Archive for Wrzesień, 2012

Tomek, dlaczego tak późno?

6 meczów w The Championship, zaledwie 3 puszczone bramki, najmniej w lidze. W tym jedna po strzale samobójczym a jedna po karnym. 90 procent skuteczności a konkretnie 27 strzałów obronionych z 30 celnych, które oddali rywale. I według fanów pozycja najlepszego bramkarza w lidze. Zdecydowanie. Tomasz Kuszczak powraca na salony. Był na szczycie, ale musiał odejść, a więc wraca dziś z przydrożną trupą, czyli Brighton & Hove Albion.

Zawsze podziwiałem piłkarzy pokroju Kuszczaka, takich, którzy wygrywają siłą woli, nie omijają przeszkód tylko chcą koniecznie przez nie przeskoczyć, albo je zburzyć. Dlatego też szkoda mi jego zmarnowanej kariery. Trochę to jak z tą historią, którą opowiadał George Best. Siedział właśnie na łóżku hotelowym, a obok niego leżała naga miss świata. Boy hotelowy przyniósł najdroższego szampana, a gdy wręczał go, przełamał i zadał nurtujące go pytanie: – Panie Best, kiedy to się wszystko spieprzyło?
A ja tu piszę o zmarnowanej karierze, a przecież mówimy o facecie, który ma na koncie wygraną Ligę Mistrzów, trzy mistrzostwa Anglii, trochę meczów w reprezentacji Polski. patrząc na przeszkody, które miał do pokonania, osiągnął więcej niż mógł chcieć. A jednak jest niedosyt.
Sam Kuszczak na początku swojego pobytu w Manchesterze United mówił, że lepiej zagrać w karierze w pięciu dobrych filmach niż w 30 gniotach. Częściowo przyznaję mu rację. W końcu jednym z moich ulubionych aktorów jest John Cazale, który grał w samych hitach bądź totalnych hitach. A że zazwyczaj role drugoplanowe, to inna historia.
Tomek kilka lat stracił. W swoich komentarzach w gazetach często nawoływałem go do zmiany klubu, ale on sam wierzył, że może znaleźć się na szczycie, że może być nie tylko jakimś bezimiennym szerpą, wysokogórskim tragarzem, ale zdobywcą. Był tam, zdobył kilka szczytów, wyrył swoje nazwisko na kamieniu, ale nie w centralnym miejscu, nie razem z Edwinem Van der Sarem, Ryanem Giggsem, Cristiano Ronaldo, Waynem Rooneyem czy Paulem Scholesem. Myślał, że może być jednym z nich, ale to była tylko ułuda, którą karmił go Sir Alex Ferguson.
Kuszczak jest kolejnym, który myślał, że panuje nad sytuacją. Ale dla Fergusona liczy się zespół, zawodnicy są tylko narzędziami. Pewnie karmił go słodkimi kłamstwami w stylu: „Tomek, dostaniesz swoją szansę”, ale trudno go winić, liczy się dobro zespołu. A faktycznie Ferguson potrzebował dobrego zmiennika, takiego który nie zawali kiedy będzie musiał zagrać, ale też takiego, który nie naruszy zbytnio budżetu. Kuszczak nie musiał o tym wiedzieć, bo najtrudniej ocenić własną sytuację.
Spędził więc w Manchesterze United 5 lat. Najpierw łudził się, że karierę skończy Edwin Van der Sar, a on wskoczy na jego miejsce. Ale Van der Sar był w życiowej formie i nie miał zamiaru odchodzić. Gdy Tomek wchodził do bramki nie trzeba było wstydzić się za jego grę, choć były też takie głosy z angielskiej strony (luźne rozmowy z dziennikarzami), że piłkarze nie czują się z nim pewnie. Ferguson był tego samego zdania, bo zamiast w końcu dać szansę Kuszczakowi, zdecydował się na Davida De Geę. Fani United z perspektywy czasu ocenią pewnie tę decyzję jako słuszną.
Ale Kuszczak łudził się, bo przecież miał na drodze wielu mocnych rywali. Przecież w West Bromwich Albion wygrał rywalizację zChrisem Kirklandem, reprezentantem Anglii. A w ogóle trafił do Anglii, bo w Niemczech w Hercie woleli Christiana Fiedlera. Kuszczak udowodnił im, że byli w wielkim błędzie, że zadecydowali katastrofalnie.
Może więc myślał, że i teraz coś udowodni. A jednak źle zrobił że czekał. Rozumiem, że trudno wyzbyć się pragnienia, ale też nie może być tak, że jeśli wybranka twoje serca wyszła za innego, to będziesz siedział jak pies na wycieraczce i czekał na rozwód. Przecież nigdy nie dowiesz się, że może to nie było to?
Przez ten Manchester United stracił sporo jeśli chodzi o kadrę narodową. Leo Beenhakkerowi wypominaliśmy, że jako numer 2 woli Fabiańskiego niż Kuszczaka, bramkarza Manchesteru United, więc on mówił: „Kuszczak w United? Moim zdaniem tam jest Van der Sar!”. Odpowiadaliśmy na to statystykami – Kuszczak dawał więcej United niż Fabiański Arsenalowi. Tyle, że „Fabian” zawsze miał lepszych protektorów, był ciągnięty za uszy choćby przez Andrzeja Dawidziuka. A poza tym korzystał w myśl powiedzenia, że pokorne ciele dwie matki ssie”. Kuszczak nie był pokorny, zadawał pytania, żądał gry.
– Trenerze, przecież to bramkarza Manchesteru United – zagadnąłem kiedyś Beenhakkera:
– Wiem, mówi mi o tym sześć razy dziennie – odpowiedział Don Leo.

Była to mocna sugestia, że chodzi i marudzi, psuje grupę, obraża się, nie pasuje swoim poczuciem humoru do reszty.
Kuszczak w sumie miał prawo do tego by mówić skąd przyjechał. Naprawdę był bramkarzem Manchesteru United, przez 5 sezonów zagrał dla Czerwonych Diabłów w 61 meczach.
11 razy wystąpił choćby w Lidze Mistrzów, zespół nie przegrał żadnego z nich (7-4-0), a on puścił w nich 8 goli, i aż pięciokrotnie zachowywał czyste konto, a ogólnie – 61 meczów, 46 puszczonych bramek i 26 razy czyste konto. Ponad 42 procent rozegranych meczów kończył z zerem na koncie, moim zdaniem to imponujące osiągnięcie.
Ale w kadrze był tylko numerem 3. Faktycznie pechem był nie Fabiański ale Boruc. Bo Boruc był fenomenalny, był jednym z najlepszych bramkarzy Europy. Ale nawet w tych okolicznościach Kuszczak miał prawo zagrać znacznie więcej niż 10 spotkań. Jego dorobek w kadrze jest mizerny. Lepszy ma Tomasz Zahorski (nie chcę nic mu ujmować, ale on jednak w Manchesterze United nie grał), lepszy ma wielu zawodników, którzy nigdy nie zbliżyli się poziomem do Kuszczaka.
Mniej więcej po drugim jego sezonie w Manchesterze United byłem zdania, że Kuszczak powinien pójść do słabszego klubu pokroju Aston Villa, Everton etc, tam gdzie akurat zwalniało się miejsce.
Ale on siedział i czekał.
Niedawno skończył 30 lat. Może to był dla niego alarm? 30 lat to taki szczególny wiek, pewnie przeciętny człowiek gdzieś w tych okolicach staje się naprawdę dorosły.
Kuszczak poszedł do prowincjonalnego klubu z ambicjami awansu do Premier League i na razie wydaje się to być ruch dobry.
Dziś według czytelników SkySports jest najlepszym piłkarzem The Championship, ma średnią ocen 9,1. Nie jakimś tam najlepszym, ale totalnie najlepszym, górującym nad całą ligą. Najlepsi piłkarze średnią dochodzą do 7,5, co jest doskonałym osiągnięciem. Oczywiście nie jest to żaden wyznacznik, bo przecież świetny skrzydłowy, 20-letni Tom Ince, syn Paula, reprezentanta Anglii i być może też kadrowicz w przyszłości, ma średnią przeciętną (6,8), mimo że jest najskuteczniejszym zawodnikiem ligi i tak jak Kuszczak ciągnie swój zespół. Ma w 6 meczach 6 bramek i 5 asyst. Czasem pewnie głosują ludzie z fan clubów, nawet tych wirtualnych, a jak wiadomo Polacy zawsze są mocni w głosowaniach internetowych i zdołali już niejednokrotnie popsuć zabawę. Tak czy inaczej średnia robi wrażenie (dla porównania Tomasz Cywka ma 6,8, Radek Majewski 6,1, a Sławek Peszko nie ma w ogóle, ale nie mam pojęcia dlaczego).
Wrócił do kadry. W rywalizacji z Przemysławem Tytoniem i Wojciechem Szczęsnym ma szansę. na pewno dużo większą niż w walce z Borucem i Van der Sarem. I co ważne, przed sobą jeszcze 7-8 lat dobrej kariery. Lepiej późno niż wcale.

Tu macie dwa wywiady z Tomkiem Kuszczakiem, wiele rzeczy nieaktualnych, ale kilka ponadczasowych

Reklamy

4 Komentarze

Lyczmański dał alibi Probierzowi

porcja przemyśleń poligowych

Michał Probierz powinien wysłać podziękowania sędziemu Lyczmańskiemu. Ten swoimi nieudolnymi decyzjami dał szkoleniowcowi znakomite usprawiedliwienie fatalnych wyników. Teraz przez jakiś czas nikt nie będzie pamiętał o tym, że tak naprawdę Wisła przegrała również dlatego, że po prostu żałośnie gra w piłkę a o ile się orientuję, to nie arbiter odpowiada za styl zespołu, ale trener.

Faktem jest, że Lyczmański wynik wypaczył i to w sposób rzadko spotykany. Nikt rozsądny nie będzie z tym polemizował. Jak również z tym, że jego decyzje na pewno zmieniły przebieg spotkania, bo „gdyby Pogoń nie strzeliła bramki, to mecz wyglądałby inaczej”. Ale jeśli tak, to też musimy założyć, że grały dwie drużyny na równym poziomie, a nie kandydat do tytułu mistrzowskiego z zespołem broniącym się przed spadkiem. Nie drużyna, w której najgorszej zarabiający zawodnik byłby w czołówce zarabiających tej drugiej. Jeśli tak, to niech będzie – wszystkiemu winien jest sędzia.

Błędy sędziowskie są normą, zwłaszcza w Polsce, gdzie po wielkiej aferze korupcyjnej trzeba było sędziów po prostu wymieniać, na miejsce tych umoczonych wchodzili słabi ludzie z niższych klas, niektórzy awansowali rok po roku, szli w górę, często nie dlatego, że byli tacy dobrzy, ale dlatego że była taka potrzeba, oni byli przyzwoici i w miarę młodzi i ambitni.

Być może akurat Lyczmańskiego ten opis nie dotyczy, bo to arbiter, który od dawna był ciągnięty za uszy, mimo że jest sędzią wyjątkowo słabym. Są też zastrzeżenia co do jego pracowitości. Jego koledzy uważają, że nie wytrzymuje presji i spala się w prostych sytuacjach. Tak jak opis ten nie dotyczy Małka, który przetrwał w lidze, bo nie brał, a nie dlatego że umie sędziować. Tempo Ekstraklasy, jakkolwiek źle by to nie brzmiało, wiele osób po prostu przerasta. Niestety sędziowie potrzebują czasu, choć oczywiście nie mówią o dwóch takich, którzy ukradli punkty.

Zastrzeżenia były też do Gila, moim zdaniem jak najbardziej słuszne, bo ten niezrozumiałymi żółtymi kartkami starał się podreperować swój autorytet i przez to również wpłynął na wynik spotkania. Wiadomo, że są patologie wśród organizacji sędziowskiej, bo ona przez lata działała na zasadzie organizacji przestępczej. I jak najszybciej te patologie, takie jak wyrzucanie z ligi przyzwoitych sędziów, żeby wprowadzić znajomego nieudacznika, trzeba usuwać.

Ale też nie może być tak, żeby to wszystko było okolicznością łagodzącą dla Michała Probierza. Bo czym właściwie różni się on od sędziego Lyczmańskiego? Dlaczego ktoś uważa, że jest większym profesjonalistą? Bo miał sukcesy? Oczywiście, ale sędzia Lyczmański też jakieś miał, w końcu udało mu się zostać nawet sędzią międzynarodowym, choć wiadomo, że po naciskach ze strony PZPN, ale jednak.

Dziś słyszę i czytam, że przez Lyczmańskiego Probierz może stracić pracę. Mam nadzieję, że nie straci, bo po pierwsze nikomu nie życzę utraty pracy, a po drugie szkoleniowiec potrzebuje czasu, żeby wprowadzić pewną ideę, uspokoić atmosferę, odsiać ziarno od plew. Ale to jest jedno. Druga sprawa jest taka, że zespół Probierza w tym sezonie gra poniżej marginesu przyzwoitości.

Nie marudził zbytnio Probierz, że w meczu z Polonią to jego drużynie sędziowie pomagali (konkretnie Gil), tyle tylko że piłkarze pana Michała byli zbyt nieudolni, żeby tę pomoc wykorzystać. Nie płakał też, gdy w poprzednim sezonie dostawali pomoc od sędziego w meczu z Lechią Gdańsk. Wolał powołać się na starą zasadę. Powołuje się na nią wielu trenerów, a brzmi ona: „raz zabiorą, raz oddadzą, tak to działa”. W piątek jemu zabrali, więc wysyłał arbitra do szatni, gdyby jego słowa umieścić w scenariuszu jakiegoś melodramatu, zapewne wiele kobiet płakałoby. Ale jak coś zabierają, to możesz walczyć, a możesz się poddać. Piłkarze Probierza się poddali i nie jest to wina Lyczmańskiego.

O ile Polonia bez „pomocy” Małka wygrałaby z Jagiellonią, nie można tego samego powiedzieć o Wiśle w meczu z Pogonią po decyzjach Lyczmańskiego (zasada dziennikarska mówi, żeby używać zamienników, np. sędzia, arbiter, arbiter skądś tam, jakiś tam, ale uznałem, że Lyczmański zasłużył na to, żeby w negatywnym kontekście padało jego nazwisko. Tak bez końca).

Sytuacja Wisły wygląda dziś tak, że zespół fartownie wygrał z bardzo słabym Bełchatowem, stoczył równą walkę z przeciętnym Podbeskidziem i przegrał z Polonią Warszawa oraz Pogonią. Tylko jeden z tych meczów prowadził Lyczmański. I to nie on doprowadził do tego, że pisano o tym spotkaniu jako o meczu o posadę Probierza.

W dzisiejszym PS jest wykres, z którego jasno wynika – Tegoroczny start jest najgorszym od momentu, gdy Wisłę kupił Bogusław Cupiał.

W poprzedniej rundzie pisałem, że Probierza ocenić można po rundzie jesiennej, bo wiosną nie kontrolował zbytnio tego co działo się w drużynie. Miał jednak czas na wprowadzenie swojego stylu gry.

Z Probierzem rozmawialiśmy krótko po tym jak objął Wisłę.

Fragment wywiadu:

Ma pan w głowie jakąś ideę gry, do której pan dąży?

Michał Probierz: Mam ją w głowie, proszę oglądać mecze. Czy znajdzie pan jakiś wywiad z Mourinho, Fergusonem, Guardiolą, gdzie mówią o swojej idei? Niech panowie oglądają, zobaczycie. Trener nie musi o tym mówić, boisko mówi za trenera.

Ale w przypadku wspomnianego Guardioli styl jest tak charakterystyczny, że on sam nie musi o nim mówić.

Michał Probierz: Chciałbym, żebyście powiedzieli to kiedyś o mnie.

Oczywiście wielu znanych trenerów wydawało swoje książki, w których szczegółowo informowali o stylu, do którego dążą i zasadach, którymi się kierują. A co dziś możemy powiedzieć o stylu Probierza? Grajmy sobie i może ktoś coś indywidualnie zrobi. To chyba tyle. A przecież z linią ofensywną Iljew – Garguła – Melikson – Genkow, mamy prawo liczyć na więcej. Oni powinni tę ligę rozbić w pył. Ale nie rozbijają. Po czterech kolejkach Wisła ma cztery bramki, a na przykład Polonia osiem, mimo że to Polonii sędziowie przeszkadzają na razie dużo bardziej.

Kompletnie zawodzi Melikson, do którego Probierz nie potrafi dotrzeć a to on powinien być motorem napędowym zespołu, podobnie jak Iliew, który jest przecież najlepszym dryblerem w tej lidze. Nie sprawdza się Garguła, który powinien mieć 2-3 kluczowe podania na mecz. Być może to dobry moment, żeby Probierz na chwilę zastanowił się nad swoimi metodami. Dotychczas brał słabych zawodników i coś był w stanie ugrać. Być może starał się tworzyć ich na własne podobieństwo. Sam był piłkarzem słabym, który wygrywał siłą woli i, co tu dużo gadać, chamstwem – a więc wyrywaniem włosów z nóg, złośliwymi faulami, a nawet wbijaniem pinezek, bo piłkarze, którzy przeciw niemu grali mówią, że biegał właśnie z pinezkami. Fuj! Takie metody działają w klubach słabych, bo zawodnik słaby uważa, że wszystkie chwyty są dozwolone, że chodzi tylko o zwycięstwo. Ale tu mamy Wisłę, gdzie liczy się styl i radość z gry.

Pisałem o tych probierzopodobnych piłkarzach trochę we wpisie Liga piłkarzy niechcianych

Probierz, choć sprawia wrażenie opryskliwego aroganta, to jednak jest raczej inteligentnym facetem, dość szybko się uczy. Myślę jednak, że w Wiśle długo się nie pouczy. Bo nie wie jak dotrzeć do ludzi, którzy sami siebie uważają za artystów. Na tej jego edukacji skorzysta być może kolejna drużyna.

Polecam mu jeden z moich ulubionych cytatów z Leo Beenhakkera:

Kilka lat później zdałem sobie sprawę z tego, że czasem byłem bardzo niepewny siebie. Używałem swojej arogancji, by ukryć swą niepewność. Ale wtedy mój świat się zawalił. Całkowicie się pogubiłem. Nie miałem odwagi by wyjść na zewnątrz, bo po prostu bardzo się wstydziłem. Później człowiek się otrząsa i zdaje sobie sprawę, że popełnił kluczowe błędy. Wtedy po raz pierwszy zacząłem dokonywać analiz swojego zachowania i doszedłem do wniosku, że jestem wielkim palantem.

PS. Prośba do redakcji sportowej Canal Plus, aby zwróciła uwagę jednemu ze swoich prezenterów, Cezaremu Olbrychtowi, którego zachowanie jest zwyczajnie nieuczciwe. Dobry obyczaj nakazuje podawanie źródeł informacji. Pan Olbrycht ma tę wyjątkowo brzydką manierę, że bierze sobie bez zażenowania cudze informacje i podaje albo jako własne, albo jako takie, że „gdzieś przeczytał”, jak to miało miejsce przed meczem Pogoni z Wisłą (sprawa dotyczyła zapowiedzi meczu przez Radosława Janukiewicza). Czyta to wszystko w konkretnych miejscach, mnie takie zachowanie irytuje, bo bardzo często jest to Przegląd Sportowy. Wszystko można sprawdzić używając google. W ten sposób pan komentator wozi się na plecach prawdziwych dziennikarzy, którzy wykonują konkretną pracę. Po prostu sobie cudzą pracę przywłaszcza i jeszcze bierze za to wynagrodzenie. Słabo.

11 Komentarzy

Zmiany w kadrze zacznijmy od powrotu Peszki

Dobrze, że mamy 4 punkty w dwóch meczach, ale z taką grą daleko nie zajedziemy. Jeśli selekcjoner nie zmieni spojrzenia na kadrę narodową i nie zrezygnuje ze swojego prymitywnego i anachronicznego ustawienia 4-4-2 z dwoma defensywnymi pomocnikami (które sprawdza się w destrukcyjnej polskiej lidze pełnej Grzegorzów Baranów ale nie na poziomie europejskiego futbolu), szybko zejdziemy do poziomu pariasów współczesnego futbolu i zaczniemy cieszyć się z każdego punktu. Na szczęście znany jest z tego, że potrafi analizować i wyciągać odpowiednie wnioski. Oby szybko.
Inna sprawa, że w tym meczu ze słabym rywalem było widać kilka dobrych zmian.
Mecz z Mołdawią był idealną okazją, żeby ustrzelić trochę bramek, ale też popracować nad stylem. Początkowo wyglądało to dobrze, szybkie wymiany podań głównie za sprawą gry Adriana Mierzejewskiego, który na szczęście wyszedł w końcu w podstawowym składzie. Tyle tylko, że dość szybko wszedł chaos – znak rozpoznawczy naszej drużyny. Zanim jednak nadszedł, mieliśmy właśnie grę Mierzejewskiego, nieznaczną zmianę roli Błaszczykowskiego i dobre wykorzystanie Piszczka. Ten ostatni zagrał chyba swój najlepszy mecz w kadrze od kiedy pamiętam. W drugiej połowie też były dobre momenty. Błaszczykowski częściej schodziło do środka, gdzie rozgrywał z Mierzejewskim a Piszczek miał miejsce na skrzydle. Właśnie w meczu z kelnerami z Mołdawii najlepiej taki system wypróbować, a potem utrzymać.
To by było na tyle, niestety te dobre sytuacje, które właśnie wymieniłem, to był margines. Widać było po tym meczu, że nie jesteśmy jeszcze na poziomie San Marino, ale też nie idziemy w górę, choć mamy ku temu personalne możliwości.
I niech nie rozśmieszają mnie wszyscy co, którzy mówią, że nie ma kelnerów, z którymi wygrywa się 5:0 na zawołanie. Bo nie do tego zmierzam. Dlatego tez nerwowo zareagowałem na tłumaczenia Jakuba Wawrzyniaka w prasie, który mówił, że Holandia wygrała z Mołdawią dwukrotnie tylko 1:0. Tyle, że Holandia nawet przez chwilę nie toczyła z Mołdawią wyrównanej walki. Zresztą takim zespołom jak Mołdawia zdarza się stawić opór komuś bardziej utytułowanemu, ale dlaczego zawsze tymi frajerami mamy być my. A mi właśnie nie chodzi o wynik, chodzi o to, żeby umieć grać w piłkę. Wszystkie pozytywy jakie wymieniłem zdarzały się sporadycznie. Chodzi więc o to, żeby mieć przewagę, utrzymywać się przy piłce, tworzyć akcje, wymieniać się podaniami, oddać 15-30 strzałów na bramkę rywala, w większości celnych. Tak, właśnie tyle, bo graliśmy z zespołem, którego gwiazdą jest rezerwowy piłkarz polskiego pierwszoligowca. Nie chodzi o to czy jest 2:0 czy 5:0, chodzi o grę.
Ludzie widzą tę żałość i wciąż odwracają się od tej drużyny. A przecież na mecz z Belgią decydujący o awansie do EURO 2008 było 250 tysięcy chętnych.
Myślę, że sporo powinno dać do myślenia Fornalikowi to, że dotychczas zawsze gdy wystawiał Mierzejewskiego w środku pomocy, gra wyglądała lepiej. Fornalik forsuje swoje ustawienie z dwoma defensywnymi pomocnikami, ale póki jednym z nich jest Ariel Borysiuk, gramy w dziesiątkę. A że był na boisku jeszcze Saganowski, to graliśmy w dziewiątkę. Zaraz okaże się więc, że to nie taki zły wynik.
Chodzi mi jednak o to, że dziś Polska ma kilku dobrych ofensywnie grających pomocników i jest to atut, który warto wykorzystywać. Moje idealne ustawienie jest z jednym defensywnym pomocnikiem, którym jest Eugen Polański, i dwoma ofensywnie grającymi wybranymi spośród trzech: Adrian Mierzejewski, Ludovic Obraniak, Rafał Wolski. W związku z tym, że z dwóch ostatnich nie da się skorzystać, to powinno się zastosować jakiś wariant zastępczy.
Wiadomo, że na jednym skrzydle gra Błaszczykowski, a na drugim musi grać Peszko. Wszystkie poszukiwania lewoskrzydłowego przez Fornalika zakończyły się katastrofą. Ani Rybus ani Grosicki nie są zawodnikami klasy Peszki, wystawianie na jego pozycji Soboty to byłby marny dowcip. Sobota zaliczył z Mołdawią kilka dobrych rajdów, ale niemal wszystkie kończyły się wraz z napotkaniem pierwszej przeszkody. Od kiedy Peszki nie ma w kadrze nie mamy lewej pomocy. Piłkarz Wolverhampton jest dobrym zawodnikiem na poziomie The Championship, idealnym do szybkiego ataku, czy kontry. Upominam się o niego, gdyż wyrzucenie tak dobrego zawodnika, to jeden z najcięższych grzechów Franciszka Smudy.
Chłopak zasługuje na szansę, w kadrze grają ludzie ze znacznie cięższymi przewinieniami niż wyrwanie taksometru i wylądowanie na izbie wytrzeźwień. Sporo osób krytykuje go za zapędy autodestrukcyjne, pociąg do alkoholu, zabawy. Bądźmy jednak poważni, to zupełnie normalne wśród piłkarzy, po prostu nie wszyscy dali się jeszcze złapać. Nie istnieje zasada według której piłkarze wybitni czy bardzo dobrzy mieli dobre stopnie w szkole. Piłkarze dobrzy są różni – są pijakami, są porządni, mają rodziny, są kawalerami. Nikt nie wymyślił jeszcze perfekcyjnego przepisu na to jak ma wyglądać dobry piłkarz poza boiskiem.
Wykorzystanie większej ilości kreatywnych lub szybkich (jak Peszko i Błaszczykowski) piłkarzy zupełnie zmieni oblicze kadry. Przykład jest prosty – z Estonią graliśmy połowę z dwoma defensywnymi pomocnikami i była to najbardziej żałosna połowa od lat. Styl Ruchu Chorzów nie przyjął się w kadrze. Gdy wchodzi na boisko Mierzejewski gra idzie do przodu. Gdy jest razem z Obraniakiem, zupełnie zmienia się rola Błaszczykowskiego, który może być wtedy znacznie lepiej wykorzystany.
Wracam do tematu naszego kapitana, bo Jerzy Brzęczek, wujek zawodnika i były reprezentant Polski mówi w rozmowie z Onetem: „Bez względu na to, co piszą media, Kuba zawsze w reprezentacji daje z siebie wszystko. Niektórzy może docenią go dopiero za kilkanaście lat, gdy zabraknie w reprezentacji takiego piłkarza – ostrzega były kapitan reprezentacji.”
Rozumiem, że Brzęczek broni swojego siostrzeńca, tyle tylko że robi to bez głowy i niemerytorycznie. Nikt nigdy nie zarzucił Błaszczykowskiemu, że jest słabym piłkarzem, albo że nie poświęca się w spotkaniu reprezentacji. Zarzut dotyczy bardziej wykorzystania go jako zawodnika i jego pozycji w zespole. Drużyna, którą zarządzał będzie koń pociągowy zawsze będzie przeciętna. Koń pociągowy świetnie prowadzi zaprzęg, ale ktoś, również na boisku, musi używać bata. Problem naszej kadry polega na tym, że koń pociągowy chce być woźnicą a trener mu na to pozwala. I pozwala mu się wypowiadać i krytykować kolegę. Wczoraj dowiedziałem się od Bońka i Koseckiego, że jako kapitan miał prawo zabrać głos. Ok, miał, tyle tylko że kolega z Faktu obejrzał spotkanie trzy razy (tak! są tacy fanatycy!) i wyliczył, że do czasu czerwonej kartki Obraniak brał udział we wszystkich groźnych akcjach Polaków, a Błaszczykowski w żadnej. Maczał za to paluchy w obu straconych przez nas bramkach). Wiem jednak, że wykorzystany odpowiednio może być największą gwiazdą tej drużyny, strzelać bramki nie tylko z karnych i zamiast strat zaliczać pełno asyst.
Dlatego mając kilku kreatywnych zawodników, będziemy w stanie wykorzystać idealnie konie pociągowe, mam nadzieję, że Fornalik na to wpadnie.
Ten dwumecz był dla Fornalika też lekcją „international level”.
Pierwsza sprawa to poziom Marka Saganowskiego. Mówienie dziś o tym, że prezentuje życiową formę to nieporozumienie. Nie będę się rozwodził, bo nie zrobiłem tego przed meczem. Podzielę jedynie jego mecze na te z trudniejszymi przeciwnikami i łatwiejszymi. Celowo mówię o trudniejszych a nie o trudnych, gdyż trudnych faktycznie nie miał.
Trudniejsi:
Rosenborg Trondheim, SV Ried
Bilans: 4 mecze – 1 bramka, 0 asyst
Łatwiejsi:
OKS Brzesko, Metalurg Lipawa, Korona Kielce, GKS Bełchatów, Podbeskidzie
Bilans: 6 meczów, 4 bramki, 3 asysty, w tym 3 bramki z Lipawą
Nie wiem do której grupy zaliczyć Mołdawię, w każdym razie 1,0,0
Nie byłem żadnym wielkim przeciwnikiem jego gry z Mołdawią. Grał w 34 meczach kadry, strzelał Azerbejdżanowi, Wyspom Owczym, San Marino a nawet Irlandii Północnej, to na pewno nada się i na Mołdawię. Tym bardziej, że to piłkarz, który robi świetną atmosferę w drużynie. Tak mówił o nim Leo Beenhakker. Akurat na Mołdawię się nie nadał. Na Anglię chyba też nie. I chyba już w ogóle nie.
Wiadomo też, że zupełnym nieporozumieniem było postawienie na Ariela Borysiuka. Rozumiałem, że trener liczył na niego w Czarnogórze, że powalczy z ostrymi rywalami. Ale się przeliczył. Borysiuk może kiedyś będzie dobrym piłkarzem, niech trochę na razie złapie zachodu.
Czasami widzisz gołym okiem kto ma papiery, żeby być na tym słynnym international level, a kto musi popracować.
Gołym okiem widać, że na przykład Michał Żyro czy Rafał Wolski mają papiery, a na przykład Waldek Sobota musi popracować. Podobnie jak Jakub Wawrzyniak, ale niestety nie mamy nikogo na razie na jego pozycję, więc grać musi. Zresztą czuję, że ta linia defensywna sprawi nam sporo problemów. Z trio Wasilewski – Glik – Wawrzyniak, w miarę pewnym jest tylko ten pierwszy. Zobaczycie to gdy zagramy z kimś poważnym i Fornalik będzie potem szukał w pośpiechu rozwiązania (osobiście stawiam na telefon do rumuńskiego Vaslui)
Oczywiście nie jestem za tym, żeby ciągle narzekać. W związku z tym, że sytuacja jest gorąca, sądzę że sprawa wyjściowego składu ukształtuje się po 5,6 kolejce, kiedy wciąż będziemy mieli realne szanse na awans, mimo żenującego kalendarza, który sprezentowali nam Grzegorz Lato i Franz Smuda (wtajemniczeni mówią, że też pan Zdzisiek i to nie ten z kotłowni). Wygląda na to, że o dwa miejsca rywalizuje cztery drużyny bardzo zbliżone poziomem, albo co najmniej potencjałem.

4 Komentarze

Problem to Błaszczykowski nie Obraniak

Obawiam się, że sprawa z Ludovicem Obraniakiem może być początkiem jego końca w kadrze. Jeden z moich kolegów z gazety powiedział interesującą rzecz: „Jeśli będziemy mieli tych kilka punktów, 5 lub 7, to piłkarze zdołają przekonać Fornalika, że zespół jest i Obraniak nie jest w nim potrzebny”. Obawiam się o to, bo mam wrażenie, że Francuz z polskim obywatelstwem został wbrew sobie wciągnięty w sieć bezsensownych konfliktów.
Sam oczywiście byłem przeciw tak zwanym farbowanym lisom, ale skoro ich wzięliśmy, to trzeba tę decyzję uszanować. Tak, oczywiście, naprawiać błędy, ale nie kosztem żywych ludzi. Powoływać więc najlepszych, którzy są. Inne postępowanie wobec ludzi byłoby po prostu draństwem, wyrzuceniem zabawki do śmieci, a my stalibyśmy się krajem niższej cywilizacji. Dlatego nawoływanie do stworzenia kadry jedynie polskiej uważam za niepoważne i prymitywne. Musimy ponosić konsekwencje czynów poprzedników, ale też swoich czynów, bo przecież wybraliśmy Smudę na selekcjonera. Obraniak na pewno należy do najlepszych polskich piłkarzy i musi być dalej częścią tej drużyny.
Nie stać nas na odrzucenie zawodnika, który jest czołową postacią dobrego francuskiego klubu. Należy go w odpowiedni sposób wykorzystać.
Jest wiele sposobów na wkomponowanie zawodnika do grupy, każdy trener ma w zanadrzu kilka. Ale do tego trzeba dyskusji i otwartych rozmówców.
Myślę, że Obraniak nie czuje się w tej drużynie dobrze, ale nie jest to jego wina. Ludo jest człowiekiem niezwykle sympatycznym, z tego co wiem jest bezkonfliktowy, pozytywny. Problemem jest czy tacy są również ci, którzy go atakują. Mam tu wątpliwości. Chodzi mi głównie o Roberta Lewandowskiego i Kubę Błaszczykowskiego – zwłaszcza tego drugiego, którego poziom zakochania w samym sobie osiągnął apogeum. I z tego co widać, jest to uczucie odwzajemnione.
Nie zdziwiłbym się, gdyby Kuba stał teraz przed lustrem i przekonywał się, że ten przystojniak po drugiej stronie ma rację.
Z jednej strony mamy niewiarygodne szczęście, że są tacy zawodnicy w kadrze. To dziś czołowi piłkarze Bundesligi, długo taka sytuacja może się nie powtórzyć. Z drugiej jest to o tyle problem, że są oni w związku z tym naturalnymi przywódcami grupy. A czy są do tej roli przygotowani? Krótka odpowiedź: Nie.
Problem dotyczy zwłaszcza Błaszczykowskiego, który ani nie jest typem lidera, ani przede wszystkim nie jest zawodnikiem grającym dla drużyny. Błaszczykowski gra dla siebie i dla własnej chwały. Wystarczy porównać dokonania tego zawodnika z Borussii i z reprezentacji. Sam mówi, że miał udział w jedenastu z dwudziestu bramek dla kadry w ostatnim czasie. Tyle, że głównie były to bramki w meczach ze słabymi zespołami, z kopaczami się w czoło. Poza Koreą i Rosją. Większość rywali szybko rozgryza naszą taktykę – -przyblokuj Błaszczkowskiego i nie ma Polski.
Taka taktyka skazuje nas na wieczne mecze o Puchar wójta Garwolina pomiędzy Zrywem Sobolewm a Promnikiem Łaskarzew. Tak, na takim poziomie stał mecz z Czarnogórą. Emocjonujący radosny futbol bez odrobiny organizacji po żadnej ze stron. Bez przygotowanych wytrenowanych akcji.
Nie ma sensu ich trenować, bo Błaszczykowski i tak zrobi swoje i dostanie dobrą notę od Bońka. Czego więcej trzeba?
Działa to na prostej zasadzie – Błaszczykowski bierze piłkę, przedziera się przez dwóch, trzech, czterech obrońców i podaje albo strzela. Wpadnie albo nie. Nie jest zdolny do szybkich wymian podań, chyba, że z kimś kto akurat jest obok i to na zasadzie „podaję ci, ale ty mi oddaj”. Jest to ogromny problem drużyny, bo gdy Błaszczykowski ma piłkę, nie ma sensu wychodzić do przodu. I tak wiadomo, że większość zawodników zostanie zdegradowanych do roli widza.
Żeby to zrozumieć, trzeba być człowiekiem otwartym i piłkarzem inteligentnym. Moim zdaniem Błaszczykowski nie jest jako człowiek otwarty i nie jest jako zawodnik inteligentny.
O pierwszy świadczy choćby absurdalna awantura z dziennikarzem o to czy powiedział, że chce być kapitanem. Pewnie pamiętacie, że upierał się iż nigdy tak nie powiedział. Oczywiście na nagraniu było widać, że jednak powiedział. Co ciekawe, na tym sprawa się nie skończyła. Wieczorem Błaszczykowski i dziennikarz Tomasz Włodarczyk spotkali się, ten drugi puścił mu taśmę. Sytuacja była jednoznaczna. Błaszczykowski powiedział, że chce być kapitanem.
Potem słyszałem, jak w Tallinnie tłumaczył dziennikarzowi Faktu, że on to oglądał i wcale tak nie powiedział. Trudno wymyślić jakiś wyraz na postawę Błaszczykowskiego. Sam miałem z nim taką sytuację. Robiłem z nim rozmowę przed EURO 2008. Gdy spotkałem go ponownie dzień później był wkurzony: „Czemu napisałeś, że ja powiedziałem, że wygramy to EURO?”. Trochę się zdziwiłem, choć nie pamiętałem dokładnie przebiegu rozmowy.
Okazało się, że rozmowę robiłem ja, a potem kolega z innej gazety. I to u niego był ten wątek. Powiedziałem więc Błaszczykowskiemu: „W moim tekście nie ma takiego zdania, mam gazetę przy sobie”. Na co on odpowiedział: „Nie chcę tego oglądać, wiem, że to napisałeś”.
Mamy do czynienia z człowiekiem, który nie umie przyznać się do błędu, jest bezgranicznie przekonany o swojej racji, nie dokonuje autoanalizy. Gdyby był to Johan Cruyff, wielki myśliciel futbolu, Polska mogłaby zrobić wielki krok do przodu. Ale w związku z tym, że mamy do czynienia z klasycznym koniem pociągowym, jest to dla naszego zespołu wielkim ciężarem. To dlatego, że zawodnik takiej klasy w drużynie grać musi.
Pracą Waldemara Fornalika powinno być znalezieniem dla niego odpowiedniego miejsca na boisku i odpowiedniej roli w drużynie. Wątpię, żeby to się udało. Dlatego przez Kubę Błaszczykowskiego nigdy nie przekroczymy pewnego progu, zawsze będziemy kadra przeciętną. Może od czasu do czasu wywalczymy awans do jakiejś imprezy, ale nigdy na niej nic nie zdziałamy.
Jest to prosta zasada gry drużynowej według Phila Jacksona. Tłumaczyłem to we wpisie o przegranym EURO 2012, więc nie chcę się powtarzać. W skrócie chodzi o to, że mając zdecydowanego lidera, który nie uznaje kolegów z drużyny, zespół nie zdobędzie trofeów. We współczesnym futbolu trofea zdobywa tylko i wyłącznie zgrana grupa ludzi.
Jestem za to pewien, że Robert Lewandowski jest zdolny do poświęcenia dla drużyny. Mam nadzieję, że Cezary Kucharski jako jego menedżer i człowiek mający na niego duży wpływ, jest w stanie mu to wytłumaczyć. Błaszczykowskiemu nikt nic nie wytłumaczy. Co zrobiłbym na miejscu Waldemara Fornalika? Postawiłbym ultimatum – „my way or highway”. Albo jesteś członkiem drużyny, albo przygotowuj się do kolejnych Igrzysk Olimpijskich, jest wiele sportów indywidualnych. Oczywiście powodzenia, bez złośliwości.

14 Komentarzy

Liga piłkarzy niechcianych

Kilka przemyśleń po weekendzie ligowym

Polonia miała spaść a wygląda na to, że powalczy o puchary. Mam nadzieję, bo rzadko w Polsce trafiają się zespoły grające tak efektownie i szybko. A przecież Polonia miała przeciwników dość trudnych, a więc wygrane należy tym bardziej docenić.
Podoba mi się wizja Piotra Stokowca, który z tyłu postawił na kilku wyjadaczy, ale z przodu dał szansę młodzieży, bo jak wiadomo młodość to szybkość (przynajmniej w tym przypadku), fantazja i brak kalkulacji. Świetny jest Pazio, jeszcze kilka kolejek na tym poziomie i dziennikarze będą wzywali aby dostał szansę w kadrze. Akurat na swojej pozycji nie ma wielkiej konkurencji. W końcu strzela Teodorczyk, co daje mi satysfakcję, bo kiedyś w PS popełniłem artykuł, w którym napisałem, że ten chłopak ma przyszłość. Nawet jeśli nie jest to król techniki, to jednak świetnie znajduje się w dobrej sytuacji. No i przede wszystkim jest Wszołek.
Miałem nadzieję, że zobaczę go w kadrze narodowej, bo nie ma przypadku w tym, że tak gra. Znajomi, którzy piszą o Polonii, mówili od dawna o tym, że to będzie gwiazda ligi. Niestety na razie selekcjoner woli Waldka Sobotę. Ale na Wszołka przyjdzie jeszcze czas – na razie 3 mecze ligowe, 2 bramki i 3 asysty to fantastyczny wynik nie tylko jak na tak młodego chłopaka, zobaczymy jak długo pociągnie. Na razie znakomicie ciągnie ofensywę, jej jej prawdziwym liderem. Polonia zaczęła jednak z takim przytupem, że trudno przewidywać, czy to się długo utrzyma, szczególnie w naszej destrukcyjnej lidze.
Cieszę się, że właściciel klubu zaufał Piotrkowi Stokowcowi, bo to jeden z bardziej łebskich ludzi w polskiej piłce, takich w niej potrzeba, inteligentnych z doświadczeniem zawodniczym. Może nie był wielkim piłkarzem, ale był przyzwoitym i wyrazistym ligowcem. W końcu każdy rudy jest przynajmniej wyrazisty.
Kiedy jeszcze pracowałem w Fakcie i sporo jeździłem za Polonią, podszedłem do niego i poprosiłem o rozmowę.
– Sorry, ale nie rozmawiam z wami – odpowiedział.
– O co znowu chodzi? – zapytałem zdegustowany, bo przecież wielu piłkarzy w tym okresie z Faktem nie rozmawiało, i zazwyczaj nie umieli podać powodu. Ale Stokiego nie podejrzewałem o to, że wpadł łatwo w „prąd” wytwarzany przez grupę.
– Słuchaj, nie rozmawiam z wami dopóki nie wyjaśnicie sprawy tego UFO ze strony 8 – odpowiedział.
Zabawne? Nawet, nawet.
Innym razem w Kielcach z Koroną stał z jakimiś podejrzanymi typami pod szatnią.
– To koledzy z podwórka – zareklamował.
– Kibice w Kielcach ostro cię potraktowali, gwizdali gdy byłeś przy piłce… – zagadałem.
– Słuchaj, na Łazienkowskiej 10 tysięcy kibiców krzyczało „rudy chuj”. Czy myślisz, że będę się przejmował jakimiś wieśniakami? – odpowiedział.
Żeby było jasne, Piotrek pochodzi z Kielc.
Powodzenia!
W Wiśle widziałem jednak nadzieję. Nazywa się Michał Szewczyk, świetnie operuje piłką, ma bardzo szybki zwód, a asysta którą zaliczył była fantastyczna. Fajnie, że Probierz nie bał się dać mu szansy, bo chłopak pokazał, że nie boi się presji i jest pewny swoich umiejętności. Nie pozbywał się błyskawicznie piłki, tylko zaczynał swój taniec. Oby nie skończyło się jak w przypadku Dzalamidze, czyli szybki skok i dłuuuuugie opadanie. Mam jednak wrażenie, że Szewczyk jeszcze z obrońcami w lidze potańczy.
Zastanawiam się po tym początku lig, czy Michał Probierz to nie jest trener z gatunku tych, co to zrobią cuda z małymi zespołami, w których liczy się rąbanka. A więc trener z przyzwoitym warsztatem i mocną osobowością przychodzi, tu krzyknie, tam zrzuci coś na ziemię, zbije dzbanek z wodą, rzuci bidonem w rezerwowego, odstawi gwiazdę do rezerwy, zmotywuje piłkarzy, nie przegra pięciu kolejnych meczów i zrobi jednosezonową czy nawet jednorundową drużynę. A potem przyjdzie kolejny i go pokona. A potem kolejny…
Wiadomo, polska Ekstraklasa, wypada zachować wstrzemięźliwość z ocenami. Jeszcze w tamtej rundzie sam pisałem w „PS”, że dwie drużyny mają swój styl w tej lidze – Korona i Ruch. Korona jest dziś żałosna, mimo że się wzmocniła. Leszek Ojrzyński ma papiery na to, żeby być naprawdę dobrym trenerem, ale na razie ma problem z drużyną. Nie chodzi o wyniki, ale o styl. Gdzie ten pressing, gdzie ten szybki atak?
Może to działa na zasadzie – wszyscy mówią, że jesteśmy słabi, więc im udowodnimy. Przykładowo Robert Kasperczyk, trener Podbeskidzia, powiedział, że jego zespół składa się z zawodników niechcianych, którzy mają coś do udowodnienia. U nas wygląda to trochę tak, że większość zawodników jest niechcianych, bo większość piłkarzy jest totalnie przeciętnych.
A więc bierzesz zespół, składasz go z zawodników niechcianych, oni coś udowadniają przez rok albo dwa, a potem się wypalają, ty ich nie chcesz i oddajesz do drużyny X. Skoro znowu są niechciani, to znowu mają motywację. Jeśli więc trafi się trener, który niechcianemu zawodnikowi wmówi, że jest chciany, to ten piłkarz może coś udowodnić na krótką metę, stać na na zryw.
Przeanalizujcie sobie składy drużyn, 80 procent to zawodnicy niechciani. Ostatnio furorę w Widzewie robi niechciany w Śląsku przez Oresta Lenczyka Sebastian Dudek. Pan kopacz, którego Lenczyk uczynił panem piłkarzem teraz mówi, że Lenczyk nie jest trenerem. I nawet na razie jest w stanie coś udowadniać. Lenczyk nie ma czego udowadniać, wicemistrzostwo i mistrzostwo Polski z przeciętnym zespołem to wyczyn historyczny, ale pan trener został pożegnany bez należnych mu honorów. Właśnie historia oceni jego i piłkarzy.
A skoro mowa o Lenczyku i Śląsku, ciekaw jestem kiedy piłkarze znowu staną się kopaczami. Może już nimi są. Widzieliście dziś końcówkę meczu i strzał Piotra „Niechcianego w Wiśle” Ćwielonga?
Ciekawe czy zmotywuje niechcianych piłkarzy Śląska nowy szkoleniowiec Stanislav Levy, który ostatnio zdobył tytuł mistrza Albanii z zespołem Skënderbeu Korçë, a więc tak nieznanym, że jego nazwa nie ma tu znaczenia. Równie dobrze mógłby nowy trener przychodzić w glorii mistrza Mongolii. Założę się, że po sezonie większość piłkarzy, która nie chciała Lenczyka, stanie się piłkarzami niechcianymi.
Mecz z Ruchem miał być hitem – mistrz z wicemistrzem, a był żenujący, końcówka, już po karnym przypominała mecz z Monty Pythona.
Wspomniałem o Waldku Sobocie, więc jeszcze na chwilę wrócę do kadry, która jedzie na mecz z Czarnogórą: Gdzie jest mój ulubiony jeździec bez głowy Sławek Peszko? Selekcjoner popełnia moim zdaniem poważny błąd pomijając tego zawodnika. Skrzydłowy Wolverhampton udowadnia to – statystyka: 4 mecze ligowe, jeden pucharowy i w sumie 3 asysty oraz całkiem przyzwoita gra. Peszko jest piłkarzem bardzo szybkim, mającym ciąg na bramkę, potrafiącym szybko wymienić się piłką i świetnie rozumiejącym się z Robertem Lewandowskim. Idealny facet do szybkiego ataku, co wiedzieli w Niemczech i w Anglii, a czego nie wiedzą w Polsce.
Podam przykład statystyczny. Ktoś powie, że nadużywam statystyki. Otóż nie zgodzę się. Gdyby różnica była nieznaczna, nie byłoby sensu jej używać. Waldemar Sobota w sezonie mistrzowskim Śląska miał 2 bramki i 2 asysty. Sławek Peszko dwa lata wcześniej w sezonie mistrzowskim Lecha (Peszko jest dwa lata starszy), miał 8 bramek i 14 asyst.
Pojechał do Niemiec i do Anglii gdzie są z niego zadowoleni (poza połówką sezonu w Niemczech, ale kryzysy dopadają każdego w każdej robocie). Waldek Sobota nie zagra nigdy na tym poziomie. Doceniam tego miłego ligowca, lubię patrzeć na jego dynamiczne zwody, ale każdy ma swój próg możliwości.

3 Komentarze

Europa dwóch szybkości

Osiągnęliśmy punkt krytyczny, spadliśmy do piłkarskiej IV ligi europejskiej. Piękna gra młodych chłopaków z warszawskiej Polonii na chwilę pozwoliła wpaść w zapomnienie. Ale wróćmy na ziemię. Na EURO 2012 jedna z największych klęsk w historii polskiej piłki, teraz nasze zespoły odpadły z totalnymi słabeuszami lub przeciętniakami. Nie tyle odpadły, co w większości dostały brutalny łomot. Tym razem nie ma tu bezpośredniej winy PZPN-u, ale to wszystko współgra idealnie z buraczano-żulerskim wizerunkiem, który wypracowało sobie kierownictwo związku. Jesteśmy więc na dnie. I co teraz?
Teraz należy iść drogą Legii, tej samej, która przegrała z Rosenborgiem. Zmiany dokonują się w klubach, związek może je tylko przyspieszyć i pewne rzeczy nakazać, tak jak to odbyło się w Niemczech – nie masz Akademii i nie realizujesz programu w pewnych ramach, nie dostajesz licencji. Oczywiście Legia jest produktem niekompletnym, ale klub z Łazienkowskiej jako jedyny w Polsce idzie w dobrą stronę. Jestem przekonany, że dzięki Akademii za 5-10 lat w Warszawie będzie zespół na miarę przyzwoitego występu w Lidze Mistrzów. Należy więc nakazać klubom tworzeni Akademii piłkarskich (alternatywa to występy w II lidze, gdzie zamiast Akademii wystarczy ileś roczników), inwestowanie w młodych piłkarzy, w rozwój talentów.
Ale mówię tylko o Akademii bo na zespół seniorów trochę szkoda słów. Jest to jednak wina błędnej polityki transferowej.
Nigdy nie zrozumiem w jakim celu ktoś zapewnił Michałowi Żewłakowowi kontrakt na poziomie 100 tysięcy złotych (z bonusami więcej). Żewłakow jest dziś piłkarzem na ligę polską i to tyle. Jest człapakiem. A zawodnik na polską ligę nie zasługuje na takie pieniądze. A że człapakiem jest też Inaki Astiz, to mamy gotowy problem. Z dwoma wolnymi środkowymi obrońcami nie można wygrać meczu na średnim europejskim poziomie.
Przypomina mi się wywiad z Marcelo Lippim w książce o taktyce we włoskiej piłce, który mówił: „Podstawa to dwóch silnych, szybkich środkowych obrońców z dobrym wyskokiem”.
Facet, który robił wywiad (Alessandro Zauli) zapytał: „A jak pan postępował, jeśli miał
wolnych środkowych obrońców”. Lippi: „Nigdy nie miałem wolnych środkowych obrońców”.
Niedawno rozmawiałem z naszym naprawdę cenionym ligowym trenerem, który utrzymywał, że Żewłakow powinien wrócić do kadry, bo Perquis jest niepewny i ma problem z wyprowadzaniem piłki. Zapytałem o szybkość Żewłakowa. „No, ale on się świetnie ustawia”. Złapałem się za głowę.
Perquis to szybki i silny zawodnik, a Żewłakow tylko się ustawia.
Historia zakończyła się tak, że Perquis poszedł do Realu Betis Sevilla.
Nie jestem żadnym wielkim przeciwnikiem Żewłakowa, po prostu powinniśmy spojrzeć z zewnątrz. Był przyzwoity, ale już nie jest. Smuda miał rację pozbywając się go, jednak zrobił to go niegodnie, wręcz obrzydliwie i nie potrafił tego wyjaśnić (cóż, dziś na posiedzeniu PZPN potraktowano jego jak kawałek gówna. A przecież czasem trzeba zagryźć zęby, zaprosić człowieka na dobrą kolację i wręczyć elegancki prezent na pożegnanie). Podaję Żewłakowa jako przykład ignorancji ludzi rządzących polskimi klubami, braku znajomości futbolu międzynarodowego, bo przecież takich klubów jak Legia nie buduje się na ligę, ale na Ligę Europy.
W budowie Legii, która powinna być mistrzem z przewagą 10-15 punktów nad drugim zespołem, nastąpił błąd, który na przyszłość można skorygować.
Żewłakow kiedyś był niezły, to wszystko, ale w czasach deficytu na polskim rynku środkowych obrońców. Dziś świat poszedł do przodu a on odcina kupony i straszy setką na koncie w kadrze. Bo choć doceniam jego osiągnięcia, to w czołowym klubie w dobrej zachodniej ten piłkarz nigdy nie miał prawa się przebić (czasami są tacy jak Badstuber, którzy nie mają prawa, a jednak się przebijają). Właśnie ze względu na szybkość. Na ostatnich mistrzostwach świata zdarzało się w poszczególnych spotkaniach, że najszybszym zawodnikiem w drużynie niemieckiej był Per Mertesacker, który w sprincie osiągał 27 km/h. To granica nieosiągalna dla większości naszych napastników.
Dlaczego uparłem się na szybkość? Bo to dziś podstawa. Szybkość reakcji, rozgrywania, biegu. Wiadomo, że można mieć piłkarzy wolnych, przecież Pirlo jest wolny, tyle że genialny, a wspomniany Lippi miewał wolnych, ale silnych napastników jak Vialli czy Ravanelli. Wolni są Lewandowski i Gomez i jakoś sobie radzą, wolny jest Xavi. Tyle, że mówimy o piłkarzach
wybitnych lub wybitnych w pewnym środowisku (Gomez, Lewandowski), którzy mają inne walory. Na 11 piłkarzy 7-9 piłkarzy musi być szybkich albo bardzo szybkich. Przykład Borussii Dortmund. Na pytanie jak wypatrzyli Łukasza Piszczka, Joachim Watzke, szef klubu odpowiedział, że zaimponowała im jego szybkość. Piszczek ma znakomite pierwsze 30 metrów, fizjolog Jan Chmura powiedział nawet, że według badań, jest na tym odcinku szybszy niż Usain Bolt. Traktujcie to jak chcecie.
W meczu z Rosenborgiem widzieliśmy, że piłkarze Legii mają poważny problem z nadążaniem za rywalem, co słusznie odnotował dziennikarz Rzeczpospolitej.
Leszek Dyja, który zajmuje się przygotowaniem Ruchu Chorzów (współpracuje też ze Śląskiem), ale ma dostęp do wyników badań szybkości w większości polskich klubów, mówi że piłkarze Ruchu przede wszystkim byli znacznie szybsi od innych drużyn ligowych.
– Staramy się doprowadzić ich do stanu, który na zachodzie jest oczywistością – powiedział. To wystarczy, żeby zająć drugie miejsce w naszej Ekstraklasie. Warto się tym zainteresować. Czy chodzi o szkolenie, o trening czy o selekcje? Stawiam przede wszystkim na to trzecie.
Jak to zmienić? Z dnia na dzień się nie da. Szkoleniowcy mówią, że serie ćwiczeń są w stanie poprawić szybkość o 10 procent. W przypadku większości zawodników ten limit pewnie został osiągnięty. Potrzebna przede wszystkim bardzo mocna selekcja, a więc odgórny nakaz rozgrywania
turniejów podwórkowych pod patronatem klubów: (PISAŁEM o TYM TU). O piłce na podwórku pisał też Krzysztof Stanowski na weszlo.com i ostatnio pośrednio też Przemek Rudzki na blogu, warto się tym zainteresować.
Potrzebna jest akcja, która pozwoli nam doprowadzić futbol do europejskiej Ekstraklasy. To jest zupełnie realne, chodzi jedynie o to, żeby znalazł się ktoś z planem, kto posprząta po tych wszystkich szkodach, do jakich doprowadziły wieloletnie zaniedbania.
To musieliby zrobić ludzie w PZPN i tu pojawia się problem. Engela i jemu podobnych po prostu na to nie stać. Tu jest do wykonania praca, a nie tylko głoszenie komunałów, nie ma żadnej intrygi, nie trzeba nikomu podłożyć świni ani nikogo wykończyć, nie da się na tym za bardzo
zarobić. Czy to więc leży w naturze pana Engela i pana Piechniczka? Teraz właśnie czytam na śląskiej Wyborczej, że Górny Śląsk poprze Latę i jego świtę. To jest jak głosowanie na Rosję, w czasach zaborów, to zdrada futbolu. Tyle, że oni dostaną za to jakąś wycieczkę i może butelkę wódki z kiełbasą.
Ale wróćmy do marzeń. Wspomniane Akademie miałyby fantastyczny przegląd. A że to ograniczy budżety na pensje i transfery? Bardzo dobrze. Nic wielkiego się nie stanie, piłkarze w naszej lidze są zdecydowanie przepłacani. Nikomu nie żałuję, powodzenia. Ale weźmy przykład Lecha – naprawdę nie sądzę, że na przykład taki Ślusarski, który jest śmiesznym piłkarzem, powinien zarabiać 30 tysięcy złotych miesięcznie. To facet, który po powrocie z ośmieszającej go podróży po piłce zachodnioeuropejskiej wrócił do kraju i do tej pory w 62 meczach strzelił 11 bramek i zaliczył 7 asyst. Od 2008 roku. Mówimy o środkowym napastniku. To wstyd i zwykłe oszukiwanie kibiców, którzy płacą spore pieniądze na bilety wierząc naiwnie, że szefostwo chce dla ich klubu jak
najlepiej. Trener Mariusz Rumak wystawiając go i mówiąc, że jest dobrym napastnikiem bierze udział w tym oszustwie. Biedni są kibice Lecha, współczuję wam i łączę się z wami w bólu.
Inne kontrakty: Manuel Arboleda 130 tysięcy, Hubert Wołąkiewicz 70 tysięcy, a Vojo Ubiparip 60 tysięcy (WIĘCEJ TU).
To sumy z kosmosu świadczące o zatrważającej rozrzutności i totalnej niekompetencji ludzi, którzy je oferowali. Teraz Lech podpisał umowę z Piotrem Reissem i będzie miał atak marzeń – Reiss – Ślusarski. Brawo. Czy to jest budowanie zespołu, który ma mieć choćby cień szansy rywalizować z AIK Sztokholm? Niestety Mariusz Rumak wyraźnie nie odróżnia piłki podwórkowej od międzynarodowej. To jeden z najczęstszych błędów polskich trenerów – brak umiejętności spojrzenia z zewnątrz. Lech, tak samo jak Legia, powinien budować zespół europejski a nie zespół podwórkowy. Transfer Reissa świadczy, że to zespół podwórkowy. Oczywiście może być to też tani chwyt marketingowy. Reiss rozegra mecz numer 400 w Ekstraklasie, a klub sprzeda koszulki z numerem 400 i nazwiskiem „Reiss” lub w wersji limitowanej „Piotr R.”
Zobaczcie na Viktorię Pilzno, która ma kilkakrotnie mniejszy budżet niż Lech i nie płaci im tak absurdalnych pieniędzy. Zobaczcie na BATE Borysów. Te kluby potrafią wychować lub wynaleźć piłkarzy. Mają tam świetnych zarządzających, w Borysowie jest Anatolij Kapski, fanatyk, który ma wielką wiedzę o futbolu. Nasza piłka pełna jest takich ignorantów (Lechowi trzeba przyznać, że ma świetny skauting, ale facet, który podpisywał kontrakty nie powinien nigdy więcej nawet przechodzić koło stadionu pod karą publicznej chłosty)
I właśnie patrząc na te kontrakty PZPN mam prawo wymagać – budujcie akademię, bo was na to stać, współpracujcie z lokalnymi klubami, bo macie na to pieniądze. Jeśli będziemy mieli dobry wybór zawodników, piłka pójdzie do przodu, to są oczywiste oczywistości.
Musi być coś w tym, że mamy tak mało kreatywnych piłkarzy, w jakiś sposób przepadają w selekcji. Przecież nie może być tak, że jesteśmy krajem piłkarskich tępaków, zawodników tylko i wyłącznie destrukcyjnych. Ostatnio widziałem takiego jak Grzegorz Baran, co robił w meczu z Legią – ten prymitywny brutal nie powinien w ogóle zostać dopuszczony do gry w piłkę. No i do tego mamy tych swoich człapaków. Jesteśmy narodem wolnych i antykreatywnych kopaczy.
A skoro jesteśmy przy szybkości – czy to właśnie nie przez nią zginął jako piłkarz Radosław Matusiak? Jego przykład obnażył naszą polską ignorancję futbolową, pokazał, że żyjemy w rzeczywistości alternatywnej. Do dziś pamiętam jak w Łęcznej kręcił obrońcami. To było znakomite. Ale to była Łęczna. Zrobienie bohatera narodowego z tego piłkarza, który miał zaledwie pięć minut, to pewnie wyraz tęsknoty Polaków za prawdziwym futbolem. Gdy jednak Matusiak poszedł do Palermo (Leo Beenhakker mu odradzał, trzeba było słuchać, bo facet wiedział co to jest „international level” i czym się różni od piłki podwórkowej), jako konkurenta klub kupił mu niejakiego Edinsona Cavaniego. Oczywiście jak większość naszych piłkarzy Matusiak nie czuł się gorszy, a dziś przekonuje, że naprawdę tak było. Jeśli klub płaci za jednego zawodnika 1,8 miliona euro, a za drugiego prawie 4,5, to znaczy że ten drugi jest lepszy. Jak się okazuje, nie tylko potrafi strzelać, ale też biegać, a nie człapać. Podczas ostatnich mistrzostw biegał po 26,5 czy 27 km/h w sprincie. Te statystyki są przydatne.
Brak szybkości, co charakteryzuje naszych piłkarzy, brak umiejętności poprawnego uderzania piłki, co również jest polską cechą, a do tego brak odporności psychicznej połączony z ekstremalnym narcyzmem, ale to już sprawa dla psychologa.
Podaję przykład pana Matusiaka, gdyż akurat udzielił bardzo ciekawego wywiadu serwisowi weszlo.com. Dobry research, interesujące pytania, inteligentny rozmówca, wszystko co trzeba. Jest tam i o mnie, sporo osób się pyta „jak to było”, więc przedstawię swoją wersję, gdyż zasadniczo się różni od tej, którą powiedział pan piłkarz.
WYWIAD TU

Pan Matusiak atakuje tez Michała Kołodziejczyka z Rzeczpospolitej zaś innemu, również bardzo wiarygodnemu dziennikarzowi wmawia przekręcenie kilku zdań. Nieźle, wszyscy oszukiwali, tylko pan Radek mówi prawdę. Poszło o znany już z mediów cytat, kiedy pan Matusiak zadzwonił do mnie i wygrażał. Powiedział wtedy m.in.: „Kim ty jesteś, ile masz na koncie”. Zrobiło to karierę znacznie większą niż on w Palermo i Heerenveen razem wziętych.
Fragment dotyczący mnie bezpośrednio:
No, to jego o pieniądze nigdy nie pytałem. Nie mam niczego takiego w zwyczaju, z nikim stanu konta nigdy nie chciałem porównywać. Sytuacja była jednak taka, że po Euro ogłosiłem, że z dziennikarzami nie rozmawiam. Czułem, że to oni zaszkodzili mi najbardziej, że przez tę wcześniejszą medialność spadłem z góry szybciej i boleśniej, więc w formie protestu postanowiłem z mediami nie gadać. Mimo to, panowie z „PS” przylecieli do mnie do Holandii.
– Radek, zróbmy wywiad.
– Przecież wiecie, że z mediami nie rozmawiam.
– No, ale jak już przylecieliśmy, to z nami nie porozmawiasz?
– Skoro wiedzieliście wcześniej, że wywiadu nie udzielę, to niepotrzebnie się fatygowaliście.

Byli na dwóch treningach, zrobili mi kilka zdjęć, pogadali z trenerem i pojechali. Czytałem potem reportaż: Matusiak odstawał na treningu, koledzy ciągle na niego krzyczeli, był wolny, najsłabszy na boisku. I gdyby mogli, to by napisali, że nawet trzej, którzy stali obok boiska, wyglądali ode mnie lepiej. Nie wspomnieli, że w gierce treningowej – jedenastu na jedenastu – wygraliśmy 4:2 i strzeliłem dwa gole. To był kompletnie nieobiektywny artykuł, napisany w zemście za to, że z nimi nie pogadałem. Mogłem być w ich oczach wolny i nieudolny, ale o bramkach wspomnieć należało. Takiego zachowania nie toleruję, dla mnie taki człowiek to kłamca i żmija. Zero szacunku. Zadzwoniłem do niego i powiedziałem, co o nim myślę.

1. Nie jestem aż tak kreatywny, żeby wymyślić taką dobra historię. Opowiedziałem ją kilku kolegom z pracy, a wydrukowana została na weszlo.com przez naczelnego strony. O zemście nie ma więc mowy. Oczywiście ja też to wydrukowałem, tyle że później.
2. Do Matusiaka jechałem przy okazji, głównym celem był turniej, na którym byli polscy piłkarze – Artur Boruc i Kuba Błaszczykowski. Ten drugi również odmówił wywiadu, a jednak nie doczekał się zemsty. Jako były dziennikarz Faktu przyzwyczaiłem się do tego, że znaczny procent piłkarzy odmawia mi wywiadów. Wszystkim odpuściłem, ale biednemu panu Radosławowi postanowiłem dokopać, na pewno.
3. Czy Matusiak odstawał? Tak, odstawał. Był wolniejszy. W ataku grał z Bonaventurą Kalou i różnica była kolosalna. Faktycznie bramki strzelił, tylko że to nie miało znaczenia. W pierwszej wersji wysłanej do redakcji nawet o tym wspomniałem, ale prawda jest taka, że nie było sensu o tym pisać. Był to mecz na długości trzeciej części boiska, a Matusiak strzelił w końcówce dwukrotnie z metra do pustej bramki. To nie mogło zaciemnić obrazu. Trener Trond Sollied był podobnego zdania i po trzech tygodniach Radek rozwiązał kontrakt. A mniej dyplomatycznie, został wykopany. Oczywiście możemy założyć, że trener i miejscowi dziennikarze, którzy opowiedzieli mi o jego sytuacji, również byli nieobiektywni i za coś chcieli się odegrać. To pewne.
4. No i oczywiście dzwonił po zupełnie innym tekście, niż mówi. Konkretnie po moim komentarzu w Fakcie (bo wtedy pisaliśmy w dwóch gazetach jednocześnie), kiedy napisałem, że jeden z menedżerów zaproponował mu kontrakt w II lidze hiszpańskiej, a pan Radek powiedział, że interesuje go pierwsza. Apelowałem, żeby zszedł na ziemię. Do dziś buja w obłokach.

Dodaj komentarz