Archive for Grudzień, 2012

Racja Mili

Są tacy, którzy twierdzą, iż Łukasz Gikiewicz postąpił dobrze donosząc na Patrika Mraza. Zazwyczaj to dziennikarze. A to dlatego, że Mraz zachował się nieprofesjonalnie, bo przyszedł na trening w stanie wskazującym bądź na potężnym kacu. Widzę to zupełnie inaczej. Oczywiście, że zachował się nieprofesjonalnie i nikt nie robi z niego żadnego bohatera. To nieporozumienie. Mraz jest słabym piłkarzem, który dodatkowo nadużywa alkoholu i klub już dawno powinien go wywalić (za umiejętności a nie za picie). Są jednak prawa zwyczajowe, niepisane reguły i są istotniejsze niż spisany regulamin zachowań. Powinien wiedzieć to Marek Citko, menedżer braci Gikiewiczów.

W wywiadzie dla Gazety Wyborczej mówi:

„drużyna broni gracza, który podobno prowadził się nieprofesjonalnie, a krytykuje chłopaków, którzy są zawodowcami. Odwróćmy sytuację, interesujące, jak zareagowaliby piłkarze w lidze zagranicznej, gdyby taka historia jak Mraza przytrafiła się jakiemuś polskiemu piłkarzowi. Myśli pan, że w normalnym zawodowym klubie stanęliby w takiej sytuacji za obcokrajowcem?”

Myślę, że drużyna nie broni Polaka bądź obcokrajowca. Broni swojej jedności.

Zresztą podział jest tu dość wyraźny – ci, którzy grali w piłkę, choćby na poziomie juniorskim lub klasy C, przyznają w większości rację Sebastianowi Mili. Ci, którzy nie grali, są po drugiej stronie. Oprócz Marka Citki, który jest związany z drugą stroną biznesowo.

Szatnia w piłce nożnej to rzecz święta. Jej reguły często są niezrozumiałe, a bywają i błędne i głupie. Choćby decyzja o tym, że wszyscy odmawiają udzielania wywiadów to rzecz głupia wręcz beznadziejnie, zwłaszcza po wygranym meczu, działanie na szkodę pracodawcy. To również robili piłkarze Śląska. TU o tym pisałem.

Gdy pisałem o Polonii dla Faktu, mieliśmy przypadek, że w gazecie pokazano zdjęcie piłkarza częściowo roznegliżowanego. Na Konwiktorskiej powiedzieli, że nie gadają ze mną. Wszyscy. Oczywiście byłem zły, bo przecież nie był to mój tekst ani pomysł. Ale też gdyby zawodnicy nie zademonstrowali solidarności, okazaliby słabość drużyny. Muszą stanowić jedność. Po dwóch tygodniach znowu rozmawiali, a najlepszy kontakt mam dziś z tym, który był wtedy „ofiarą”. Pozostajemy w bardzo koleżeńskich stosunkach.

Byłem, według szatni, wrogiem zewnętrznym. Może takim trochę umownym, bo jak mówił mi jeden zawodnik: „Jeszcze tylko tydzień, zrozum, nie mamy wyjścia, musimy się trzymać”.
Rozumiem.

Szatnia musi być jednością. A donos na kolegę z drużyny, choćby najbardziej nielubianego, to już przestępstwo, którego się nie wybacza. Czy Gikiewicz postąpił więc profesjonalnie? Nie rozpatruję tego w tych kategoriach.

Drużyna piłkarska to nie fabryka gwoździ, tu oprócz treningu musi być atmosfera, wzajemne zaufanie.

Bo przecież nie mówimy o tym, że ktoś wyniósł jakąś informację, coś powiedział zaprzyjaźnionemu dziennikarzowi, o transferze albo sposobie motywacji. To są normalne rzeczy, czasem ktoś się wygada i nie ma sensu robić z tego zagadnienia. Chodzi o donos do sztabu szkoleniowego, który podważa dobry klimat, psuje powietrze, wprowadza złą atmosferę.

Nie znam bardzo dokładnie kulisów sprawy, być może Gikiewicz palnął głupstwo i źle to się skończyło. Wygląda jednak na to, że nie, bo w innym przypadku konflikt zostałby zażegnany.

Istotne jest też to, że Patrick Mraz, który był jednym z elementów układanki pod tytułem „Dobry klimat”, musiał pożegnać się z klubem. Szefowie Śląska wykorzystali sytuację i pozbyli się niechcianego piłkarza.

Piłkarza przeciętnego, w dodatku człowieka Lenczyka, a więc tego beznadziejnego trenera, który zdobył dla Śląska wicemistrzostwo i mistrzostwo kraju a nie dostał za to nawet podziękowań.
Mówimy o zawodniku niechcianym przez zarząd, bo szefowie liczą rachunki, a te płacone na rzecz Słowaka nic nie wnosiły. Tyle, że chcianego przez zespół, bo członka jakiejś społeczności. Może dobrze grał na gitarze, może tylko śpiewał, a może był po prostu jednym z nich. I teraz musiał spakować rzeczy i wyjechać.

Jeden z trenerów łódzkiego Widzewa opowiadał mi o tym, że miał dwóch równorzędnych bramkarzy. Czasem rezerwowy bywał lepszy i korciło, żeby wstawić go do bramki. Ale nie mógł sobie na to pozwolić, bo ten pierwszy był częścią grupy tak zwanej bankietowej, ważnym członkiem społeczności, zaś drugi samotnikiem. Więcej szczegółów nie zdradzam, będą w książce o Wielkim Widzewie, która ukaże się niedługo.

Tam również znajdziecie historię piłkarza, którego na pijaństwie złapał trener. Drużyna wstawiła się za nim, ale żeby uratować jego premię musiała zdobyć co najmniej 4 punkty w trzech kolejnych meczach. Oczywiście zdobyła komplet, a zawodnik był najlepszy na boisku.

Oczywiście rolą Sebastiana Mili jako kapitana i lidera jest pilnowanie aby zawodnicy pod wpływem alkoholu na trening nie przychodzili. On lub ktoś z rady drużyny może z tym iść do trenera, jeśli taka będzie wspólna decyzja. Nie Gikiewicz, bo w tym momencie wyłamuje się z ekipy, podważa sens istnienia grupy, wpuszcza brzydki zapach donosu.

Trenerzy często starają się budować atmosferę w szatni zabierając przykładowo zawodników na gokarty czy paintball. Gdy jednak atmosfera jest o prostu dobra, bo zbierze się grupa która się rozumie, to jest to skarb. To jest ten Team Spirit, o którym tak wszyscy ochoczo mówią.

A sukcesy osiągają tylko zespoły, w których jest dobra atmosfera. Zespół skłócony może wygrać jeden turniej, ale prędzej czy później jest skazany na śmierć. Dlatego trenerzy sami wyławiają tego, który sączy jad i się go pozbywają.
I nie ma to nic wspólnego z profesjonalizmem bądź jego brakiem.
Szkoleniowiec może wydawać różne polecenia, ale nie: „Macie się lubić”.

Ostatnie wydarzenia we Wrocławiu, reakcja zawodników, którzy po golach pokazywali szóstkę, czyli numer Mraza, albo reakcja Diaza, który miał koszulkę z napisem „Mraz dziękujemy”, to dowód na to, że atmosfera w szatni Śląska jest bardzo dobra, wszyscy są razem.

Co więc powinien zrobić Gikiewicz? Moim zdaniem to proste – jeśli miał pretensje, powinien podczas spotkania przy kawie czy piwie powiedzieć kolegom, że Mraz zachował się niepoważnie i daje zły przykład, że zniszczy zespół. I że on sobie tego nie życzy jako piłkarz. Oczywiście gdyby sytuacja się powtarzała, mógłby ostrzec kolegów, że szkoleniowiec się dowie. Mógłby też puścić kontrolowany przeciek do prasy, ale do tego potrzeba już intelektu, którego piłkarzowi zabrakło. Wybrał drogę na skróty i sam próbował, może nieświadomie, zespół zniszczyć.

Te wszystkie zdarzenia mogą wbrew pozorom bardzo pozytywnie wpłynąć na Śląsk przed meczem z Legią Warszawa. Sebastian Mila, który w tej rundzie gra znakomicie, przedstawił swoje stanowisko i został w nim nieugięty. To jeszcze bardziej scementuje drużynę. Bo drużyna musi mieć wspólny cel, wspólnego wroga. Czasem jest to dziennikarz (ten ch… znowu o nas źle napisał), czasem inny zespół (zazwyczaj „Legia, ta głupia…”), czasem działacz własnego klubu (ta menda nic nie umie a się wpier…). Trenerzy stosują od dawna metodę szukania wspólnego wroga. Dziennikarze to najłatwiejszy cel, ale też najgłupszy, bo kilka tekstów może zniszczyć klimat nie wewnątrz, ale dookoła drużyny. Tu wróg który skoncentrował zespół trafił się sam. Nazywa się Gikiewicz. Nawet dla jego własnego zdrowia psychicznego lepiej byłoby, gdyby poszukał nowej drużyny. Najlepiej zagranicą.

PS. Gdyby Gikiewicz był dobrym i wartościowym zawodnikiem, nie byłoby tematu. Szatnia ugięłaby się przed jego klasą. Ktoś powie, że to nielogiczne i pełne hipokryzji. Dlaczego słaby nie może zachować się źle, a dobry może? Z prostego względu. Już tu o tym pisałem. Bo to drużyna, a nie fabryka gwoździ.

Reklamy

Comments (1)

Technologia nie zdoła zabić futbolu

Czy technologia zdominuje futbol? Czy właściwie już go nie zdominowała? Czy oglądanie piłki nożnej stanie się równie nudne jak oglądanie Formuły 1, w której zwycięzca jest właściwie z góry znany, bo jeździ lepszym samochodem? Czy o punktach będą decydowali naukowcy w swoich laboratoriach, komputerowe programy do dokładnego wrzucania piłek w pole karne, maszyny za miliony euro typu „footballnaut”, które uczą piłkarzy zachowań automatycznych?
Krótka odpowiedź: NIE.
Zachęcam do lektury wywiadu z Edwardem Kowalczukiem, jednym z ludzi odpowiedzialnych za przygotowanie fizyczne w zespole Hannover 96.
Nie będę robił tu wyciągu, polecam całość, warto bo to jeden z lepszych wywiadów w tym roku w prasie sportowej.
Dowiemy się jaki dzieli nas dystans od pierwszej ligi. Kowalczuk przedstawia pewne zasady, które we współczesnym futbolu są normą, zaś dla nas brzmią jakby były z innego świata. I faktycznie jest to inny świat, gdyż Polska znajduje się wciąż po tej gorszej stronie futbolu. Wynika to z tego, że naszymi klubami i naszym futbolem wciąż zarządzają dziwni ludzie, a stanowisk, umówmy się, nie rozdaje się według konkursu świadectw.
I z powodu tej mentalności przez lata nic się nie zmieni.
Odejdźmy jednak od formułowania prokuratorskich przemówień, oskarżeń ludzi futbolu i wróćmy do konkretu.
Wywiadu z Kowalczukiem nie zrozumiałem jako przesłania: „Technologia zabije geniusz”, ale wręcz jako do pewnego apelu do ludzi polskiego futbolu.
Mówił to Leszek Dyja, odpowiedzialny do niedawna w Ruchu Chorzów, a obecnie też w kadrze, za przygotowanie fizyczne, uczeń Jerzego Wielkoszyńskiego. Ruch, według niego, miał w poprzednim sezonie drużynę najszybszą, co było podstawą sukcesu. A przecież można przypuszczać, że pod względem motorycznym udało im się co najwyżej osiągnąć poziom porównywalny ze słabszymi zespołami Europy zachodniej, bo na więcej nie było ich stać.
Dlatego drodzy ludzie futbolu – zacznijcie patrzeć na świat, iść w odpowiednim kierunku. Przecież nikt nie wymaga od szefów polskich klubów zakupienia maszyny za milion euro. Wymaga raczej innego podejścia do szkolenia.
A czy technologia zabija geniusz w futbolu? Jeszcze raz zdecydowanie nie. Geniusz musi przystosować się do technologii.
Świat idzie naprzód od kilkudziesięciu lat, ale ludzie z szóstym zmysłem wciąż są w cenie. Moim ulubionym przykładem jest Andrea Pirlo, zresztą jeden z moich ulubionych piłkarzy. Pozornie zbyt wolny dla współczesnego futbolu a jednak wprowadził Włochy do finału EURO 2012, pokonując po drodze również niemiecką technologię. Jego podania były dziełem geniuszu i praktyki, a nie nauki.
Popatrzcie na ten filmik poniżej, jak gra z głową do góry, jak opanowuje piłkę, jak zagrywa tam gdzie chce, jak oszukuje jednym ruchem ciała kilku rywali, jak przewiduje wydarzenia na boisku.

Pirlo podczas EURO 2012

Umówmy się, tysiąc „fooballnautów” nie nauczy ani Reusa, ani Błaszczykowskiego, ani Bendera takiego myślenia. Działanie maszyny polega na tym, że piłkarz stoi wewnątrz, z otworów wyrzucona zostaje piłka a zawodnik ma uderzyć ją w miejsce wskazane przez maszynę, w ten sposób uczy się szybkiej, automatycznej reakcji.

działanie Footballnaut

Mogą co najwyżej opanować podstawy i doszlifować je do maksimum. A i tak będą daleko w tyle.
Ciekawie wyglądało to podczas ostatniego meczu ligowego Borussii z Fortuną, gdy piłkarze podawali automatycznie, byli wystarczająco szybcy, wytrenowani do granic możliwości, ale w końcówce zabrakło tego jednego genialnego podania. Walili głową w mur. Może dlatego, że zabrakło indywidualności Mario Goetze, jedynego w zespole, którego stać na jakieś zupełnie nieprzewidywalne zagranie, nie wynikające jedynie z ekstremalnego wytrenowania.
Wracając do Pirlo, to przecież nie unika on technologii, w końcu część swojego życia spędził w Milan Lab, laboratorium ośrodka Milanello i pewnie tam też skorzystał z różnych wynalazków ludzkości. Technologia sprawiła, że nie został w blokach, ale jego laboratorium wciąż jest boisko.

Tu artykuł o Pirlo, który napisałem przed meczem z Niemcami w trakcie EURO 2012

Fenomen musi dostosować się do postępu ale jednocześnie nie jest powiedziane, że musi w związku z tym stracić swój urok, kolejne przykłady to Xavi czy Sneijder, którzy jednym zagraniem mogą zadecydować o losach meczu albo Messi, który przecież nie jest żadnym urodzonym atletą, ale poza tym że fenomenem motorycznym to też największym współczesnym geniuszem piłki.
Nikt nie odrzuci w procesie rekrutacji geniusza, po prostu zostanie dostosowany do nowoczesnego futbolu.
No prawie nikt, wśród trenerów też zdarzają się durnie.
A skoro jesteśmy przy geniuszach, Messim, Sneijderze i Pirlo, to dorzucę swoją opinię w sprawie Złotej Piłki. W ogóle te wybory mnie nie interesują, a przekonały mnie o tym po raz kolejny nominacje do najlepszej trójki.
Ronaldo, Messi i Iniesta? A gdzie Pirlo właśnie, gdzie Casillas?
W 2010 roku Wesley Sneijder zdobył wszystkie trofea z Interem Mediolan i był najważniejszym zawodnikiem zwycięskiej kampanii ekipy Jose Mourinho w Lidze Mistrzów, a jednocześnie liderem reprezentacji Holandii, która awansowała do finału Mistrzostw Świata w RPA.
W plebiscycie zajął zaledwie czwarte miejsce. Wygrał Leo Messi, który odpadł w półfinale Ligi Mistrzów i w dość brutalnych okolicznościach w ćwierćfinale Ligi Mistrzów.
Bert Van Marwijk skomentował wybór Messiego (i niewybór Sneijdera) słowami: „Przyznajmy mu tę nagrodę na dziesięć lat z góry”.
Wybór najlepszego zawodnika w sporcie drużynowym powinien polegać na porównaniu zdobytych trofeów i indywidualnej opinii.
W takim układzie oczywiste jest, ze Alvaro Arbeloa nie może być wyżej w hierarchii niż Messi tylko dlatego, że zdobywał trofea z Realem i reprezentacją. Ale nie jest powiedziane, że nie może być wyżej Iker Casillas, który nie tylko fantastycznie gra w Realu, ale też podczas zwycięskiego EURO puścił zaledwie jednego gola z gry, oprócz tego dwa z karnych z Portugalią.
Nie jest powiedziane, że nie może być to Pirlo, który przywrócił Juventus dla wielkiego futbolu, był fenomenem podczas EURO 2012, przywrócił urok włoskiej piłce. I mnie, zagorzałego wroga calcio, przekonał.
Moja trójka to: Iker Casillas, Andrea Pirlo, Andres Iniesta. W tej właśnie kolejności.
Czwarty Leo Messi za fenomenalny indywidualny rekord. Messi jest piłkarzem naszych czasów, wyrasta ponad wszystkich, ponad dzisiejszy futbol, ponad dziesięciu Cristiano Ronaldo. Średnio taki piłkarz pojawia się właśnie raz w dekadzie. Pele, Cruyff, Maradona, Zidane, teraz Messi. I do tego wielu innych genialnych graczy, Garrichów, Di Stefano, Beckenbauerów, Charltonów, Platinich, różnych odmian Ronaldo. Z najwyższej półki, być może niektórych z nich chciałbym zrównać z tymi z piątki, nie wiem.
Wiem natomiast, że rację miał Van Marwijk. Można przyznać Messiemu nagrodę do 2020 roku, bo nie pojawi się w tym czasie nikt z nim porównywalny. Nic na to nie wskazuje.
Ilość jego bramek i asyst jest zabójcza. Tak, tak, ilość, nie liczba. Pewnie jest jednym z pięciu najlepszych w historii piłki. Statystyki porównywalne z nim miał jedynie Wayne Gretzky w Edmonton Oilers, co zresztą już tu kiedyś chyba pisałem.
Tyle, że inni osiągnęli w tym roku więcej. Messi z zespołem zdobył jedynie Puchar Hiszpanii. Robert de Niro nawet odgrywając najlepszą rolę w życiu nie podniesie bardzo dobrego filmu do rangi kultowego (oczywiście można go co roku nominować do Oscara, jeśli ktoś ma ochotę).
Konkurs Messi kontra Ronaldo dowodzi raczej oczywistości, że znaleźliśmy się w czasach popkultury, gdzie tak zwani elektorzy wychowują się na kolorowych pismach z plakatami, gdzie może nie decydująca ale istotna jest liczba lajków na fejsbuku. Tak przy okazji: Messi ma około 39,5 miliona a Cristiano Ronaldo – 51,5 miiona. Iker Casillas – 8,5 miliona, Iniesta – -11,3, Zlatan – 4,6, a Pirlo – 300 tysięcy (Lewandowski 197 tysięcy, Kuba 175 tysięcy, Piszczek, który żadnemu z nich nie ustępuje niecałe nieco ponad 31 tysięcy, a Wojciech Szczęsny ponad ćwierć miliona co wciąż nie oznacza, że jest najlepszym polskim piłkarzem).
Głosowanie to jest trochę infantylne.

Na koniec kilka słów o Śląsku Wrocław.
W prawdziwej drużynie nie doszłoby do tego. Po pierwsze napastnik Gikiewicz załatwiłby sprawę w szatni. Nie wiem jak, może po męsku, może rozmową. A skoro doniósł to jest w języku piłkarzy konfidentem. Pewnie słusznie. A skoro jego brat bramkarz się za nim wstawił, co jest zresztą zrozumiałe, to musi trzymać wspólny front. Nie można pochwalać pijaństwa, ale też donos niszczy drużynę, dlatego dla napastnika Gikiewicza nie ma obecnie miejsca w Śląsku, jego karierę w tej drużynie powinni się uznać za skończoną lub zawieszoną. Zresztą i tak był słabym piłkarzem, nikt nie będzie po nim płakał. Być może ta sprawa z Mrazem i Gikiewiczem oczyści atmosferę, wczoraj gra wyglądała naprawdę imponująco. Szkoda tylko, że w pomeczowym studiu Piotr „Pleple” Ćwielong nie miał odwagi odpowiedzieć na pytanie prowadzącego studio. Cezary Olbrycht (gratuluję świetnych rebusów, dwa ostatnie nawet odgadłem). Było zapytał o to czy słowa „Pleple” Ćwielonga nie oznaczają braku szacunku dla Oresta Lenczyka, który wywalczył ze Śląskiem wicemistrzostwo i mistrzostwo kraju. Ćwielong nie musi odpowiadać, bo wszyscy znamy odpowiedź. Oczywiście, że oznaczają.

4 Komentarze