Archive for Lipiec, 2012

Zmarnowana szansa – same rozczarowania na Legii

Skąd wzięli ludzi do działu marketingu warszawskiej Legii? Z przydrożnego baru czy spod budki z piwem? A może to PSL podesłał któregoś z synów czy żon ważnych działaczy? Sprawdziłbym to.

Niedawno grupa zapaleńców amatorów organizowała finał ligi futbolu amerykańskiego. Polskiej ligi. Na stadion przyszło 23 tysiące widzów, tylko dlatego że organizatorzy nie pomyśleli, że dobra promocja może przynieść tak niesamowity efekt. Mieli do tego prawo, bo wątpliwe, żeby 23 tysiące ludzi w Warszawie rozumiało różnicę między running backiem, quarter backiem a wide receiverem (to ten najszybszy), a nawet jeśli już wiedzą, to wątpliwe, żeby orientowali się po co stosuje się two-point conversion i na czym to polega. Pewnie większość z nich dopiero co dowiedziała się, że w Polsce jest liga futbolowa, więc wchodzenie w jakiekolwiek „taktyczne zawiłości” pozbawione jest sensu.
Mieliśmy do czynienia ze sportem absolutnie nieznanym i grupą zapaleńców, którzy poruszyli niebo i ziemię, żeby zapełnić stadion. Na facebooku, twitterze, w innych przekaźnikach w necie, na plakatach, poszli do radia, telewizji, gazet. Użyli wszystkich możliwych kontaktów. I jak na takie wydarzenie bilety nie były tanie – 25 złotych. Ale zrobili to.
Tu mamy, jak rozumiem, grupę zawodowców. Mylę się?
Mamy jeden z trzech największych klubów w Polsce. Mamy stolicę, gdzie płaci się więcej niż w innych miastach w Polsce. Mamy więc dwa warunki do tego, żeby przyciągnąć do działu marketingu i do zarządu najlepszych specjalistów. Dlaczego więc ci „spece” polegli w korespondencyjnym starciu z zapaleńcami, których często widzę w warszawskim metrze albo na skrzyżowaniu przy Polu Mokotowskim gdzie zbierają się, być może, na trening? Może dlatego, że tamci reklamowali to co kochają. Ale nie wiem, może jest jakiś inny powód.
A przecież przyjechała do Polski Borussia Dortmund, jeden z najpopularniejszych obecnie zespołów świata. Z pewnością z polskiego punktu widzenia. Borussia z trzema Polakami w składzie… I to nie jakimiś tam, ale niezwykle prawdziwymi gwiazdami klubu.
Oczywiście zawaliła też drużyna z Niemiec, która potraktowała to całe wydarzenie mało profesjonalnie i sądzę, że w Niemczech zdają sobie z marketingowej klęski. Spodziewałem się, że przyjadą wcześniej, zrobią jakieś spotkania z kibicami, że Lewandowski, Piszczek i Błaszczykowski będą rozdawać autografy dzieciom na jakiś imprezach, że dziennikarze dostaną możliwość porobienia wywiadów z Jurgenem Kloppem albo którąś z gwiazd Borussii. Ale nie. Przylecieli, zagrali i wylecieli. Jeśli chcieli uzyskać nowych kibiców w Polsce, to raczej nie pozyskali.
Ale przede wszystkim jestem rozczarowany brakiem promocji w Polsce. Reklamą, której nie było, bo ktoś uznał, że wszyscy i tak przyjdą.
Gdy zapytałem o to Kloppa, odpowiedział, że to pewnie dlatego że dopiero co było EURO 2012, a poza tym są Igrzyska. Ale to chyba dość naiwne, po prostu jakoś chciał wyjść z twarzą.
Niektórzy narzekali na ceny biletów, ale to sprawa dyskusyjna. 43 lub 30 złotych (w zależności od miejsca) to pewnie nie mało, ale też nie aż tak dużo.
Oczywiście zakładając, że bilety nie są dla młodzieży w wieku szkolnej, która akurat nie wybrała się na wakacje. To poważny problem, bo Legia nie przyciąga młodych ludzi, nie wychowuje nowych fanów. staje się klubem tylko i wyłącznie dla klasy średniej.
Pamiętajmy jednak, że cena była wyższa niż na mecze o punkty, a tu mieliśmy raczej do czynienia z „beach soccerem”, który w Polsce raczej nie zalicza się do popularnych. Na piłkę ludzie przychodzą na emocje.
Długo nie zapomnę meczu Legii w strojach z lat 20-tych. To było kilka lat temu. Chyba nawet z jakiejś okazji. Pamiętam, że na spotkanie nie wpuszczono telewizji i fotoreporterów, bo pstrykacz zdjęć, zresztą amatorski, i jednocześnie rzecznik Legii (nie obecny tylko Paweł Wargenau) chciał sobie dorobić sprzedając fotki do gazet. A że nikt nie chciał dorabiać nieuczciwego biznesu, to w efekcie fantastyczną akcję koncertowo spartaczono. Dziś niewiele się zmieniło. Legia będąca jakąś twarzą medialnego klubu, tworzy atmosferę niemedialną.
Żenujący był też doping na trybunach. Problem z tak zwaną Żyletą czyli trybuną zagorzałych fanów, jest taki, że jest ona i jakimś błogosławieństwem, bo potrafi zrobić świetny klimat i jednocześnie przekleństwem, bo nagle ktoś z „kierownictwa” ma interes, żeby zrobić jakiś protest nie wiadomo z jakiegoś powodu, i tłum bezmyślnie idzie za nim. Podczas meczu miałem wrażenie, że kibice mają do wypełnienia jakiś limit protestów na rok i po prostu była okazja, żeby „nadrobić straty”.
Oczywiście wszystko da się wytłumaczyć. Portal niezalezna.pl podał, że kibicom nie pozwolono wywiesić flagi nawiązującej do Powstania Warszawskiego. Co komu przeszkadzała? Nie wiem. Podobno gospodarze nie chcieli urazić niemieckich gości. Żenujące.
Ze strony klubu to kolejna głupia rzecz.
Inna sprawa jest taka, że nie jestem przekonany czy zamordowani w powstaniu chcieliby, żeby zaraz po okrzyku „chwała bohaterom”, ktoś krzyczał „Pozdrowienia do więzienia”. Może i był to jakiś protest przeciw głośnej politycznej akcji policji „na zlecenie” gdy przed EURO 2012 zamykano kibiców z łapanki na 24 godziny. Wiem, bo w ten haniebny sposób urągający demokracji zamknęli kilka osób, za przyzwoitość których ręczę, w przeciwieństwie do polityków rozdających takie zlecenia.
A może wsparcie dla Staruchowicza, zwykłego łobuza, którego traktuje się jak zbrodniarza wojennego, co zresztą również jest niepoważne i wstydliwe dla kraju.
Nie wiem i nie interesuje mnie to. Ten okrzyk nie jest niczym nowym a kojarzy się jednoznacznie z którymś kolejnym „bohaterem” stadionowym zatrzymanym za zwykłe pospolite przestępstwa. A nie sądzę, żeby sprawiało przyjemność bohaterom Powstania Warszawskiego zrównanie z jakimiś pospolitymi kryminalistami, jak to ma miejsce na stadionie warszawskiej Legii. Dlatego słusznie pozostała część trybun wygwizdała przedstawicieli grupy dresów. Grupa prowadząca tzw „sportowy tryb życia” też nie wykorzystała swojej szansy.
I na koniec. Leo Beenhakker jako były szkoleniowiec Realu może zadzwonić do Barcelony i poprosić o wejściówkę na dowolny mecz. Dostanie na sektorze dla vipów. Tak mówi. Niestety nie we wszystkich klubach istnieje coś takiego jak dobre wychowanie i klasa. Niektórzy po prostu nie powinni działać w piłce. Tu krótka historyjka o tym jak potraktowano nowego trenera Polonii, Piotra Stokowca.
Warto przeczytać
Tekst TUTAJ
A wiadomo, że miejsc wolnych było sporo, więc była to zwykła prostacka złośliwość, która nie przystoi klubowi ze stolicy kraju. W cywilizowanym świecie obowiązuje coś takiego jak szacunek dla przeciwnika. Nawet jeśli jest to przeciwnik niezbyt lubiany. Po prostu wśród pracowników klubowych nie powinno być miejsca dla kibolstwa. Jeśli szkoleniowiec przeciwnika z tej samej ligi prosi o bilet, to klub, o ile ma wolne miejsca, powinien zrobić co w jego mocy, żeby takie miejsce znaleźć i zapewnić komfort oglądania meczu. Legia ma ładny stadion, ale do cywilizacji brakuje jej jeszcze ludzi. Przypadek Stokowca to jeszcze jeden dowód na to, że w Legii najwyraźniej nie wszyscy ludzie zajmują się tym czym powinni.

EDYCJA: Legia podaje, że Stokowiec dostał miejsce na tzw. trybunie zachodniej, gdzie siedzą zawsze obserwatorzy klubów. Ktoś się myli.

5 komentarzy

Kibice Polonii protestują… na forach internetowych

W pewnej chwili myślałem, że to babcia macha na pożegnanie swojemu wnuczkowi z Siemiatycz, który wyjeżdża na saksy do Belgii, do sprzątania w jednej z podbrukselskich rezydencji. – Masz tam wnuczku kanapki na dole, pod pomidorem – krzyknęła.
Na pewno krzyknęła o kanapkach? Chyba znowu mam problemy ze słuchem. To nie babcia i nie wnuczek. To nie kanapki i nie pomidor. To kibice Polonii protestują. Och, Ach, Ę i ą. Ależ ten Wojciechowski musiał się przejąć.
Pozwoliłem sobie na ten lekki plagiacik, nazwijmy to inspiracją, z Guardiana (o protestach fanów Chelsea przeciw wyrzuceniu Jose Mourinho), żeby zobrazować jak marnie zorganizowani są kibice Polonii i jak bardzo jestem tym rozczarowany.
Nic się nie stało, Polonio nic się nie stało?
Oto klub ze stuletnią tradycją dostaje jeden z największych ciosów w swojej historii, i co? I nic? Znowu to śmieszne zawodzenie na forach internetowych. „Zorganizujmy się na fejsbuku”, „a może na tłiterze?”, „to jeszcze się zastanowimy”, „ok, to się zastanówmy, jakby ktoś wiedział, to niech da znać, ja jadę na łikend”.
Kiedyś pisałem sporo o warszawskiej Polonii, byłem w tym klubie dzień w dzień i podobało mi się. Lubiłem ten bardziej niż gdzie indziej intelektualny klimat. Czasem jeszcze wpadam i wciąż to lubię. Ale są sytuacje, gdy trzeba działać, gdy trzeba się organizować. Od kilku dni czekam na reakcję. Czekam, czekam, czekam, a oni siedzą na tych forach internetowych i wyrażają swoje oburzenie. To jest poziom IV ligi albo klasy B, niestety.
Nie namawiam nikogo do pobicia innego człowieka, do wandalizmu, do wybijania szyb. Jestem od tego daleki. Ale gdzie jest poważna pikieta pod siedzibą JW? Te czterdzieści osób, które przyszło i poszło to wszystko na co was stać? Gdzie okupowanie PZPN-u? Gdzie konkrety? Gdzie walka? Gdzie strajki. Gdzie jest cokolwiek. Czyżby rację mieli ci, którzy mówią, że nie ma Polonii w Warszawie? Nigdy nie chciałem w to wierzyć. Podobno Polonia ma tylu wiernych kibiców, tylu intelektualistów, ludzi sztuki. Gdzie oni są? Czyżby byli zbyt inteligentni żeby wyjść na ulicę? Żeby coś na kimś wymóc?
Nie wyobrażam sobie, żeby fani jakiegokolwiek innego klubu, którzy cenią się i uważają za poważnych, tak łatwo dali się wymanewrować. Tak naprawdę przeszli nad tym do porządku dziennego. Gdyby ktoś chciał ogłosić upadek OKS Otwock, ja byłbym na ulicy w pierwszym szeregu, o ile bym się dopchał.
Niestety tacy już są kibice Polonii. Na meczach z Legią nie usłyszysz zbyt dużo dopingu dla Polonii. Jest doping przeciwko Legii. Ciągłe życie w czyimś cieniu, jak ten niespełniony życiowo hejter internetowy. Swego czasu w meczu pucharu Polski z Górnikiem Łęczna przez 20 minut krzyczeli,że „Kucharski ch…”, aż Kucharski doznał kontuzji i zszedł. Ale dopingu dla Polonii nie było.
Gdy przyjeżdża Korona albo Cracovia, kibice Polonii zapominają o tym, że istnieje ich drużyna. Dopingują z większym zaangażowaniem rywala niż KSP.
Może rację ma Paweł Czado z katowickiej Gazety Wyborczej, który pisze, że cztery lata temu fani Polonii nie protestowali wystarczająco głośno przeciw kupowaniu licencji, więc niech teraz nie płaczą.
Jednak sposób w jaki postąpiono z Polonią jest wyjątkowo barbarzyński. Nie chodzi o to, że oddano licencję, bo to zwykły biznes, jednego nie stać, drugiego stać i musimy to jakoś załatwić. Chodzi o to, że klub spada w przepaść, kilka poziomów za nisko. I wszystko dzieje się w nieodpowiednim momencie, gdy już nic nie można zrobić.
Wojciechowski zachował się jak nieodpowiedzialny gówniarz, zresztą znowu, bo nie dał ludziom z Polonii czasu na działanie.
Ale co w tym momencie robią kibice? Piszą na forach. Ech wy internetowi napinacze.
Teraz dobrze jest być z Polonią. Jakiś burmistrz śródmieścia robi sobie klakę wyborczą i mówi, że uratuje klub. Pewnie wpisze sobie to w program wyborczy. Wcześniej Warszawa brała od Polonii 50 tysięcy za wynajęcie stadionu na mecz. Gdzie byłeś wtedy Wojciechu Bartelski ty hipokryto? Również przez ciebie i twoich urzędasów Wojciechowski się wycofał. Również ty odpowiadasz za upadek tego klubu. Nie próbuj sobie zbijać na tym głosów.

PS. Kibiców Polonii, którzy tak bardzo mnie rozczarowali i rozczarowują, namawiam – skoro już nie ma Polonii w Ekstraklasie to trzeba doprowadzić do przejęcia klubu, tak jak zrobiono to w przypadku Lechii Gdańsk i spokojnie, konsekwentnie, krok po kroku, iść w stronę Ekstraklasy, budować coś rozsądnie, od podstaw, stosując najwyższe możliwe standardy, budując struktury, zatrudniając najlepszych dostępnych ludzi, budując sekcje młodzieżowe, zdobywając teren powoli, przyciągając widzów ofensywną, widowiskową grą. To jest sprawdzian charakteru. Kto zna historię Widzewa Łódź i największego wizjonera w historii polskiego futbolu Ludwika Sobolewskiego, ten wie, że nie ma rzeczy niemożliwych. Również w dużym mieście, gdzie wyraźnie dominuje jeden zespół i ma wsparcie władz.

PS2. I jeszcze dopisek – oczywiście od jakiegoś czasu kibice Polonii już nie wyżywają się podczas derbów na Legii, nie mają też „zgody” z Koroną, nie jest łatwo zmienić wizerunek tworzony przez lata. Mimo personalnych wycieczek kilku internetowych napinaczy, Polonii życzę zawsze dobrze.

8 komentarzy

Gikiewicz do kadry

W 24. minucie spotkania z zespołem Buducnost Podgorica okazję miał Łukasz Gikiewicz, ale w banalnej sytuacji strzelił prosto w bramkarza. Nie zdziwiłbym się, gdyby zrobił to specjalnie, w końcu strzelanie to nie jest podstawowe zadanie napastnika. Napastnicy powinni wręcz, według polskiej mody ligowej, chybiać. Napastnik, który strzela, jest złym napastnikiem, bo zajmuje się zupełnie niepodstawowym zadaniem. Dlatego złym napastnikiem był Ruud Van Nistelrooy, a dobrym jest Rafał Gikiewicz. Van Nistelrooy może i strzelał, ale czy pracował ciężko i robił miejsce kolegom? No pewnie, że nie. Bo gdyby robił, to oni by strzelali, a nie on. Nieudacznik.
Gikiewicz – to jest napastnik nowego typu. Forpoczta i awangarda światowego futbolu. Przedstawiciel naszej szkoły futbolu. Mówią, że jej nie mamy. Ależ mamy. Podstawowym założeniem polskiej szkoły futbolu jest to, że napastnik nie jest od tego, aby strzelać bramki.
Poniżej dwa kluczowe dowody, fragmenty wywiadów.
Pierwszy właśnie z Gikiewiczem, wywiad z końca kwietnia dla Przeglądu Sportowego:

PS: Napastnicy Śląska nie strzelają goli. To jak wy chcecie być mistrzem?
Łukasz Gikiewicz: Chyba żaden z nas nie miałby nic przeciwko temu, żeby nie strzelali nawet do końca sezonu, pod warunkiem że zostalibyśmy mistrzami Polski. Gole mogą strzelać inni, napastnik naprawdę ma na boisku także inne zadania.
PS: Tak jak Darvydas Sernas z Zagłębia? Goli nie strzela, chyba że z karnych, ale w każdym meczu uprzykrza życie obrońcom, a do siatki trafiają inni.
Łukasz Gikiewicz: Czytałem ostatnio wywiad z trenerem Zagłębia Lubin Pavlem Hapalem. On mówi, że Sernas wykonuje tak ogromną robotę, że wcale nie ma do niego pretensji o to, że nie strzela goli. I ja się z tym zgadzam. Wydaje mi się, że chyba tylko w Polsce rozlicza się napastnika wyłącznie z liczby zdobytych bramek. To ważny element w ocenie gry piłkarza, ale nie jedyny. Napastnik ma absorbować rywali, po stracie piłki walczyć o jej jak najszybsze odzyskanie. To jest pierwszy obrońca w swoim zespole. Mnie to nie przeszkadza, jeśli ktoś mnie krytykuje, że nie strzelam. To trener ma być zadowolony, a nie kibic, że ładnie wygląda statystyka. Wiem, co mam robić na boisku. Jeśli swoją robotą ułatwię zdobycie bramki któremuś z kolegów, też będę usatysfakcjonowany. Choć oczywiście chciałbym również przyczynić się do zdobycia mistrzostwa, strzelając jak najwięcej goli.

Drugi to wywiad z Mariuszem Rumakiem, również z PS, filozofem futbolu z Lecha, który na mecz wystawił pod koniec poprzedniego sezonu Ślusarskiego, a na ławce posadził Rudniewa.

PS: I piłkarz, który nie strzelił w całym sezonie ani jednego gola, Bartosz Ślusarski, jest lepszy od tego, który jest liderem strzelców ligi?
Mariusz Rumak: Ten zawodnik, który nie strzela, wykonał w czasie tych spotkań bardzo dobrą pracę. Być może przyczyniła się do tego, że inni mogli zdobywać gole. To nie jest czarno-biała sytuacja, że tylko ten, który strzela, powinien grać.

To nie są jedyne przypadki. Te akurat mam wciąż w pamięci, jako przykład nowej filozofii futbolu. Niektórzy polscy trenerzy i piłkarze, zdając sobie sprawę z ułomności systemu, zamiast go naprawiać, postanowili ten system usprawiedliwiać. A może nie zdają sobie z tego sprawy? Może to jest właśnie ta bezmyślność, powtarzanie dyrdymałów bez zastanowienia, futbolowa nowomowa. Przetwarzanie wytartych regułek. Tak czy inaczej, ich (Rumaka, Gikiewicz i im podobnych) nowa filozofia futbolu doprowadziła nas tu gdzie dziś jesteśmy – do ciemnej futbolowej dziury.

Gikiewicz jest symbolem upadku polskiej piłki.
Przytoczmy jego statystyki za serwisem 90 minut:
2008/09
Unia Janikowo!!!!!!! – 17 meczów i 1 bramka. JEDNA w Unii Janikowo.
Polonia Bytom – 6 meczów i 1 bramka (bez asyst)
2009/10
Łódzki KS – 30 meczów i 11 bramek (plus 3 asysty; tu jakiś postęp, choć zapewne według filozofii Gikiewicza jest to jego najsłabszy sezon w życiu)
2010/11
Śląsk Wrocław – 20 meczów i 2 bramki (plus 4 asysty)
2011/12
Śląsk Wrocław – 12 meczów i 2 bramki (plus 1 asysta)

Brutalna prawda jest taka, że ten piłkarz powinien mieć sądowy zakaz pojawiania się w pobliżu ekstraklasowych i nawet pierwszoligowych stadionów, a każdy trener który wypuści go na boisku powinien otrzymać karę finansową. On nigdy nie powinien wyjść z Unii Janikowo.
Jest gorszy niż mój „ulubiony” duet napastników z Polonii Warszawa: Bartosz Tarachulski – Maciej Bykowski. W sumie w Ekstraklasie rozegrali 382 mecze i strzelili 67 bramek. Nie będę sugerował dlaczego razem grali w ataku, bo tu każdy ma swoje własne przemyślenia.
W mazowieckiej lidze okręgowej (wiem, niezbyt mocnej) w zespole Makowianka jest napastnik (właściwie pomocnik często wystawiany w ataku) o nazwisku Kowalkowski, który nie ma jeszcze 20 lat, a strzela z obu nóg i w tym sezonie ustrzelił prawie 50 bramek. Był na testach tu i tam, ale nie może się przebić. Nie wiem dlaczego. Może strzela za dużo bramek i nie pasuje do polskiej szkoły trenerskiej. Czasem wyszukuję takich chłopaków, którzy mają po 17, 18 lat i strzelają po 20 bramek w niższych ligach. Rok później patrzę, że wciąż są w tym samym klubie. Mają wadę – strzelają. Do naszych klubów nie pasują.
W Cresovii Siemiatycze był 17 latek, niejaki Kamil Zalewski, który w jednej rundzie strzelił 20 bramek. Jako kibic OKS Otwock, napisałem w tej sprawie do ówczesnego trenera – Darka Dźwigaly: „Sprawdź człowieka”. Myślicie, że sprawdził? To pytanie retoryczne.
Sprawdził go Michał Globisz (wyrazy uznania) ale uznał, że jest ok, ale jednak nie jest to poziom kadry młodzieżowej. I co z tego, czy to znaczy, że nie może sprawdzić go trener w II albo I lidze?
Pewnie z wyżej wspomnianych powodów Michał „czołowy przedstawiciel polskiej myśli szkoleniowej” Probierz nie chciał w drużynie Tomasza Frankowskiego. A gdy już został zmuszony, by go wziąć okazało się, że miał rację – Frankowski zaczął strzelać. Probierz zaczął więc sadzać go na ławce. To pewnie dlatego uchodzi za gwiazdę wśród trenerów.
Wspomniany Kowalkowski wciąż jest w Makowiance, o ile mam świeże informacje, czasem jeździ po testach tu i tam. Łukasz „ułatwiacz innym” Gikiewicz, który nie umie trafić w bramkę, jak wielu jemu podobnych, jest w ekstraklasowym klubie i za jakże pożądaną w Polsce umiejętność nietrafiania do bramki z najbliższej odległości dostaje konkretne wynagrodzenie. Nie potrafię pojąć tego fenomenu, tym bardziej, że swoim autorytetem podpisuje tę praktykę tak dobry szkoleniowiec jak Orest Lenczyk. To też świadczy w jak głębokiej dziurze jesteśmy.
Dlaczego szansy w Śląsku nie dostał brazylijski napastnik Alexandre, który w Młodej Ekatraklasie w drużynie z Wrocławia strzelił 11 bramek w 14 meczach. Bo ma trudny charakter? Bo jest aspołeczny? Ale przecież wiele osób ponadprzeciętnych ma trudny charakter. Dopiero zdobycie uznania i satysfakcjonującej pozycji pozwala go nieco ustatkować. To są zupełnie normalne rzeczy w każdym środowisku, a tym bardziej w piłkarskim, gdzie łatwiej o frustrację niż gdziekolwiek indziej.

Zobaczmy ilu polskich piłkarzy w poprzednich 10 sezonach strzelało odpowiednio 20, 15 i 10 bramek lub więcej

2011/12 – 0, 1, 2
2010/11 – 0,0,2
2009/10 – 0,1,4
2008/09 – 0, 1, 4
2007/08 – 1, 3, 8
2006/07 – 0, 1, 7
2005/06 – 1, 2, 8
2004/05 – 2, 2, 6
2003/04 – 1, 5, 9
nie ma więc wątpliwości, że wedle teorii Rumaka i Gikiewicza poziom polskich napastników jest coraz wyższy.
Zobaczmy tą samą statystykę za poprzedni sezon (2011/12) w zachodnich ligach:
Angielska – 3, 8, 19
Niemiecka – 3, 9, 18
Hiszpańska – 5, 9, 21
Włoska – 4, 8, 19
A to Włosi grają niby defensywnie

Polska myśl piłkarska ma jeszcze jeden duży plus. To przebiegłość, czego dowodem jest pamiętna sytuacja z Robertem Lewandowskim. Przedstawiciel naszej myśli, Mirosław Trzeciak, uznał że jest gorszy niż Arruabarrena. Powód znany – Lewandowski strzelał bramki. Potem nie chciał go Smuda w Lechu. Ale w końcu wpadli na pomysł – wystawimy go, może strzeli trochę bramek a potem sprzedamy go do Niemiec.
Podstęp się udał. Naiwni Niemcy zapłacili za Lewandowskiego kolosalne pieniądze, a na miejscu okazało się, że facet jest totalnym niewypałem – strzelił ponad 20 bramek w sezonie. A ci głupi Niemcy jeszcze się z tego cieszą. Teraz sprzedadzą go do Anglików. Za jeszcze większe pieniądze – Anglicy, to dopiero naiwniacy.
W Polsce Robert należne mu uznanie zdobył dopiero podczas EURO, gdy zrozumiał o co chodzi w futbolu – strzelił jedną bramkę w trzech meczach, a Zbigniew „Konsekwentny” Boniek stwierdził, że ci, którzy krytykują Roberta, nie znają się na futbolu. Bo on podczas EURO ustawiał się i wystawiał i robił miejsce innym. Szkoda, że inni o tym nie wiedzieli.
Morał taki, że tak jak biali nie potrafią skakać, Polacy nie potrafią strzelać. I dlatego są tak dobrzy, tyle, że nikt o tym nie wie.
Oto najgorsi polscy napastnicy według teorii Gikiewicza i Rumaka:
Ernest Pol – 186 bramek
Lucjan Brychczy – 182
Gerard Cieślik – 167
Tomasz Frankowski – 162
Włodzimierz Lubański – 155
Teodor Peterek – 154
Kazimierz Kmiecik – 153
Jan Liberda – 145
Teodor Anioła – 141
Fryderyk Scherfke – 131
PS. W ramach edycji: o co w ogóle chodzi w tym wpisie – zapytał znajomy – czy o to, żeby dołożyć Gikiewiczowi? Zdecydowanie nie. To tylko przykład klasycznego ligowego nieudacznika. Chodzi o to, że dwie rzeczy doprowadziły do takiego stanu jaki mamy. Pierwsza to zaniedbanie w szkoleniu i tego nie da się naprawić od ręki, bo sięga to 30 lat. Druga to skauting. Profesor Jorg Buschmann, analityk współpracujący z reprezentacją Niemiec a pochodzący z NRD, mówi że skarbem krajów demokracji ludowej był skauting. Dziś go nie ma, dlatego rolę skautów pełnią menedżerowie piłkarscy. Dlatego nieudacznik, który ma menedżera może zagrać w Ekstraklasie, a utalentowany piłkarz, który go nie ma, jest skazany na V ligę. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że wielu jest kozaków, którzy strzelają po 5 bramek w meczu z wiejska drużyną i nabijają sobie statystykę. Ale to nie może być alibi od sprawdzenia ich. Naturalne jest dla mnie, że jeśli zawodnik strzela w 7 lidze 30 bramek, to sprawdzają go wszystkie okoliczne drużyny co najmniej o 3,4 klasy wyżej.

4 komentarze

Dlaczego Lato jest lepszy od Kaczyńskiego i Tuska

Czy słyszycie te dzwony? Czy to tylko w moje głowie dzwoni? Czy słyszycie tę niebiańską muzykę? Czy to tylko mi wydaje się, że anioły grają?
Nie. Dzwony są i jest muzyka. Spośród dźwięków dobiegają słowa. Wsłuchajcie się uważnie. Santo subito, santo subito! Teraz słychać wyraźnie. Oto Dariusz Wdowczyk zostanie za chwilę żywcem wzięty do niebios.
Iluż było świętych grzeszników. Ale ten jeden jest wyjątkowy. Nie jest to jakiś święty Paweł, który najpierw prześladował chrześcijan by potem stać się jednym z nich. Święty Dariusz nikogo nie prześladował. On popełnił jeden błąd. Ten jeden jedyny raz uległ pokusie.
Jest to kolejne potwierdzenie, że w Polsce nigdy nie było procederu korupcji. Wszyscy popełniali grzech jeden jedyny raz. Było więc kilkaset jednorazowych przypadków.
Święty Dariusz nie potrafił wytrzymać tej niesprawiedliwości, która działa się wokół, dlatego popełnił straszliwy błąd i dał się wciągnąć w grę niegodną świętego.
Oto fragment wywiadu z Rzeczpospolitej:

Wdowczyk: Pytanie, czemu nikt w PZPN nie zapytał, co mnie zmusiło do tego, abym wszedł w to bagno?
Rzepa: No to co pana zmusiło?
Wdowczyk: Mieliśmy w Kielcach dobrze przygotowany zespół, wsparcie sponsora, byliśmy tak mocni, że Korona powinna awansować z trzeciej do drugiej ligi w uczciwej rywalizacji, ale nie byliśmy w stanie. Widziałem bezradność zawodników i nieuczciwe sędziowanie na naszą niekorzyść, przegrywaliśmy mecze, które powinniśmy byli wygrać. Często, w swojej bezradności, wykrzykiwałem z ławki negatywne komentarze pod adresem sędziów, za co byłem karany przez wydział dyscypliny PZPN. W pewnym momencie nie widziałem już innej drogi – teraz wiem, że trzeba było postąpić inaczej.
Rzepa: A jak by pan postąpił?
Wdowczyk: Widząc, że w uczciwy sposób nie jesteśmy w stanie rywalizować, zrezygnowałbym z prowadzenia zespołu.
Rzepa: Wydarzenia z 2004 roku kładą cień na pana późniejszych sukcesach. Myślał pan, że sprawa nie wyjdzie na jaw?
Wdowczyk: Nie chciałem o tym myśleć, to był epizod, który zostawiłem za sobą.

Świętym jest ten, który zrozumiał swój błąd. Jedna owca, którą pan przyciągnął z powrotem do stada jest umiłowana.

Lecz cóż to? Na niebie pojawiły się chmury. Muzyka już nie jest tak piękna, tak niebiańska. Jeden z aniołów zaczął fałszować, przyłączył się do niego kolejny.
To wszystko przez fragment wywiadu z Jakubem Zabłockim, byłym piłkarzem Korony.
Zabłocki mówił, że Wdowczyk kazał piłkarzom robić zrzutki na sędziów. Nie masz? Żaden problem, założę za ciebie i sobie odbiorę.
Zrzutki, według Zabłockiego, to było około tysiąca złotych od osoby, zaś opłacenie sędziego kosztowało zazwyczaj około 2 tysięcy złotych (a nawet 550!!!). Co stało się zresztą pieniędzy? Czyżby zakupiono za to aureolę i monstrancję? Czyżby rozdano potrzebującym? Trędowatym?
Coś mi się jednak zdaje, że nic nie będzie z tej świętości.
Dariusz Wdowczyk dostał drugą szansę. Niech ją ma, nie żałuję mu. Niech weźmie klub w niższej lidze i zrobi z niego potęgę. Niech zarabia, bo to jego zawód. Niech ma szansę udowodnić, że nie powtórzy swojego błędu. Ale niech nie robi z siebie ofiary, bo nią nie jest i nigdy nie był.

***
JW sprzedał klub i ludzie krzyczą – hańba, skandal, oszustwo. A to tylko interes. Jak Quebec Nordics i Colorado Avalanche. Oczywiście powinny zostać wprowadzone jakieś przepisy chroniące klub. Powinien je wprowadzić PZPN albo Ekstraklasa. Teraz jest nowy szef, więc może coś wprowadzić, bo choć jestem dziennikarzem i zajmuję się piłką, nie mam pojęcia za co poza terminarzem, karami i pobieraniem konkretnych pensji odpowiada Ekstraklasa SA. Wystarczyłby chłopak do terminarza i sekretarka. Albo dziewczyna od terminarza i sekretarz.
Pytanie – jakie przepis wprowadzić, żeby odpady w procesie fuzji były chronione? To zadanie dla specjalistów. Ja uważam, że Polonii wyjdzie to na dobre. Lepiej zaczynać od IV ligi z pomysłem niż z milionerem, który narobił nadziei, wydał miliony i nie zdobył nic. ZERO. Lepiej we własnym skromnym domu niż w domu wariatów z wazami z okresu dynastii Ming. Lechia Gdańsk (ale też GKS Katowice) pokazała, że można zbudować coś, jeśli ma się pomysł i rozum. Jeśli konsekwentnie realizuje się obraną politykę. Wierzę w to, że droga Ludwika Sobolewskiego w Widzewie nie była przypadkiem, ale efektem inteligencji, znajomości tematu i wizji. Wierzę, że w Polsce możliwe są przygody w stylu Ipswich z czasów Ramseya i Robsona. Ale tam byli ludzie z głową. W kibiców Polonii średnio wierzę, nawet jeśli są z głową. Wierzyłbym, gdyby przezwyciężyli swoje kolosalne kompleksy i zajmowali się przede wszystkim sobą. To nie nastąpi jeszcze długo.

***

Politycy rzucają się na stanowisko prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej. Lepszej okazji nie będzie, bo przecież chodzi o to, żeby odsunąć Latę. W sumie to dobrze, żeby został odsunięty, bo zapowiedział, że żadnych poważnych zmian w systemie szkolenia nie przewiduje, a przecież to powinien być najważniejszy punkt każdego programu.
Ale czy to oznacza, że mamy tolerować polityków ubiegających się o stanowisko? Zdecydowanie nie, bo działacz partyjny na stanowisko to największe możliwe zagrożenie.
Mówią, że PZPN zatrudnia leśnych dziadków. Ale jaka jest różnica między leśnym dziadkiem z sejmu a leśnym dziadkiem z PZPN? Dystyngowany senator Piechniczek wchodzi do siedziby PZPN i nagle staje się leśnym dziadkiem? Prawda jest taka, że jest leśnym dziadkiem tu i tu.
Po EURO 2012 szefowie partii wykorzystują moment zainteresowania się piłką społeczeństwa i nawołują do zmian w związku.
Jaką zmianę zaproponuje nam Prawo i Sprawiedliwość?
Pamiętajmy, że oni już raz rządzili i dotknęli się do sportu.
Ministrem został Tomasz Lipiec. Jedną z pierwszych czynności było wyrzucenie ze stanowiska komisji antydopingowej Jerzego Smorawińskiego, który wcześniej zawiesił Lipca. Prezesowi Kaczyńskiemu nie zapaliła się lampka.
Potem Rzeczpospolita napisała, że Lipiec zorganizował urodziny i zapłacił za nie 2,5 tysiąca złotych służbową kartą kredytową. To już podstawa do dymisji. Ale prezesowi nie zapaliła się lampka.
Dopiero gdy gazety napisały, że ma problem z narkotykami pan prezes się zorientował.
A dziś mówi nam o moralności. Zapaliła mu się lampka, gdy Polska nie wyszła z grupy i gdy można coś ugrać na fali EURO. Skończ człowieku. Był czas, gdy trzeba było pokazać uczciwość. Nie wykorzystałeś go.
Kiedyś zapytałem posła PiS: Skoro sport jest wam tak drogi, to dlaczego oddajecie go Samoobronie (Sejmowej komisji sportu przewodniczył Wójcik).
– A co mamy im dać, gospodarkę? – zapytał poseł. Nazywał się Mieczysław Golba. Dziś jest również kandydatem z ramienia PJN. To bardzo porządny facet, ale jest człowiekiem wyznaczonym z ramienia swojej partii.
Ta sprawa z komisjami sejmowymi daje do zrozumienia jednoznacznie – tak jak komisja sportu, tak PZPN będzie kartą przetargową. A w najlepszym lub najgorszym wypadku, komorą do hibernacji. Są takie różne instytucje ZGM, ZDP czyli Zarząd Gospodarki Mieszkaniowej, Zarząd Dróg Powiatowych i różne inne zarządy, gdzie lokalne władze zawsze upychają działaczy, którym nie udało się dostać do rady miasta, sejmu albo innych instytucji, gdzie trzeba uzyskać zaufanie wyborców. Tacy ludzie idą do instytucji komór hibernacyjnych – choćby różnych ministerstw, gdzie urządzą się za 3-5 tysiąca złotych miesięcznie. Jakoś przetrzymają do kolejnych wyborów. Gdyby został wybrany czynny polityk, PZPN stałby się potężną komorą, nie mam co do tego wątpliwości. Lub karta przetargową, jak komisja sportu. Politycy nie walczą o sport, mają wyższe cele, armia, MInisterstwo Spraw Wewnętrznych i dziwne agencje bezpieczeństwa jakiegoś tam, czyli takie od trzymania przeciwnika na smyczy. Mówią w PO, że Kosecki może być kandydatem, a może Bielecki, bo się zna na piłce i mógłby być prezesem. Ok, ale ja też się znam na piłce, możliwe, że nie gorzej niż Bielecki, ale to jeszcze mało.
Bielecki jest politykiem związanym z jedną z partii (PO) i to go powinno wykluczać z możliwości ubiegania się o stanowisko.
Że ktoś powie do niego „panie premierze?” No i co z tego. Do Laty i Piechniczka mówią „Panie senatorze”, to jeszcze nie znaczy, że nie mogą oni doprowadzić polskiej piłki nad skraj przepaści.
Dlaczego więc napisałem w tytule, że wolę Latę od Kaczyńskiego i Tuska? Uzasadniłem już Kaczyńskiego – bo nie gwarantuje uczciwości. Czy nawet odwrotnie. A Tusk? Przecież wybór ludzi Mira Drzewieckiego (człowieka Tuska) do spółki PL 2012 już zakwestionowała Najwyższa Izba Kontroli wykazując różne przekręty przy zatrudnianiu (słynny Rafał Kapler sam siebie nadzorował przy budowie stadionu, ciekawe dlaczego były opóźnienia), zmarnotrawienie 3 milionów złotych dziwne przetargi i niepotrzebne korzystanie z firm zewnętrznych. Wszyscy wiemy co to znaczy. A przecież nie było tajemnicą, że odpowiedzialny za to Herra jest synem znajomego premiera – jednego i drugiego czyli Bieleckiego też. Chcecie Herrę w PZPN? Bielecki to załatwi. Kolejne miliony zostaną wydane na konsultację z firmami zewnętrznymi.
A może zatrudni nam w PZPN dyletantkę ministrę Muchę, a ta bez konkursu zatrudni swojego fryzjera na selekcjonera?
Tytuł jest oczywiście przewrotny, bo Laty nie poważam i mam nadzieję, że nigdy nie będzie pełnił żadnej roli z związku.
Wiadomo, że dał sobie pokaźną podwyżkę, że otoczył się nieudacznikami, że za jego rządów wprowadzono medialne standardy z Białorusi. Wiadomo, że jego prawa ręka, Antoni Piechniczek, rozliczał sobie podejrzane delegacje na pokaźne sumy. Oni po prostu brali sobie pieniądze, bo im się należały. Okradali polską piłkę.
Co więcej, o ile pierwszy wybór Laty był tylko błędem, to głos oddany na niego w tych wyborach, należy traktować jako zdradę stanu.
Zresztą te wszystkie tzw. leśne dziadki już dawno sprzedały piłkę za wycieczkę zagraniczną, wódkę i kiełbasę.
Ale czy polityk ma prawo im to wypominać?
Czy Donald Tusk nie zabrał żony do Peru na wycieczkę za nasze pieniądze? Ja też byłem w Peru, ale za swoje. No, w sumie na jedno wychodzi – ja za swoje i żona Tuska za moje. Ale w Chinach już nie byłem. A syn Tuska był za moje i wasze. Oni mówili, że jest ekspertem od kolei. Ale czy te wszystkie dziadki, które całe życie siedzą w piłce nie są ekspertami od piłki? Ależ są. Raczej nie gorszymi niż Bielecki i Kosecki.
Tak więc niech fasada kulturalnego polityka nie przysłoni nam rzeczywistości. To są dokładnie ci sami ludzie tylko otoczenie jest inne. To są działacze, partyjni czy sportowi. Dokładnie ta sama kategoria, tylko zaczepili się na trochę innym poziomie.
PS. Po tym, jak Rosja nie wyszła z grupy, jakaś grupa polityczna zaproponowała, żeby Dickowi Advocaatowi odebrać tytuł honorowego obywatela miasta Petersburga. Czego nie zrobi mała partia dla zyskania poklasku. U nas rzuciły się na związek wszystkie liczące się partie, pokazując swoje mniej lub bardziej absurdalne pomysły na uzdrowienie futbolu (najczęściej – rozwiążmy związek, wyrzućmy wszystkich). To charakteryzuje kraje trzeciego świata. Może i wyszliśmy juz z drewnianych chatek, ale one z nas jeszcze nie wyszły.

2 komentarze

Zawalili obaj – Smuda i Lewandowski

Smuda na pewno zawalił w największym stopniu. Nie mam pretensji do Roberta Lewandowskiego, że oskarża selekcjonera, bo ma sporo racji.
Smuda po prostu osiągnął swój próg niekompetencji. Takie rzeczy się zdarzają, nie jest to do końca wina szkoleniowca. To nasza wina. Moja i wasza.
Człowiek pnie się w górę aż osiągnie wspomniany próg – to prawo Petera. Smuda swój osiągnął wcześniej, a my wybraliśmy go na selekcjonera. My. On sam się nie wybrał. To był wybór narodu i to naród okazał się niedojrzały pod względem znajomości tematu. Oczywiście nikt nie mógł przewidzieć tej zmiany osobowości i to może nasz naród nieco usprawiedliwia. Jak również to, że były momenty dobrej gry, kilka naprawdę niezłych meczów towarzyskich.
Ostatecznie praca przerosła Smudę, tak jak przerastała wielu przed nim i przerośnie jeszcze wielu kolejnych.
Ale to dziś nieistotne. Dziś mówimy o spotkaniu Lewandowskiego z dziennikarzami.
Lewandowski miał prawo powiedzieć to co powiedział. Ma rację. Smuda psychicznie się spalił, zabrakło mu odwagi, stosował tchórzliwe systemy, nie trzymał się opracowanego systemu, eksperymentował wbrew wszystkim i co ważne, wbrew logice. I w końcu brak schematów i co z tego wynika – gra przypadku. To wiemy, już to przerabialiśmy.
Zresztą już podczas zgrupowania mówiono o problemach z przeciążeniami, już wcześniej w wywiadach prasowych Lewandowski mówił, że taktyka Smudy mu się nie podoba i Smuda to przyjął. I to stawia Lewandowskiego w uprzywilejowanej pozycji.
Inna sprawa, to czy powiedział, to co powiedział w dobrym momencie? A czemu nie. Jest krótko po Euro, dziennikarze pytają – Lewandowski odpowiada i przedstawia swoją wersję. Podczas turnieju sprawy załatwia się w szatni. Pytanie, czy takie sprawy były wystarczająco dobrze załatwione.

Do Lewandowskiego mam pretensje o co innego.
Przede wszystkim o to, że nie zauważa swojej winy. Swojej i innych zawodników.
Szczególnie ten fragment z „GW” rzucił mi się w oczy:
Po MŚ w Niemczech w 2006 roku Artur Boruc powiedział: „Mundial jest raz na cztery lata, a my go kompletnie spieprzyliśmy”. Euro w Polsce jest raz w życiu, a wy je…
-… ciężko powiedzieć (…)

No, raczej nie ciężko. Tylko kilka przypadków w historii polskiej piłki, można postawić obok tego spieprzenia. To było bardziej spektakularne niż przegrana ŁKS w Pucharze Mistrzów z Jounesse Esch.
Dalej Lewandowski mówi:
– Daliśmy radę na ile mogliśmy. Jeśli chodzi o podejście do turnieju, psychikę, to nie mieliśmy problemów.

A pamiętajmy, że nie mówimy o defensywnym pomocniku Rafale Murawskim, który został nazwany jednym z ojców porażki, czy Sebastianie Boenischu. Mówimy o piłkarzu, który miał kształtować oblicze kadry.
Niestety wkład Lewandowskiego w tym turnieju zakończył się na strzeleniu jednej bramki. Nie zrobił NIC więcej.
Nie wypominam mu zmarnowanych szans, każdy napastnik marnuje szanse. To taka pozycja. Ale mam pretensje, że widząc to co się działo, nie wychodził do gry, nie wziął na siebie ciężaru, zagrał na alibi. Nie chodzi o to, żeby był królem strzelców. Chodzi o to, żeby starał się dać więcej. I nie chodzi tu też o ilość przebiegniętych kilometrów, tu nie można mu aż tak wiele zarzucić (w końcu biegał tylko 17 metrów na minutę mniej niż 33-letni Pirlo, czy 3 metry mniej niż 34-letni Klose, ale już więcej niż Balotelli czy Benzema, czasem te liczby wynikają z taktyki).
Czytałem sporo o tych taktycznych błędach, o tym że Lewandowski czekał gdzieś tam osamotniony z przodu, aż może ktoś mu poda.
Co w takiej sytuacji robi inteligentny piłkarz? Moim zdaniem wychodzi do gry. To wiedzą nawet w lidze szóstek. Tymczasem Lewandowski grał jak w szkolnych latach, czyli grał „na obrzynach”.
Tłumaczył, że Smuda powiedział jedynie, żeby się cofał, jeśli nie będzie dostawał piłek.
Chyba dobrze powiedział? Lewandowski cofał się, ale głównie z obrońcami.
Nie walczył, nie było go tam gdzie być powinien lider, który widzi, że jego zespół ponosi klęskę. Był tam gdzie mu się chciało.
On i cała drużyna nie reagowała właściwie na wydarzenia. A przecież na boisku gra zespół, nie trener. Skoro byli tak dobrzy, tak mocni mentalnie, psychicznie, skoro atmosfera była taka świetna, i do tego skoro wiedzieli, że trener na taktyce się nie zna i to jest jedyna przeszkoda, by zdobyć złoto, to dlaczego tę samobójczą taktykę ślepo stosowali?
Wiem, że może być to odebrane jako samobójcze myślenie – skoro taka była to stosowali. Nie zgadzam się po prostu z tym, żeby mówić: „Daliśmy z siebie wszystko (oni tak mówią!), ale trener zawalił”.
Tak, zawalił. Ale zawaliła też cała trójka Borussii Dortmund. Błaszczykowski który grał na własną chwałę, nie dla zespołu, czy Piszczek, który nie grał w ogóle i Lewandowski, który bezmyślnie czekał na piłki.
Zrzucanie winy na Smudę jest zasadne tylko wtedy, kiedy człowiek może powiedzieć z czystym sumieniem: „Ja swoje zrobiłem”. Tak jak choćby Benzema zrobił w meczu z Hiszpanią, widać było że to piłkarz, który chce wygrać mecz, ale przy defensywnej taktyce nie jest w stanie nic zrobić, dlatego wychodzi do gry, szuka możliwości rozegrania. Lewandowski nie może tego powiedzieć, ani on ani jego koledzy. Nie wygrali bo: 1. Zawalił trener. 2. Zbyt wielu z nich, w tym Lewandowski, nie chciało wygrać, chcieli sobie popykać szmaciankę.
Zawalili to wszyscy razem.
PS. Znany dziennikarz Dariusz Tuzimek zaproponował w onecie, żeby Lewandowski był kapitanem kadry, skoro ma takie jaja. Nie sądzę, żeby było to najlepsze wyjście. To, że Lewandowski umie dobrze obwiniać selekcjonera po tym jak odszedł, nie zauważając przy tym swojej winy, nie świadczy jeszcze o tym, że ma osobowość lidera.

Comments (1)

Fornalik – wybór dobry i bezpieczny

Kilka dni temu dziennikarz TVN24 zapytał czy Fornalik pasuje do polskiej piłki – wykształcony, elegancki, dobrze wysławiający się, słuchający muzyki poważnej.
Dlaczego w sumie miałby nie pasować? Może to jest ta forpoczta klasy średniej w myśli szkoleniowej, która ma nadejść i jakoś nie nadchodzi? Może odmiana dla poprzednika, tego Nikifora, tego Jakuba Szeli, który jako kandydat ludu ostatecznie zagrał na warunkach oprawcy? W końcu Błaszczykowski, Obraniak czy Szczęsny wysłuchają raczej konkretnego człowieka o umyśle analitycznym niż człowieka, którego taktyka zaczyna się i kończy na trzech zwrotach: „press, press, press”.
Czy najwięksi światowi trenerzy to ludzie niewykształceni? Pewnie, że nie. Coraz więcej będzie na rynku młodych menedżerów dużych przedsiębiorstw typu Jose Mourinho czy Andres Villas Boas.
Nie ukrywam, że jestem zadowolony z tego wyboru. PZPN od początku podkreślał, że selekcjonerem będzie Polak, a na rynku nie było lepszego kandydata. Wszyscy, oprócz nielubianego w PZPN Oresta Lenczyka, są dziś znacznie niżej w hierarchii trenerów, przynajmniej mojej. Od kiedy zawiodłem się na Macieju Skorży, którego kiedyś bardzo wysoko ceniłem. Oczywiście pojawiły się kandydatury komiczne jak Piotr Nowak czy Henryk Kasperczak, ale na szczęście ten jeden jedyny raz leśne dziadki wykazały się nie tylko sprytem ale też namiastką inteligencji. Ktoś mówi: „Trener z zagranicy”. Ale co to znaczy? Tak po prostu, żeby był z zagranicy? Skoro nie możemy mieć takiego za 1,5-2 miliony euro (właściwie nie wiem dlaczego nie możemy mieć), to po co nam jakiś drugoligowy szkoleniowiec? Oczywiście wiem, że włoski trener drugoligowy może być lepszy od czołowego polskiego, taka tam jest kultura (tak jak setny zespół muzyczny z Anglii jest lepszy od Perfectu), ale nie ma żadnej gwarancji, że trafimy tego dobrego. Możemy trafić jakiegoś Zbigniewa Bońka, pewnie jednego z najlepszych piłkarzy i jednego z najgorszych selekcjonerów w historii polskiego futbolu. Ilu już się przejechało na Matthaeusie albo Bakero? Tu nie kupujemy kota w worku, nie jest to wbrew temu co mówi wspomniany Zibi „randka w ciemno”. Rachunek prawdopodobieństwa podpowiada, że jest to dobry kandydat – na razie tak gdzie jest robi dobry wynik, lepszy niż poprzednik. W przypadku naszej kadry nie będzie to specjalnie trudne, bo choć wielu piłkarzy wciąż nie chce się z tym pogodzić, występ drużyny na EURO 2012 był klęską.

Czego można spodziewać się po nowym selekcjonerze.
1. Istotnym elementem budowania przez niego drużyny jest zabezpieczenie defensywy. Fornalik jest jednym z tych szkoleniowców, który uważa, że drużynę buduje się od tyłu. Nie znaczy to, że jego drużyny są defensywne. To jedynie podstawa. W zakończonym ostatnio sezonie Ruch stracił 28 bramek w 30 meczach, mniej straciły tylko te drużyny, które ściągały obrońców za ciężkie pieniądze (myślę też o pensjach) – Legia, Lech i Wisła – tak zwana pierwsza trójka.
Pamiętajmy, że mówmy o linii: Perdijć – Djokić, Stawarczyk, Grodzicki, Szyndrowski – Straka, Malinowski choć oczywiście broni znacznie większa grupa zawodników, to ci tworzą podstawę. Piłkarze wciąż anonimowi w naszej lidze.
Również w poprzednim sezonie, gdy Ruch zajął zaledwie 12. pozycję, jego zespół był znany z mocnej obrony. Zaledwie 32 bramki puszczone, w 13 meczach piłkarze Fornalika zachowali czyste konto.
Defensywni piłkarze Fornalika są znani z tego, że przestrzegają zasady – minimum ryzyka. W lidze nowy selekcjoner dobierał piłkarzy solidnych o określonej mentalności. Sam mówi, że patrzy jak zachowają się zawodnicy w danej sytuacji, konkretnie w sytuacji gdy potrzeba charakteru.
Jeden z ligowych trenerów określił strategię Fornalika tak, że aż ośmiu zawodników gra z tyłu i czekają na okazję do szybkiego przemieszczenia się do przodu i wspomagania tych kilku ofensywnych graczy.
2. Ofensywa w zależności od potrzeb. W Ruchu Fornalik grał dwoma napastnikami, a więc systemem 4-4-2 lub 4-4-1-1. Jego napastnicy są przede wszystkim szybcy. Czy był to Niedzielan z Sobiechem czy Piech z Jankowskim. Istotne jest to, że nie postawił na sprawdzonych na rynku klasycznych polskich wyjadaczy, którzy strzelają 10 bramek na 5 sezonów (jedynym wyjadaczem był Niedzielan, czyli piłkarz zawsze z dużym potencjałem) ale na piłkarzy często anonimowych, którzy właśnie w Ruchu zyskali status gwiazd. Faktycznie Jankowski i Piech to zawodnicy z 3 i 4 ligi. Piech niby przyszedł z Widzewa, ale faktycznie nie zdążył tam zagrać. Zresztą do Widzewa również ściągał go Fornalik.
Potrafił więc znaleźć świetnych zawodników do systemu (oczywiście jeśli chodzi o personalia, Jankowskiego znalazł Bogusław Pietrzak, a Fornalik powoli wdrażał go do składu). Piech i Jankowski byli na pewno najskuteczniejszym duetem w polskiej lidze, strzelili razem 20 bramek. Więcej miał jedynie atak w składzie „Rudniew” (22). Cały zespół Ruchu był drugim po Śląsku najskuteczniejszym w lidze.
Inna sprawa, że większość drużyn nie gra już duetami, Ruch jest chyba jedną z ostatnich drużyn która zachowała ustawienie na dwóch napastników. To ustawienie, delikatnie mówiąc, dość konserwatywne. Z drugiej strony być może zbyt dużą wagę przywiązujemy do numerów na boisku. Skoro jednak jesteśmy przy cyferkach, to ciekaw jestem jak Fornalik zagra w kadrze, wydaje się, że w tej chwili Polska ma zawodników raczej do nowoczesnych ustawień 4-2-3-1 lub 4-1-4-1 (Polański jako defensywny a przed nim np. Błaszczykowski, Wolski, Mierzejewski, Peszko, to moim zdaniem w tej chwili optymalne rozwiązanie w pomocy, Mierzejewski może się nieco cofnąć i być łącznikiem między formacjami, bo wystarczająco szybko podejmuje decyzję i rozumie doskonale nowoczesny futbol) niż 4-4-2. Po prostu brak nam drugiego napastnika, chyba że przebije się Sobiech lub Fornalik zaryzykuje i postawi na Piecha. Smuda uważał, że Piech jest bardzo słaby psychicznie i spali się w poważnej próbie.
Inna sprawa jest taka, że Piech (który moim zdaniem nadaje się najwyżej na wchodzącego, ale to i tak zawsze coś), albo inny napastnik, który akurat wystrzeli, musiałby wygryźć ze składu któregoś z dobrych pomocników, a faktycznie w tej chwili największy potencjał mamy w drugiej linii, kilka nazwisk wymieniłem, a przecież jest jeszcze np. Rybus, Obraniak czy Grosicki. Dlatego nowy trener powinien raczej skoncentrować się na używaniu pomocników niż dostosowywaniu systemu pod dwóch napastników. W tej chwili nie mamy żadnego zawodnika, który mógłby grać jako „dziesiątka”. Po prostu w Polsce nie znajduje się pod drzewem kreatywnych graczy i długo tak nie będzie, jest to zaniedbanie w systemie szkolenia sięgające ponad 30 lat.
Na pewno po Fornaliku można spodziewać się gry ofensywnej. Zaryzykuję stwierdzenie, że Ruch był jedną z dwóch, obok kieleckiej Korony, ligowych drużyn, która miała swój własny rozpoznawalny styl, grała po europejsku, z dobrze zorganizowaną obroną i szybkim przejściem do ataku, i w jej grze nie było przypadku. Oczywiście przegrywał choćby z Legią, ale też pamiętajmy, że Legia ze swoimi możliwościami kadrowymi powinna zdobyć mistrzostwo Polski z przewagą piętnastu punktów.
3. Ważne jest, że nie patrzy w dowód osobisty. Malinowski ma 36 lat, a był istotnym elementem, 34-letni Zieńczuk był absolutnie kluczowym graczem. 37-letni obecnie Grzyb nie dał rady, bo jego organizm nie wytrzymał starcia z wiekiem. To wszystko istotne, bo wiele osób ma problem z sięgnięciem po weterana (np. Smuda miał problem z sięgnięciem po Frankowskiego, a mógł to być piłkarz kluczowy dla kadry), nie mniejszy niż z sięgnięciem po zawodnika poniżej dwudziestego roku życia.
4. Ważnym elementem w pracy Fornalika jest analiza. Dariusz Pasieka, były szkoleniowiec Cracovii zaryzykował taką tezę, że od kiedy w lidze pojawił się program analityczny Prozone, słabe drużyny lepiej grają, o ile trenerzy potrafią z tego programu korzystać.
Nie wiem na ile Fornalik korzysta, ale na pewno dobrze analizuje, przykładów jest kilka, ten najbardziej jaskrawy i najprostszu jest z meczu z Jagiellonią, gdy Jankowski i Piech cały czas czyhali na błąd środkowego obrońcy Gusicia i się doczekali. Ruch, chociaż zagrał słaby mecz, wygrał 1:0.
Kiedyś takim mistrzem analizy był Władysław Żmuda, ten starszy. Wygrał dwa tytuły mistrza Polski i wyeliminował Liverpool z Pucharu Mistrzów. Różnica między nim a Fornalikiem to posłuch w drużynie. Ze Żmudy zawodnicy po cichu się śmiali, co nie zmienia faktu, że go szanowali.
Nie było w Ruchu jakiegoś wielkiego „tworzenia drużyny” poprzez wspólne gry integracyjne i tak dalej. Zdarzało się to dość sporadycznie. Trener mówi dość zwięźle i merytorycznie. Zawodnicy słuchają. Fornalik zdecydowanie ma posłuch, co podkreślają zawodnicy, którzy go znają.
5. Przeciwnicy Fornalika często podkreślają – on ma lepsze niż inni przygotowanie fizyczne, dlatego wygrywa. W kadrze nie będzie miał na to czasu.
I faktycznie jest to prawda, ale trudno traktować to jako zarzut. Gdyby miał gorsze niż inni, znaczyłoby że spartaczył przygotowania. A czy chcemy selekcjonera, który nie potrafi przygotować drużyny klubowej do rozgrywek? Czy taki nie zajedzie drużyny? Do Smudy był zarzut że zajechał. Tu nigdy nie ma gwarancji, choć faktycznie ten absurdalny zarzut zawsze pojawia się w Polsce. Nie dlatego absurdalny, że nieprawdziwy, po prostu absurdalny, bo dlaczego Roy Hodgson nie zajechał drużyny? Albo Prandelli? Albo Loew? Zawsze Polacy „zajeżdżają” drużynę. Ewentualnie Holendrzy w polskich barwach. Dziwne. Może Fornalik, który zna się na przygotowaniach w długim okresie, będzie też dobry w krótkim i drużyny nie zajedzie.
6. Inna sprawa to brak doświadczenia w pracy z wielkimi gwiazdami. I w ogóle brak doświadczenia w dużej piłce. Kilku dziennikarzy ze stacji telewizyjnych mówi, że miał pretensje, że gdzieś czegoś zapomniano mu dodać do listy sukcesów. Tu wychodzi brak obycia z masowymi mediami, raczej kontaktował się z dziennikarzami sportowymi. Selekcjoner takimi rzeczami się nie przejmuje. Przejmuje się robotą. Sam to zresztą kiedyś mówił. Ale też bez przesady, wspomniany Cesare Prandelli, ostatnio mój ulubiony przykład, nie miał super doświadczenia. Owszem, wszedł do Ligi Mistrzów, ale zajął maksymalnie 4. miejsce w lidze. Liczyło się to, że ma wizję. Mam nadzieję, że Fornalik ma wizję. Jeśli któryś z polskich trenerów (poza Lenczykiem) ma ją mieć to chyba jedyny poważny kandydat.

3 komentarze