Archive for Październik, 2013

Malarz z Holandii

wywiad z Robertem Maaskantem (wrzesień 2011), pamiętacie gościa? Fajny facet, ale trochę nerwowy.

ROBERT MAASKANT: Lubię sposób w jaki Co Adriaanse myśli o piłce. Mówi o sobie, że na szachownicy zawsze gra białymi, czyli atakuje, chce żeby styl jego drużyny był atrakcyjny. Jest prawdziwym holenderskim trenerem, myśli jak atakować, jak dać radość kibicom.
Pan woli grać czarnymi?
Na pewno sporo się nauczyłem, obserwując prowadzone przez niego zespoły. Mam taką samą ideę w głowie: ofensywną. Lubię atakować… Pracuję jednak w kraju, gdzie trzeba myśleć bardziej realistycznie. W naszej grupie Ligi Europy jest trzech holenderskich trenerów. Adriaanse jest bardzo ofensywny, Martin Jol zaczyna budować drużynę od tyłu, ja z kolei staram się balansować. Być pośrodku.
Być realistą… to dość uniwersalne, każdy może tak powiedzieć.
Zawsze staram się patrzeć na to czym dysponuję i na to przeciwko komu gramy. W ekstraklasie staramy się grać ofensywnie. Ale w Lidze Europy czy w innych najważniejszych meczach, staramy się zmieniać system i grać dwoma defensywnymi pomocnikami.
Mówi się, że największe drużyny są przewidywalne, wy nie jesteście…
Gramy różnymi systemami, to oczywiste. Na pewno chcemy jednak dążyć do jednego. Jak jednak powiedziałem, jestem realistą. Muszę dostosować grę do możliwości zawodników. Mam różnych piłkarzy: Kirma i Małeckiego, Jirsaka i Meliksona. Pojawienie się na boisku każdego z nich powoduje zmianę stylu gry drużyny. Pan narzeka, tymczasem porównuję nas i Lecha sprzed roku i jednak jest spora różnica…
Tak, bo Lech grał z Manchesterem City, Juventusem, Red Bullem i wygrywał. A wy na razie przegraliście z Odense, teoretycznie najsłabszym zespołem w grupie.
Cóż, ludzie patrzą czasem tylko na wynik, a przecież naprawdę dobrze graliśmy. Powinniśmy wygrać 2:1 lub 3:1 i wtedy wszyscy mówiliby, że graliśmy dobrze. Zmieniłby się wynik, nie gra.
Tak to już w piłce jest, że wynik jest najważniejszy.
Nie zawsze lepsza drużyna wygrywa. Weźmy taki Śląsk Wrocław. Wygrali z nami wiosną, ale czy powiedziałby pan, że Śląsk jest lepszą drużyną od Wisły? Że gra lepszą piłkę?
Sporo pan ryzykuje, trener Śląska Orest Lenczyk w Polsce jest postacią niemal kultową.
Wiem, bardzo go cenię. Podoba mi się, że jest zakochany w piłce, że zna się na tym, co robi, że ma silną osobowość. Johanowi Voskampowi poleciłem zresztą transfer do Śląska. Ale wracając do porównań, to my staramy się grać bardziej ofensywnie. Nie tylko kontratakować, ale dać naszym fanom spektakl.
A wygląda to tak, że na 24-tysięcznym stadionie macie 16 tysięcy ludzi w meczu z Ruchem, nieco ponad 12 w Lidze Europy z Odense, tyle samo z Bełchatowem… Czyżby oczekiwania fanów co do spektaklu były odmienne w stosunku do tego, co im oferujecie?
Ależ to mało inteligentne pytanie!
Niby dlaczego?
Czy sądzi pan, że nie ma żadnych innych powodów?
Z chęcią je poznam.
Po pierwsze pieniądze. Kibice na pewno wydali spore sumy na nasze mecze w Lidze Mistrzów. Po drugie wakacje. Ludzie zabrali rodziny na urlopy, mają mniej pieniędzy do wydania. Po trzecie zaczęły się szkoły, a to znaczy, że dzieci i część młodzieży nie przyjdzie na nasz mecz w Lidze Europy, który gramy o 21.05, nie ma dobrego transportu publicznego, to też ma swoje znaczenie. Z Bełchatowem graliśmy w poniedziałek wieczorem, z Ruchem w niedzielę po południu…
No cóż…
To są moje odpowiedzi. Pańskie pytanie zawierało tezę, że ludzie są znudzeni naszą grą, a ja uważam, że powody są znacznie głębsze. Ale w porządku, jestem otwarty na pytania. Ludzie, którzy przyszli na nasz stadion w niedzielę po południu, na pewno nie byli znudzeni.
Mówi pan o ostatnim meczu ligowym, fajnym, otwartym. To cieszy, ale Wisła ma budżet kilka razy wyższy niż Ruch. Żaden z zawodników Ruchu nie usiadłby nawet na ławce rezerwowych w waszym klubie…
Ruch gra bardzo dobrze, a różnice w pieniądzach nie są aż tak duże. Oczywiście mamy szerszą kadrę, większy budżet, lepszy zespół. Pewnie to dlatego my zdobywamy tytuły mistrzowskie w ostatnich latach, a nie Ruch. Jeśli jednak myślelibyśmy w ten sposób, to Wisła nigdy nie byłaby mistrzem Polski. Lech, Polonia i Legia płacą znacznie lepiej. Nawet Zagłębie Lubin płaci niewiele mniej. Zdziwiłby się pan… Wracając do ostatniego meczu. Znacznie trudniej namalować obraz niż go zniszczyć. Co tydzień my musimy malować, zaś nasi rywale po prostu chcą go zgnieść i wyrzucić do kosza. Trzeba wziąć też pod uwagę inne czynniki, jak choćby zmęczenie. Graliśmy w poniedziałek w Bełchatowie, potem w czwartek puchar w Świnoujściu na samym końcu Polski, a potem z Ruchem u siebie w niedzielę. To naprawdę męczące, a jednak zdołaliśmy wygrać wszystkie mecze. Proszę to docenić.
Z Twente to wy zagracie z kontrataku?
Na pewno bardziej niż zazwyczaj.
Tak jak z APOEL-em?
To była inna sytuacja, to był mecz na zasadzie „wszystko albo nic”. Wygraliśmy w pierwszym spotkaniu 1:0, dlatego obraliśmy normalną, logiczną taktykę. Chcieliśmy ich naciskać, ale to się nie udawało.
Jeszcze przez jakiś czas ludzie będą mówić o APOEL-u. Mecz w Nikozji to pańskie Waterloo?
Nie, dlaczego, to takie typowe…
Mówię o ogólnopolskim punkcie widzenia. Były spore oczekiwania, byliście tak blisko…
Zabrakło nam kilka minut do awansu, ale wiemy, że zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy. Znaliśmy wartość rywala, który zatrudnia dwa razy droższych piłkarzy niż my. A zabrakło nam tak niewiele, zaledwie centymetrów…
Ale wasz awans byłby fartem.
Oczywiście, że tak, ale wciąż byliśmy niesamowicie blisko od wyeliminowania bardzo dobrej drużyny, która na przywitanie z Ligą Mistrzów pokonała mistrza Rosji. Proszę znaleźć pozytywy. Rok wcześniej Wisła przegrała z Karabachem, musieliśmy kompletnie przebudować zespół. Zaczynaliśmy prawie z niczym, a doszliśmy na odległość 3 minut od Ligi Mistrzów. Rzadko zdarza się, by w futbolu ktoś zrobił tak wielki krok.
Brak Meliksona i Małeckiego to poważna strata. To świetni zawodnicy do kontry.
Tak, jednak z Ruchem bez ich udziału strzeliliśmy dwie bramki z kontrataków, mogliśmy dołożyć jeszcze jedną… Mamy dobrych piłkarzy do kontr, mamy szybkość w drużynie.
Jak pan zapatruje się na sprawę Maora Melliksona? Chyba sporo na tym stracił…
Podjął decyzję.
Czyżby? Mieliście spotkanie na Wiśle: pan, Smuda, Dahan (menedżer Meliksona – red.) i sam zawodnik. Czy nie poddaliście go zbytnim naciskom?
To nie tak. Maor był niedoceniany w Izraelu, więc dostał propozycję z Polski. Dalej była to jego decyzja. Myślę, że nie wiedział, co zrobić i chyba dalej jest zagubiony. Nie spodziewał się takiego zamieszania. Podjął decyzję, która dla niego była pozytywna, ale w ciągu jednego dnia wszystko się odwróciło. Media z Polski i Izraela wystąpiły przeciw niemu.
Piłkarz z Izraela zastanawia się nad grą dla Polski? Czy w Holandii byłoby to dopuszczalne?
Są podobne sytuacje, w naszej kadrze grają zawodnicy, choćby z Maroka, którzy wychowywali się w Holandii.
Melikson tu się nie wychował.
Jeśli chodzi o Maora, to proszę pamiętać, że jest polskiego pochodzenia, więc ma prawo grać w kadrze.
Melikson powinien grać dla Polski?
Nie zajrzę w jego serce, ale z piłkarskiego punktu widzenia byłoby to ogromne wzmocnienie. To zawodnik, który wprowadza nową jakość, może zadecydować o wyniku jednym zagraniem.
Robi to w meczach ligowych, ale na przykład w meczu z APOEL-em nie był w stanie nic wielkiego zrobić.
Tak, ale wcześniej z Liteksem grał fantastycznie. Jeśli znowu wracamy do meczu z APOEL-em, to trzeba wziąć pod uwagę, że oni zagrali swoje najlepsze spotkanie w ciągu ostatnich 5 lat.
Nie przesadza pan? Dwa lata temu zremisowali z Chelsea i Atletico Madryt.
Widziałem tamte mecze, wtedy grali dobrze, ale uważam, że z nami zagrali lepiej. Jeśli chodzi o kadrę, gdyby Maor tworzył duet w pomocy z Adrianem Mierzejewskim, gdyby wymieniali się pozycjami… Nie chciałbym grać przeciwko takim zawodnikom.
Zakłada pan, że Maor wygrałby rywalizację ze Sławomirem Peszką, Ludo Obraniakiem lub Kubą Błaszczykowskim?
Zakładam, że gdyby któryś z nich, w tym Maor, pojawił się na boisku na ostatnie 25-30 minut, mógłby znacznie zwiększyć jakoś drużyny. Gdybym był trenerem przeciwnika Polski, bałbym się zespołu z taką siłą ognia.
Czego możemy się spodziewać po Wiśle w meczu z Legią?
Na pewno chcemy wygrać, ale biorę pod uwagę również zdobycie punktu…
Co za minimalizm, stracicie dystans do prowadzących.
Nie jestem minimalistą! Po prostu biorę pod uwagę okoliczności. Zresztą nigdy nie patrzę na tabelę. Chcę na koniec sezonu spojrzeć na trofeum. Tabela mnie nie interesuje, jest nieważna. Ważne są wyniki, sposób, w jaki wygrywamy. Przykładowo w tej rundzie gramy na wyjeździe z Legią, Koroną, Lechem, Polonią i Widzewem. Z całą czołówką. Oznacza to, że w rundzie rewanżowej będziemy grali z nimi u siebie. W takim układzie mówienie o tabeli nie ma sensu przed końcem sezonu. Jest nie na miejscu.

Reklamy

Dodaj komentarz

Rosjanin bierze nóż i idzie obalić kamienny mur

Wywiad z Andriejem Arszawinem zrobiony kilka tygodni przed EURO 2012 w jednym z moskiewskich hoteli, zdaje się w Sheraton Palace.

Jesteście dziś starsi o 4 lata niż podczas EURO 2008. Starszy zespół to bardziej doświadczony, ale też wolniejszy – jaki jest wasz?
Faktycznie jesteśmy wolniejsi, ale czy bardziej doświadczeni? Już cztery lata temu był to zespół ze sporym doświadczeniem. Przewaga jest taka, że graliśmy od tego czasu jeszcze więcej meczów razem i na pewno lepiej się poznaliśmy, nabraliśmy automatyki w grze. Co do reszty… nie mam pojęcia.
Co musicie poprawić przed pierwszym meczem?
Przede wszystkim grę w obronie, to jest nasz największy problem. Teraz drużynie ubył Wasilij Bierezucki. Problem jest taki, że mamy zaledwie kilku obrońców. Anjukow, bracia Bierezyccy, Ignaszewicz… nie mamy na przykład lewego obrońcy, dlatego Żirkow musi grać w defensywie, a przecież to nie jego pozycja. Każda strata w obronie to dla nas duża strata. Poza tym Wasilij i Siergiej Ignaszewicz grali razem dziesięć
lat, świetnie się rozumieli.
Pan się zmienił przez te cztery lata?
Czy ja wiem…
Wtedy poszedł pan do Arsenalu i strzelał sporo goli. Teraz już pan nie strzela. Dostał pan jakieś inne zadania?
Nie. Staram się grać tak samo. Gdyby grał cały czas w Rosji, wciąż strzelałbym sporo bramek.
Czyli mógł pan osiągnąć więcej?
To temat, na który nie lubię rozmawiać. Powiedzmy, że zdziałałem tyle ile mogłem. Ale teraz mógłbym podać pełno wytłumaczeń, to nie ma sensu.
Przez niepowodzenie w tym ostatnim okresie wrócił pan do Rosji?
W Anglii nie miałem wystarczająco dużo czasy gry, więc gdy tylko zgłosił się Zenit, wiedziałem, że muszę skorzystać, bo po prostu potrzebuję gry. Przyjechałem tu i zdobyłem tytuł, co na pewno dobrze na mnie wpłynęło. Zresztą wszyscy piłkarze, którzy opuścili Arsenal zdobyli tytuły. Oprócz Cesca (Fabregasa – mw).
Miał pan obawy, że nie pojedzie na EURO 2012, jeśli zostanie w Arsenalu?
W składzie na pewno bym się znalazł, ale wychodzę z założenia, że do turnieju muszę być jak najlepiej przygotowany, a żeby to osiągnąć
muszę grać. I jestem zadowolony z tego wyboru.
Rozwinął się pan w Arsenalu jako piłkarz?
Nie sądzę.
Nawet na początku? Pierwsze pół sezonu miał pan rewelacyjne.
Zgadza się, ale to nie znaczy, że się rozwinąłem. Oczywiście nie jestem rozczarowany wyborem, myślę że ten pobyt to była dla mnie dobra lekcja. Zobaczyłem nową kulturę, wiele rzeczy których nie znałem. Nauczyłem się sporo o piłce, o kulturze, jakie są relacje między piłkarzami, ale też jakość gry. Myślę że Premier League jest jednak najlepszą ligą na świecie.
Gdy rozmawialiśmy po meczu z Holandią w 2008 roku, powiedział pan, że woli ligę hiszpańską.
Tak powiedziałem, bo wychowałem się na Barcelonie. Poza tym hiszpański styl bardziej mi pasuje, ale to angielska liga jest najlepsza.
Skąd to zamiłowanie do Barcelony?
Kiedyś oglądałem mecz Barcelony z Sampdorią w finale Pucharu Mistrzów w 1992 roku i od tego czasu im kibicuję. Uwielbiam ten styl. Pamiętam sytuację sprzed kilku lat – wygrywali 7:3, by za tydzień przegrać 2:6. Ale to nie miało znaczenia, liczyło się to, że grali tak jak chcieli
grać. Myśleli bardziej o tym, żeby dać ludziom szczęście niż o tym, żeby dowieźć wynik do końca. To jest piękny futbol, to jest to co lubię.
Ma pan podobne podejście – przede wszystkim piękna piłka?
Wierzę w to, że jeśli będziesz grał dobrze i będziesz czerpał z tego przyjemność, wynik w końcu przyjdzie.
W Polsce jeśli myśli o reprezentacji Rosji, wciąż mamy przed oczyma ten niezwykły mecz z Holandią w 2008 roku. Co się zmieniło od tej pory?
Taki mecz zdarza się raz w życiu. Zresztą już wcześniej byłem przekonany o tym, że są pewne drużyny, które możemy pokonać raz. Jeśli mamy dobry dzień, jeśli dojdzie do połączenia wielu zdarzeń… i tak było wtedy. Teraz jesteśmy starsi i nie mamy za sobą nowej generacji piłkarzy. W innym wypadku nie grałoby nas w drużynie aż tylu. Mam na myśli wiekowych zawodników.
Po takim meczu, jak tamten z Holandią, normalnie nie opędziłby się pan od prasy, którą z tego co słyszałem, delikatnie mówiąc średnio pan lubi…
Ale wyręczyła mnie komisja antydopingowa. Byłem wtedy wykończony i po prostu nie mogłem przejść testów, siedziałem tam dwie godziny. Gdy wyszedłem po dwóch godzinach, w strefie prasowej została garstka osób. I dobrze.
W 2002 roku był taki mecz, w którym Zenit przegrał 1:7 z Dynamo Moskwa, zaś prezydent klubu musiał pić wódkę z kibicami, żeby wam odpuścili. Potem do Zenita przyszły ogromne pieniądze. Czy wpłynęło to pozytywnie na pana jako piłkarza?
W ogromnym stopniu. Jeśli grasz z lepszymi zawodnikami, to się rozwijasz.
Trafił pan na niezwykły okres dla rosyjskiej piłki. Jeszcze 8 lat temu w klasyfikacji UEFA liga zajmowała 21. miejsce, dziś jest 7. Czy może być wyżej?
To będzie dość trudne. Teraz jest trudny czas, żeby wykonać taki skok. Musimy podejść do tego realistycznie. Jeśli na przykład weźmiemy Rosję i sześć lig za nami, jest spora różnica pomiędzy tym, co płacą zawodnikom kluby. Jeśli porównasz Rosję i te ligi, które nas wyprzedzają, pieniądze są mniej więcej takie same. A więc co możesz dać więcej – środowisko do gry w piłkę, lub utalentowanych piłkarzy. W Rosji tego nie mamy na poziomie zachodnim i to wyznacza granicę, której nie możemy przekroczyć.
Kilka lat temu Dick Advocaat powiedział, że istnieje coś takiego jak mentalna ściana dla ludzi z zachodu. On sam odrzucił kilka ofert z Rosji, zanim przyjął tę z Zenitu. Będąc w Londynie odczuł pan takie postrzeganie Rosji?
Większość ludzi boi się Rosji. Opinia na zachodzie jest taka, że na ulicach Moskwy jest niebezpiecznie, bo można zostać zaatakowanych przez niedźwiedzia. Słyszałem takie opinie. raz oglądałem program w angielskiej telewizji. Padło tam pytanie – gdzie jest bliżej z Londynu, do Moskwy czy do Waszyngtonu. Dwóch młodych ludzi naradzało się i jeden powiedział: „Rosja jest taka wielka, zajmuje całą mapę, więc to musi być Waszyngton”. Dla mnie było to dziwne i śmieszne.
Bardziej dziwne czy śmieszne?
Chyba śmieszne. Czy oni tam nie uczą się geografii? Jest pełno opinii i stereotypów o Rosji. Na wiele z nich zasłużyliśmy, nie będę się kłócił. Ale wiele jest… no nieważne. Każdy kto przyjedzie raz do Rosji, zmieni o niej zdanie, to pewne. Pewnie, że mamy inny styl, ale nasi ludzie są życzliwi, zwłaszcza dla obcokrajowców.
Czy jako piłkarze jesteście też inni? Niewielu Rosjan poradziło sobie na zachodzie, Aleksandr Mostowoj czy Andriej Kanczelskis to wyjątki…
Jesteśmy inni jako naród, charakterystyczni. Zobacz na przykład na Niemców. Jako ludzie generalnie są zorganizowani, wszystko jest poukładane. I tak samo jest na boisku. I my nasze cechy narodowe przekładamy na boisko. Lubimy atakować, bo naszą cechą narodową jest to, że się nie boimy. Rosjanin bierze nóż i idzie obalić kamienny mur, nawet jeśli nie ma szans. Dziś się uda, jutro nie. I takie jest nasze życie.
Tak jak w tym pamiętnych eliminacjach do EURO 2008. Najpierw graliście fantastyczny mecz z Anglią, ludzie świętowali awans, a wy zawaliliście spotkanie z Izraelem.
Dokładnie, ale takie sytuacje możemy przywoływać bez końca.
Ale ten z Izraelem, był wyjątkowy, to chyba jeden z waszych najgorszych meczów?
Tylko pod względem wyniku, bo przecież graliśmy nieźle. Mieliśmy już prawie awans i przegraliśmy. Po tym meczu pomyślałem: „To koniec, straciliśmy wszystko”. Musieliśmy wtedy jechać grać z Andorą. Nie mieliśmy nawet ochoty na trening. Pojechaliśmy na ten mecz, bo musieliśmy. I jeszcze ta Andora, która nic nie gra… Mam z tego wyjazdu tylko jedno pozytywne wspomnienie – trenowaliśmy wtedy w ośrodku treningowym Barcelony, a obok nas trenowała pierwsza drużyna Barcy, Guardiola i jego piłkarze.
A potem miał pan czarno-biały wieczór. Dobra informacja – Chorwacja wygrała w Anglii i jedziecie na EURO 2008, zła wiadomość – pan będzie zawieszony.
Ale wtedy ta zła informacja do mnie nie docierała. Nie miałem tej świadomości, że mogę być zawieszony. Dopiero potem ktoś mi powiedział: „Możliwe, że będziesz zawieszony na trzy mecze”. Zacząłem się naprawdę bać, ale skończyło się na dwóch spotkaniach.
Rosyjska ofensywa i holenderska organizacja to idealne połączenie?
Pracowałem z Dickiem w Zenicie, z Guusem w Rosji i na pewno dobrze mi się w tym układzie pracuje.
Przeczytałem w prasie rosyjskiej takie porównanie – Piotr I ściągnął do budowy miasta holenderskich inżynierów i ta tradycja przetrwała. GazProm ściągnął do Advocaata, zaś wcześniej federacja piłkarska Hiddinka.
Różnica jest taka, że Holendrzy, których ściągnął Piotr I budowali miasto od podstaw. Wszystko było tworzone krok po kroku. Holendrzy, którzy przychodzili do nas w ostatnich latach dostawali miejsce na szczycie góry, nie musieli na nią wchodzić.
Ten zespół z 2008 to była najlepsza rosyjska reprezentacja ostatnich lat?
Wynik pokazuje, że tak. Ale gdyby wziąć nazwiska piłkarzy, jakość poszczególnych zawodników, to myślę że dziesięć lat temu zespół był lepszy.
Nie było jednak wtedy tak mocnych klubów jak Zenit czy CSKA…
Zgadza się, ale wtedy wszyscy grali gdzieś w zachodnich klubach. Chochłow czy wspomniani Mostowoj, Kanczelskis… Tyle, że nie potrafili stworzyć drużyny.
Dziś niewielu Rosjan gra na zachodzie.
Bo w Rosji mogą zarobić znacznie więcej.
Kiedyś pan chciał grać w Barcelonie, a teraz młodzi chłopcy chcą grać dla Spartaka, Lokomotiwu i Zenita?
Nie, myślę że to się nie zmieniło, każdy po cichu marzy o wielkich klubach z zachodu. Po prostu inaczej myśli mały chłopiec, a inaczej
profesjonalny piłkarz. Dochodzi do momentu, w którym musisz odpowiedzieć sobie na pytanie – jaki jest powód, żeby cokolwiek zmieniać – grasz, masz miejsce w składzie, zarabiasz dobre pieniądze. Większość powie: „Skoro czuję się tak dobrze, to zostaję”
Większość, ale nie wszyscy. Pan naciskał zarząd klubu bardzo mocno, żeby odejść.
I wszyscy uważali mnie za wariata.
Pieniądze w Zenicie były większe?
Po jakimś czasie lepiej zarabiałem w Arsenalu, ale początkowo faktycznie zszedłem z pensji.
Więc dlaczego?
Ja akurat wychodzę z założenia, że jeśli kochasz piłkę, musisz myśleć jak piłkarz, nie jak biznesmen. I mną kierowała właśnie miłość do piłki.
Myśli pan, że nasza grupa jest łatwa?
Gdy oglądałem losowanie i wiedziałem już, że zagramy z Polską i Czechami, powiedziałem: „No tak, jeszcze tylko Grecja i chyba łatwiejszej grupy nie można sobie wyobrazić”. I losujący wyciągnął karteczkę z napisem Grecja.
Czyli będzie łatwo?
Największy problem jest taki, że wszyscy myślą dokładnie tak samo. Z punktu widzenia reprezentacji Rosji, będzie o tyle trudno, że wszyscy nasi przeciwnicy są, o ile mi wiadomo, dobrze zorganizowani w obronie i wyprowadzają szybkie ataki, bazują na kontrze. To nie jest najlepiej dla nas, bo Rosjanie lubią atak. Głównie atakujemy i jeśli trafiamy na zespół grający mniej otwartą piłkę, jest to dla nas ryzykowne. Wystarczy przez chwilę stracić koncentrację i może być bardzo groźnie.
Macie w ogóle sporo szczęścia. Już w eliminacjach do EURO 2012 mieliście wyjątkowo łatwą grupę…
I powinniśmy bez problemu awansować, gdybyśmy wygrali ze Słowacją w domu. Oczywiście w wielu spotkaniach mieliśmy jakieś problemy, ale faktem jest, że nasza jakość była wyższa niż każdej z osobna drużyny w tej grupie. Słowacja grała dobrze, broniła się całą drużyną, wykorzystała nasz poważny błąd a potem atakowaliśmy, ale nie mogliśmy się przebić. Sam zmarnowałem doskonałą szansę. Słowacja pod względem stylu to drużyna podobna do tych, które mamy teraz, nastawiona na na obronę i kontratak. Dlatego mam takie obawy. My wolimy grać przeciw drużynom grającym ofensywnie. Atak za atak, to jest to co lubimy.
Holandia, Hiszpania…
Hiszpania może nie, bo z nimi w ogóle trudno dotknąć piłkę, ale powiedzmy Szwecja czy Chorwacja – to są drużyny, z którymi lubimy grać.
W kadrze ostatnio gra pan na lewym skrzydle, więc w meczu z Polską zagra pan na Łukasza Piszczka.
Reprezentacji Polski nie widziałem, ale oczywiście trójkę z Borussii znam. Piszczek jest fantastycznym zawodnikiem, myślę że zdecydowanie zasługuje na to, żeby grać w drużynie ze światowego topu, nawet lepszej niż Borussia.
Co panu się u niego podoba?
Borussia to mała Barcelona, która gra bardzo podobnie, w tym samym stylu, ma podobne założenia. Stosują bardzo wysoko nacisk na przeciwnika i są niesamowicie szybcy. I nie chodzi mi tu o szybkość biegania, ale o szybkość podań. Piłka idzie bardzo szybko między zawodnikami. I Piszczek świetnie odnajduje się w tej sytuacji. Jest bardzo mocny w obronie, a przy okazji świetnie współpracuje w ofensywie, ma wyczucie kiedy podejść do ataku.
Myśli Pan, że łatwo jest pokonać Wojtka Szczęsnego? Robił to Pan wiele razy podczas treningów.
Nie sądzę, żeby było łatwo podczas EURO, ale jeśli mamy wygrać, to będę do tego zmuszony. Do bardzo utalentowany bramkarz, ma dobrą mentalność, mocny charakter. Zresztą bez tego w tak młodym wieku niezdołałby zostać numerem 1 w Arsenalu. Na pewno ma przez niego dużą przyszłość.
Jakby go pan porównał z Peterem Cechem?
To nie ma sensu.
Nie chce pan sprawić Polakom przykrości?
Nie o to chodzi. To inni piłkarze.
Na zakończenie chciałem zapytać – Czy pańska żona ma prawo jazdy?
W Anglii nie miała, ale tu w Rosji ma.
Powiedział pan, że…
Wiem, wiem, że nie dałbym żadnej kobiecie prawa jazdy.
Dlaczego?
Bo jak jedzie pan ulicą i widzi, że ktoś robi błąd, to na pewno to musi być kobieta. One po prostu mają inny sposób myślenia…
A kto spowodował pana ostatnią stłuczkę?
No ja…
A ten wypadek w dzieciństwie?
Wtedy nie wiem kto siedział za kierownicą, nie pamiętam. Ale to w sumie też była moja wina. Miałem wtedy 14 albo 15 lat. Wychodziłem zza tramwaju… normalnie musisz iść z tyłu, a ja wybiegłem z przodu i nagle poczułem uderzenie i zacząłem lecieć. Upadłem na ziemię.
W nogi nic się nie stało?
Na szczęście nie. Zresztą nic nie było połamane. Spędziłem dwa tygodnie w domu i wszystko skończyło się szczęśliwie. Miałem plecak i to on uratował mi życie.
W jaki sposób?
Szedłem do szkoły i miałem pełno książek i piórnik. I wszystko zostało spłaszczone, ale moje plecy nie ucierpiały.
Czyli jednak nawet dla piłkarza dobrze jest czytać książki?
Nie przesadzajmy, po prostu szedłem do szkoły, więc musiałem je mieć.

Dodaj komentarz

12 razy albo zmywaj kible

Wrzucam do archiwum wywiad z Oleksandrem Szeweluchinem, obrońcą Górnika Zabrze. Bardzo fajny i inteligentny facet w odróżnieniu do kolegów z zespołu, którzy siedzieli przy stoliku obok i głośno ryczeli ze śmiechu bez powodu.

Podobno nazywają pana Ivan Drago?

Jeszcze na Ukrainie żartowali ze mnie, że jestem podobny do Dolpha Lundgrena, (amerykański aktor, który grał Ivana Drago, w filmie Rocky – red.). Koledzy ze szkółki powiedzieli młodym, że jestem bratem Lundgrena, a dzieciaki biegały za mną, żeby dostać autograf. Stąd ten Ivan Drago, radziecki żołnierz.

Pan też miał epizod w wojsku?

Ale krótki, w jednostce sportowej. Kiedy chłopak na Ukrainie kończy 16 lat, to przychodzi wezwanie do wojska. Jest to forma kontroli obywateli. Przychodzisz, masz badania i decydują o twojej przydatności w skali pięciopunktowej, gdzie pięć to w pełni zdrowy, a jeden inwalida. Skończyłem 16 lat i poszedłem na dwa tygodnie, potem miałem przysięgę. Wszystko oczywiście odbywało się pod kontrolą Dynama, bo wtedy miałem już profesjonalny kontrakt.

Słyszałem, że sporo czasu spędza pan na siłowni?

Oczywiście, lubię to. Poza tym od dziecka podciągałem się na drążku. Stara zasada radzieckiej armii mówi, że jeśli podciągniesz się 12 razy w butach, sprzęcie, to masz szacunek, jeśli nie, to masz problemy i będziesz czyścił korytarze i toalety. Dla mnie i to nie stanowiłoby problemu. Po dwóch tygodniach wróciłem jednak do szkółki Dynama.

Być częścią Dynama to marzenie każdego chłopaka z Kijowa i okolic?

Wiadomo. Mój ojciec pamiętał jeszcze mecze ekipy Łobanowskiego z lat 70-tych, gdy klub sięgał po europejskie puchary (Puchar Zdobywców Pucharów i Superpuchar Europy w 1975 roku). On sam grał w piłkę, choć jedynie w amatorskich ligach. Zawiózł mnie na pierwszy trening, na Salutną na Niwkach w Kijowie, gdzie jest szkółka Dynama. Zaczynałem wtedy na lewej pomocy.

Prawie jak Walery Łobanowski.

Z nim pierwsze spotkanie miałem jako junior. Zapraszali wtedy kilku wyróżniających się zawodników na treningi z pierwszym zespołem. Gdy po raz pierwszy przyjechałem na trening, siedzieliśmy w szatni i wtedy wszedł Łobanowski. Na początku nic nie mówił, jedynie patrzył. A ja poczułem, że leci ze mnie strużka potu.

Strach?

Nie, to było jakieś oddziaływanie energetyczne, które ten człowiek miał. Czuło się ogromny szacunek jakim jest darzony. Nie tylko był świetnym trenerem, ale i znakomitym człowiekiem, który miał doskonały kontakt z ludźmi. I miał taką moc, że w dawnych czasach mógł wszystko załatwić dla swoich piłkarzy. Jeśli któryś potrzebował samochodu albo mieszkania, to dzwonił do sekretarza partii i nagle się znajdowały. Sporo czasu spędzał na rozmowach z piłkarzami.

Z panem też?

Nie, nigdy z nim nie rozmawiałem. Mieliśmy jedynie treningi z pierwszym zespołem.

Dlaczego nie dał pan rady zadebiutować w oficjalnym meczu?

To była najlepsza drużyna Dynama od kiedy pamiętam, konkurencja była ogromna. Przecież na środku obrony grali u nas między innymi Waszczuk czy Hołowko. Wiosną 2002 roku, trenowałem sporo z pierwszym zespołem. Potem zmarł Łobanowski. Pamiętam pogrzeb. Wszyscy płakali. Ja też. Może też dlatego, że razem z nim umarła moja szansa. Łobanowski stwarzał możliwości młodym piłkarzom. Po jego śmierci przyszedł Oleksiej Michailczenko, który stawiał na piłkarzy doświadczonych bał się zaryzykować. Większość młodych pożegnała się z zespołem. Ja poszedłem do Krywbasa.

Pewnie spore rozczarowanie, bo Dynamo to był pana klub?

Na meczach Ligi Mistrzów mój trener stawiał mnie między ławkami rezerwowych i podawałem piłki. Przyjeżdżały do nas wielkie kluby. Widziałem z bliska ten wielki futbol, Bernarda Lamę, George’a Weaha, Jeana Pierre Papina. Mieszkałem wtedy w starej bazie szkoleniowej. Z okien było widać nową bazę. Obie dzieliły tylko dwa boiska treningowe. Czasem chodziliśmy do nowej bazy na basen i odnowę. To był lepszy świat. Patrzyłeś na nią z okien i chciałeś tam się znaleźć na stałe. Ten widok był motywacją, magnesem. Mi jednak się nie powiodło.

Dlaczego?

Przede wszystkim byli lepsi. Ale może też dlatego, że byłem młody i nieśmiały. Dziś czasy się zmieniły, trenerzy bardziej dbają o młodych piłkarzy, pomagają im. Wtedy byłeś zostawiony samemu sobie. Choć komunizm padł, to były tak naprawdę jeszcze radzieckie czasy, panowała diedowszczyna (fala). Teraz jest inaczej. Wtedy młodzi nosili torby i usługiwali starszy. Skakaliśmy po piwo. Jak pojechałem do Krywbasa, to starzy, którzy mieli po dwieście meczów w lidze mówili: „Młody, masz kasę, idź po piwo”. „A jak ja mam iść, skoro jesteśmy na zamkniętym zgrupowaniu?”. „Chcesz mieć szacunek, to musisz sobie poradzić”. Więc sobie radziłem, ale reszta z zakupów była dla mnie.

Grał pan za to na treningach przeciw Szewczence i Rebrowowi?

Tak. Szewczenko był znakomity na większej przestrzeni, Rebrow na małej. Gdy stawał na przeciwko ciebie, czułeś jego mistrzowską klasę. Zresztą on mieszka w Kozyniu, a więc tam skąd ja pochodzę. Chodzi nawet na mecze Kristalu, miejscowej drużyny.

Kozyń nazywany jest Beverly Hills Ukrainy?

Mieszka tam sporo znanych osób. Podobno bracia Kliczko, właśnie Siergiej Rebrow, dom miał Łobanowski, a dziś jego córka prowadzi restaurację Dym Dynama, gdzie nawet oferowano pracę mojej mamie, która jest kucharką. Wielu polityków. Gdy byłem dzieckiem, to była zwykła mała wieś, na polach pasły się krowy i świnie. My mieszkaliśmy w małym bloku, mieliśmy garaż i kawałek terenu, gdzie mama hodowała kurczaki, a ojciec nutrie. Oprócz tego Kozyń to jeziora, przyroda. To taki rezerwat. Potem, po zmianie systemu, ludzie dostali ziemię od państwa, zaczęli sprzedawać, ceny poszły w górę. Do nas zaczęli się sprowadzać bogaci ludzie, a z ulic zniknęły dzikie świnie.

Jest Pan zadowolony ze swojej kariery?

Raczej tak. Z kilkoma klubami wywalczyłem awans do najwyższej ligi, w niej też pograłem, ostatnio w Sewastopolu, choć skończyło się źle. Zagrałem 19 meczów ligowych a potem złapałem kartki i za chwilę przyplątała się kontuzja. W końcówce nie grałem. Dodatkowo zespół spadł. W ostatniej kolejce Illicziwiec Mariupol przegrywał z Dynamem 0:2. Wygrał 3:2 i utrzymał się naszym kosztem. Mieliśmy straszne poczucie niesprawiedliwości

Spotkał pan tam Mariusza Lewandowskiego.

Dobrze go wspominam, nie tylko jako świetnego piłkarza, ale też człowieka, który pomógł wprowadzić kilka zmian. Sewastopol to był taki amatorski klub. Nie było pralni, więc każdy składał sprzęt i w domu prał. Było boisko pod miastem i dwie małe szatnie z ograniczonym dostępem ciepłej wody. Ludzie z boiska nie schodzili ale zbiegali, bo każdy chciał zdążyć pod ciepłą wodę. Kto się nie wyrobił i nie chciał myć się w zimnej, wracał brudny do domu. Za moim czasów powoli zaczęło się to zmieniać, również dzięki Mariuszowi, który starał się wprowadzić nieco profesjonalizmu, jako że grał w Szachtarze i widział wielką piłkę z bliska. Załatwił choćby zamianę sprzętu na taki najwyższej jakości.

Sprzęt nie gra.

Łobanowski mówił zawsze, żeby nigdy nie zaniedbać żadnego szczegółu, zwłaszcza w piłce nożnej, bo wszystko może decydować.

Dlaczego przyjechał pan z Sewastopola do Polski?

Chciałem zostać w Sewastopolu, ale chciałem też dostać podwyżkę. Nic wielkiego, mówię o paru tysiącach dolarów. W Dynamie zawodnicy co roku awansują pod względem finansowym, myślałem, że tak będzie i w Sewastopolu. Zarząd nie chciał się na to zgodzić.

Przecież spadliście, a pan chciał podwyżki.

Tak, bo przykładowo nowi zawodnicy mogli liczyć na więcej, a my nie. Mówiono nam, że jeśli będzie awans, to sytuacja się poprawi, ale na awans się nie zanosiło, więc nie chciałem czekać.

Górnik już wcześniej chciał pana kupić.

Na zgrupowaniu w Turcji graliśmy z Górnikiem, ale była to drużyna Młodej Ekstraklasy, o ile się orientuję. Strzeliłem wtedy bramkę, dobrze grałem. Trener Nawałka widział ten mecz, nie wiem czy na żywo czy na płycie, ale podobno chciał mnie wtedy wziąć. Zimą, gdy już byłem bez kontraktu, temat wrócił. Menedżer z Ukrainy zaproponował mi przejście do Polski, więc skorzystałem.

Nie był to jednak łatwy wybór?

Trener powiedział, żebym przyjechał na testy, poznać się bliżej. Szybko dostałem propozycję kontraktu, ale nie byłem przekonany, bo chciałem zostać w Sewastopolu, kupić tam mieszkanie. To przepiękne miejsce, położone nad morzem. Stara zabudowa, baza Floty Czarnomorskiej, gdzie czuć stary klimat, historyczny.

A w Zabrzu zamiast morza kominy…

Na początku żona była w szoku, gdy zobaczyła te kominy, szare budynki, ludzi którzy chodzą z węglem.

A miał być zachód.

Ale podoba mi się tu. Lubię małe miasta, gdzie mogę zaplanować czas. Na przykład w Kijowie musisz planować z wielogodzinnym wyprzedzeniem.

Przyjście do polskiej ligi to nie jest obecnie awans dla Ukraińca.

Dla mnie wyjazd za granicę to nowe doświadczenie, poznanie nowego stylu. W polskiej lidze gra się sporo po ziemi, bardziej techniczną piłkę. Na Ukrainie gra się bardziej siłowo, szybciej bez piłki, na obiegnięcie rywala, jest więcej długich, górnych piłek. A w Górniku czasem w całym meczu nie robię żadnych długich podań.

A poziom?

Wiadomo, że na Ukrainie jest kilka mocnych drużyn, Szachtar, Dnipro, Metalist, Dynamo. Pozostałe drużyny są na podobnym poziomie jak polskie…

A lidera ligi polskiej, warszawską Legię, do kogo by pan porównał?

Obecnie do Dynama, które ma kryzys.

O co walczy Górnik w tym sezonie?

Wiadomo, że łatwiej jest wyjść na wyższy poziom niż się na nim utrzymać. My na razie weszliśmy, więc teraz spróbujemy się utrzymać.

Comments (1)

Rok Bońka – na „trzy z dwoma”

Podsumowanie roku Bońka
Dziś mija rocznica wyboru Zibiego, dlatego dziennikarze z naszej redakcji podsumowują – tak czy nie. Ja również dostałem takie zadanie. Moim zdaniem „nie”. Nie chodzi tu o to czy jest to Zibi czy Potok czy Kosecki. Ci, którzy czytają tego bloga regularnie wiedzą dlaczego, nie rozpisuję się, nie analizuję poszczególnych przypadków i ruchów prezesa oraz jego świty. O wszystkim już pisałem. Tu w gazecie, na twitterze. Nie jestem na nie dla zasady, staram się tu pokazać konkret. Powód dzisiejszej oceny jest jeden, zasadniczy.

Zbigniew Boniek przyniósł do naszej redakcji listę rzeczy zrobionych przez rok. Wygląda imponująco, ale jeśli człowiek uważnie się wczyta, faktycznie nic wielkiego tam nie ma. Drobne rzeczy i szafowanie liczbami. Dziś żyjemy w czasach gdy potrzeba nam wielkiej wizji. Na Zibiego wszyscy czekali jak na Mesjasza, który miał przynieść trochę zachodu. Zwłaszcza dziś, gdy nasza piłka stacza się coraz niżej, gdy stajemy się pariasami na kontynencie futbolu. A jednak, Zibi, nic wielkiego nie przyniósł, poza public relations na niespotykanym dotąd poziomie.
Z dyskusji z prezesem i jego ludźmi dowiedziałem, że albo już wszystko u nas jest tak jak na świecie, albo się nie da. Czyli idziemy w dobrą stronę. I jeszcze ten argument, że Polska do lat 17 wygrała 2:0 z Belgią. Stare numery…
Faktem jest, że obserwujemy z boku wielkie zmiany jakie wprowadzają inne kraje – Belgia, Niemcy, Hiszpania, Szwajcaria. Patrzymy jak rosną im nowe pokolenia, jak hurtowo sprzedają gwiazdy na zachód albo budują mocne reprezentacje. Patrzymy i zazdrościmy.
Wiele innych krajów ma to już dawno za sobą, choćby Holandia czy Francja, która robiła już dwie wielkie przemiany.
Patrzymy, oglądamy, czytamy i pękamy z zazdrości. Dlatego cały rok Bońka oceniam pod kątem tej jednej rzeczy– czy wykonał jakiś ruch w stronę epokowych zmian w systemie skautingu i szkolenia, czy nie. Gdyby wykonał, byłby to rok udany (w zależności od stopnia zmian), a że nie wykonał, to uznaję rok za niemal stracony.
Niemal, bo oczywiście jest kilka dobrych ruchów, jak wprowadzenie Centralnej Ligi Juniorów, wywalczenie finału Ligi Europy (też nie ma się czym podniecać, wracam do starego porównania – sołtys chwali się, że sprowadził na festyn z okazji zakończenia lata Dodę na koncert, ale zapomniał załatać dziury w lokalnych drogach), tworzenie szkoły trenerów i kilka innych drobnych rzeczy.
Na pytania o poważne zmiany dowiadujemy się, że już jutro, już za tydzień, już mamy w planach, już właśnie wysłaliśmy zapytanie.
To czego dziś potrzebujemy to Akademie w każdym klubie, co wprowadzili Niemcy (na poziomie I i II ligi), ośrodki wojewódzkie, co u nas jest ale kuleje, wysokiej klasy fachowcy (szkoła trenerów daje nadzieję, że coś się ruszy, tu ukłony), system który znajdzie zajęcie i pomoże docenić trenerów młodzieży (jak w Niemczech) i to co ważne – system wyławiana talentów. Najważniejszy ze wszystkich.
Tego nie ma i nic nie wskazuje na to, żeby miało być. Program PZPN jest modyfikowany. Teraz mówią, że na 16 boiskach w kraju codziennie przez 5 godzin będą trenować młodzi ludzie. To jest jakaś kpina i żart z kibiców. Oczywiście zaprzyjaźnieni dziennikarze przedstawią to jako spory sukces.
Pomijam tu wszystkie afery i aferki, dyskusje czy Boniek wygrał na „Orange Gate”, czy powinien lecieć do Mołdawii z profesorem Filipiakiem w przeddzień meczów Cracovii o awans do Ekstraklasy. Czy to dobrze, że jego wiceprezesi występują do ministry sportu, by wprowadziła w ustawie zapisy korzystne dla firmy reprezentowanej przez prezesa a niekorzystne dla polskich bukmacherów. To są rzeczy ważne, ale z punktu widzenia długofalowej wizji, mogą zejść na dalszy plan.
Nie pomijam wyboru selekcjonera. Uważam, że potrzebujemy dobrej klasy fachowca z zachodu, ale jestem w stanie przyjąć, że Boniek ma inny punkt widzenia. Taki, którego moim zdaniem nie potrafi logicznie obronić, bo nie ma w naszym kraju fachowców europejskiej klasy.
Ale to oceni przyszłość. Koncentruje się więc głównie na tym jednym – długofalowej wizji. Tej wizji nie ma. Widać, że ludzie z PZPN po prostu nie przystają do nowoczesnego światowego futbolu. Nie są gotowi na to, by wprowadzić Polskę na poważny poziom.
Mam nadzieję, że Boniek i jego świta wyciągną jakieś wnioski z tego roku, że będą potrafili spojrzeć na siebie krytycznie. Są oblizywani i obcałowywani z każdej strony, a w takich warunkach trudno jest zrobić krytyczną autoanalizę. Liczę tu na inteligencję Zibiego. On wie, że gdyby nie układy które zawarł z różnymi dziennikarzami i pr-owcami, byłby już dawno rozjechany przez medialne czołgi i tankietki. Ale też ma sygnały, że wiele osób uważa jego rządy za niewiele lepsze od tych, które sprawował Lato. A skoro wie, to może zacznie poważnie działać. Obym się nie przeliczył.

2 Komentarze

Polski czy zagraniczny? International level

Selekcjonerem będzie Polak, to już niemal pewne. Taki wniosek można wysnuć po lekturze tekstów dziennikarzy PZPN-friendly. To niestety błąd, który zaprzecza wizerunkowi Zbigniewa Bońka światowca, którym miał być.
Nie wiem co kieruje prezesem i nie mam zamiaru zgadywać ani insynuować. Wiem tyle, że myśli tak samo jak Antoni Piechniczek i Grzegorz Lato. Może co najwyżej dobierać lepsze albo gorsze argumenty.
Nie chodzi bowiem o to, żeby selekcjonerem był pierwszy lepszy obcokrajowiec z brzegu. W ogóle nie chodzi o to by był to obcokrajowiec. Ma być to fachowiec najwyższej możliwej klasy – taki na zatrudnienie jakiego pozwalają możliwości finansowe. Mógłby być to również Polak, czemu nie. Tyle, że dziś w Polsce nie ma fachowców klasy europejskiej.
Ludzie mówią – Niemców prowadzi Niemiec, Holendrów – Holender, Hiszpanów – Hiszpan, Anglików – Anglik a Włochów – Włoch. Tyle, że to są wszystko ludzie, którzy mają od lat styczność z wielkim futbolem. Z kolei selekcjoner Ukrainy dowodzi zaciągiem występującym niemal wyłącznie w lidze ukraińskiej. Poza tym też nie róbmy z tej Ukrainy takiej światowej drużyny tylko dlatego, że dwukrotnie zagraliśmy z nimi poniżej oczekiwań. To nie są dobre argumenty. Bo jeszcze raz – nie chodzi o to czy krajowy czy zagraniczny.
U nas są dobrzy ligowi trenerzy, nie mam wątpliwości. Niektórzy są nawet znacznie lepsi od innych. Lubię oglądać Górnik Zabrze Adama Nawałki czy Pogoń Szczecin Dariusza Wdowczyka. Na pewno grają nowoczesną jak na nasze standardy piłkę. Podoba mi się koncepcja Piotrka Stokowca, którego uważam za najzdolniejszego polskiego trenera, nie jestem fanem Jana Urbana, choć to świetny facet i też mógłby znaleźć wspólny język z piłkarzami, zrobić atmosferę. A może Leszek Ojrzyński, który jak nikt inny potrafił zjednoczyć grupę wokół wspólnego celu? Kto wie… możemy sobie wymieniać. Michała Probierza nie wymieniam, bo to facet, który nie potrafił z wynikami nadążyć za swoim wizerunkiem, ale może kiedyś, kto wie, jest inteligentny…
Tyle, że nam dziś potrzebny jest ktoś na poziomie międzynarodowym, ktoś obyty w świecie futbolu, kto był trochę w europejskich pucharach, najlepiej na dużych turniejach albo przynajmniej prowadził zespół z sukcesami w poważnej lidze. Ktoś kto czuje „international level”, ktoś kto odróżni chłopców od mężczyzn, wynajdzie talenty, dostrzeże coś, czego nie dostrzegają inni.
Ma umieć wykorzystać naprawdę duży potencjał (na pewno na to by spokojnie awansować z tej grupy, w której graliśmy), który ma ta drużyna, zjednoczyć piłkarzy wokół wspólnego celu.
W końcu wyjść mentalnie z ligowej młócki. A więc zawodowiec, dla którego prowadzenie drużyn narodowej to będzie chleb powszedni a nie poligon doświadczalny. Kiedyś już pisałem – potrzebujemy profesora a nie doktoranta a tym bardziej studenta. Choćby utalentowanego.
To był jeden z największych problemów Waldemara Fornalika. Myślę, że on cały czas gdzieś w głębi prowadził lepszy Ruch Chorzów.
Weźmy przykład stoperów. Jaki szkoleniowiec na świecie wystawia dziś dwóch wolnych zawodników na środku obrony? A Fornalik robił to regularnie. Nie wyciągał wniosków, nie szukał, jeśli nie zmuszały go kontuzje.
Dlaczego któryś z trenerów ligowych miałby być lepszy od Fornalika, skoro żaden nie był od lepszy w lidze?
Zresztą w lidze, która nie jest wielkim wyznacznikiem, tu wystarczy czasem mieć lepiej przygotowany zespół pod względem kondycyjnym. To coś co nie dotyczy drużyn narodowych, zawodnicy przyjeżdżają tu na kilka dni. Spójrzmy na europejskie puchary. Tu jedynym polskim trenerem w ostatnich latach, który spełnia jakieś kryteria przyzwoitości jest Maciej Skorża. Gdzieś tam doszedł, ale też wielokrotnie się kompromitował. Wiadomo, nikt nie jest doskonały.
Oczywiście ta dyskusja nie może dotyczyć Wdowczyka – w jego przypadku zwykła przyzwoitość nakazuje wstrzymać się z rozważaniem kandydatury. Odczekajmy 2-4 lata, niech osiągnie wynik większy od swoich win. A nie będzie to proste.
Wiadomo, trochę tęsknię za czasami Leo Beenhakkera (za tym pierwszym okresem, bo potem było nieznośnie i męcząco), ale w sensie trenera ze światowego poziomu, który widział więcej. O tym mówi nawet dziś w wywiadzie dla „PS” sam Adam Nawałka, numer 1 na liście Bońka.

Ostatnio wrzuciłem na twitterze informację, że wolny jest Dick Advocaat, ale nie po to, żeby namawiać do zatrudnienia Holendra, a by pokazać, że są na rynku możliwości. Cały czas następują roszady. Ktoś gdzieś zostaje zwolniony, ktoś inny zatrudniony. Za najlepszą nieprzebitą dotychczas propozycję uznaję tę, którą rzucił kiedyś Rafał Stec (widział więcej niż inni), który pisał o możliwości zatrudnienia Larsa Lagerbacka. (Tu się do tego odniosłem), ale oczywiście dopóki Islandia ma szansę na grę w mundialu nie ma o czym mówić. Choć warto na wyniki baraży poczekać.
Wiadomo, nikt nie daje gwarancji wygranej, awansu, tak jak posiadanie Leo Messiego nie gwarantuje wygranej w Lidze Mistrzów. Ale zwiększa prawdopodobieństwo, prawda?

PS. A co do Adama Nawałki – boję się, że stanie się to co w Chorzowie. W Ruchu cała filozofia klubu opierała się na osobie Fornalika. Gdy odszedł wszystko padło. To samo może stać się w Górniku, bo dziś Górnik to Nawałka.

możecie też śledzić moje wpisy na TWITTERZE

4 Komentarze

Piłka przegrywa, PZPN dba o PR

Wracam po dłuższej prezerwie z blogiem. Teksty ukazują się tutaj i w tygodniku Przeglądu Sportowego. Tam pod nazwą „Kopalnia” (wiadomo, od kopania, ale też dlatego, że czasem będę grzebał w przeszłości). Będę tu walczyć, trochę jak Don Kichot, z betonem w PZPN, który wbrew pozorom nie skruszał, ale nawet się utrwalił, tyle że został pomalowany błyszczącą farbą na różowo i udaje gumę. Jeden z czytelników na twitterze (@M_Wawrzynowski) napisał: „Po lekturze pana tekstów nie pozostaje nic innego, jak strzelić sobie w łeb”. Doczekałem się nawet swoich hejterów, związanych głównie z młodzieżą zapewne licealną chodzącą na Łazienkowską. Jakoś to przeżyję. Chodzi mi o to, by zmusić do refleksji, pokazać realne problemy piłki, wskazać błędy i postarać się pokazać możliwości ich naprawy.

Korespondencja z Jonestown
Klęska naszej drużyny w eliminacjach Mistrzostw Świata, która nastąpiła nieco ponad rok po wielkiej wpadce podczas EURO 2012. Wstydliwe wyniki naszych drużyn w europejskich pucharach. To chyba czas by przestać wierzyć w to, że pojawi się jakieś cudowne pokolenie piłkarzy, że jakoś to będzie, że może ktoś się przepchnie, ktoś inny potknie i nagle nasz futbol zacznie odnosić sukcesy.
Największym problemem polskiego futbolu nie jest dziś „kto zastąpi Fornalika”, ale brak zorganizowanej pracy u podstaw.
Wracam tu trochę do przeszłości, do tego co już było, co niektórzy czytali.
Wracam więc m.in. często do niemieckiego przykładu. Wiem, że to może trochę nudne, ale naprawdę warto.
Po klęskach 1998 i 2000 roku, presja społeczna stała się tak duża, że wyciągnięto z szuflady program naprawy futbolu. Dziś Niemcy są na szczycie świata, mogą zestawić dwie piekielnie mocne drużyny narodowe, a Bundesliga znowu aspiruje do tego by nazwać ją najsilniejszą ligą świata. Oczywiście kosztowało to sporo, ale najważniejszy był pomysł.
Polska znalazła się w proporcjonalnie podobnej sytuacji. Władze PZPN ratuje jedynie to, że nie ma u nas pojęcia silnej opinii publicznej, która może wyrazić swoje niezadowolenie.
Oczywiście nie odtworzymy niemieckiego programu w stosunku 1 do 1, bo jest on zbyt drogi, ale też trzeba pamiętać, że nie mamy aż tak mocarstwowych zapędów. Chcemy jedynie awansować regularnie do turniejów, wyjść z grupy, czasem przejść jedną rundę. A może dwie… Chcemy by nasz najlepszy klub grał w Lidze Mistrzów, a inne mocne wychodziły z grup w Lidze Europy. To tak dużo jak na 40-milionowy naród? To takie nierealne?
Zresztą można opracować własną wersję takiego programu, znacznie tańszą. Proponowałem kiedyś system lig dziecięcych i młodzieżowych przy klubach powiatowych. To dałoby doskonały przegląd talentów i czas na ich pozyskanie. Dodatkowo raz w tygodniu, przy wykorzystaniu boisk Orlika, oddelegowani ze związku trenerzy mogliby prowadzić indywidualne zajęcia ze wskazanymi przez siebie najzdolniejszymi młodymi piłkarzami. To by ich windowało, tworzyło konkurencję, a przy okazji szperacze z dużych klubów mogliby wyciągać perełki do swoich akademii. Za opłatą oczywiście (to muszą regulować odpowiednie przepisy). Zakładając oczywiście obowiązek stworzenia tych akademii. Przykład Legii pokazuje, że warto.
Pamiętajmy, że w Niemczech też były opory ze strony wielu klubów, ale udało się je przełamać. Wynik jest znany. W skrócie wygląda to tak – małe kluby nie przegapiają talentu z regionu, a duże klubu wyciągają talenty z małych klubów. Poziom w ciągu kilku lat powinien się znacząco podnieść. Koszty są, jednak przy założeniu, że mówimy o planie wieloletnim, jest to znacznie tańsze wyjście niż wydawanie pieniędzy na absurdalnie wysokie pensje.
Takich programów można opracować kilka i wybrać najlepszy, ale trzeba w końcu to zrobić. Przecież inny pomysł mają Belgowie, inny Hiszpanie, inny Szwajcarzy.

Tu poczytacie o Belgach, krótka synteza (jak mówią, gazeta nie z gumy, nie rozciągnie się)

a tu rozmowa z Inakim Saezem, jednym z twórców zmian w hiszpańskim futbolu, bo Hiszpania to nie tylko La Masia.

Wszyscy mają jednak efekty swoich działań. Rozwiązanie zaproponowane przez związek (3 godziny dziennie na Orlikach dla młodych piłkarzy) generuje ogromne koszty i jest właściwie nierealne do wprowadzenia, a i jego efekt byłby nie aż tak duży, bo nie bierze pod uwagę działań klubów. Wygląda na to, że ktoś je opracował gdzieś na kolanie w przydrożnym barze.
Do tego trzeba oczywiście wejść na wyższy poziom kształcenia trenerów, bo tu również mamy dramatyczną sytuację. Dlaczego okręgowe związki Piłki Nożnej nie wydają pieniędzy na kształcenie młodych trenerów, nie organizują dodatkowych kursów dla najlepszych, nie dostarczają im najlepszych materiałów z zachodu? Może dlatego, że nikomu nie chce się robić, że czasy się zmieniły, ale panowie cały czas w komisjach? Że pokutuje mentalność działacza?
Żyjemy w dziwnych czasach, gdy najważniejszym pracownikiem firmy jest spec od PR. Zarówno Zbigniew Boniek jak Bogusław Biszof z Ekstraklasy SA swoje kadencje oparli głównie na budowaniu dobrego wizerunku, co powinno być jedynie działaniem wspomagającym, ale nigdy tym głównym. Przydałoby się zmienić w końcu sposób myślenia. Szkoda byłoby, gdyby za 3 lata mistrzowie od wizerunku byli zmuszeni do dalszego przekonywania niedowiarków, że kadencja Bońka była dużo lepsza od kadencji Laty. Liczą się czyny, nie słowa. Szczególnie w sporcie.

Dodaj komentarz