Archive for Listopad, 2012

Pleple Ćwielong

Piotr Ćwielong odkrył karty. Otóż Śląsk zremisował z Jagiellonią, bo zespół został źle przygotowany do sezonu przez Oresta Lenczyka.
– Mamy siły tylko do 70. minuty. To widać w każdym meczu. Później po prostu odcina nam prąd i tyle ile możemy, tyle gramy. Nie da się w ciągu dwóch miesięcy nadrobić okresu przygotowawczego. Po prostu cały czas gramy mecze i nie może trener nam dać w dupę, bo będziemy człapać, jak człapaliśmy wcześniej – mówi „Pepe” Ćwielong w rozmowie z gazeta.pl

Zobaczmy jak to wyglądało w tym sezonie (za 90minut.pl):
Widzew – Śląsk 2:1
Sebastian Dudek 56, Łukasz Broź 74 – Przemysław Kaźmierczak 79
Orest Lenczyk odłączył prąd na początku drugiej połowy, ale potem było zwarcie i prąd się włączył

Śląsk – Korona 2:0
Mateusz Cetnarski 28, 42 (z karnego)
Śląsk – Ruch 1:0
Mateusz Cetnarski 88 (z karnego)
Dobrze przygotował zespół do meczu z Koroną i Ruchem

Podbeskidzie – Śląsk 1:1
Kamil Adamek 56 – Waldemar Sobota 8
Odłączył prąd w 56. minucie, czyli średnio przygotował zespół

Śląsk – Bełchatów 2:1
Tomasz Jodłowiec 47, Łukasz Gikiewicz 71 – Tomasz Wróbel 44
Włączył prąd w odpowiednim momencie

Górnik – Śląsk 4:1
Aleksander Kwiek 37, Préjuce Nakoulma 48, 65, Arkadiusz Milik 75 – Piotr Ćwielong 12
fatalnie przygotował zespół już od 37. minuty

Śląsk – Polonia 2:1
Łukasz Gikiewicz 8, Waldemar Sobota 51 – Paweł Wszołek 5
Był prąd

Lechia – Śląsk 2:3
Abdou Razack Traoré 45 (z karnego), 50 – Sebastian Mila 62, 71, Rok Elsner 72
Świetnie przygotował zespół

Sląsk – Zagłębie 0:2
Michal Papadopulos 31, Szymon Pawłowski 87
Beznadziejnie przygotował zespół

Pogoń – Śląsk 0:3
Rok Elsner 65, Tomasz Jodłowiec 68, Sebastian Mila 90
Bardzo dobrze przygotował zespół

Śląsk – Piast 1:3
Sebastian Mila 29 – Wojciech Kędziora 40 (k), Rubén Jurado 44, Damian Zbozień 77
Bardzo źle przygotował zespół do meczu z Piastem

Wisła – Śląsk 1:0
Ivica Iliev 90, a w 82. Cetnarski nie wykorzystał karnego
Źle przygotował Cetnarskiego do strzelania karnego w meczu z Wisłą

Śląsk – Jagiellonia 3:3
Cristián Díaz 10 (k), Przemysław Kaźmierczak 37, Piotr Ćwielong 58 – Tomasz Kupisz 71 (k), Dawid Plizga 73, Euzebiusz Smolarek 78
Odłączył prąd w 70. minucie meczu z Jagiellonią (dodatkowo zrobił karnego!) a przy stanie 1:3 nie powiedział zawodnikom, żeby się cofnęli.

Ćwielong, tak jak Sebastian Dudek wcześniej narzekają na Lenczyka. Ich prawo. Mamy tu bowiem przykład trenera nieudacznika, który zdobył wicemistrzostwo i mistrzostwo Polski z przeciętnym zespołem składającym się z przeciętnych zawodników (oraz Sebastiana Mili), za każdym razem jakoś ten zespół sam się przygotowywał, wbrew trenerowi, ale potem pan Lenczyk źle przygotował zespół i to wyraźnie widać.
Czasami lepiej się nie odzywać.

Reklamy

Comments (1)

Legia po tytuł, Żewłakow po emeryturę

Gdyby ktoś był w komorze hibernacyjnej przez ostatnie 20 lat, albo po prostu nie oglądał europejskiego futbolu, miałby poważnym problem ze sklasyfikowaniem tego piłkarza. Przecież przez lata przyzwyczailiśmy się, że defensywny pomocnik to taki gość, który musi zaatakować kogoś po chamsku, na pograniczu urwania nogi i zagrać na pięć metrów, najlepiej w bok.
Polski defensywny pomocnik kojarzy mi się z Grzegorzem Baranem, kołkiem futbolu, człowiekiem, które na zachodzie można spotkać w niższych ligach.
Najważniejsza jest powtarzalność, więc na razie wstrzymajmy się z podnietami na temat Dominika Furmana. Chociaż może troszkę… bo jeśli on ma tak grać, to być może w końcu doczekaliśmy się polskiego defensywnego pomocnika na europejskim poziomie.
W Polsce nowoczesny defensywny pomocnik to na razie biały kruk. Na zachodzie już dawno zorientowali się, że zespół nie może tracić zawodnika ofensywnego, zawodnik który zajmuje się jedynie przerywaniem akcji jest coraz mniej przydatny. A najgorzej jest, jeśli z dwóch defensywnych obaj są tylko przerywaczami.
Niemcy na przykład poszli krok dalej i w reprezentacji podstawowa dwójka, Schweinsteiger – Khedira, może zarówno bronić jak i rozgrywać.
U nas oczywiście pojawiali się tacy zawodnicy, choćby Łukasz Trałka czy Janusz Gol, ale wciąż są to jedynie wyróżniający się ligowcy. Zgadzam się, że na miarę kadry, ale raczej z braku konkurencji. Liczyłem na to, że Gol rozwinie się lepiej, ale od lat jest w tym samym miejscu. Dostosował się do Legii, ale nie poszedł do przodu w stosunku do tego, co grał w Bełchatowie.
Jedynym, który naprawdę rokował na gracza dużego formatu, był Rafał Murawski (nazywam go defensywnym pomocnikiem trochę na siłę, gdyż ten podział dziś się zaciera), ale jak już pisałem, jest moim wielkim rozczarowaniem. Owszem, odzyskał formę, mam na myśli raczej to, że przez ostatnie trzy lata nie przejął w piłce poważniejszej roli. To jednak nieistotne. Jeśli Furman potwierdzi w kolejnych meczach taką klasę, to może odstawić pozostałych defensywnych pomocników do lamusa.
Oczywiście o tym, że jest poważnym graczem, będzie można mówić, gdy zagra jakieś 10 meczów w tym sezonie na tak wysokim poziomie.
Asekuruję się, gdyż Polska pełna jest jednomeczowych gwiazd. Gdyby potrafili grać regularnie, mielibyśmy dziś na pewno ze dwie polskie drużyny w Lidze Mistrzów i kadrę w półfinale EURO 2012.
Legia zagrała fantastyczny mecz w ataku i pewnie zrobiła poważny krok w kierunku zasłużonego tytułu (choć po cichu liczę na Polonię i wizję futbolu Piotra Stokowca, która jest zbieżna z moją), ale też trzeba zwrócić uwagę na to, że dziś ma ogromny problem z obroną. I w takim składzie personalnym zostanie z Europy wymieciona. Ludzie podniecając się, że wygrała z Lechem, nie zwracają uwagi na katastrofalne błędy które popełniali zawodnicy z tylnych formacji.
Oczywiście wiem, że jeśli drużyna gra ofensywnie, to zawsze odpuści z tyłu, jednak błędy legionistów wynikały nie z tego, że gra ofensywnie, ale z doboru zawodników.
Wiadomo, że bohaterem meczu jest Wawrzyniak, który ustawił to spotkanie bramką i asystą. Absolutnie popieram to, niech ma swoje pięć minut. Tyle, że może on takich meczów zagrać jeszcze ze dwa w sezonie. Natomiast to, co wyczyniał w obronie to był koszmar. Facet, który mówi, że poprawił się w bronieniu, z Lechem zagrał z tyłu na poziomie 3. ligi. Lovrencsics i Tonew zrobili z niego miazgę, wkręcali go w ziemię jak dziecko, przy bramce dla Lecha Linetty zabawił się jego kosztem. Niestety, Wawrzyniak nie nadąża za szybkim skrzydłowym, jest słaby fizycznie, co dyskwalifikuje go jako obrońcę i Legia za to zapłaci. Jego szczęściem jest brak konkurencji na tym poziome.
W grze Wawrzyniaka jest więcej plusów niż minusów, dlatego zasługuje na to, żeby grać, ale też na to, żeby mieć asekurację ze strony dobrego środkowego obrońcy. Jeśli masz na stronie obrońcę, który ma problem z tyłu, musi pomagać mu środkowy obrońca sprinter, co już przerabialiśmy w poprzednim wpisie.
I tu pojawia się Michał Żewłakow, jakby nie patrzeć, jakaś ikona naszego futbolu. Wiem, że miał ostatnio trudny czas z powodów rodzinnych, konkretnie poważnej choroby ojca, ale to nie zmienia faktu, że nie był to jego pierwszy słaby mecz. Za każdym razem gdy wychodził na boisko dawał gwarancję błędu. Jest wolny, nie ma siły, Ślusarski przestawiał go jak manekina. Żewłakow przez swoje opóźnienia stworzył Lechowi trzy szanse. Powinien jeszcze w tym tygodniu zakończyć karierę i swoje męczarnie. Zasłużył oczywiście na piękny mecz na pożegnanie, miał przepiękną karierę.
Wiele, wiele lat temu zapytałem Dariusza Dziekanowskiego, dlaczego nie przyjął oferty z czwartoligowego klubu. Powiedział, że nie chce, żeby jakiś pijaczek go obrażał, żeby upaść tak nisko, by stać się tematem żartów lokalnej loży szyderców. Żewłakow powinien porozmawiać z Dziekanowskim.
Jeśli więc Urban mówi, że pierwszą perfekcyjnie, to jest to moim zdaniem dalekie od prawdy. Bo do tej statystyki można dorzucić jeszcze wtopę Jędrzejczyka, którego wysoko sobie cenię. To nie Legia zagrała perfekcyjnie, to Lech miał Ślusarskiego. Europejska drużyna z poważnym napastnikiem nie będzie miała takich problemów.
Cieszę się, że Lech przegrał, nie dlatego że mieszkam w Warszawie, ale dlatego, że ofensywny i szybki futbol wygrał z zabójcami futbolu. Inna sprawa, że Lech dawno nie stworzył tylu sytuacji ile w tym meczu, druga połowę miał imponującą, ale przed oczami wciąż mam te mecze z Wisłą i z Widzewem. Jestem przekonany, że ten szaleńczy pościg w drugiej połowie wymusił wynik.
Ze Ślusarskim poważne rozmowy powinien odbyć psycholog. Mógł zagrać mecz życia, a okazał się największym partaczem. Dobrze, że umie wyjść na pozycję, wywalczyć sobie okazję, to klucz do sukcesu. Jeśli jednak ktoś jest ślepy i nie wiem, w którą dziurę włożyć który klucz, powinien pójść w odstawkę.
Lech wygląda dziś tak, że gdyby dopasować do drużyny dobrego środkowego obrońcę, takiego drugiego Arboledę, to linia defensywna będzie najlepsza w lidze. Brakuje więc dziesiątki. Może będzie to Linetty, jestem za tym. Gratuluję Rumakowi, że wpuścił tego chłopaka, to był naprawdę akt odwagi, o którą go nie podejrzewałem.
Wyjątkowo nie podobała mi się jednak wypowiedź Rumaka w piątkowym Przeglądzie Sportowym na temat możliwego odejścia Linetty’ego.
„Jeśli powie, że chce odejść, to będzie oznaczało, że straciliśmy czas i niepotrzebnie zawracaliśmy sobie nim głowę, że błędem było wpuszczanie go na boisko”.
Oczywiście, że z punktu widzenia klubu jest to prawda i moim zdaniem z punktu widzenia zawodnika też lepiej byłoby zostać w Poznaniu. Ale po przeczytaniu takiej wypowiedzi na jego miejscu zastanowiłbym się dwa razy czy w Poznaniu zostać. Rumak tą wypowiedzią przekazał mu bowiem: „Nie jesteś dla nas partnerem do rozmów, jesteś naszą własnością szczeniaku”.
Tak więc uzupełnienie Lecha o trzech piłkarzy (środkowy obrońca, ofensywny pomocnik i napastnik, ale niekoniecznie kloc pokroju Edgara Caniego), sprawi, że Lech będzie miał drużynę na mistrzostwo Polski.
W meczu Polonii z Górnikiem doszło do dość zabawnej sytuacji. W 89. minucie gdy na tablicy trzymanej przez technicznego wyświetlił się numer 99, połowa skautów wstała i wyszła. Wyglądało to naprawdę śmiesznie, nagle jakieś 20 osób podniosło się z miejsc.
Czy Milik zrobił na nich dobre wrażenie? Na pewno żaden profesjonalny klub nie kupuje zawodnika na podstawie jednego meczu, facet z Milanu, z którym rozmawiałem powiedział, że Milik, Teodorczyk i Wszołek prezentowali się nieźle, a mecz stał na bardzo dobrym poziomie.
Łukasz „Ja, ja, ja” Teodorczyk, który niedawno wbił się do kadry narodowej, jak najbardziej zasłużenie, teraz wyszedł na zwykłego niedojrzałego gówniarza, dla którego ważniejszy był jego własny interes, niż interes drużyny.
Grzegorz Mielcarski, którego lubię słuchać (poza tym, że jest go czasem za dużo) wyjrzał z lodówki i powiedział, że Teodorczyk nadużył autorytetu trenera, dlatego powinien ponieść karę finansową. Dla Mielcarskiego cytat z Louisa Van Gaala: „kara finansowa to ostateczność. .Trener który stosuje karę finansową przyznaje się do tego, że nie radzi sobie z piłkarzem. Kara finansowa to porażka trenera”.
Kara finansowa to prymitywny przekaz, traktowanie człowieka jak psa. Masz kość albo masz skórzanym pasem. Panie Grzegorz, ludzie od zwierząt różnią się tym, że mogą usiąść i porozmawiać. Dobry trener doprowadzi do tego, że zawodnik przed następnym treningiem powie całej drużynie: „Sorry chłopaki, wygłupiłem się, zawaliłem”. Słaby trener da kare finansową.
Teodorczyk to piłkarz z dużą przyszłością, kilka zagrać miał w tym meczu znakomitych, przez pierwsze 15 minut był świetny, potrafi odnajdywać się w sytuacjach podbramkowych z niesamowitą łatwością, ma umiejętność przyspieszenia gry. Prześledźcie tę sytuację z karnym, przecież to on podał do Brzyskiego i zrobił to znakomicie. A potem po spartaczonym karny z miejsca uderzył przewrotka. To było szalone i świetne. Tyle, że jest zbuntowanym gówniarzem. Może to jest kwestia wieku, może jakiś innych czynników. Zostawiłbym tu raczej wolną rękę Stokowcowi, który na razie pokazuje, że wie jak postępować z piłkarzami. Mówienie, że z tak błahego powodu traci autorytet facet, który wziął zespół w rozsypce i walczy z nim dziś o tytuł, zresztą jak najbardziej zasłużenie, jest sporym nadużyciem.

7 Komentarzy

Zbyt wolni dla świata

Choć w meczu z Urugwajem (1:3) było fatalnie, katastrofalnie, choć był strasznie, choć było tragicznie, to nie było tak źle. Przede wszystkim zobaczyliśmy w którym miejscu jesteśmy. Kiedyś broniłem Franciszka Smudy, który postawił na otwartą grę z Hiszpanią. Uważałem, że to świetna lekcja i możliwość weryfikacji założeń. Nawet jeśli tłum uważał inaczej.

Tyle tylko, że Franz nie wyciągnął z tego żadnych wniosków, bo u niego wszystko miało się robić samo. Waldemar Fornalik jako analityk wnioski pewnie jakieś wyciągnie.
Najważniejszy jest taki, że mamy za wolnych środkowych obrońców. To co udało się przykryć w meczu z Anglią, teraz było niemożliwe.
Fornalik popełnił prosty błąd taktyczny. Miał świadomość, że Edinson Cavani i Luis Suarez to nie tylko technicy, ale też sprinterzy, a mimo to kazał grać linii obrony wysoko, często na 35-40 metrze. Być może chciał sprawdzić jak zespół zareaguje. To jedyne usprawiedliwienie.
Powinien wiedzieć, że tak się nie gra od dawien dawna, bo przecież sam występował jako środkowy obrońca (między innymi) i już w jego czasach obowiązywała zasada: jeden wysoki, ustawiający się, silny, drugi szybki i zwrotny. Tym drugim w Ruchu Chorzów lat 80-tych był często właśnie sam Fornalik. U nas są dziś dwaj fizyczni obrońcy, silni, dwa pancerniki. Przypominam mój ulubiony fragment wywiadu z Marcelo Lippim, który już tu przytaczałem, robię to po raz kolejny po to, żeby się utrwaliło. To stara metoda Forresta Gumpa i nie ma przypadku w tym, że używam właśnie jego metody:
Alessandro Zauli: Przejdźmy do środkowych obrońców.
Lippi: Muszą być silni, szybcy, z dobrym wyskokiem.
Zauli: A co jeśli są wolni?
Lippi: Nigdy nie miałem wolnych środkowych.

Środkowy obrońca to dziś szybkobiegacz, który nie ma prawa dać się wyprzedzić napastnikowi na 5 metrach. Oczywiście pewne rzeczy można naprawić ustawieniem, co zresztą mówił Glik przed meczem z Anglią. Nie ma sensu wyciągać tu ostatecznych wniosków, że mamy złą obronę, tak jak nie było sensu po Anglii mówić, że mamy dobrą. Przed meczem pisałem wtedy, że środek obrony może być naszym największym problemem. Anglicy grali jednak bardzo schematycznie, bez fantazji i polotu. Urugwaj to jak się okazało trochę wyższa półka.
Fakty są takie, że poza meczem z Urugwajem linia nie dopuszcza zbyt często do zagrożenia, ale z drugiej strony widzieliśmy co dzieje się, gdy dopadną nas ludzie z najwyższej półki. Glik i Wasilewski zostali wsadzeni na rollercoaster. Na końcówkę załapał się jeszcze Perquis, kolejny zbyt wolny obrońca.
Mam dziwne wrażenie, że pod koniec eliminacji na środku obrony zobaczymy kogoś z duetu Jędrzejczyk – Komorowski. Albo obu. Naprawdę. Mają tę przewagę nad konkurencją, że obaj są szybcy. Kończąc ten wątek – tak, zdaję sobie sprawę, że nie tylko szybkość decyduje o tym, kto dobrze gra w piłkę, ale też jest barierą, która nie pozwoli przejść pewnego progu.

Meczem, mam nadzieję, sceptycznie nastawionych przekonał Ludovic Obraniak. Francuz jako jedyny pokazał wysoką klasę i dostosował się do poziomu Urugwaju. Najpierw świetne dogranie do Lewandowskiego, ale strzał napastnika Borussi zablokował obrońca rywali, potem niezły strzał z dystansu, dobra wymiana piłek z Grosickim, który jednak spanikował i trafił w boczną siatkę i w końcu fenomenalna petarda z około trzydziestu metrów, które kompletnie zaskoczyła Muslerę.
Ludo to jeden z niewielu zawodników, który nie przestraszył się szaleńczego tempa gry narzuconego przez Urugwaj, moim zdaniem zdecydowanie najlepszy zespół z jakim graliśmy od czasu meczu z Hiszpanią (0:6), a przynajmniej porównywalny z pół-rezerwowymi Niemcami (2:2).

Przyznaję też, że „fajną, naprawdę fajną” zmianę dał krytykowany przeze mnie ostatnio Kuba Błaszczykowski. Raz znalazł się w dobrej sytuacji i strzelił z dystansu, raz świetnie uwolnił się od rywali i podał długa, trzydziestometrową piłkę. Inna sprawa, że żadna z jego dobrych akcji nie poszła prawą stroną. To może być jakaś wskazówka, ale nie musi. Na pewno Kuba dostosował się do szybkości meczu i nie było to spowodowane jedynie tym, że wszedł na zmęczonego rywala, widać było po prostu, że to niezwykle dynamiczny piłkarz, człowiek, który zrobił przez te kilkanaście minut różnicę w grze naszego zespołu. Zobaczymy jak Fornalik pogodzi role boiskowe Obraniaka i Błaszczykowskiego i przede wszystkim dostosuje do nich Lewandowskiego. Nie chodzi tu o poziom, bo pojedyncze zagrania pokazały, że wciąż jest to zawodnik z najwyższej półki problemem jest odpowiednie wykorzystanie go.
Momentami grał tempo szybciej od reszty. Momentami zirytowany cofał się i szukał możliwości do rozgrywania, raz wszedł w tłum i kiwał się z kilkoma zawodnikami, ale wynikało to głównie z tego, że nie miał komu podać. Raz było też widać, że stosuje się do schematów opracowanych przez Jurgena Kloppa. Dostaje długie podanie i przedłuża głową do Reusa, a ten wchodzi w pole karne, tyle że w Amsterdamie na meczu z Holandią. Zabrakło tego schematu kadrze, Lewandowski zadziałał instynktownie. Może rację miał Kucharski, menedżer Lewandowskiego, który powiedział, że to reszta powinna próbować się dostosować do najlepszych piłkarzy.
Nie wiem czy Fornalik jest w stanie sprawić, że większa część drużyny dostosuje się przede wszystkim do tempa gry. Jeśli chcemy pójść do przodu, musimy to tempo ostro podkręcić, choćby na choćby na gierkach treningowych, co przełoży się na mecze, choć nie wiem czy to nie jest ogólny problem z systemem szkolenia.
Ogromnym problemem jest umiejętność szybkiego konstruowania akcji, grając systemem z dwoma defensywnymi pomocnikami, z których jeden jest mało kreatywny (Krychowiak, choć wciąż świetny w destrukcji), a drugi kompletnie bez formy (Polański) nie przekroczymy pewnej granicy. Polanski jest cieniem samego siebie z EURO 2012, jest kompletnie nieprzydatny w tym zespole.
Czy może zastąpić go Trałka? Nie wiem, dziś ciężko powiedzieć, jak dostosuje się do wyższego poziomu. W Lechu zdecydowanie się wyróżnia, ale Lech to, jak mawiają Włosi, „Distruggitori di gioco”, czyli niszczyciele gry. Grają wolno i brzydko, jeśli ktoś potrafi elegancko kopnąć piłkę, to zawsze będzie się wyróżniał. Myślę jednak, że jeśli do formy wróci Rafał Murawski to on będzie grał z Ukrainą, powołanie Trałki było jakimś pomysłem, ale mam wrażenie, że to raczej forma motywacji dla Murawskiego.
Pogodziłem się chwilowo (to do podkreślenia) z tym, że nie zagramy z dwoma typowymi rozgrywającymi w środku (Obraniak i Mierzejewski lub Wolski), więc trzeba szukać dalej.
A więc Murawski, nawet jeśli jest krytykowany, to ma ten atut, że umie rozgrywać, przyspieszać grę lub ją zwalniać, w zależności od potrzeby. Takich zawodników nie można lekceważyć, choć przyznaję, że jest to moje wielkie rozczarowanie, bo w 2009 roku typowałem go na lidera drużyny. Dziś na pewno kadry nie zbawi, ale wciąż ma większe możliwości niż pozostali. Mam jednak wrażenie, że brakuje mu charakteru, jest cholernym mięczakiem. Dlatego wciąż jest w Lechu, mimo że mógł osiągnąć znacznie więcej.
Mecz z Urugwajem to był bardzo pożyteczny sprawdzian. Szliśmy do przodu i mówiono już o narodzinach nowej drużyny. Drużyna wciąż się tworzy, nie ma sensu teraz się załamywać. Tyle, że w razie gdyby zawodnicy chcieli za daleko odlecieć, dostaliśmy, jak mawia Piotrek Świerczewski, „z liścia” na przebudzenie.

3 Komentarze

Kuba na lewą i kadrowe wariacje

Błaszczykowski na lewe skrzydło – to szaleństwo? raczej sposób w jaki można zapobiec powrotowi do futbolu średniowiecznego, który gramy za każdym razem, gdy Kuba Błaszczykowski jest w pierwszym składzie na swojej stronie i szkoleniowiec traci nad nim kontrolę.
Kuba wraca do drużyny i każdy myśli, że powinien wyjść w pierwszym składzie. Prawie każdy. Proszę jednak nie zapominać, że w meczu z Anglią jednym z lepszych zawodników był Kamil Grosicki.
Ciekawe, że jeszcze dzień przed meczem Łukasz Piszczek instruował go jak należy grać a on słuchał, kiwał głową i mówił, że może być problem. A potem okazało się, że problemu nie ma, że Grosicki zagrał tak jak chciał Piszczek, a poza tym dołożył swoje czyli „kanał” założony Ashleyowi Cole’owi, który kompletnie wybił Anglika z rytmu. Tak przynajmniej utrzymywał sam Grosicki. Mnie też wybił z rytmu, gdy powiedział po meczu: „Wiedziałem, że gram po raz pierwszy w życiu przeciw takim zawodnikom. Dlatego pomyślałem, że albo ja załatwię jego, albo on mnie”. I załatwił.
I co teraz zrobić z Grosickim? Postawić go na lewą skoro tak dobrze szło? Przecież duet Piszczek – Błaszczykowski od miesięcy nie grał lepiej niż duet Piszczek – Grosicki w tym spotkaniu, mimo że logiczne jest, iż grać powinien lepiej za każdym razem.
Co więcej, najlepszy mecz za kadencji Fornalika zagraliśmy bez Błaszczykowskiego. Dlaczego?
Różnica między tymi duetami polega prawdopodobnie na roli Piszczka. W pierwszym przypadku, gdy gra z Grosickim, jest postacią dominującą, nadaje rytm tej parze, to on decyduje o tym jak ma zagrać dwójka. Szeregowy Grosicki jest ustawiony pod dowódcę Piszczka. A Piszczek to jeden z najbardziej inteligentnych i nowoczesnych polskich piłkarzy.
W parze z Błaszczykowskim w reprezentacji Polski jest kompletnie niewykorzystany. Całą grę z przodu bierze na siebie Kuba, Piszczek gra na alibi.
Ktoś powie: „Po co rozbijać coś co dobrze funkcjonuje?”. Ano dlatego, że w kadrze dobrze wcale nie funkcjonuje. Te osławione „automatyzmy” z Borussii objawiają się w dwóch, trzech akcjach na mecz. Mało.
Poza tym najnowsza historia uczy, że gdy z prawej strony mamy duet Piszczek – Błaszczykowski, lewa strona nie istnieje. Ostatni raz istniała chyba na poważnie w meczu z Niemcami, gdy Sławek Peszko trzykrotnie wyprzedził Chrystiana Trasha z Wolfsburga i znalazł się sam na sam z Timem Wiese (widzicie sami, że Niemcy grali w połowie drugim składem).
Peszko został skrytykowany za to, że nie wykorzystał tych sytuacji. Słusznie, ale skreślony przez ekspertów został niesłusznie. Nie pamiętam meczu kadry, w którym inny zawodnik potrafił wypracować sobie tyle setek. Nie marnują bo ich tam nie ma,. Lepszym himalaistą jest ten, który dociera do ostatniej bazy czy ten, który zostaje w pierwszej? Jeśli spieprzysz bo próbowałeś, to znaczy że jesteś bliżej celu, bogatszy o doświadczenie.
Od czasu meczu Peszki z Niemicami nie pamiętam dobrego meczu z lewoskrzydłowym, czy to był Rybus czy Grosicki, ten sam, który w parze z Piszczkiem zagrał swój najlepszy mecz w kadrze.
Co z tym zrobić? Czy wprowadzenie Błaszczykowskiego na prawą stronę nie doprowadzi do tego, że ci z lewej znowu będą mogli bez zażenowania wykupić bilet na trybuny, skoro większość czasu ich gry to będą puste przebiegi?
Tak, niestety, powrót do opcji z duetem Piszczek – Błaszczykowski sprawi, że zagramy w dziewięciu z przodu i dziewięciu tyłu. Jak na EURO 2012, gdy Boenisch był bez formy więc był kompletnie nieprzydatny z przodu, a większość akcji rywali szła jego stroną, co sprawia, że prawa strona defensywny nie pracowała tak jak powinna. Piszczek przez takie ustawienie staje się w połowie przydatny.
Błaszczykowski na lewej pozwoli zrównoważyć dwie strony. Zamiast jednej światowej i jednej podwórkowej, będziemy mieli dwie europejskie.
Ważne jest to głównie dlatego, że nasza gra stanie się mniej schematyczna, przeciwnik będzie miał mniejsze możliwości zablokowania zespołu. Kto wie, może to właśnie nieprzewidywalność była naszym atutem w meczu z Anglią (oczywiście można sprowadzić wszystko do absurdu i zaproponować wprowadzenie jedenastu nieznanych zawodników z trzeciej ligi).
Rzadkie są przykłady drużyn ze światowego topu, które grają jedną stroną. Gdyby przesunąć Kubę na lewą, obrońca mógłby zająć się głównie bronieniem, a my mielibyśmy dwie dobre strony w ofensywie.
Jednoręczny bokser ma mniejsze szanse wygranej, tak samo drużyna z jednym skrzydłem. Niestety w Polsce nie mamy Marco Reusa, Mario Goetze (Word zmienia mi na Zeus i Goethe, ach co to byłby za boski duet), którzy są piłkarzami klasy podobnej lub wyższej do Błaszczykowskiego. Przede wszystkim Goetze, który jest piłkarzem bardziej inteligentnym i Jurgen Klopp o tym wie czyniąc z niego centralną postać.
U nas jest inaczej. Choć z drugiej strony z Mołdawią Fornalik starał się wykorzystać Kubę w inny sposób, bardziej kazał mu schodzić do środka i wychodziło to nieźle, może sprawdzi się z Urugwajem, ale mam wątpliwości. Po prostu charakter Kuby nie dopuszcza innych do zdania, on mianuje się królem słońce, Ludwikiem XIV polskiego futbolu, chce być zawsze w centrum uwagi, panem młodym na ślubie, a trupem na pogrzebie. A jeśli ci inni to Ludovic Obraniak, wtedy problem jest podwójny. Mam nadzieję, że się dogadają, to kluczowe dla gry kadry, jeśli nie, ktoś musi dostać buziaka i kwiaty na pożegnanie.
Sam Kuba mówił, że będzie chciał się dogadać. Oby nie było to na zasadzie: „Jestem Kuba, ja tu rządzę, no to jesteśmy dogadani”.
Swoją drogą ciekaw jestem wykorzystania Obraniaka. Co z nim zrobić? Przecież przez niego przechodzi większość naszych dobrych akcji. Zgadzam się, że z Anglią kręcił się w kółko, ale zwróciłem też uwagę, że robił to zazwyczaj wtedy, gdy koledzy nie wychodzili na pozycje. Po prostu czekał na dogodną sytuację. Zachowanie człowieka w danej sytuacji często zależy od otoczenia.
Na papierze najsilniejszy skład wygląda tak, że przy ustawieniu 4-2-3-1 na środku grałby Mierzejewski a z lewej Obraniak. Ale z drugiej strony oznaczałoby to, że nie wyjdą Grosicki, który zasłużył na szansę po meczu z Anglią, lub Wszołek, który jest jedną z naszych najlepszych długoterminowych inwestycji. Poza tym jest okazja, żeby puścić słabszy mecz z Anglią w niepamięć.
W moim optymalnym ustawieniu Obraniak jest dziesiątką (nieco wbrew sobie) a Mierzejewski fałszywym defensywnym, czyli faktycznie preferuję ustawienie 4-1-4-1, ponieważ nie mamy zbyt wielu dobrych i grających regularnie defensywnych pomocników, za to mamy kilka dobrych „dziesiątek”. A trzeba pamiętać, że niedługo do zdrowia wróci Rafał Wolski, zaś dla takiego zawodnika miejsce musi się znaleźć. Po prostu musi, bo jest to dziś jeden z trzech największych talentów polskiej piłki (moim zdaniem obok Wszołka i Milika) i przyszły lider tej drużyny, zawodnik, którego odstawienia od zespołu nie wyobrażam sobie.
Jeśli jednak znam trenera Fornalika, to zmian dokonuje on powoli, woli trzymać rękę w pogotowiu, blisko hamulca ręcznego. Dlatego raczej skorzysta z dwóch typowych defensywnych.
Jeden to Krychowiak, drugi to Trałka lub Polanski. Rozumiem powołanie piłkarza Lecha, bo potrafi wyprowadzać akcje, co kompletnie nie wychodzi Krychowiakowi. Piłkarze Stade Remis w meczu z RPA radził sobie z tym dobrze, ale z Anglią, gdy jego koledzy mieli mało przestrzeni, spowalniał grę, podejmował decyzje długo, zdecydowanie za długo. Był fantastyczny w odbiorze, ale do rozegrania potrzeba kogoś myślącego dwie sekundy szybciej, kogoś grającego z głową do góry.
Przykładowo Niemcy korzystają z pary Schweinsteiger – Khedira. Obaj grają z głową do góry, może nie jak Wesley Sneijder, ale mimo wszystko Joachim Loew korzysta z sześciu zawodników w ofensywie, a jeśli podłączy się obrońca, to nawet siedmiu. My z czterech. Siła rażenia jest nieporównywalna.
Innym pomysłem, byłoby cofnięcie Obraniaka, który mógłby grać w pobliżu defensywnego, nawet nieco z tyłu, czyli jak Andrea Pirlo, posyłać długie piłki z głębi, co potrafi fantastycznie robić. W końcu Pirlo został cofnięty bo był zbyt wolny na grę na dziesiątce, a żaden trener nie może pozwolić sobie na zmarnowanie takiego talentu. Chyba, że nazywa się Massililiano Allegri i jest zapewne szpiegiem Juventusu. Ale sądzę, że pomysł z ustawieniem Obraniaka z tyłu jest zbyt rewolucyjny. Na to potrzeba Carlo Ancelottiego i Cesare Prandelliego.
Obronę celowo pomijam, bo na razie jej rozwój idzie w prawidłowym kierunku, na bramce, mam nadzieję, zagra Tomek Kuszczak, który jest dziś jedynym polskim grającym bramkarzem i to grającym dobrze.

11 Komentarzy

Lech wygrywa, i co z tego?

Marco Van Basten po kilku miesiącach gry w Milanie powiedział do Arrigo Sacchiego: „Trenerze, wy tu we Włoszech nie gracie po to by wygrać, ale po to by przetrwać”. Lech znowu wygrał, ale zastanawiam się po co właściwie poznański zespół gra w piłkę.

tekst ten jest blogową, rozszerzoną wersją mojego komentarza w dzisiejszej gazecie.

Gratuluję Lechowi. Kolejna wygrana. Lokomotywa pełza, pełza i może gdzieś się dopełza. Wtedy będzie pełne szczęście.
Zobaczmy jak pełza i od czasu do czasu, tak jak na początku sezonu, wyskakuje

Ruch 4:0
Polonia 2:1
Górnik 0:0
Bełchatów 1:0
Pogoń 1:1
Lechia 0:2
Piast 4:0
Zagłębie 1:0
Jagiellonia 0:2
Wisła 1:0
Widzew 1:0
Dwie wysokie wygrane, dodatkowo jeden bardzo dobry mecz z Polonią i 8 na 11 spotkań, w których Lech nie potrafi strzelić więcej niż jednej bramki.

Dlatego też w komentarzu redakcyjnym pozwoliłem sobie napisać, że do biletów na mecze Lecha powinno dodawać się kupon do dentysty.
Mój redakcyjny kolega mawia: po każdym meczu reporter telewizyjny powinien pytać Mariusza Rumaka: „Ile zapłaciłby pan za dzisiejszy mecz”.
Za większość pewnie i sam Rumak nic by nie dał. Strata czasu.
Mam wątpliwości czy cokolwiek poza wciąż magiczną nazwą i przywiązaniem do barw przyciąga ludzi na mecze poznańskiego zespołu.
Drużyny takie jak Lech powinny grać widowiskowy i porywający futbol. Powinna być to dyrektywa odgórna, filozofia klubowa. Trener, który uważa, że najważniejszy jest wynik powinien wykazywać się gdzie indzie. Lech to powinna być marka, która kojarzy się z czymś pozytywnym a nie z gehenną widza.
Ktoś powie, że czepiam się, bo przecież wygrywają.
Zgadza się. Nie tylko wygrywają, ale gdyby policzyć statystykę ligową od momentu przyjścia do zespołu Mariusza Rumaka, to okaże się, że to najskuteczniejszy zespół w lidze.
Ale co z tego, skoro z taką grą nie mają czego szukać w Europie. A przecież zespół z taką marką nie powinien być budowany w celu walki o pierwszą trójkę, ale właśnie z myślą o europejskich pucharach w przyszłym sezonie. Czołówka ligowa może być szczytem marzeń dla Śląska czy Lechii, przynajmniej w tej chwili, ale nie dla Lecha, Wisły czy Legii. To są drużyny, których przeznaczeniem jest futbol międzynarodowy, liga jest tylko środkiem do celu.
Niestety wygląda na to, że od momentu meczów z AIK Solna, w których zespół prezentował się fatalnie, nie doszło do żadnej ewolucji.
Brak stylu, brak polotu, brak koncepcji. Rudolf Kapera, nauczyciel kilku naszych trenerów wywodzących się z warszawskiej AWF powiedziałby pewnie, że Lech „gra futbol prostacki”.
Drużyna poznańska wyszarpuje punkty, wymęcza je i nie da się na to patrzeć. O ile oglądanie Legii, Polonii czy Górnika sprawia autentyczną przyjemność i na mecze tych drużyn czekam cały tydzień, o tyle Lecha oglądam, bo jest to mój służbowy obowiązek.
Wiem, że Legia ma dziś po prostu najlepszy personalnie zespół w lidze, ale przecież Polonia i Górnik mają tylko to, co sobie wypracowały. Spokojnie i cierpliwie jak w przypadku Górnika czy też dzięki szaleńczej fantazji, dobrym choć źle wykorzystanym podstawom zbudowanym wcześniej i pozbyciu się kompleksów, jak w przypadku Polonii. I nie ma dla mnie znaczenia czy Lech będzie wyżej w tabeli niż Polonia i Górnik. Nie zmieniam zdania. Te dwie drużyny będę oglądał bo chcę, a Lecha dlatego, że taki mam zawód.
W przypadku Lecha zawód to dobre słowo.
Jestem zawiedziony tym, że ten zespół nie robi żadnego postępu.
Wiem, że nie da się znaleźć od ręki nowego Lewandowskiego, Peszki czy Stilicia. Złe ruchy kadrowe to jest coś co obciąża struktury klubowe nie Rumaka. Przecież to nie Rumak stwierdził, że Paweł Wszołek nie pasuje do filozofii klubowej, bo ma trudny charakter, zrobił to ktoś inny.
Dziwne to wszystko, bo przecież Lech miał swego czasu najlepszy skauting w kraju. Być może ktoś przysnął, być może przycięto środki na dział wyszukiwania talentów.
Można jednak budować zespół powoli, dodawać nowych piłkarzy, jednego po drugim. Ale takich, którzy coś wnoszą, a nie kolejnych przeszkadzaczy.
I trzeba budować styl. Mam tymczasem wrażenie, że Rumak jest człowiekiem bez żadnej jasnej wizji. Kolejnym trenerem, który poprowadzi treningi jak z książki, zna kilka schematów zachowań, ale nic więcej w piłce nie zdziała.
Dziś w Poznaniu mamy jedynie dobrą defensywę i tym Lech wygrywa mecze. Wracając do statystyki, w 7 meczach z 11 zespół nie stracił bramki.
Ktoś powie, że to taki styl, że wszyscy się bronią, ale jest to zwykły banał. We wszystkich dobrze zorganizowanych europejskich drużynach wszyscy się bronią, ale potrafią też atakować. Lech nie potrafi atakować, tylko pozorować atak i czekać na farta, albo zryw, któregoś z defensywnych pomocników.
W zespole ewidentnie brakuje kreatywnych piłkarzy.
Rolę rozgrywających przejęli dwaj defensywni pomocnicy. Z Widzewem nieźle radził sobie Murawski, który faktycznie był ponad meczem, spotkałem się nawet z opinią że zdominował mecz. Nie będę specjalnie protestował. Tak samo było tydzień temu w Krakowie, tyle, że wtedy zdecydowanie ponad obie drużyny wystawał Łukasz Trałka (nie liczę bramkarzy), który był świetny w odbiorze i wyprowadził kilka naprawdę dobrych ataków.
Powołanie do kadry jak najbardziej zasłużone, bo choć wiadomo, że drużyny narodowej nie zbawi, to jednak oczywiste jest, że Waldemar Fornalik musi szukać defensywnego pomocnika, który umie wyprowadzić piłkę. W meczu z Anglią Grzegorz Krychowiak miał z tym problem. Owszem, podawał celnie, ale na podjęcie właściwej decyzji potrzebował 3-4 sekund. O ponad 2 za dużo.
Trałka w Krakowie podejmował decyzje szybkie i trafne, choć to oczywiście była tylko ligowa młócka. Sprawdzić warto. Porównywanie go do Sebastiana Mili (pojawiały się nielogiczne głosy, dlaczego powołał Trałkę a nie Milę) nie ma sensu. To nie ta pozycja.
Swoją drogą chciałbym zobaczyć kogoś pokroju Mili w Poznaniu. W zespole brakuje dobrej dziesiątki albo choćby zawodnika, który ma dobre i regularne prostopadłe podanie i wysokiej klasy dośrodkowanie. To największy problem. Ale brakuje skrzydłowych, bo ci, którzy są miewają jedynie przebłyski.
Tonew i Lovrencsics nie wnoszą nic wielkiego do naszej ekstraklasy.
Tonewowi kiedyś w klubie powiedzieli: „Słuchaj, puścimy ci tu nagranie pewnego świetnego skrzydłowego, zobacz jak on gra i postaraj się skorzystać.”. Puścili mu kompilację jego własnych meczów jeszcze z czasów gry w CSKA Sofia. Zadziałało, ale tylko raz. Drugi raz taki numer nie przejdzie. Tonew i Lovrencsics mają jakiś talent (Lovrencsics to taki węgierski Tomasz Wróbel, ale nie wiem czy lepszy), ale albo go nie wykorzystują, albo ktoś nie wykorzystuje ich potencjału. Stawiam na to pierwsze.
I przede wszystkim brakuje strzelca. Na szczęście nie gra chwilowo Ślusarski, który jest parodią napastnika i wbrew swojej zasadzie, nie mam nawet specjalnie zamiaru tego uzasadniać, to po prostu widać z gry. To kolejny polski mistrz grania tyłem do bramki, rozpychacz, robiący miejsce innym, który jakoś się przez te wszystkie lata uchował w piłce nie strzelając zbyt wielu bramek.
Jego zastępca Bereszyński ze swoją techniką i skutecznością, powinien raczej ogrywać się w Turze Turek. A jak się ogra, to przejść gdzieś do I ligi. Nie odbieram chłopakom umiejętności gry, ale tylko na poziomie pierwszej ligi. Lech potrzebuje piłkarzy na miarę europejskich pucharów. Rudniewów, Lewandowskich, Peszków ale też Milików, Wszołków i Tedorczyków.
Pojawienie się kilku talentów w ostatnich latach w polskiej piłce, pokazuje że tacy zawodnicy są. Trzeba poszukać. Takich, którym futbol sprawia przyjemność. Którzy chcą dawać radość sobie i innym. Wczoraj miałem wrażenie, że zawodnicy Lecha przyjechali do Łodzi jak na robotę zleconą, sesję wyjazdową z fabryki tabliczek z napisem ‚Winda nieczynna. Awaria”. Przyjechali, wykonali, zanudzili, pojechali. I niech lepiej zbyt często nie wracają.

7 Komentarzy

Malinowski i pensja dla Bońka

Korespondencja z Jonestown

Napisałem, że PZPN zajmę się tylko wtedy gdy będzie taka konieczność i okazuje się, że już jest. Szybko wróciłem więc do futbolowego Jonestown, miasta zbiorowej halucynacji, gdzie odbywa się debata w sprawie czy Zibi Boniek jako prezes ma dostawać pensję czy nie. Postanowienie ma zapaść w pierwszej połowie grudnia. Właściwie nie wiem dlaczego

Boniek do wyborów szedł z zapewnieniem, że zrezygnuje z pensji, jeśli zostanie prezesem. Nikt od niego tego nie wymagał, tym bardziej że jest to wyjątkowo tanie i populistyczne. Spodziewałbym się tego po osobie pokroju świętej pamięci Andrzeja Leppera, ale nie poważnego kandydata na prezesa jakiejkolwiek instytucji.
Ale skoro obiecał, to obiecał. Moim zdaniem zrobił to niepotrzebnie, bo to pusty gest, który nie mógł mieć wpływu na wyniki wyborów. Ale to jego sprawa, chciał to zrezygnował. Przynajmniej tak myślałem aż do teraz (wczoraj głosowanie nad tą sprawą przeniesiono na 12 grudnia).
Przypomniał mi się od razu początek kadencji selekcjonera Franciszka Smudy.
Franz zaczynał mówiąc, że „nie będzie taki jak Leo Beenhakker”. Kiedyś będąc na zgrupowaniu kadry w Brukseli zapytałem Beenhakkera czy odwiedzi go rodzina, bo razem z partnerką mieszkali wtedy pod Antwerpią. Holender odpowiedział: „A czy pana żona przychodzi do pana do biura w czasie pracy?”. Franz Smuda nie był jak Leo, na wyjazd do Tajlandii zabrał żonę, ale że było to początek kadencji a Franz działał jeszcze na fali społecznego poparcia, jakoś to umknęło. Ok, nadużycie, ale co tam.
Dziś mamy podobne standardy. Sam fakt, że Boniek nie mówi wprost: „Dotrzymam słowa”, ale zaczyna się zastanawiać czy go nie złamać, oznacza że od początku kadencji nie możemy mówić o standardach.
Ludzie przekonują mnie, że jeżeli zrezygnuję z pensji, będzie to źle wyglądało. Bo u nas pokutuje stereotyp, że jeżeli ktoś nie chce wynagrodzenia, to źle pracuje – mówi Zibi.
albo
O tym, czy będę miał stałą pensję, zadecyduje zarząd. Ja oczywiście się dostosuję. Mogę formalnie zarabiać, ale równie dobrze mogę też pracować za darmo. To jest dla mnie absolutnie drugorzędna sprawa – mówi nowy prezes.
A dla mnie nie jest drugorzędną sprawą, jeśli nowy prezes na dzień dobry robi sobie z gęby cholewę, bo zastanawiam się jakie zasady złamie za chwilę – Zrezygnujemy z przejrzystości w podejmowaniu decyzji? Szkolenie młodzieży stanie się sprawą drugorzędną?
Raczej nie dowiemy się czy jest to zaplanowana akcja…
– Tera rozumisz zrezygnujesz, a my to potem przepchniemy Zbychu.
– Świetny plan Kaziu, masz tu na flaszkę.
– A potem zajmiemy się odnową
– Dobra, ale to potem

A może zwykła chęć podlizania się członków zarządu.
Przykładowo Kazimierz Greń, który mówił we wczorajszym Przeglądzie Sportowym (miałem tekst wrzucić wczoraj, ale byłem w drodze)
– Zakładam, że Zbigniew Boniek gruntownie zreformuje polski futbol, wykona kawał dobrej roboty. Dlatego powinien dostawać godziwe wynagrodzenie, choć w tej chwili nie mam pojęcia, jak wysokie.
I niestety takich jak Krzysztof Malinowski, który dodaje:
– Dzięki temu struktura wynagrodzeń będzie przejrzysta. Regularna pensja to zdecydowanie lepszy pomysł niż wypłacanie jakichś wielkich nagród co pół roku czy rok, a pewnie tym mogłoby się to skończyć. Poza tym wyznaję zasadę, że w pierwszej kolejności wymagać można od kogoś, komu się za to płaci. A przed Bońkiem przecież wielkie wyzwania, wymagania będą więc bardzo duże.

Aha, czyli to nie miało być tak, że Boniek zrezygnuje z pensji tylko będzie ją pobierał w postaci premii od zarządu. Cytując samego Zibiego: „Brawo, brawo”

Jestem zażenowany słowami Malinowskiego. Spodziewałbym się tego po Greniu, bo to facet, który wprowadził Latę do związku. Ale Mailnowski – prawnik? Umówmy się, ten facet nie zasługuje na to, by go tak nazywać, bo prawnik to powinien być nie tylko ten, który skończy studia prawnicze, ale ten, dla którego prawo i moralność są punktami odniesienia. Na tym głównie polega wyższość kultury anglosaskiej nad naszą nepotyczną, łapówkarską i malinowską. Moralność powinna być niepisanym elementem prawa, ludzie o wątpliwych moralnych standardach nie mają prawa pełnić służby publicznej. Oczywiście zdarzają się tacy, ale opinia publiczna szybko naciska na to, by się ich pozbyto z działalności w instytucjach nieprywatnych. W prywatnych róbcie sobie co chcecie.
Niestety wiele osób wciąż uważa, że PZPN jako że nie jest na garnuszku państwa, powinien być traktowany jako instytucja prywatna. Zapominają, że jest odpowiedzialny za piłkę nożną, która jest własnością społeczeństwa, rzeczą pospolitą. Dlatego ja nie chcę moralnych odpadów PZPN-ie, czy to prawników, filozofów, księgowych czy ekonomistów, tych wszystkich którzy w swoich środowiskach nie są poważani, dlatego idą do piłki nożnej, uchodzącej od lat za rodzaj przytułka dla cwaniaczków. Niestety u nas każdy Malinowski czy Menelowski może tytułować się tytułem prawnika, wystarczy że skończy studia, albo kupi dyplom na bazarze od Ruskich. Jak widać w wielu przypadkach nie ma to żadnego znaczenia, bo sposób nabycia nie gwarantuje przestrzegania zasad etyki.
TU przypominam tekst Darka Łuszczyny o Malinowskim i jego standardach

Dla mnie nie ulega dziś wątpliwości, że Malinowski jest moralnie spaczony, skoro namawia nowego prezesa do złamania jednego z niewielu głoszonego publicznie haseł wyborczych. Pokazuje to jak bardzo w poważaniu ma opinię publiczną i najbardziej podstawowe standardy etyczne. Przez takich ludzi jak on zebranie zarządu jest warte tyle co zebranie pijaczków pod budką z piwem. Dane słowo jest fajne, dopóki nie pochlejemy. A dziś nie ma wątpliwości, że wielu wciąż jest upojonych wygraną nowego prezesa.
Kim jest Malinowski i jemu podobni? Niech odpowie Leszek Miller.
Co powinno zrobić się z Malinowskim i jemu podobnymi? Zapytajcie Janka Tomaszewskiego, on ma na to dobre określenie.

PS. Umknęła mi nieco uwaga nowego wiceprezesa Koźmińskiego, że zamierza wybrać się na wycieczkę w poszukiwaniu talentów po Ameryce Południowej.
Moja propozycja wycieczki:

– Sprawdzić, czy jakiś talent nie ukrył się pomiędzy żółwiami na Galapagos.
– Zobaczyć, że jakiś Polak nie gra z Indianami na Machu Picchu
– Obserwować z samolotu, czy Polacy nie grają pomiędzy rysunkami z Nazca
– Znaleźć Polaków w drużynach z dżungli amazońskiej
– Zobaczyć, czy jakiś nie ukrył się w mieście Ushuaia na przylądku Horn. A stamtąd blisko na Antarktydę, czy Koźmiński może przegapić taką okazję? To w końcu gigantyczny kontynent, który jeszcze nie został spenetrowany, warto odwiedzić stację badawczą, na pewno Polacy zostawili tu jakieś piłkarskie potomstwo.
– Przetestować, czy nie ma uzdolnionego Polaka na promie z Montevideo do Buenos Aires, z estuarium la Plata musi być zdolny Polak
– Poleżeć na plażach Rio z drinkiem z palemką i nasłuchiwać czy któryś z miejscowych talentów nie posługuje się językiem polskim.
Nie rozumiem też dlaczego Koźmiński nie zaproponował wycieczki w Himalaje. Co roku na Mount Everest wchodzą tysiące turystów, musi być wśród nich jakiś piłkarz polskiego pochodzenia albo ktoś z jego rodziny, po prostu musi.
Koźmińskiemu proponuję też poszukiwanie talentów na koszt związku w okolicach Taj Mahal, egipskich piramid, chińskiego muru (a w drodze powrotnej Shaolin i Tybetu), Alhambry (przy okazji Mezquity), wodospadów Wiktorii, w parku Yosemitee (wielu Polaków emigrowało do USA,z pewnością urządzają pikniki rodzinne w parkach narodowych, nie wierzę, że nie ma żadnego u podnóża El Capitan, po prostu nie wierzę), a na koniec przepytanie surferów na Hawajach, czy któryś z nich nie ma przypadkiem polskich korzeni. Ktoś przecież musi mieć.
Wyprawy na Madagaskar nie wspominam, bo to jest dla mnie oczywiste. No tak, zapomniałem o Nowej Zelandii, mam nadzieję że jeszcze nic straconego.
Podsumowując, uważam pomysł Koźmińskiego za pożądany i słuszny. Wy, cholerni sceptycy, możecie się śmiać, ale jeśli mamy znaleźć nowego Messiego-Kowalskiego, to warto zaryzykować. Ten kto nie próbuje, ten nie ma efektów, nie robi błędów ten, który nic nie robi.

Comments (1)