Piłka przegrywa, PZPN dba o PR

Wracam po dłuższej prezerwie z blogiem. Teksty ukazują się tutaj i w tygodniku Przeglądu Sportowego. Tam pod nazwą „Kopalnia” (wiadomo, od kopania, ale też dlatego, że czasem będę grzebał w przeszłości). Będę tu walczyć, trochę jak Don Kichot, z betonem w PZPN, który wbrew pozorom nie skruszał, ale nawet się utrwalił, tyle że został pomalowany błyszczącą farbą na różowo i udaje gumę. Jeden z czytelników na twitterze (@M_Wawrzynowski) napisał: „Po lekturze pana tekstów nie pozostaje nic innego, jak strzelić sobie w łeb”. Doczekałem się nawet swoich hejterów, związanych głównie z młodzieżą zapewne licealną chodzącą na Łazienkowską. Jakoś to przeżyję. Chodzi mi o to, by zmusić do refleksji, pokazać realne problemy piłki, wskazać błędy i postarać się pokazać możliwości ich naprawy.

Korespondencja z Jonestown
Klęska naszej drużyny w eliminacjach Mistrzostw Świata, która nastąpiła nieco ponad rok po wielkiej wpadce podczas EURO 2012. Wstydliwe wyniki naszych drużyn w europejskich pucharach. To chyba czas by przestać wierzyć w to, że pojawi się jakieś cudowne pokolenie piłkarzy, że jakoś to będzie, że może ktoś się przepchnie, ktoś inny potknie i nagle nasz futbol zacznie odnosić sukcesy.
Największym problemem polskiego futbolu nie jest dziś „kto zastąpi Fornalika”, ale brak zorganizowanej pracy u podstaw.
Wracam tu trochę do przeszłości, do tego co już było, co niektórzy czytali.
Wracam więc m.in. często do niemieckiego przykładu. Wiem, że to może trochę nudne, ale naprawdę warto.
Po klęskach 1998 i 2000 roku, presja społeczna stała się tak duża, że wyciągnięto z szuflady program naprawy futbolu. Dziś Niemcy są na szczycie świata, mogą zestawić dwie piekielnie mocne drużyny narodowe, a Bundesliga znowu aspiruje do tego by nazwać ją najsilniejszą ligą świata. Oczywiście kosztowało to sporo, ale najważniejszy był pomysł.
Polska znalazła się w proporcjonalnie podobnej sytuacji. Władze PZPN ratuje jedynie to, że nie ma u nas pojęcia silnej opinii publicznej, która może wyrazić swoje niezadowolenie.
Oczywiście nie odtworzymy niemieckiego programu w stosunku 1 do 1, bo jest on zbyt drogi, ale też trzeba pamiętać, że nie mamy aż tak mocarstwowych zapędów. Chcemy jedynie awansować regularnie do turniejów, wyjść z grupy, czasem przejść jedną rundę. A może dwie… Chcemy by nasz najlepszy klub grał w Lidze Mistrzów, a inne mocne wychodziły z grup w Lidze Europy. To tak dużo jak na 40-milionowy naród? To takie nierealne?
Zresztą można opracować własną wersję takiego programu, znacznie tańszą. Proponowałem kiedyś system lig dziecięcych i młodzieżowych przy klubach powiatowych. To dałoby doskonały przegląd talentów i czas na ich pozyskanie. Dodatkowo raz w tygodniu, przy wykorzystaniu boisk Orlika, oddelegowani ze związku trenerzy mogliby prowadzić indywidualne zajęcia ze wskazanymi przez siebie najzdolniejszymi młodymi piłkarzami. To by ich windowało, tworzyło konkurencję, a przy okazji szperacze z dużych klubów mogliby wyciągać perełki do swoich akademii. Za opłatą oczywiście (to muszą regulować odpowiednie przepisy). Zakładając oczywiście obowiązek stworzenia tych akademii. Przykład Legii pokazuje, że warto.
Pamiętajmy, że w Niemczech też były opory ze strony wielu klubów, ale udało się je przełamać. Wynik jest znany. W skrócie wygląda to tak – małe kluby nie przegapiają talentu z regionu, a duże klubu wyciągają talenty z małych klubów. Poziom w ciągu kilku lat powinien się znacząco podnieść. Koszty są, jednak przy założeniu, że mówimy o planie wieloletnim, jest to znacznie tańsze wyjście niż wydawanie pieniędzy na absurdalnie wysokie pensje.
Takich programów można opracować kilka i wybrać najlepszy, ale trzeba w końcu to zrobić. Przecież inny pomysł mają Belgowie, inny Hiszpanie, inny Szwajcarzy.

Tu poczytacie o Belgach, krótka synteza (jak mówią, gazeta nie z gumy, nie rozciągnie się)

a tu rozmowa z Inakim Saezem, jednym z twórców zmian w hiszpańskim futbolu, bo Hiszpania to nie tylko La Masia.

Wszyscy mają jednak efekty swoich działań. Rozwiązanie zaproponowane przez związek (3 godziny dziennie na Orlikach dla młodych piłkarzy) generuje ogromne koszty i jest właściwie nierealne do wprowadzenia, a i jego efekt byłby nie aż tak duży, bo nie bierze pod uwagę działań klubów. Wygląda na to, że ktoś je opracował gdzieś na kolanie w przydrożnym barze.
Do tego trzeba oczywiście wejść na wyższy poziom kształcenia trenerów, bo tu również mamy dramatyczną sytuację. Dlaczego okręgowe związki Piłki Nożnej nie wydają pieniędzy na kształcenie młodych trenerów, nie organizują dodatkowych kursów dla najlepszych, nie dostarczają im najlepszych materiałów z zachodu? Może dlatego, że nikomu nie chce się robić, że czasy się zmieniły, ale panowie cały czas w komisjach? Że pokutuje mentalność działacza?
Żyjemy w dziwnych czasach, gdy najważniejszym pracownikiem firmy jest spec od PR. Zarówno Zbigniew Boniek jak Bogusław Biszof z Ekstraklasy SA swoje kadencje oparli głównie na budowaniu dobrego wizerunku, co powinno być jedynie działaniem wspomagającym, ale nigdy tym głównym. Przydałoby się zmienić w końcu sposób myślenia. Szkoda byłoby, gdyby za 3 lata mistrzowie od wizerunku byli zmuszeni do dalszego przekonywania niedowiarków, że kadencja Bońka była dużo lepsza od kadencji Laty. Liczą się czyny, nie słowa. Szczególnie w sporcie.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: