba dojść do pewnego momentu i dalej góra się kładzie. Będzie łatwo. Pogoda nie współpracowała. Wtedy myśleliśmy, że mamy pecha. Potem okazało się to normą na tej górze”.

2005. Annapurna numer 2

„Pierwsza wyprawa z Piotrkiem Morawskim. Zadzwoniłem do niego w grudniu 2004 roku, on akurat jechał na wyprawę i powiedział, że po powrocie pogada z żoną i wtedy podejmie decyzję. Dogadaliśmy się. Czasami od razu łapie się porozumienie. To samo poczucie humoru, podobne myślenie. Gdy myślałem o tej wyprawie, inny wariant jej zdobycia niż za poprzednim razem nie przyszedł mi do głowy. Przecież jeśli tyle już zrobiliśmy, to teraz pójdzie łatwo. Od południa na Annapurnę oddziałuje specyficzny rodzaj mikroklimatu. Jeśli dostanie się tam ciepłe powietrze, skropli, utrwali, robią się mgły, opady śniegu. Wszędzie jest w miarę czysto, a nad nami wisi jakaś chmura… Z góry od północy zawiewał silny wiatr, który zdmuchiwał nam śnieg na południe, tutaj nadchodził y jakieś chmury, popadywało śniegiem, było ciepło… mało stabilnie. Plus trudności techniczne, bo góra nie jest łatwa. Każdy wyciąg to walka o 40-50 metrów. Dodatkowo dwaj pozostali członkowie wyprawy nie dopisali. Vlado Strba nie wyrabiał, a Marcin Miotk spieszył się na inną wyprawę.
Ostatni dzień… Wyszliśmy o 6 rano, szliśmy 12 godzin. Gdy minęliśmy ten punkt, po którym góra miała się kłaść, okazało się, że jeszcze jest kawał roboty. Piotrek chciał iść sam, ale nie mogłem na to pozwolić. Musiałem użyć ostatecznej argumentacji. Żona, dzieci. Zadziałało.
Jeszcze kamień. Codziennie miałem kask. Raz założyłem czapkę, bo było ciepło. Spadł kamień. Zalałem się krwią. Zaraz spadł drugi, trafił w rękę. Dostałem wylewu, ale utrzymałem linę. Dobrze, że ten drugi nie trafił w głowę, był znacznie większy… Zjechaliśmy w dół. Następnego dnia podjęliśmy próbę. Piotrek ciągnął w górę, mi nogi buksowały. Głowa chciała, nogi się buntowały”.

2006. Annapurna numer 3

„Jeśli nie mogę czegoś zrobić, to podnoszę poprzeczkę. Od razu zaplanowaliśmy trzy góry – Cho Oyu, Broad Peak i Annapurnę”. Cho Oyu już miał, a Broad Peak jest łatwy, chciał nim zakończyć. Interesowała go więc głównie ta trzecia. Wspólnie z Morawskim i Hamorem weszli na 8020 metrów, ale wtedy musiał zejść, żeby odtransportować chińskiego himalaistę, który zapadł na ślepotę śnieżną. Inaczej mieliby trupa.
„To moja wina. Wziąłem go, żeby było taniej. Ich zespół się rozleciał i nie miał z kim iść. Gdyby z nami nie szedł, musiałbym dopłacić kilka tysięcy dolarów. Facet był mocny fizycznie, bardzo mocny. Ale potem okazało się, że technicznie jest fatalny. Zaoszczędziliśmy 8 tysięcy złotych… A zabrakło 70 metrów w pionie. Hamor dotarł na szczyt o 8 wieczorem, więc ja pewnie byłbym dwie godziny później. Schodzilibyśmy przez całą noc. Byłaby ostra jazda, ale byśmy to zrobili. Tak myślę… w pewnym momencie Tybetańczyk zaczął dziwnie patrzeć. Miał przekrwione i załzawione oczy. Początkowo raziło go słońce, ale potem zaszło i widział tylko światłocienie. Szedł i walił w skałę. Co on zrobi? Usiądzie i będzie czekał? Na pewno nie, zamarznie. Musimy ściągnąć go w łatwiejszy teren i nakierowywać. Chciał wchodzić w górę, ale nawet nie potraktowaliśmy tego jako słabego żartu. Szedł za mną albo za Piotrkiem. Trzymał rękę na ramieniu, powoli w dół… dlatego teraz żyje. Byliśmy już na 7400 i może był sens wracać. Nawet chciałem. Ale wtedy nogi zaczęły mi się składać. Jakby były z waty. Byłem przekonany, że w fatalny sposób zejdę z tego świata. Wróciliśmy do bazy. Byłem załamany. Pieprzone fair play. Przecież gdybym wiedział, że tak będzie, przed wyjściem przywiązałbym Chińczyka liną i zostałby w bazie. Weszliśmy sobie na Broad Peak. Robiłem dobrą minę do złej gry. Hej, jest świetnie, pijemy! Ale oni wiedzieli, że to tylko ściema”.

2008. Annapurna numer 4

Ostatnia wyprawa wielkiej trójki. Pustelnik, Hamor, Morawski. Do szczytu zabrakło 150 metrów. Zaatakowała pogoda. W pewnym momencie znaleźli się w środku burzy. Schodzili jak szaleni.
„Za czwartym razem musiało się udać. Jak się ustala drogę, to zawsze szukamy dobrych stron, zamiast patrzeć na złe. Błąd. Peter Hamor mówił, że teraz to załatwimy, że pójdziemy czeską drogą, że ją łykniemy. Więc szliśmy. Nagle przyszedł wiatr, znaleźliśmy się pośród piorunów. Jak się rozłazi elektryczność, to czujesz takie nieprzyjemne mrowienie. Włosy w okolicach pachwin się elektryzują, to boli. Trafiały nas odpryski piorunów. Paliły i robiły dziury. Jeśli cię trafi piorun, to jest po tobie, ale jeśli walnie obok, to tak jakbyś dostał od boksera. To bardzo bolesne. Nie zabija, ale jeśli stracisz równowagę, to jest po tobie. Szczególnie na Annapurnie, gdzie po jednej stronie grani jest bardzo stromo. Schodziliśmy przez 6 godzin. Każ dy krok to strach. Modliliśmy się…”.
A więc góra się broniła. Bez względu na to, jak banalnie by to brzmiało. Himalaiści w znacznej większości wierzą bowiem w nadprzyrodzone zdolności góry. Personifikują ją. Pustelnik też kiedyś wierzył, ale teraz jest na to za stary.
– Przyrzekłem sobie: „Jeśli nie w piątej próbie, to koniec”. Istnieją granice, których człowiek nie powinien przekraczać. Liczy się też przyjemność, a moja była już mocno nadwyrężona – powiedział.
– Ostatnie wejścia, na Broad Peak i Annapurnę, były „emocjonalnie wyzerowane”. Czyste zawodowstwo – przyznaje.
Veni, vidi, vici.
– Tak jest. Zobaczyłem, zdobyłem, odhaczyłem. Dziękuję – dodaje.

Zabrakło talentu

W rodzinie Pustelnika tylko matka Alina zajmowała się sportem. Pływała w barwach AZS Łódź. Stylem grzbietowym i klasycznym. W nagrodę za mistrzostwo Polski dostała budzik. Gdzieś w archiwach można odnaleźć jej nazwisko na liście zawodniczek przewidzianych do startu w igrzyskach olimpijskich w Tokio w 1940 roku. Ojciec Czesław był jednym z pierwszych absolwentów Politechniki Łódzkiej. Został wykładowcą. Przez 8 lat kierował Instytutem Papiernictwa i Poligrafii na tej uczelni. Zmarł w 1988, rok po żonie. Tak samo jak ona, na wylew. Rozrusznik serca pierwszej generacji nie zatrzymał się w momencie wylewu. Po rodzicach Pustelnik odziedziczył miłość do nauki i sportu.
Kiedy w drugiej połowie lat 80. polscy himalaiści zyskiwali renomę najlepszych na świecie, Piotr był w cieniu. Kukuczka, Kurtyka, Heinrich, Rutkiewicz, Hajzer, Czok, Piotrowski, Wielicki – o nich się mówiło. Pustelnik nigdy nie wbił się do tej czołówki. Był raczej nieźle zapowiadającym się naukowcem. Oczywiście góry były, gdzieś tam w tle.
Kurs wspinaczkowy rozpoczął na początku lat 70. Za namową kuzyna zapisał się do Akademickiego Klubu Górskiego. Pierwszego kursu nie skończył, bo instruktor Andrzej Wilczkowski stwierdził, że się nie nadaje. Dziś Pustelnik nie ma pretensji. Uważa, że Wilczkowski miał rację. Zresztą, są przyjaciółmi.
– Byłem uparty, jeździłem w skałki, sam uczyłem się alpinizmu. Umówmy się, nigdy nie miałem talentu. Zawziąłem się – mówi. Czego więcej potrzeba, by zdobyć wszystkie ośmiotysięczniki? Chyba tylko instynktu samozachowawczego i szczęścia, by gdzieś nie spaść, nie być tą losowo wybraną ofiarą jakiegoś spadającego kamienia.

Sposób na celników

W 1978 roku miał już tytuł taternika zwyczajnego i instruktora, a dwa lata później po raz pierwszy wybrał się w Alpy. I to by było na tyle. Musiał pogodzić się z tym, że alpinizm nie jest największą z ludzkich potrzeb. Mieli dwójkę dzieci. On zarabiał jakieś marne grosze jako doktorant, zaś Ania, jego żona, utrzymywała się z zasiłku…
Wrócił w góry dopiero w 1985 roku. Zaczął od dwóch wypraw do Kaszmiru, potem na Pinnacle Peak (6945 m). Zadziałało.
– Wrażenia? Fajnie, to chyba, by było dobre słowo. Był entuzjazm. Pierwszy raz wyprawa w taki egzotyk. Potem to zaowocowało, uczyliśmy się organizacji, przebijania przez formalności, kontrabandy. Wódka, whisky, aparaty, kryształy. To szło najlepiej. Trzeba było jakoś żyć. Nie chodziło o to, żeby dorobić się jednorodzinnego domku, ale o to, by sfinansować wyprawę. Polskich celników trzeba było spoić, żeby nie widzieli. Wtedy pakowaliśmy nasze rzeczy na przemyt w śpiwory, namioty… ale to samo trzeba zrobić w Indiach na kontroli. Sporo nerwów, ale po tym nie boisz się nikogo. Odprawa w Indiach trwała trzy dni, 50 dolców, 70 dolców, stawka rośnie. Hinduscy celnicy są twardzi. I totalnie zdemoralizowani – mówi.

Boje z emerytami

W czasach komuny, gdy półki były puste, zaopatrywali się o 4 rano.
– Gdy jedna tura emerytów i rencistów szła spać, a drugiej jeszcze nie było, podjeżdżaliśmy z tyłu na wyłączonych światłach polonezem z otwartym bagażnikiem. Samochód zaraz po szybkim załadunku z piskiem opon odjeżdżał, póki kolejka się nie zorientowała, że coś się wywozi. Na Narutowicza mieliśmy „wyczajony” sklep, zawsze jechaliśmy tam na pewniaka, to była formalność. Ale czujność kolejki w pewnym momencie nie zawiodła. Dostali cynk, czekali na nas, wiedzieli, że przyjedziemy. Pojawili się więc zaraz po tym, jak podjechaliśmy. Doszło do starcia. Tłumaczenia, że jedziemy w góry i tak dalej, nic nie dały. Krzyki, „wynoście się skur…”, groźby. Porwaliśmy paprykarz, jakieś konserwy, udało się odjechać… Było troch 81 emocji. Młodzi byliśmy. Teraz gdy wiem, że wkrótce będę beneficjentem ZUS-u, lepiej rozumiem tych z kolejki – przyznaje.
Potem był Związek Radziecki i 30-godzinna wyprawa do Moskwy. W pociągu 8 Polaków kontra 30 Rosjan, a pośrodku hektolitry wódki. W Moskwie 18-godzinna regeneracja i przejazd do Pamiru. A tam atak na Pik Korżeniewskiej (7105 m).
W 1990 r. samotnie wszedł na Gaszerbrum II, swój pierwszy ośmiotysięcznik. Zaraz po tym wyjechał na stypendium Fullbrighta do amerykańskiego Troy, w stanie Nowy Jork, gdzie robił doktorat z inżynierii chemicznej. Wydawało się, że jest przed życiową szansą.
– We wrześniu 1991 roku wróciłem. Nie chciałem zostać w USA, nie chciałem być naukowcem. Albo góry, albo nauka. Tylko jedno można robić na wysokim poziomie. A ja nie chciałem nic robić na pół gwizdka – mówi.
– Idąc w góry, sprawdzałem organizm i po pierwszym ośmiotysięczniku powinienem skończyć, bo przecież już go wypróbowałem. Ale, można powiedzieć, zassało mnie. Każde kolejne wejście było jakby ciekawsze, bardziej pasjonujące. Potem zamieniło się to w jakąś obsesję – mówi.
Wspinał się w czasach kryzysu polskiego himalaizmu, gdy najwięksi się wycofali albo zostali na zawsze w górach. Na pewno nigdy nie można było zestawić go w jednym rzędzie z wielkimi wyczynowcami, takimi jak Kukuczka. Był raczej kolekcjonerem szczytów. Wchodził standardowymi drogami, wypominano mu, że wiele wejść zaliczył z użyciem tlenu, co też według krytyków w jakiś sposób miało obniżać ich rangę.
Powoli dodawał kolejne szczyty do swojej niezwykłej kolekcji. Powoli dorównywał największym, niektórych przeganiał. Z Krzysztofem Wielickim był na Cho Oyu i Shisha Pangmie. W tym drugim przypadku wszedł trudną słoweńską drogą południowo-zachodnią, co pokazało, że ma spore możliwości, że ma szansę być wspinaczem wybitnym. Jego ekspresowa, 3-tygodniowa wyprawa na Dhaulagiri też musiała robić wrażenie.
Z każdym rokiem miał takich wyczynów coraz więcej, awansował w polskich klasyfikacjach, nawet jeśli w ogóle go to nie interesowało…

Odetchnie i wraca w góry

Plan zdobycia wszystkich ośmiotysięczników pozostawał gdzieś w tle. Wspinaczka była raczej formą przyjemności czy też uzależnienia. Albo połączeniem jednego z drugim. Zmieniło się to na Lhotse.
– To była dziewiąta góra. Wtedy postanowiłem sobie, że wejdę na wszystkie. Osiągnąłem swój cel. Zrobiłem to tak, jak potrafiłem – mówi.
Lhotse pokonał w 2000 roku. Wcześniej była trzyletnia niemoc. Wydawało się, że utknął na ósmej górze. Dwukrotnie próbował wejścia na Broad Peak i Makalu. Zawsze coś stawało mu na drodze. W 1998 (wyprawa z Ryszardem Pawłowskim – przyp. red.) wypadek francuskiego zespołu, a potem fatalna pogoda. Rok później wypadek Koreańczyka na pierwszej z gór i śmierć Szerpy na drugiej.
Dziewiąta góra wiele zmieniła. Potem były Kanczendżonga, Makalu, Manaslu… szło idealnie. Ale ostatnie góry to niemal mordęga. W 2006 roku zdobył Broad Peak, w końcu, w kwietniu tego roku stanął na Annapurnie.
– Ciekawe, że jest jakaś niezwykła, nieproporcjonalna różnica między tym, co ludzie myślą o tobie, gdy jesteś zdobywcą trzynastu ośmiotysięczników, a tym, co myślą, gdy masz wszystkie czternaście. A przecież różnica w wysiłku to jedna czternasta – wylicza.
To by było na tyle. Musi trochę odetchnąć i wraca w góry.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: